Cywilizacja

Selfie z mszą. Pielgrzymowanie zamieniło się w turystykę

W schroniskach na szlaku prędzej spotka się plakat promujący równość płci niż symbole religijne. Nie raz trudno trafić na otwarty kościół, a poważnym wyzwaniem jest uczestnictwo w niedzielnej mszy.

Wszystkie drogi prowadzą do św. Jakuba. Fot. Wkipedia/Manfred Zentgraf, Volkach, Germany
– Peregrina, peregrina! – krzyczy za dziewczyną kierowca, który z piskiem opon zatrzymał swoją ciężarówkę. – Idziesz do Santiago? – pyta, nie czekając na odpowiedź. – Pomyliłaś szlak, musisz zawrócić – tłumaczy, dziwiąc się, że jego rozmówczyni, choć jest już po godzinie 10.00, nie rusza jeszcze na pielgrzymkowy szlak, tylko w siąpiącym deszczu wdrapuje się na nadmorski deptak, by zobaczyć, jak fale Morza Kantabryjskiego rozbijają się o wysokie klify porośnięte obłędnie zieloną trawą.

W Llanes, rybackim miasteczku hiszpańskiego regionu Asturia, człowiek przemierzający brukowane uliczki z plecakiem i kijkami trekkingowymi niemal automatycznie uważany jest za „peregrino”, czyli pątnika, który zmierza pieszo do grobu apostoła Jakuba w Santiago de Compostela.

Zwłaszcza jeśli przybysz z dobytkiem na plecach pojawia się tam poza sezonem turystycznym, kiedy pustoszeją urokliwe plaże północnej Hiszpanii, a amatorzy wspinaczki w pobliskim masywie Picos de Europa odkładają wysokogórskie wyprawy do następnego sezonu.
Pielgrzym powinien poruszać się ze specjalnym paszportem czyli Credencial. Przybite w nim pieczątki na kolejnych odcinkach dokumentują przebytą drogę. Fot. Agnieszka Niewińska
Przez Llanes wiedzie bowiem Camino del Norte – północy szlak prowadzący do Santiago de Compostela. Ciągnąca się wzdłuż północnego wybrzeża półwyspu iberyjskiego trasa jest jedną z najdłuższych hiszpańskich dróg do katedry W Santiago – liczy 825 km.

Z paszportem pielgrzyma

Jesienią, a nawet zimą do Santiago wybierają się ci pielgrzymi, którzy nie boją się deszczu i wiatru, za to chcą uciec od tłumów, by na pielgrzymim szlaku znaleźć nieco spokoju, ciszy i samotności. – Jeśli chcesz przejść francuską drogę św. Jakuba, lepiej wybrać się na nią właśnie zimą. Latem są tam tysiące pielgrzymów, stale się kogoś mija, do alberg (specjalnych schronisk dla pielgrzymów –red.) są wyścigi – opowiada Victor, hiszpański bloger i doświadczony pielgrzym.

Po jego filcowym kapeluszu i pielgrzymim kiju z kolorowymi wstążkami widać, że przeszły z Victorem niejeden szlak. – Mnie akurat interesują nauki społeczne, socjologia, a francuska droga to idealne miejsce do badań. Spotka się tam wiele typów ludzi z niemal wszystkich zakątków świata.

Drogę francuską wybiera 60 proc. pielgrzymów. Szlakiem portugalskim podąża do grobu św. Jakuba niespełna 20 proc. z nich. Blisko 6 proc. wybiera szlak północy wzdłuż wybrzeża, a 4,5 proc. Camino Primitivo, czyli najstarszy szlak do Santiago zaczynający się w stolicy Asturii – Oviedo. Jednak do Santiago wiodą szlaki niemal z każdego zakątka Europy. Oznaczone są muszlą św. Jakuba i żółtymi strzałkami.

Drogi św. Jakuba przecinają także Polskę. W tej chwili przez nasz kraj przebiega około 7 tys. km szlaku do Santiago. Mamy 650 km Camino Polaco z Ogrodnik aż do Trzemieszna na granicy Kujaw i Wielkopolski, Via Regia biegnącą ze Lwowa przez Małopolskę, Dolny Śląsk – na terenie Polski to ponad 900 km.

Jest też droga Beskidzka, Małopolska, Pomorska… O ich przebiegu i warunkach pielgrzymowania szczegółowo informuje strona internetowa Przyjaciół Dróg św. Jakuba w Polsce.

Bezbożni Latynosi. Ten region zawsze był twierdzą skrajnie antykościelnej masonerii

Katolicka Ameryka Łacińska to mit. Wolnomularze stoją u fundamentów wszystkich niemal rewolucji niepodległościowych (co często znaczyło także antykatolickich) w całym regionie.

zobacz więcej
Trasę można pokonywać pieszo, rowerem, a nawet konno. W całości albo etapami – część przejść jednego roku i wrócić na trasę w kolejnym. Pielgrzym powinien poruszać się ze specjalnym paszportem, czyli Credencial. Przybite w nim pieczątki na kolejnych odcinkach dokumentują przebytą drogę.

Pielgrzymki do grobu św. Jakuba Większego rozpoczęły się na krótko po odnalezieniu jego szczątków w 813 r. Opuszczony grobowiec odnalazł pustelnik Pelayo, a o swoim znalezisku powiadomił biskupa Teodomira. Św. Jakub Większy ewangelizował północną cześć półwyspu iberyjskiego, ale w 42 r. wrócił do Jerozolimy, gdzie zginął śmiercią męczeńską, został ścięty. Jak głosi legenda jego uczniowie przywieźli jego ciało do Galicji, gdzie je pochowano.

Siedem wieków później trafił na nie Pelayo. Według legendy znalazł szczątki z odciętą głową, a przy grobowcu tabliczkę z napisem: „Tu leży Santiago, syn Zebedeusza i Salome”. Biskup Teodomir o odkryciu powiadomił króla Alfonsa II, który jako pierwszy odbył pielgrzymkę do grobu apostoła i nakazał zbudowanie świątyni.

Najwięcej pątników docierało do Santiago w średniowieczu – nawet półtora miliona rocznie. Muszle, które są dziś symbolem pielgrzymujących do Santiago w drodze miały służyć im do zaczerpywania wody.

W kolejnych wiekach wyprawy do grobu św. Jakuba straciły na popularności. Ponowne zainteresowanie pielgrzymim szlakiem zaczęło rosnąć w latach 80. ubiegłego wieku. O Camino w 1982 r. przypomniał papież Jan Paweł II, a Rada Europy uznała, że szlak ma historyczno-kulturowe znaczenie dla Europy i zaapelowała o odnawiania dawnych dróg i kultywowanie tradycji.

Droga św. Jakuba została ogłoszona pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym w 1987 r., a w 1993 r. wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO

Dmuchana lala dla pielgrzyma

W styczniu Biuro Pielgrzyma w Santiago de Compostela podało, że padł historyczny rekord. W 2017 r. do Santiago dotarło 301 tys. pielgrzymów – o 8,3 proc. więcej niż rok wcześniej. W tym roku wynik będzie jeszcze lepszy, bo pielgrzym numer 300 000 pojawił się w Santiago już w połowie października.

Jak to możliwe, że padają pielgrzymkowe rekordy, skoro laicyzacja Europy z roku na rok postępuje? Doroczne statystyki pokazują, że w samej Hiszpanii rośnie odsetek ateistów. Spośród 70 proc. tych, którzy deklarują się jako katolicy ledwie 30 proc. bierze udział w jakichkolwiek obrzędach religijnych, a regularnie w niedzielnej liturgii uczestniczy jedynie 14 proc.

W Niemczech z Kościoła katolickiego w ostatnich latach odchodziło nawet 180 tys. katolików rocznie. We Włoszech – kraju, z którego do Santiago przybywa najwięcej pielgrzymów spoza Hiszpanii – do 30 proc. wzrosła liczba młodych deklarujących się jako ateiści, podczas gdy jeszcze w latach 80. i 90. stanowili oni od 10 do 15 proc.
Przystanek na drodze do Santiago. Ale dla tych, którzy uważają, że nie podołają drodze z dobytkiem na plecach w ofercie jest nawet transport plecaków. Fot. Agnieszka Niewińska
Rosnącą popularność Camino de Santiago można tłumaczyć tym, że coraz więcej z nas podróżuje, świat się skurczył, bo już za równowartość kilkudziesięciu euro można dolecieć do Hiszpanii z drugiego końca Europy.

Jest jednak i druga strona medalu. Wraz z laicyzacją Europy laicyzuje się także droga św. Jakuba, stając się w coraz większej mierze atrakcją turystyczną, wakacyjnym wyczynem, innym sposobem na spędzenie wakacji niż wczasy all inclusive w jednym ze słonecznych kurortów.

Włodarzom Galicji (jednego z najbiedniejszych regionów Hiszpanii) zależy na każdym pielgrzymie niezależnie od jego motywacji, bo ruch pątników to pieniądze dla regionu. Władze Galicji co roku ulepszają trasy, poprawiają oznaczenie, dbają by pielgrzymi mieli gdzie spać.

Na hiszpańskich trasach z noclegiem nie ma problemu. Są miejskie albergi za 6-7 euro, jak i nieco droższe zakładane przez prywatnych właścicieli. Ci otwierają także miejsca, w których pielgrzymi mogą coś zjeść, zrobić zakupy, wyprać ubrania.

Dla tych, którzy uważają, że nie podołają drodze z dobytkiem na plecach w ofercie jest nawet transport plecaków.
Są i bardziej kreatywni handlowcy. Wchodzący do Mondoñedo pielgrzymi mają do dyspozycji oznaczony pielgrzymimi muszlami automat oferujący nie tylko plastry, ładowarki czy baterie, ale i środki antykoncepcyjne, całą gamę gadżetów erotycznych z dmuchaną lalką włącznie.

Niemcy czują się jak w domu

Galicja czy sąsiadująca z nią Asturia promują drogę w mediach głównie jako wydarzenie kulturalno-turystyczne. W czerwcu galisyjskie gazety relacjonowały wizytę w Santiago marszałka polskiego senatu Stanisława Karczewskiego donosząc, że Camino będzie promowane w Polsce, tak by coraz więcej Polaków ruszało na hiszpańskie szlaki.

Wszystko to sprawia, że przybywa pielgrzymów, którzy na oznaczony muszlą szlak nie wychodzą z religijnych pobudek. – Widzę, że masz na szyi krzyż – zagaduje jedną z pątniczek niespełna 30 letnia Francisca, która na Camino przyjechała z Berlina, a na szlaku spędziła miesiąc. – Jesteś wierząca? Przyjechałaś tu z powodów religijnych? – dopytuje wyraźnie zaskoczona i zaraz wyjaśnia, że podczas kilku tygodni marszu w kierunku Santiago nie spotkała nikogo, kto by na szlak ruszył z pobudek religijnych.

Sama – jak wyjaśnia – zdecydowała się ruszyć na Camino, bo po kilku latach rozstała się z chłopakiem i potrzebowała wyjechać na dłużej, żeby wszystko sobie poukładać.

Przybysze znad Sprewy to w ostatnich latach druga największa grupa zagranicznych pielgrzymów na Camino – po Włochach. – Deutschland? – rzuca pytająco młody chłopak, który dogania mnie na wzniesieniu tuż za asturyjskim miasteczkiem Navia. I ze zdziwieniem przyjmuje fakt, że tym razem nie trafił na rodaka. – Czasem czuję się tu jakbym wcale nie wyjechał za granicę, bo w alberdze nocuję z Niemcami, wchodzę do baru na śniadanie, a tam Niemcy, po drodze też mijam przede wszystkim Niemców – śmieje się.

Lewica chce wyrzucać z grobów

Kiedyś szczątki człowieka bez szacunku traktowali tylko „dzicy”, „zwyrodnialcy” albo ludzie ogarnięci rewolucyjnym szałem.

zobacz więcej
I wyjaśnia. co zmotywowało przybyszów z kraju Goethego do pielgrzymowania. Nie chodzi o religijne ożywienie. – Niedawno wyszła w Niemczech książka na temat Drogi św. Jakuba, a także film, w którym jeden z satyryków pokazał swoją wyprawę do Santiago. Obraz zdobył taką popularność, że wielu z nas też postanowiło ruszyć na Camino de Santiago – mówi.

Starszy pielgrzym z Japonii, gdy już zregenerował się po dotarciu do schroniska, szuka rozmówcy, z którym mógłby zamienić kilka zdań. Choć zna zaledwie kilka słów po angielsku, to z dodatkiem gestów dogadujemy się bez problemu. Tłumaczy, że na Camino jest po raz pierwszy.

Drogę pokonuje rowerem i na pewno wróci na szlak św. Jakuba za rok. – Jestem emerytem. Mam dużo czasu, ale mało pieniędzy. Camino to idealne wakacje. Cały dzień ja go, go, go – mówi, pokazując, jak pedałuje na swoim bicyklu. – A wieczorem 6 euro sleep – dodaje, składając dłonie w geście oznaczającym sen. Wyciąga też swój japoński przewodnik, pokazując, że za rok z jednośladem planuje ruszyć na portugalski odcinek Drogi św. Jakuba.

Trójka Gwatemalczyków na Camino przyjechała przy okazji odwiedzin u hiszpańskich przyjaciół. – Kiedy kilkanaście lat temu byłam w Madrycie, do pociągu wpadła zdyszana dziewczyna z dużym plecakiem. Usiadła obok mnie i zaczęłyśmy rozmawiać. Ruszała właśnie na Camino de Santiago. To od niej po raz pierwszy usłyszałam o Drodze św. Jakuba. Postanowiłam, że kiedyś ruszę na ten szlak i w tym roku się udało – opowiada Nely.

Jej przyjaciółka, Lilii, przyznaje, że choć była wychowana jako katoliczka, to nie jest wierząca. – Fascynuje mnie ta droga, ale nie jestem tu z powodów religijnych. Nie szukam w niedzielę mszy świętej, choć żałuję że wiele kościołów i kapliczek na szlaku jest zamkniętych. Chętnie zajrzałabym do środka – mówi.

Polacy szukają mszy

Dla niejednego idącego do Santiago Polaka sporym zaskoczeniem może być to, że w albergach na pielgrzymim szlaku – o ile nie jest to klasztor czy seminarium – prędzej spotka się plakat promujący równość płci na Camino niż symbole religijne, czy choćby wizerunek apostoła Jakuba. Nie raz trudno trafić na otwarty kościół, a poważnym wyzwaniem jest uczestnictwo w niedzielnej mszy.

W wielu mijanych na trasie kościołach niedzielna Eucharystia odbywa się rotacyjnie, co którąś niedziele. W pielgrzymich schroniskach brakuje informacji o godzinach liturgii, często nawet w miasteczku trudno znaleźć kogoś, kto wie, gdzie można wziąć udział w niedzielnej mszy.
Zimą do Santiago wybierają się pielgrzymi, którzy chcą uciec od tłumów. Fot. PAP/EPA/Eliseo
Nawet nocując w klasztorze, nie ma gwarancji, że zakonnicy odprawią dla pielgrzymów mszę. Cystersów z Sobrado de los Monjes w Galicji o niedzielną Eucharystię zagaduje nie kto inny, tylko przybyli na nocleg Polacy:

– Proszę ojca, nie odprawiacie w niedzielę mszy dla pielgrzymów? – pytają zakonnika, który spisuje dane pątników.

– Rano jest msza, o 11.00 – odpowiada duchowny.

– Ale by tu dojść, trzeba pokonać 40-kilometrowy odcinek, nikt przecież na 11.00 nie zdąży – dziwią się.

– Racja, nikt nie zdąży – odpowiada niczym nie zrażony zakonnik. – Jest tu jeszcze kościół parafialny, ale proboszcz ma pod sobą chyba z siedem parafii. Tutaj odprawia mszę raz na kilka tygodni – dodaje.

– Czyli załapaliśmy się tam dziś na mszę zupełnym przypadkiem – cieszą się polscy pielgrzymi.

– A widzicie? Opatrzność – uśmiecha się zawadiacko ojciec. Dodaje, że Polacy bardzo często w drogę ruszają z własnym kapelanem, więc nie mają problemu ze znalezieniem Eucharystii.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Taką strategię przyjęła też grupka pielgrzymów z amerykańskiego stanu Kentucky. Kilkanaścioro młodych ludzi, którzy skończyli szkołę średnią i stoją przed wyborem drogi życiowej namówili swojego duszpasterza na wyjazd na Camino.

– Nie wiem jeszcze, czy od razu pójdę na studia. Myślę o tym, by poświęcić rok na pracę charytatywną, może zajmę się ewangelizacją – opowiada Ann, drobna długowłosa brunetka, która chętnie oddala się od przyjaciół z Kentucky, by zagadywać innych pielgrzymów. – Czy Camino przybliżyło cię Chrystusa? Masz jakieś intencje, w których chcesz żebym się pomodliła? – proponuje i prosi, by pomodlić się za nią. Niejednego caminowicza wprawia tym w zdumienie.

Kiedy tuż po szóstej rano duszpasterz młodzieży z Kentucky na kamiennym stoliku przed klasztorem w Sobrado de los Monjes odprawia mszę dla swoich podopiecznych, wzbudza sensację wśród wychodzących z albergi pielgrzymów. Przyglądają się z zainteresowaniem, a gdy mijają modlących się Amerykanów, wyciągają smartfony, by robić selfie z mszą. – Pierwszy raz coś takiego widzę – tłumaczy zachwycony Gwatemalczyk, pokazując mi swoje zdjęcie.

Nowy dziedziniec pogan

Choć niełatwo dostrzec to na szlaku, to jednak z oficjalnych statystyk Biura Pielgrzymów wynika, że 43,5 proc. pątników deklaruje religijny motyw pielgrzymowania. 47,4 proc. oprócz powodów religijnych podaje także inny (np. sportowo-turystyczny).

Skąd ten rozdźwięk między statystykami a obserwacjami z pielgrzymowania po szlaku? Jednym z warunków otrzymania Composteli, czyli wydawanego przez Katedrę w Santiago certyfikatu odbycia pielgrzymki jest przejście co najmniej 100 ostatnich kilometrów (lub 200 km rowerem) i religijny lub duchowy motyw jej podjęcia. Pielgrzymi także z tego powodu deklarują taki cel wędrówki.

Kamila Pasławska, która od lat działa w środowisku pielgrzymujących do Santiago, należy do Konfraterni św. Jakuba Starszego przy Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie i działa w stowarzyszeniu Przyjaciół Dróg św. Jakuba w Polsce, widzi to jednak nieco inaczej.

Kościelny szyk to mody krzyk

Katolicyzm na wybiegu. Między wzniosłą ideą a bluźnierstwem.

zobacz więcej
– Motyw religijny postrzegamy w kategorii wiary katolickiej lub innych wyznań chrześcijańskich. Oczywiście św. Jakub, do którego grobu się pielgrzymuje to święty katolicki, ale przecież trasę przemierzają osoby różnych wyznań, na szlaku jest chociażby wielu Japończyków. Choć nie są katolikami, to trudno im odmówić duchowych motywacji. W ich kulturze od wieków pielgrzymuje się do świątyń różnych wyznań – zauważa.

Sama ma spore doświadczenie w pielgrzymowaniu. Via Regia, czyli dolnośląskie Camino przemierzyła kilka lat temu aż do Lipska. Przeszła też hiszpańskie Camino Primitivo. Wytyczała mazowiecką trasę do Santiago. – Camino nauczyło mnie, by nie oceniać innych. Zdarzało się na trasie, że ci pielgrzymi, po których najmniej się tego spodziewałam razem ze mną wchodzili do kościoła – mówi.

– Wróciłam właśnie z konferencji o Camino de Santiago, która odbyła się w Krakowie. W jednym z odczytów ks. Elisardo Temperán Villaverde, sekretarz kurii w Santiago de Compostela powiedział, że Camino de Santiago, to „nowy dziedziniec pogan”, miejsce ewangelizacji. I ja się z tym zgadzam. Zwróciłam na to uwagę już wiele lat temu. Na Camino spotykają się wierzący i ateiści, katolicy, chrześcijanie i wyznawcy innych religii. Mam wrażenie, że kościół hiszpański zaczyna zauważać, że Camino jest okazją do ewangelizowania pielgrzymów, przybywa inicjatyw duszpasterskich. Jednak barierą jest brak kapłanów w Hiszpanii. Stąd czasem trudno na szlaku znaleźć mszę. Pojawiły się nawet pomysły, by chociaż do Santiago de Compostela wysyłać polskich księży, padły też propozycje, by polskie zgromadzenia otwierały schroniska dla pielgrzymów – opowiada.

Zwraca jednak uwagę, że tym, co najbardziej wpływa na pielgrzymów jest postawa innych napotkanych w drodze ludzi. – Pamiętam, jak na jednym z odcinków polskiego Camino z grupą pielgrzymów weszliśmy do kościoła i padła propozycja, żeby się pomodlić. Zauważyłam wówczas młodego chłopaka, który z kieszeni wyciągnął różaniec. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie to, że ten młody człowiek po prostu miał go ze sobą – wspomina.

Zofia Gołacka razem z mężem Janem niespełna miesiąc temu wrócili z północnego szlaku. W tym roku pokonali około 400 km z Oviedo do Santiago.– Nieczęsto widzi się ludzi wędrujących z różańcem w ręku – poza Polakami spotkaliśmy modlących się w drodze Koreańczyków, Wietnamczyków – przywołuje wspomnienia pani Zofia i dodaje, że zawsze pielgrzymowanie do Santiago de Compostela zaczynają z mężem w którymś z sanktuariów maryjnych – w Fatimie lub w Lourdes.

W wielu krajach działają takie wspólnoty pielgrzymów, jak warszawska Konfrateria św. Jakuba Starszego. Fot. Kamila Pasławska
– Na szlak zabieram drobne upominki z Polski, w sanktuariach kupuję obrazki, medaliki. Rozdajemy je na pamiątkę szczególnie sympatycznym pielgrzymom, hospitalerom, czyli gospodarzom alberg. Proszę mi wierzyć, że kiedy rozdawałam medaliki z Matką Boską Fatimską, zdarzyły się osoby, które nie wiedziały, co to takiego jest – opowiada i dodaje, że w grupie pielgrzymów zdarzają się dyskusje na tematy religijne. – Zwłaszcza w małych albergach, kiedy wszyscy razem siadamy do kolacji. Ja przed posiłkiem robię znak krzyża. Pamiętam, jak pewnego razu wzbudziło to poruszenie wśród dwóch dziewczyn z Niemiec. Skomentowały to po niemiecku. Nie znam tego języka, ale jedna z siedzących przy stole Polek zrozumiała ich wymianę zdań i powiedziała, że wzbudziłam wśród nich sensację.

Turystyczne buty w Sylwestra

Państwo Gołaccy na Camino byli już siedmiokrotnie. Przeszli nawet liczącą 1100 km Via de la Plata wiodącą z andaluzyjskiej Sevilli. Pokonanie trasy zajęło im około 2 miesięcy. – Wszystko zaczęło się osiem lat temu, kiedy z franciszkanami pojechałam na wycieczkę do Hiszpanii – opowiada pani Zofia. – W programie było Santiago de Compostela. Przewodniczka poprosiła, żebyśmy stanęli do wspólnego zdjęcia na tle katedry. Akurat przechodził pielgrzym z Włoch i poprosiłam go, żeby zapozował z nami. A koleżance powiedziałam, że za rok przyjdę do Santiago tak jak on.

Po powrocie do Polski poszła do księgarni, gdzie w ręce wpadła jej książka „Nie idź tam człowieku” Andrzej Kołaczkowskiego-Bochenka o drodze do Santiago. – Już sam tytuł wprawił mnie w zdumienie. Poprosiłam o odłożenie tej pozycji i przewodnika po Camino. Przy kolacji zapytałam męża, co powiedziałby na to, gdybym wyruszyła na trzy, cztery miesiące w drogę – pieszo do Santiago. Nie rozumiał o czym mówię, ale jeszcze tej samej nocy wertował internet. Przy śniadaniu zaproponował, że razem pójdziemy na pielgrzymkę. Najpierw pojedziemy do Lourdes, a stamtąd do Saint-Jean-Pied-de-Port, gdzie zaczyna się francuska droga św. Jakuba. Do przejścia było 810 km – wspomina pani Zofia.

Zarezerwowane książki kupili tego samego dnia i z każdym tygodniem zbliżali się do drogi. – 31 grudnia, kiedy wszyscy szykowali się do zabawy sylwestrowej, my poszliśmy do sklepu turystycznego, w którym kupiliśmy buty – mówi. Po pierwszej francuskiej drodze przyszły kolejne. – Camino nas tak wciągnęło, że teraz już nie wyobrażamy sobie roku bez Drogi św. Jakuba.

Czy pójdą po raz ósmy? Z każdej wyprawy wracają tak zmęczeni, że ani myślą ruszać w kolejną, ale mija kilka miesięcy i znów szykują się do pielgrzymki. – W tym roku prosiłam św. Jakuba w Katedrze, by wezwał nas po raz ósmy – opowiada pani Zofia. Chcą jeszcze przejść nadbrzeżne Camino portugalskie. – Musimy tam jeszcze być. Jeśli będzie zdrowie, to damy radę, bo jak bardzo się czegoś chce, to i pieniądze się znajdą – mówi z nadzieją.

Klasówka z polnych duchów? Neopoganie jak katolicy

Będą mogli prowadzić zajęcia z religii w szkołach państwowych i udzielać ślubów. Mogą też liczyć na ulgi podatkowe oraz przyznanie czasu antenowego w telewizji.

zobacz więcej
Spotykamy się na uroczystości przyjęcia nowych członków do Konfraterni św. Jakuba. Senior mieczem pasował dwójkę nowych konfratrów. Wielu członków cieszy się już emeryturą, więc nie muszą się martwic o to, jak zorganizować cztery czy sześć tygodniu urlopu, by ruszyć na długi odcinek Camino. W tym towarzystwie niemal każdy może pochwalić się wieloma tysiącami kilometrów przebytych do Santiago. Senior Konfraterni w tym roku pokonał ich 1,4 tys.

Marek Mikulski z żoną Alicją od sześciu lat przemierzają szlaki do Santiago. Właśnie wrócili do kraju po pokonaniu całej trasy północnej i dodatkowych 120 km z Santiago do Finisterre – najdalej wysuniętego na zachód krańca Hiszpanii. To tam tradycyjnie wielu pielgrzymów kończyło pielgrzymowanie. Tam też stoi ostatni na Camino słupek oznaczony jako kilometr 0. – Nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego co roku wracamy na Camino. Po prostu coś nas tam ciągnie – mówi.

W pierwszą drogę, którą zaczęli z Pampeluny zabrali też syna Roberta, który zna język hiszpański. – Akurat gdy tam dojechaliśmy, w mieście było pełno ludzi, trwało święto z gonitwą byków. Kilka godzin szukaliśmy szlaku, bo w mieście było pełno oszołomionych winem turystów, którzy nie potrafili wskazać nam drogi. Wszystkie miejsca noclegowe były zajęte, więc ruszyliśmy od razu w drogę. Padliśmy dopiero o trzeciej w nocy, zasnęliśmy na szlaku – wspomina pan Marek. Dodaje, że nie raz na trasie byli w opałach. – W Pirenejach zgubiliśmy szlak, błądziliśmy przez kilka godzin zanim spotkaliśmy człowieka, który pokazał nam drogę do schroniska górskiego. Nocleg trzeba tam rezerwować na rok w przód, takie mają obłożenie. My nie mieliśmy żadnej rezerwacji. Okazało się, że były trzy wolne miejsca, akurat dla naszej trójki. A to nie jedyne cuda, jakie nas spotkały po drodze. Idąc, śpiewam głośno, modlę się, po piątym kilometrze odmawiamy różaniec. Kiedyś będąc w takim modlitewnym transie, zgubiłem drogę, nie widać było żadnych znaków. Zakrzyknąłem do Pana Boga: to teraz pokaż mi gdzie mam iść! I na niebie zobaczyłem wielką strzałkę. Może pani nie wierzyć, ale tak właśnie było.

Uściskać apostoła

Pielgrzymi, choć do Santiago docierają różnymi drogami, spotykają się na placu Obradoiro przed katedrą w Santiago. To tam pozują do pamiątkowych zdjęć z poznanymi w drodze przyjaciółmi albo z rowerami na ramionach. Dzielą się anegdotami, wrażeniami z zakończonej pielgrzymki, umawiają na spotkanie w cukierni przy tradycyjnym migdałowym cieście – Tarta de Santiago.

W Katedrze codziennie odprawiana jest msza dla wchodzących do miasta pielgrzymów. W ołtarzu za plecami celebransa stoi figura św. Jakuba. Ustawiają się do niej kolejki pielgrzymów, którzy chcą uściskać apostoła. Z nawy głównej widać tylko coraz to nowe ramiona oplatające figurę świętego.
Cel pielgrzymki. Rzeźby św. Jakuba i dwóch jego uczniów - Atanazego i Teodora nad Drzwiami Świętymi katedry w Santiago de Compostela. Fot. Agnieszka Niewińska
Duchowni z Santiago zdają sobie sprawę, że nie wszyscy pielgrzymi obecni na mszy wiedzą w czym uczestniczą, dlatego przed komunią w kilku językach informują, pod jakimi warunkami można do niej przystąpić.

Wielu zgromadzonych przychodzi właśnie na Eucharystię, ale część uczestniczy w niej, by po zakończeniu zobaczyć wprawione w ruch botafumeiro – 160-centymetrowe kadzidło zawieszone na linie pod kopułą katedry. Huśta nim ośmiu ubranych w purpurowe płaszcze tiraboleiros – specjalnych funkcjonariuszy katedralnych. Latające wzdłuż bocznej nawy botafumeiro może przekroczyć prędkość nawet 60 km/h i okadzić całą katedrę.

Zapach ziół z botafumeiro potrafi wycisnąć łzy, bo wiadomo, że oznacza koniec wędrówki i rozstanie z przyjaciółmi. Ale skłania też do refleksji nad tym, co przyniosły pielgrzymowi setki kilometrów, które przeszedł.

– Droga męczy, ale jednocześnie bardzo wzmacnia. Nauczyła mnie cierpliwości, większej otwartości na ludzi, spojrzenia na innych, a nie tylko na siebie. Dzięki Camino poznaliśmy wielu ludzi z całego świata, z którymi jesteśmy w stałym kontakcie – wylicza Zofia Gołacka. Kamila Pasławska mówi, że ją Camino zawołało. Odkąd zobaczyła w telewizji reportaż o drodze św. Jakuba, wiedziała, że kiedyś wyjdzie na szlak. – Na realizację tego marzenia czekałam 11 lat – podkreśla. – Camino bardzo wiele mi dało: rozwinęłam się duchowo, poznałam przyjaciół, świat, uwierzyłam w siebie. Ruszając do Santiago, miałam jakiś zamysł tej drogi, intencję. Ale sens mojego pielgrzymowania objawił się dopiero, kiedy dotarłam do celu. I to wcale nie w katedrze, tylko w Seminarium Mniejszym w Santiago de Compostela, gdzie się zatrzymałam – opowiada.

Po wielu problemach ze znalezieniem właściwej drogi do seminarium, po kłopotach z dogadaniem się z przyjmującym pielgrzymów hospitalero, zagubionym kluczem, w końcu dotarła do swojego pokoju. – Otworzyłam drzwi, a tam na ścianie na wprost drzwi wsiał krzyż. I pod tym krzyżem poczułam się jak w domu, bezpiecznie. Zrozumiałam, po co poszłam do Santiago – by spotkać Chrystusa – tłumaczy pani Kamila.

Kilka ostatnich lat poświęciła na piesze pielgrzymowanie etapami do Jerozolimy – trasą, którą sama opracowała. Chce jeszcze wrócić na Drogę św. Jakuba, gdzie pielgrzymi pozdrawiają się zawołaniem „buen camino”, czyli „dobrej drogi”.

– Agnieszka Niewińska
Pielgrzym. Camino Marka Kamińskiego
Zdjęcie główne: Wędrować do Santiago można pieszo, na rowerze i konno. A także z osiołkiem. Fot. Getty Images/Romy Arroyo Fernandez/NurPhoto
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Pole bitwy w centrum światowego biznesu
Protesty trwają już czwarty miesiąc. – Najbardziej przerażające jest to, że się do nich przyzwyczailiśmy – mówi 19-letni aktywista John.
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Dlaczego Putin pokochał Gretę Thunberg?
Czy urządzenia do wydobycia gazu i ropy oraz budynki mieszkalne na rosyjskiej Dalekiej Północy zawalą się?
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Memento mori. Jak przygotować się na szczęśliwą śmierć
Ilekroć spotkamy orszak pogrzebowy, ile razy usłyszymy o czyimś zgonie, mówmy do siebie: mnie to samo jutro czeka.
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Nieśmiertelność. W ciekłym azocie czy w superkomputerze?
200 tys. dolarów kosztuje zamrożenie ciała po śmierci. A niebawem mogą powstać maszyny, które dadzą życie wieczne naszym mózgom.
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Nie wie strona lewa, co czyni prawa – czyli co mają wspólnego...
Dziś leworęcznych jest więcej, bo nikt już, mam nadzieję, nie „przestawia” ich na siłę.