Cywilizacja

Kandydat opozycji zaginął. Milicja spacyfikowała protesty. Rządzący nie mogą przegrać

– Milicja z narodem, nie bijcie milicjantów! – wołano z trybuny, bo nastroje zgromadzonych były wrogie i na głowy funkcjonariuszy posypały się śnieżki. Ale milicjantów przybywało i po chwili było ich kilkuset, może nawet tysiąc. Odcięli grupkę demonstrantów za pomnikiem Lenina i ustawili się w podwójne szpalery, spychając ludzi z placu.

W państwach, w których demokracji jest niewiele, wybory dość łatwo sfałszować. Przykłady mamy bardzo blisko, bo tuż za naszą wschodnią granicą. Wspominane już Białoruś, a także Rosja, to kraje, gdzie listy wyborcze i wyniki głosowania w znacznej mierze ustalają same władze. A jeśli nawet nie ustalają wszystkiego, to co najmniej „poprawiają” wyniki tych, którzy powinni wygrać.

I oczywiście tak określają zasady przeprowadzania wyborów, by ewentualnym opozycjonistom bardzo trudno było kandydować. Jest to tym łatwiejsze, że w Rosji i na Białorusi tradycje demokratyczne są bardzo skromne.

99 procent

W pierwszym przypadku, po ponad dwóch wiekach samodzierżawia, dopiero w 1905 roku, a więc pod koniec istnienia carskiej Rosji, pojawiła się wyłaniana w wyborach powszechnych Duma Państwowa; wcześniej imperator miał władzę absolutną. W 1917 roku zastąpiło ją Zgromadzenie Ustawodawcze Rosji, zwane też Konstytuantą, ale zostało zlikwidowane przez bolszewików już w 1918 roku.
Duma na początku XXI wieku została zdominowana przez partię Jedna Rosja, która stworzyła korzystną dla siebie ordynację wyborczą. Fot. Reuters/Sergei Karpukhin
W Związku Radzieckim istniały pozory demokracji, ale kandydatów do rad na różnych szczeblach mianowała partia komunistyczna, a głosowania były właściwie demonstracją poparcia dla rządów komunistycznych, a nie prawdziwymi wyborami, które by o czymkolwiek decydowały. Brało w nich zazwyczaj udział około 99 proc. uprawnionych do głosowania, a każdy z kandydatów dostawał 98–99 proc. głosów.

Nowa wybierana w demokratyczny sposób Duma powstała dopiero w 1993 roku, ale na początku XXI wieku została zdominowana przez partię Jedna Rosja, kierowaną przez Władimira Putina. I to Jedna Rosja niepodzielnie rządzi krajem. Stworzyła korzystną dla siebie ordynację wyborczą i szeroko stosuje tzw. adminresurs, czyli możliwości wpływania na społeczeństwo przez władze wszystkich szczebli. Adminresurs to pojęcie znane dobrze i w sąsiednich, postradzieckich krajach.

Wybory bezalternatywne

Jeśli zaś chodzi o Białoruś, to tradycje demokracji szlacheckiej Wielkiego Księstwa Litewskiego są już dość odległe; dopiero będąc pod władzą carskiej Rosji, Białoruś, tak jak i reszta Imperium Rosyjskiego, doświadczyła w 1905 roku wyborów do Dumy.

Po wojnie polsko-bolszewickiej i traktacie ryskim dzisiejsza zachodnia Białoruś znajdowała się w granicach Polski. Ugrupowania takie jak Białoruskie Zjednoczenie Chrześcijańsko-Demokratyczne brały udział w wyborach do polskiego Sejmu; BZChD miało 1–2 posłów w pierwszych kadencjach, a potem głosowanie bojkotowało.

Później dopiero za czasów niepodległej Białorusi Rada Najwyższa była wybierana w sposób demokratyczny, ale w 1996 roku prezydent Aleksander Łukaszenko doprowadził do jej likwidacji i zastąpienia Zgromadzeniem Narodowym. Izba Reprezentantów wybierana jest w sposób dość daleki od zasad demokracji – tak skonstruowana jest ordynacja (kodeks wyborczy) i taka jest praktyka.

Obywatele wolą bałagan i korupcję

Czy wyborcze trzęsienie ziemi to skutek zapowiedzi podwyższenia wieku emerytalnego?

zobacz więcej
Nie ma się więc co dziwić, że w tych krajach funkcjonuje pojęcie „bezalternatywnych wyborów”. Jeśli bowiem na jedno miejsce w parlamencie czy lokalnej radzie jest tylko jeden kandydat, to trudno mówić o jakiejkolwiek alternatywie dla wyborcy; może poprzeć kandydata lub nie. Tak było w czasach ZSRR, tyle że głosowanie „przeciw” mogło skończyć się źle dla głosującego.

W mniejszych miejscowościach i na wsiach ludzie, tak jak w przeszłości, idą więc do urn i oddają głosy bez skreśleń. Po co robić sobie problemy? Dlatego dziś wielu ludzi na Białorusi czy w Rosji ma kłopot, jeśli kandydatów jest więcej niż jeden. Na kogo głosować? I zresztą – po co takie zamieszanie?...

Nie mówią, co myślą

Przyjrzyjmy się przykładowym wyborom. Można by przeanalizować dowolną elekcję na Białorusi z ostatnich lat; popatrzmy jednak, jak wyglądała ta, która wzbudziła bardzo wiele emocji, a więc wybory prezydenckie pod koniec 2010 roku. Spodziewano się wówczas, że Aleksander Łukaszenko wygra – jak mogłoby być inaczej?

Niewykluczone, że gdyby głosowanie przeprowadzono w naprawdę uczciwy sposób, urzędujący szef państwa i tak zwyciężyłby w pierwszej turze. Ale opozycja szykowała się do poważnej batalii, licząc przede wszystkim na sukces propagandowy, a może i na „odwilż”, która ograniczyłaby totalną prezydencką kontrolę nad państwem. W dniu wyborów, 19 grudnia, zorganizowała wieczorem wielką demonstrację, która została brutalnie rozpędzona przez milicję, zaś liderzy opozycji – w tym kilku kandydatów na prezydenta – trafili do aresztów.

Przed głosowaniem pojawiały się różne wyniki badań opinii publicznej. Oficjalne media twierdziły, że na Aleksandra Łukaszenkę chce głosować 75 proc. wyborców, na jego dziewięciu oponentów łącznie – zaledwie 3 proc., a przeciw wszystkim kandydatom (kodeks wyborczy daje taką możliwość) – pozostali.
W czasie kampanii wyborczej na ulicach nie było bilbordów z reklamami kandydatów. Plakaty można było umieszczać w wyznaczonych miejscach. Reuters/Vasily Fedosenko
Centrum Informatyczno-Analityczne przy Prezydencie Białorusi podało, że aż 74 proc. badanych wierzy w to, iż obowiązująca ordynacja pozwala przeprowadzić demokratyczne wybory. Badania niezależne (na przykład ośrodka Socium) pokazywały jednak zupełnie inny obraz: na Łukaszenkę chciało według nich głosować tylko 32 proc., na lidera akcji „Mów prawdę” Uładzimira Nieklajeua – około 11 proc., na byłego wiceszefa MSZ Andreja Sannikaua – 10 proc., a na reprezentującego Zjednoczoną Partię Obywatelską Jarosława Romańczuka (znany ekonomista, Polak z podgrodzieńskich Sopoćkiń) – 6 proc.; 30 proc. nie wiedziało, na kogo zagłosuje.

Problem z sondażami na Białorusi polega na tym, że nie są specjalnie wiarygodne, choć oczywiście zdarzają się wyjątki. I nawet nie chodzi o to, że ktoś fałszuje dane; po prostu ludzie niekoniecznie mówią to, co myślą – zwłaszcza wypowiadając się dla przedstawicieli instytucji rządowych. Podobnie jest w Rosji.

Ubogie „gadające głowy”

Żeby zostać kandydatem w wyborach na Białorusi, trzeba zebrać 100 tys. podpisów. Ostatecznie 10 z 11 kandydatów to się udało; Łukaszenko, startując jako zgłoszony samodzielnie (tzn. przez samego siebie, a nie na przykład przez partię polityczną), zebrał ponad milion. Z pozostałych najwięcej miał Sannikau, bo ponad 140 tys. Istniały obawy, że Centralna Komisja Wyborcza czyichś podpisów nie uzna, tak się jednak nie stało. A nieuznawanie podpisów to istotny i często stosowany sposób utrącania opozycyjnych kandydatów, bardzo popularny w byłych republikach radzieckich.

Kampania wyborcza była taka jak zwykle, czyli żadna. W białoruskiej stolicy wyborów niemal wcale się nie zauważało – ani bilbordów z reklamami kandydatów, ani porozklejanych plakatów, wywieszonych banerów, po prostu – pustka. Kogoś z Polski mogło to szokować. Pojawiły się, co prawda, bilbordy wzywające do głosowania, ale żadnego wielkiego portretu któregokolwiek z kandydatów, żadnych przedwyborczych sloganów. Nieliczne niewielkie plakaciki przyklejano na równie nielicznych specjalnie w tym celu ustawionych tablicach.

I trudno się dziwić, że było ich tak niewiele, bo wydatki na kampanię wyborczą są ograniczone obowiązującym kodeksem wyborczym. Kandydaci na prezydenta tworzyli swoje fundusze wyborcze.

Obywatele Białorusi mogli wpłacać na takie fundusze środki nie większe niż 20 tzw. podstawowych wysokości (wówczas 100 tys. ówczesnych rubli – w międzyczasie miała miejsce denominacja, czyli „obcięcie” czterech zer), a więc maksymalnie 2 mln rubli – po ówczesnym kursie to ok. 2 tys. złotych. Osoby prawne mogły wpłacać do 50 podstawowych wysokości: 5 mln rubli (5 tys. złotych). Sam kandydat mógł dołożyć do tego równowartość wszystkich wpłat, a łączna kwota nie powinna była przekraczać 9 tys. podstawowych wysokości, a więc 900 mln rubli (90 tys. złotych). To bardzo mała ilość pieniędzy; w 2010 roku w Polsce wynajęcie bilbordu w centrum miasta kosztowało do 1 tys. złotych za dwa tygodnie, nie licząc wydrukowania samego plakatu. Czyli na dużą kampanię wyborczą, z wieloma bilbordami i porządnymi plakatami, nie było szans.

Kandydat mógł sobie wydrukować marnej jakości ulotki. Oprócz tego mógł wystąpić w programach wyborczych w radiu i w telewizji państwowej, wygłaszając krótkie wystąpienie, a także opublikować swój życiorys w państwowych gazetach. Wystąpienia radiowe to ciąg krótkich przemówień, nudnych i z rzadka tylko przez kogokolwiek słuchanych. Telewizyjne są równie nudne – z braku pieniędzy sztaby wyborcze kandydatów nie są w stanie nakręcić profesjonalnego spotu, czyli widać tylko „gadające głowy”.
Kandydat władzy ma zawsze większe szanse od kandydata opozycji, a kandydat na prezydenta – niemal nieskończenie większe. Fot. Reuters/Vasily Fedosenko
W efekcie z PR-owego punktu widzenia widoczny był tylko Łukaszenko, który – formalnie rzecz biorąc – żadnej kampanii nie prowadził. Ale jako szef państwa obecny był w każdym telewizyjnym programie informacyjnym, oczywiście wyłącznie w pozytywnym świetle. Jego zdjęcia widniały na pierwszych stronach wysokonakładowych państwowych gazet. Prezydent otworzył, prezydent wygłosił, prezydent pochwalił, prezydent zganił…

Dla przeciętnego obywatela, oglądającego przede wszystkim państwową telewizję, ewentualnie też kanały rosyjskie, i czytającego prezydencką „Biełaruś Siegodnia” z podtytułem (a dawniej tytułem) „Sowietskaja Biełaruś” (po rosyjsku) lub rządową „Zwjazdę” (po białorusku), opozycyjni kandydaci po prostu nie istnieli.

„Czego chcecie od Łukaszenki?”

Potrzebny był wysiłek, by czegoś się o nich dowiedzieć. I to jest kolejny, po skomplikowanych wymogach rejestracji kandydatów, najskuteczniejszy efekt działania kodeksu wyborczego: kandydat władzy ma zawsze większe szanse od kandydata opozycji, a kandydat na prezydenta – niemal nieskończenie większe. Choć, teoretycznie rzecz biorąc, ordynacja ich zrównuje, to praktyka jest zupełnie inna.

Wspomniana tablica z plakacikami wyborczymi pojawiła się na przykład pod centralnym rynkiem (bazarem) w Mińsku; stojący przed nią ludzie dyskutowali o kandydatach: – Dostaję 750 tys. rubli miesięcznie [ok. 750 zł – przyp. aut.] i mam wszystkiego potąd – pokazuje na czubek głowy starsza kobieta. – Co wy chcecie od Łukaszenki: są pieniądze, ciepło w mieszkaniach, porządek!

– W starożytnym Rzymie niewolników też dobrze karmiono, a ja nie chcę być niewolnikiem – mówi, błyskając złotymi zębami, nieogolony starszy mężczyzna.

– Oho, też wymyślił! – złości się kobieta i nerwowo zastanawia się, co odpowiedzieć. – Podczas wojny to chyba policjantem u Niemców był – syczy wreszcie. – Pokaż swoje ordery, po której stronie walczyłeś!

Nie znającym realiów Białorusi i w ogóle republik poradzieckich wypada w tym miejscu wyjaśnić, że w ZSRR było mnóstwo orderów i medali, a kombatanci Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (jak tu nazywana jest wojna niemiecko-radziecka 1941–1945) podczas świąt mają nimi przeważnie obwieszone piersi, i to od szyi po pas. Jak ktoś był po przeciwnej stronie, nie ma się dziś czym pochwalić…

Podłączają im prąd do genitaliów, duszą, wieszają głową w dół, zamykają z fekaliami. Po torturach niewinni zeznają, co chce FSB

„Z bólu tak zaciskałem zęby, że całe usta miałem we krwi” – opowiadał osadzony w areszcie 26-latek. „Zostały mi tylko dwa zęby, wszystkie pozostałe wypadły. Znalazłem się w piekle”.

zobacz więcej
Przy nieodległym CUM-ie, Centralnym Domu Towarowym, młoda dziewczyna rozdaje ulotki Nieklajeua – „przepustki” na plac Październikowy, czyli na niedzielną opozycyjną demonstrację przeciw fałszowaniu wyborów. A pod drugim w Mińsku dużym domem towarowym, GUM-em (Główny Dom Towarowy), stoi niewielkie stoisko Sannikaua – młody mężczyzna rozdaje ulotki.

– Niektórzy ludzie nawet mówią, że nas popierają. Nomenklaturę łatwo poznać, bo tylko nas wyklina – opowiada, przytupując.

Jest zimno, sypie śnieg. Ta zima była mroźna, kampania wyborcza przebiegała podczas silnych mrozów. Znów niekorzystnie dla opozycji, która chciała organizować demonstracje – oczywiście winna była pogoda, a nie władze, ale to władze taki termin głosowania wyznaczyły. Z nadzieją, że zima wystraszy przeciwników.

Opozycja była pewna, że wybory zostaną sfałszowane, i – jak mówił szef sztabu wyborczego Nieklajeua, Andriej Dmitrijew – planowała na wyborczą niedzielę trzy scenariusze związane z organizowaną demonstracją. Wszystko zależało od tego, ilu uda się zgromadzić demonstrantów. Pierwszy scenariusz zakładał, że na plac Październikowy przyjdzie około pięciu tysięcy ludzi.

– Zażądamy wówczas od władz prawa do wystąpienia na żywo w telewizji i przyjmiemy rezolucje do Europarlamentu, Kongresu USA i rosyjskiej Dumy, by nie uznawały wyniku wyborów – mówi.

Drugi scenariusz przewidywał obecność ponad 30 tys. ludzi. – Żądania będą te same, ale pewno wówczas na placu zostaniemy – podkreślał.

Trzeci scenariusz wymagał zaś mało realnej obecności ponad 100 tys. ludzi. – Wówczas będziemy się domagać natychmiastowego rozpoczęcia negocjacji z władzami – dodawał Dmitrijew.

Sto, a może i więcej tysięcy ludzi w centrum Mińska oznaczałoby początek białoruskiej „kolorowej rewolucji”.
W niedzielę 19 grudnia, z początku wszystko przebiegało spokojnie. Dopiero wieczorem, mimo mrozu, przed Pałacem Związków Zawodowych zaczęli się zbierać zwolennicy opozycji. Fot.Reuters/Vasily Fedosenko
Niezależny politolog Uładzimir Podgoł dowodził, że na wielki tłum nie było szans. – Przed głosowaniem, tego samego dnia wieczorem, na demonstracji na placu Wolności Sannikau i Nieklajeu zebrali po 500 osób. Wcześniej socjaldemokrata Mikoła Statkiewicz i chrześcijański demokrata Witalij Rymaszeuski zgromadzili na swoim wiecu może ze trzy tysiące. Policzmy tych ludzi i dodajmy jeszcze tysiąc reprezentującego Białoruski Front Narodowy Ryhora Kastusieua. Jeśli nic dramatycznego się nie stanie, nie zginie śmiercią tragiczną któryś z opozycyjnych kandydatów, to może przyjdzie dziesięć tysięcy. Ale nie więcej – twierdził.

To fakt: za czasów Łukaszenki opozycji nigdy nie udało się zgromadzić wielkiej rzeszy ludzi na ulicach.

Samozwańczy rząd na lodowisku

Tymczasem trwała jeszcze kampania wyborcza, opozycja nerwowo szykowała się do niedzielnej demonstracji, a już odbywało się przedterminowe głosowanie. Tylko przez pierwsze trzy dni oddała głos rekordowa liczba niemal 12 proc. wyborców.

Zdaniem opozycji to właśnie przewidziane białoruską ordynacją wyborczą przedterminowe głosowanie daje najwięcej możliwości sfałszowania wyborów. Oto bowiem każdy może na kilka dni przed właściwym terminem pójść do komisji wyborczej i oddać głos. Nocą urny są, co prawda, zamykane, ale pilnuje ich milicja. Czyli władza w dowolnym momencie może je otworzyć i wymienić karty do głosowania. Zresztą – twierdzą opozycjoniści – skoro nie w każdej komisji są przedstawiciele ugrupowań opozycyjnych, nie mówiąc już o mężach zaufania opozycyjnych kandydatów, to komisje w dowolnym momencie mogą otworzyć urny i zrobić z kartami, co chcą.

Władze mogły być spokojne o skład komisji. Przedstawiciele ugrupowań opozycyjnych obecni byli w bardzo nielicznych. Przytłaczającą większość stanowiły osoby wytypowane przez lokalną administrację. Szefowa Centralnej Komisji Wyborczej Lidia Jermoszyna pracuje na swoim stanowisku już od 1996 roku i, zdaniem opozycji, to ona nadzoruje całość „cudów na urną”. I to ją obwiniają przeciwnicy Aleksandra Łukaszenki o taką organizację głosowania, że wynik jest dokładnie zgodny z oczekiwaniami białoruskiego prezydenta.

Jednemu rozerwało głowę, drugi wyleciał w powietrze, trzeci zginął od pocisku. Szatański plan Moskwy

Tym razem to nie jakiś „Motorola”, „Giwi” czy inny „Batman”. Teraz zabito w samym centrum Doniecka samego „szefa” tzw. republiki, Aleksandra Zacharczenkę.

zobacz więcej
We właściwym dniu wyborów, w niedzielę 19 grudnia, z początku wszystko przebiegało spokojnie. Dopiero wieczorem, mimo mrozu, przed Pałacem Związków Zawodowych zaczęli się zbierać zwolennicy opozycji. Plac Październikowy, przy którym stoi Pałac, po rosyjsku Oktiabrskaja Płoszczad‘, po białorusku Kastrycznickaja Płoszcza, z jednej strony ograniczony jest ruchliwym prospektem Niezależności, za którym znajduje się niewielki park, a za nim – duży budynek, siedziba prezydenta. Na demonstrację przyszła rekordowa jak na Mińsk liczba osób – 20, a może nawet 25 tys.

Ludzie gromadzili się na placu, choć przeszkadzało im w tym duże, wylane tu wcześniej (czyżby celowo?) lodowisko. Gdy pojawili się opozycyjni kandydaci na prezydenta, przez tłum przeszła dramatyczna wieść: czołowy kandydat opozycji Uładzimir Nieklajeu – znany dziennikarz i poeta – jechał ze swoimi ludźmi i aparaturą nagłaśniającą, gdy został zatrzymany przez ubranych na czarno, zamaskowanych mężczyzn; rozległy się jakieś wybuchy, a sam Nieklajeu został pobity. Wstrząs mózgu? Jest nieprzytomny? W śpiączce?

Po chwili jednak pojawił się sprzęt nagłaśniający. – Żywie Biełaruś! (Niech żyje Białoruś) – wołał inny opozycyjny kandydat na prezydenta, Andrej Sannikau (w przeszłości m.in. wiceminister spraw zagranicznych). A wielotysięczny tłum z zakazanymi przez Łukaszenkę biało-czerwono-białymi flagami i chorągwiami opozycyjnych partii odpowiadał krzykiem. – Te wybory są sfałszowane! Łukaszenko nie ma więcej niż 37 procent – wołał kandydat chrześcijańskich demokratów Witalij Rymaszeuski.

Ogłoszono powstanie „rady ludowej” z udziałem opozycyjnych kandydatów z tych i poprzednich wyborów prezydenckich, a także Iwonki Surwiło – szefowej emigracyjnych władz nieuznawanej przez nikogo Białoruskiej Republiki Ludowej, które mają siedzibę w Kanadzie. Co oznaczała ta „rada ludowa” nie bardzo było wiadomo – samozwańczy rząd? Jakiś komitet koordynujący działania opozycji?

Najbardziej radykalny kandydat, socjaldemokrata Mikoła Statkiewicz, wezwał tłum, by pójść do nieodległej Administracji Prezydenta i „wyrzucić” stamtąd Łukaszenkę. Tłum się zawahał, ale został na miejscu. Najwyraźniej czuł, że na „wyrzucenie Łukaszenki” jest zdecydowanie za słaby.

Ludzie wołali: – Dokąd iść? I liderzy ich poprowadzili, wzdłuż prospektu Niepodległości, centralnej, reprezentacyjnej ulicy Mińska. Ominęli wątłą przeszkodę – szpaler kilkunastu funkcjonariuszy milicji drogowej – i po chwili cała szeroka ulica należała do nich. Szli, kierując się w stronę odległego o około półtora kilometra placu Niepodległości, gdzie znajduje się Dom Urjada – Dom Rządu, a więc siedziba premiera i jego kancelarii oraz izby niższej parlamentu – Izby Reprezentantów (Rada Republiki, czyli senat, wyłaniana jest w wyborach pośrednich lub powoływana z nominacji szefa państwa i ma siedzibę w innym miejscu).
Specnaz w ciągu pół godziny wypchnął demonstrantów z placu Niepodległości, bez litości bijąc ich pałkami. Fot. Reuters/Vasily Fedosenko
Opozycyjni kandydaci na prezydenta podeszli najpierw pod katolicki kościół św. Symeona i Heleny, zwany od koloru „czerwonym”, a potem pod duży pomnik Lenina naprzeciw Domu Urjada. Ogromny budynek wydawał się ciemny i pusty, ale przez szklane drzwi i szyby klatek schodowych bez trudu można było dostrzec milicjantów kryjących się za metalowymi tarczami. Wydawało się, że są ich tam setki. Stali w każdym oknie, głowa przy głowie.

Przemawiający z zaimprowizowanej trybuny na pomniku Lenina liderzy opozycji zapowiedzieli bezterminową demonstrację i wezwali do rozmów premiera oraz szefów resortów siłowych. Ponieważ odzewu znikąd nie było, ogłosili, że udają się na rozmowy do Domu Urjada. Uważnych słuchaczy musiało to zdziwić, bo w budynku byli chyba tylko milicjanci, a rozmowy ze specnazem raczej nie mogły prowadzić do pożądanego efektu. Ale mało kto słuchał uważnie. Panował nastrój euforii. Mimo mrozu wydawało się, że jest gorąco.

Milicja szalała

Kilkudziesięciu ludzi ruszyło więc od Lenina do nieodległych szklanych drzwi. Po chwili dało się słyszeć łomotanie: Łup! Łup! Łup! i chrzęst tłuczonego szkła. I kolejny. Ktoś najwyraźniej walił czymś ciężkim o szyby. Tłum krzyknął z radości, gdy pojawiła się pierwsza oznaka zwycięstwa: ze środka ktoś wyszarpał prostokątną metalową tarczę milicyjną z otworami w górnej części.

– To pijani prowokatorzy zniszczyli drzwi – wołał spod pomnika Lenina Rymaszeuski. Ale było za późno: jak spod ziemi pojawił się pierwszy oddział specnazu, ubranych na czarno milicjantów z długimi pałkami i plastikowymi tarczami. Biegli z boku placu, było ich wielu, bardzo wielu. Odgrodzili wejście do Domu Urjada.

– Milicja z narodem, nie bijcie milicjantów! – wołano z trybuny, bo nastroje zgromadzonych były wrogie i na głowy funkcjonariuszy posypały się śnieżki. Ale milicjantów przybywało i po chwili było ich kilkuset, może nawet tysiąc. Odcięli grupkę demonstrantów za pomnikiem Lenina i ustawili się w podwójne szpalery, spychając ludzi z placu. Najwyraźniej mieli dokładnie opracowaną taktykę, bo bardzo skutecznie wypychali demonstrantów poza plac.

Pod pomnik zajechały tymczasem trzy duże, pomalowane na szaro ciężarówki – zabrały liderów protestu do aresztu. Na szczęście dla piszącego te słowa milicjanci nie ruszyli pod kościół, gdzie niewielka grupka ludzi mogła się czuć względnie spokojnie. A gdy już cały plac był otoczony, bardzo przydała się dziennikarska akredytacja…

– Spod dworca kolejowego ruszyło wojsko! – rozległa się kolejna, dramatyczna informacja. Ale wojsko nie było potrzebne. Specnaz w ciągu pół godziny wypchnął wszystkich opozycyjnych demonstrantów z placu Niepodległości, bez litości bijąc ich pałkami. Pozbawieni liderów zaczęli się rozchodzić. Nie było zresztą jak i gdzie się zbierać. Milicja szalała, aresztując, kogo się dało. Łącznie zatrzymanych zostało ponad 600 demonstrantów.
Uładzimir Nieklajeu został ciężko ranny po pobiciu przez „nieznanych sprawców”. Fot. Reuters/Julia Darashkevich
Już w poniedziałek na konferencji prasowej obserwatorów OBWE pojawiła się żona zaginionego jeszcze przed demonstracją opozycyjnego kandydata na prezydenta Uładzimira Nieklajeua, Olga (przypomnijmy: miał dotrzeć z nagłośnieniem). Opowiadała, jak mąż – ciężko ranny po pobiciu przez nieznanych sprawców – leżał na oddziale intensywnej terapii w mińskim pogotowiu ratunkowym.

– Pojawili się ubrani na czarno ludzie. Trzymali mnie, a jego, nieprzytomnego, zabrali – mówiła łamiącym się głosem. – Krzyczałam, wyrywałam się, a nikt nie pomógł. Ani lekarze, ani dyżurny milicjant. Nikt! – dodała.

Żona Nieklajeua relacjonowała, że wszystkie instytucje, do jakich się zwracała – prokuratura, KGB, milicja – odpowiadały, iż nie wiedzą, co się stało z jej mężem. Po prostu zaginął.

Do aresztu „za chuligaństwo”

Według Garriego Pahaniajły z Białoruskiego Komitetu Helsińskiego niemal wszyscy zatrzymani w niedzielę wieczór trafili do odległego od centrum aresztu przy ul. Akreścina w Mińsku, a w poniedziałek rozsyłano ich grupami do sądów rejonowych, bo pojedynczy sąd nie był w stanie rozpatrzyć tylu spraw.

– Ludzie sądzeni są na zamkniętych rozprawach, bez udziału adwokata. Otrzymują przeważnie kary 7–15 dni aresztu za „chuligaństwo”. Ale to na pewno nie koniec, bo już wszczęto sprawy karne przeciw liderom opozycji – opowiadał.

W poniedziałek usiłowano dociec, co właściwie stało się podczas dramatycznie zakończonej niedzielnej demonstracji. Czy to liderzy opozycji dopuścili do ataku na Dom Urjada (Dom Rządu), czy była to prowokacja władz? – Opozycja miała plan działania, ale wszystko opierało się na ekipie Nieklajeua, a tymczasem ona nie dotarła, zatrzymana przez władze. Do takiego scenariusza trzeba się jednak było przygotować – uważa jeden z liderów Zjednoczonej Partii Obywatelskiej Aleksander Dobrowolski.

Jednak sądzi, że sam szturm na drzwi rządowych budynków był prowokacją. I podobnego zdania jest politolog Walery Karbalewicz. – W odpowiednim momencie pod drzwiami Domu Urjada pojawiła się kamera państwowej telewizji. Poza tym reakcja władz była nieadekwatna do tego, co się stało. Zbyt ostra – twierdzi.

Rewolucji nie będzie

Ktoś przestraszył Łukaszenkę – to pewne, bo jego reakcja była rzeczywiście niesłychanie ostra. Czy zrobili to Rosjanie, bo tak naprawdę to Rosja skorzystała na całej sytuacji – nie wiadomo. A skorzystała, bo w efekcie brutalnego pobicia opozycyjnej demonstracji i aresztowania opozycyjnych przywódców doszło do załamania kruchej, nieśmiało rysującej się współpracy Łukaszenki z Zachodem. Kraje Unii Europejskiej, USA i Kanada ostro potępiły białoruskiego prezydenta, który przez następne kilka lat mógł liczyć tylko na wsparcie Moskwy.
W powyborczy poniedziałek z dziennikarzami spotkali się przedstawiciele misji obserwatorów OBWE. Przy poprzednich wyborach zwykle trochę chwalili, a trochę ganili białoruskie władze. Tym razem byli bardziej stanowczy. Wskazali na pewne pozytywy – zwłaszcza na umożliwienie wystąpienia opozycyjnych kandydatów w telewizji – ale ich ogólna ocena była jednoznaczna. – Te wybory nie odpowiadały standardom OBWE – mówił Geert Hinrich Ahrens. – Niestety pozytywna ocena tych wyborów nie jest możliwa.

On i inny przedstawiciel obserwatorów, Tony Lloyd, wskazali zwłaszcza na dwie rzeczy: odbywający się praktycznie poza kontrolą proces liczenia głosów oraz brak zabezpieczenia tzw. przedterminowego głosowania. Według opozycji głosy oddane na kilka dni przed niedzielą mogły po prostu zostać podmienione poprzez zamianę urn – a obserwatorzy potwierdzili, że urny nie były wystarczająco strzeżone. Obserwatorzy nie chcieli komentować przebiegu niedzielnej demonstracji, dowodząc, że nie mieści się to w ramach ich mandatu. – Ale wzywamy władze do poinformowania nas, co dzieje się z zatrzymanymi i co ich spotka – mówił Tony Lloyd.

Swoje zdziwienie oświadczeniem obserwatorów OBWE wyraził podczas konferencji prasowej prezydent Aleksander Łukaszenko. Jego zdaniem to opozycja była wszystkiemu winna. – Potrzebny im był powód, by w oczach społeczności międzynarodowej i środków masowego przekazu usprawiedliwić wcześniej zaplanowany plan pogromu – powiedział. Jego zdaniem liderzy opozycji dostali na „alternatywne liczenie głosów i fałszywe badania opinii publicznej” tysiące dolarów od zagranicznych fundacji. – Rewolucji na Białorusi nie będzie – podkreślił. Podziękował zwolennikom za poparcie, a oponentom wskazał, że będzie prezydentem przez kolejne pięć lat.

Niesłuszne protesty

Warto przy okazji zauważyć, że pozytywną opinię o przebiegu wyborów tradycyjnie już wydała misja Wspólnoty Niepodległych Państw. Jej przewodniczący Siergiej Lebiediew z Rosji oznajmił, że nie było żadnych dowodów na jakiekolwiek naruszenia prawa; działania milicji wieczorem 19 grudnia były, jego zdaniem, właściwe, a to opozycja zachowała się nieodpowiednio – zamiast składać przewidziane ordynacją protesty wyborcze, demonstrowała na ulicach.

Obserwatorami (choć w żaden sposób nie reprezentującymi Polski) byli także były wicepremier RP Andrzej Lepper i znany z prorosyjskich poglądów politolog i polityk, założyciel tzw. Partii „Zmiana” Mateusz Piskorski; obaj pozytywnie ocenili wybory i działania białoruskich władz. Wypowiadali się w tym duchu dla państwowych mediów białoruskich.
Andriej Sannikau, skazany na 5 lat kolonii karnej, został zwolniony w 2012 roku. Fot. Reuters/Julia Darashkevich
Czterech kandydatów na prezydenta: Uładzimir Nieklajeu, Witalij Rymaszeuski, Mikoła Statkiewicz i Andrej Sannikau zostało oskarżonych o organizację „masowych zamieszek”, za co zgodnie z art. 293 białoruskiego Kodeksu karnego grozi kara do 15 lat więzienia. Sannikau skazany został na 5 lat kolonii karnej (zwolniono go w 2012 roku), Nieklajeu na 2 lata pozbawienia wolności z zawieszeniem na 2 lata, a Statkiewicz na 6 lat kolonii karnej (zwolniony w 2015 roku).

Zdaniem niezależnego białoruskiego politologa Walerego Karbalewicza podczas kampanii wyborczej nomenklatura (tak nazywano władze za czasów ZSRR i tak wciąż nazywane są na Białorusi) i szefowie komisji wyborczych otrzymywali sprzeczne sygnały – z jednej strony, że powinien wygrać Łukaszenko, a z drugiej, że postępuje liberalizacja, opozycji wolno występować i debatować w państwowej telewizji, organizować wiece i demonstracje.

– Urzędnicy w terenie nie wiedzieli, jak się zachować – i Łukaszenko to wyczuł. W końcowym etapie kampanii musiał więc dać jasny sygnał, że następuje koniec krótkiego okresu liberalizacji. I dlatego wygłosił przemówienie, na pewno bardzo źle przyjęte przez Europę, ale konieczne dla umocnienia jego władzy w kraju. Nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek ryzyko – podkreślił. Jego zdaniem, na Białorusi możliwy jest co najwyżej jakiś „wariant chiński”, czyli pełna kontrola polityczna przy pewnej liberalizacji ekonomicznej.

W ostatniej chwili przed upływem terminu składania protestów wyborczych, 22 grudnia, do Centralnej Komisji Wyborczej wpłynął wniosek o uznanie wyborów prezydenckich za nieważne. Dokument złożył kandydat na prezydenta Ryhor Kastusiou, który oświadczył, że składa go również w imieniu innych kontrkandydatów Łukaszenki (znajdujących się w tym czasie w areszcie) i poprosił CKW o uwzględnienie tego faktu.

W uzasadnieniu wniosku znalazły się zarzuty naruszeń ordynacji wyborczej oraz wykorzystywania administracji państwowej i środków publicznych do prowadzenia kampanii wyborczej, co według Kastusioua mogło mieć wpływ na ostateczne wyniki wyborów. Do skargi dołączono 36 stron załączników z uwagami sporządzonymi przez obserwatorów, które dotyczyły zaobserwowanych nieprawidłowości i naruszania Kodeksu wyborczego.

Były one już składane do komisji wyborczych różnego szczebla i prokuratury, ale bez efektu. 24 grudnia, wraz z opublikowaniem oficjalnych wyników wyborów, Centralna Komisja Wyborcza poinformowała o odrzuceniu wniosku. Mamy tu kolejny przykład tego, jak można wpłynąć na przebieg wyborów: złożona ze zwolenników władz Centralna Komisja Wyborcza może spokojnie zadecydować o tym, że protesty wyborcze są całkowicie niesłuszne, a przebieg wyborów – jak najbardziej prawidłowy.

Ostateczne oficjalne wyniki wyborów były następujące: Aleksander Łukaszenko – 79,7 proc., Andrej Sannikau – 2,4 proc., Jarosław Romańczuk – 2,0 proc., Ryhor Kastusiou – 2 proc., Uładzimir Nieklajeu – 1,8 proc., pozostali kandydaci po około 1 proc. lub nawet mniej, a przeciw wszystkim głosowało 6,5 proc. wyborców. Frekwencja wyborcza wyniosła 90,7 proc. Zdaniem niezależnych analityków wyniki te zostały celowo ustawione tak, by udowodnić całkowitą przegraną Nieklajeua (zaledwie trzecie miejsce!) i totalną porażkę całej opozycji.

Zgoda na dwie opozycjonistki

Wybory 2010 roku dokładnie ukazują system panujący na Białorusi. Rządzący nie mogą przegrać. Jeśli we wrześniu 2016 roku do Izby Reprezentantów trafiły dwie posłanki niezwiązane z obozem władzy, Hanna Kanapacka z opozycyjnej Zjednoczonej Partii Obywatelskiej i wiceszefowa niezależnego Towarzystwa Języka Białoruskiego Alona Anisim, to stało się tak dlatego, że zgodził się na to Aleksander Łukaszenko.

W 2010 roku efektem dramatycznego przebiegu wyborów prezydenckich było zaostrzenie stosunków Białorusi z Unią Europejską i USA. Dopiero gdy wszyscy więźniowie polityczni wyszli zza krat, możliwe było ocieplenie między Mińskiem i szeroko rozumianym Zachodem.

Wejście dwóch niezależnych czy opozycyjnych kandydatek do parlamentu wcale nie oznaczało, że na Białorusi nastała demokracja, ale Zachód skorzystał z okazji i zaczął patrzeć nieco przychylniej na władze w Mińsku. Z czego te skwapliwie skorzystały. Aleksander Łukaszenko jest mistrzem w balansowaniu na cienkiej linie we współpracy z Rosją Władimira Putina. Flirt z Zachodem pozwala mu stwarzać zagrożenie dla Rosjan i wytargować lepsze warunki rosyjskiego wsparcia.

Można oczywiście postawić pytanie, dlaczego Łukaszenko już wcześniej nie wpuścił do białoruskiego parlamentu kilku czy nawet kilkunastu opozycjonistów. Mógłby wówczas dowodzić, że na Białorusi panuje prawdziwa demokracja. Odpowiedź jest dość prosta. Izba Reprezentantów może niewiele, ale deputowani mają dostęp do pewnych tajnych dokumentów, mają też niemal nieograniczoną możliwość działalności w całym kraju – mogą organizować spotkania wyborców, domagać się czegoś od władz lokalnych.

Opozycjoniści na pewno skwapliwie by z tego skorzystali, sprawiając kłopot władzy. Tak było w niektórych miastach (na przykład w Grodnie), gdzie w radach miejskich zasiadali pojedynczy przeciwnicy władzy. Ich wystąpienia tak różniły się od oficjalnych przemówień, że były przez innych radnych przyjmowane z zakłopotaniem. Po co mieć problemy, skoro można ich uniknąć poprzez skuteczne zastosowanie „cudów nad urną”? Jeśli prezydent, szefowie obwodów i merowie miast mają w parlamencie czy radach wyłącznie swoich zwolenników, wówczas mogą się nie martwić przebiegiem obrad.

Dlaczego zatem panie Anisim i Kanapacka znalazły się w Izbie Reprezentantów, przez opozycję pogardliwie zwanej „pałatką” (izba to po rosyjsku „pałata”)? Zapewne Łukaszenko uznał, że jednak mu się to opłaca. Dwie parlamentarzystki da się skrupulatnie kontrolować, a pozór demokracji najwyraźniej się przydał w kontaktach z Zachodem.
Dlaczego Aleksander Łukaszenko wcześniej nie wpuścił do parlamentu kilku czy nawet kilkunastu opozycjonistów? Fot.Reuters/Vasily Fedosenko
Tym niemniej nawet jeśli na Białorusi dojdzie do jakiejś większej zmiany i będą możliwe prawdziwie wolne wybory, to po tylu latach autorytarnych rządów, a przedtem panowania systemu komunistycznego, ludziom będzie bardzo trudno skorzystać z przywilejów, jakie daje demokracja. Jeśli od stu lat trzeba było głosować wyłącznie na jednego słusznego kandydata, którego wskazywała władza, to jak się przestawić na dokonanie wyboru spośród dwóch i więcej kandydatów, których władza wcale nie wskazuje? To będzie rzeczywisty i naprawdę trudny problem. Ale to może kiedyś, w dalekiej przyszłości.

Jeden kandydat na jedno miejsce

Wybory lokalne, które odbyły się 23 marca 2018 roku, mogły być zaskoczeniem dla niektórych osób spodziewających się większej (czy w ogóle jakiejkolwiek) demokratyzacji kraju. Spośród 18 tys. nowo wybranych deputowanych do rad wszystkich szczebli zaledwie dwoje (!) to przedstawiciele opozycji. Są to – bezpartyjna Roza Strielczenko, wybrana do rady wiejskiej w obwodzie homelskim i Walerij Bilibucha z niezarejestrowanej partii Białoruska Chrześcijańska Demokracja z Pierwomajki w obwodzie brzeskim.

Zresztą przedstawicieli partii politycznych w ogóle wybrano niewielu – w skali kraju stanowią oni zaledwie 2,5 proc. wszystkich radnych, co dobitnie pokazuje, że władze nie chcą istnienia silnych ugrupowań politycznych. Prołukaszenkowscy komuniści zdobyli łącznie 309 mandatów, wygrywając zwłaszcza w Mińsku – mają tam aż 10 proc. deputowanych; inna „licencjonowana opozycja” w postaci Liberalno-Demokratycznej Partii Białorusi ma tylko pięciu radnych w skali całego kraju.

Warto jednak zauważyć, że na wspomnianych 18 tys. miejsc w radach kandydowało zaledwie 22 tys. osób, czyli w niewiele ponad jednej piątej okręgów wyborczych pojawił się więcej niż jeden kandydat.

Ale – jak powiedział Aleksander Łukaszenko w wywiadzie udzielonym czwórce polskich dziennikarzy, w tym autorowi tej książki, na dwa tygodnie przed wyborami 2010 roku – na Białorusi kiedyś nastanie demokracja. Bo, jak podkreślił, nie jest dobrze, gdy najważniejsze decyzje w państwie podejmuje jedna osoba – on sam. Tyle że – wskazał – muszą powstać silne partie polityczne z prawdziwego zdarzenia. Prezydent Łukaszenko z pewnością miał rację.
***

Uładzimir Podgoł, niezależny białoruski analityk i politolog:

System fałszowania wyborów stworzyły służby specjalne. System zawiera filtr, dzięki któremu członkowie komitetów wykonawczych [władz administracyjnych różnych szczebli – przyp. aut.] „odsiewają” opozycjonistów, którzy chcą wejść w skład komisji wyborczych. Mogą powiedzieć doktorowi habilitowanemu, że nie ma doświadczenia pracy w takich komisjach, a do jej składu powołać dozorcę.
Urzędnicy komitetów wykonawczych powołują lokalne komisje spośród pracowników jednego zakładu pracy – „kolektywu pracowniczego”, a na przewodniczącego wyznaczają ich szefa. W wielu komisjach są to zespoły nauczycieli z tej samej szkoły, a na ich czele stoi dyrektor szkoły. Wszyscy członkowie komisji za swą pracę otrzymują zapłatę porównywalną z ich wynagrodzeniami.

Podczas przedterminowego głosowania studenci są napędzani do urn pod groźbą eksmisji z domu studenckiego. Zmusza się też do głosowania pracowników sfery budżetowej. Następnie głosy tych, którzy głosowali przedterminowo, są po prostu fałszowane. Przez całe pięć dni i nocy urny z kartami wyborczymi nie mogą być monitorowane przez obserwatorów. Wszyscy niezależni obserwatorzy kontrolowali podczas wyborów liczbę osób, które przychodziły, by głosować. Tymczasem według oficjalnych danych liczba głosujących była wyższa i to nawet setki razy. Można o tym przeczytać w raportach organizacji praw człowieka.

Milicjanci obecni w lokalach wyborczych pełnią funkcje represyjne, czasem usuwając obserwatorów, a nawet ich bijąc i aresztując.

W rzeczywistości więc wybory przeprowadza władza wykonawcza wraz z tajnymi służbami. To oni wyznaczają swych ludzi i do komisji, i do składu rad – i na dokładkę imitują proces wyborczy. Nawet jeśli po wyjęciu kart wyborczych z urny, podczas ich sortowania, z wielkości układanych stosów widać, że kandydat demokratyczny otrzymał wielokrotnie więcej głosów niż przedstawiciel władzy, przewodniczący komisji wyborczej oznajmia zupełnie inny wynik, na przykład zamieniając liczbę głosów oddanych na opozycjonistę i zwolennika Aleksandra Łukaszenki.

Natomiast w wyborach lokalnych w marcu 2018 roku władze dopracowywały warianty wyborów do parlamentu oraz wyborów prezydenckich. Badano skuteczność schematów ich fałszowania i sprawdzano ludzi gotowych dokonywać dowolnych naruszeń ordynacji. Liczba opozycjonistów, którzy trafili do rad, nie miała w tym kontekście żadnego znaczenia.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



– Piotr Kościński,
dziennikarz, medioznawca i analityk ds. międzynarodowych. Współpracuje z tygodnikiem „Idziemy” i wykłada na AFiB Vistula. Jest autorem kilku powieści o tematyce historycznej, m.in. niedawno wydanej „Obrońca Grodna. Zapomniany bohater” i producentem dwóch filmów dokumentalnych.

Fragment książki „Jak sfałszować wybory”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Trzecia Strona. Tytuł i śródtytuły od redakcji.
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Moskwa gotowa do konfrontacji z Zachodem
W Rosji wciąż mocna jest wiara w to, że najlepszym lekarstwem na korupcję, biedę i panoszenie się biurokracji jest „silny przywódca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Przyzwolenie na przemoc wobec białych
– Nasi pragną swojej ziemi! – elita polityczna RPA otwarcie zachęca do wywłaszczania białych farmerów.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wielkie oszustwa. Nauka to nie tylko arena wiekopomnych odkryć…
Nie ma już „mistrzów i ich szkół”. Jest masowe wytwarzanie „inteligencji” i biznes nazywany nauką.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Prezydent na wojnie z narkotykami, Kościołem i Ameryką
Do zachodnich organizacji praw człowieka zwrócił się: - Przepraszam, czy uważacie nas za małpy, które mówią?!
Cywilizacja wydanie 2.11.2018 – 9.11.2018
Czy Niemcy bez Angeli Merkel będą niebezpieczni dla Europy?
Zamordowała ojca. Uśpiła Niemców. Metoda polityczna Angeli Merkel