Rozmowy

Mówiła do mnie „ty nędzny, mały realisto”, „ty ludzka żabo”

– Nie lubię rozmawiać z filmowcami, niewiele mi mogą powiedzieć. Od innych ludzi dowiaduję się ciekawych rzeczy – mówi Janusz Kondratiuk.

Na ekrany wchodzi właśnie jego najnowszy, oparty na faktach film „Jak pies z kotem”. To opowieść o relacjach ze starszym bratem, reżyserem Andrzejem Kondratiukiem. Akcja koncentruje się na ostatnim roku życia Andrzeja (Olgierd Łukaszewicz), którym Janusz (Robert Więckiewicz) opiekuje się w swoim domu w podwarszawskim Łosiu. Na tegorocznym festiwalu w Gdyni nagrody za drugoplanowe role dostali Aleksandra Konieczna, która wcieliła się w rolę Igi Cembrzyńskiej, oraz Olgierd Łukaszewicz.

Andrzej Kondratiuk z żoną Igą Cembrzyńską w ogrodzie w Gzowie. Fot. TVP
TYGODNIK.TVP.PL: Dlaczego tak długa przerwa dzieli „Jak pies z kotem” od pana poprzedniego filmu, „Milion dolarów”? To osiem lat.

JANUSZ KONTRATIUK: Bardziej interesuje mnie prawdziwe życie niż film. Widocznie przez tych osiem lat było na tyle ciekawe, że nie chciałem sobie przeszkadzać. Poszedłem na emeryturę, wybudowałem dom. Praca nad filmem potrafi być oczywiście fascynująca, ale z prawdziwym życiem równać się nie może.

Film powinien być blisko życia?

Zawsze starałem się tak robić. Chciałbym, żeby moje filmy dało się obejrzeć po latach i by pokazywały, jak naprawdę żyliśmy.

Jest pan więc realistą do szpiku kości. W filmie Iga mówi do Janusza: „ty nędzny, mały realisto” i to nie jest komplement.

Tak było naprawdę. Zwracała się też do mnie „ty ludzka żabo”. Gdy Iga i Andrzej robili filmy o samych sobie, śmiałem się. Ich życie nie wyglądało tak jak ten świat , który wykreowali w Gzowie.
Janusz Kondrartiuk na planie filmu "Jak pies z kotem". Fot. PAP/StrefaGwiazd/Marcin Kmieciński
Napisał pan bardzo osobisty scenariusz i wyreżyserował według niego film. To wymaga odwagi.

To nie jest film autobiograficzny, ale trzeba robić filmy o tym, co się dobrze zna. Nie chodzi w nim o to, czy kochaliśmy się z bratem, czy nie. To moja sprawa. Opowiadam o tym, że umierać powinno się w otoczeniu rodziny, u siebie w domu, a nie w samotności.

Nie spodziewałem się, że będę miał takie przyjęcie u widzów, przecież zrobiłem mały, kameralny film z czwórką aktorów. Publiczność wstaje, klaszcze. Po seansie ludzie nie kończą pytań, bo są wzruszeni. Zrozumiałem więc, że zrobiłem film , który dociera do wszystkich.

Każdy z nas albo miał, albo będzie miał z taką sytuacją do czynienia.

Dopóki Andrzej nie zachorował, nie wyobrażałem sobie nawet, ile trzeba mieć cierpliwości, by znieść ciężką chorobę. Jakie pokłady wściekłości i goryczy uruchamiają się w człowieku, który przeszedł udar i nie może się ruszać. Wydaje się, że chory bredzi, ale dla niego te wizje są realne. Jest w równoległym świecie, zmysłowym, pełnym dźwięków i zapachów, w którym nie ma sennego zamglenia. Trzeba więc wchodzić razem z nim w jego fikcję, towarzyszyć, wtedy uda mu się stamtąd wyjść. Inaczej dochodzi do wybuchu żalu i wściekłości. Tego się nauczyłem.

Wizje Andrzeja są idealnie wtopione w film, orientujemy się, że to nie dzieje się naprawdę, bo np. do sypialni nagle wchodzi niedźwiedź, prawdziwy niedźwiedź.

Sztuczny by tak nie zagrał. To był świetny, czeski niedźwiedź, profesjonalny aktor. Wszedł, zrobił co do niego należało, dostał herbatniki i poszedł sobie razem ze swoimi opiekunami. Popsuł mi niestety pazurami żaluzje i to tak, że ludzie, którzy przyszli je naprawiać pytali, co się stało. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że to zrobił niedźwiedź, szybko zrobili więc swoje i uciekli.

Człowiek czasem spotyka się z wrogością organu, zwanego mózgiem. Mózg jest przede wszystkim leniwy i zamiast rzeczywistości ukazuje nam Bóg wie co. Najgorsze, że miewa tendencje samobójcze i bardzo często chce nas wykończyć. Podpowiada wtedy najgorsze rozwiązania. W ekstremalnych przypadkach kończy się to tak, że facet przed sądem zeznaje, że zastrzelił pięcioro dzieci i żonę, bo nie miał innego wyjścia.

Prymitywny nacjonalizm, siermiężna dyktatura, buraczani aparatczycy. Polityczna perswazja w artystycznym majstersztyku

Aluzje do sporów i awantur, jakich jesteśmy świadkami w naszych czasach, są w „Zimnej wojnie” aż nazbyt czytelne.

zobacz więcej
Wizje, które produkuje mózg są tak wyraziste, że odbiera się je jako prawdę. Pewnego razu gdy byłem w szpitalu, przyszła do mnie rodzina. Bardzo nieostro ich widziałem, pomyślałem, że mam omamy. Okazało się jednak, że to pielęgniarki zabrały mi okulary.

Tytuł filmu, „Jak pies z kotem”, odzwierciedla stosunki między panem i panem Andrzejem?

Widziała pani, jak się bije pies kotem? Piekło i szatani, obnażone kły, wytrzeszczone oczy, pazury na wierzchu. Do takich spięć dochodziło między nami przez całe życie.

Robili jednak panowie razem filmy, np. „Wniebowziętych”.

Andrzej całe życie eksperymentował, nakręcił kilka filmów, które były dobrze przyjęte. W 1970 r. zrobił „Hydrozagadkę”. Krytyka bardzo ten film zjechała. Daniel Passent napisał, że to była „Hydrowpadka”. Teraz to jest film kultowy.

Mój brat obraził się wtedy na cały świat. Znalazł z Igą, którą poznał na planie „Hydrozagadki” Gzowo, wyprowadzili się tam i robili swoją sztukę. Nie potrzebowali nikogo oprócz siebie, a już na pewno nie krytycznego realisty jak ja.

Pani Iga Cembrzyńska popierała pomysł powstania filmu „Jak pies z kotem”?

Oczywiście. Była przy pracy nad filmem cały czas, przecież mieszka u mnie. Jest artystką, więc zaakceptowała i zgodziła się, że musi odsłonić pewną prawdę o sobie. Ta prawda nie jest dla niej kompromitująca, bo jak pani by się zachowała, gdyby pani ukochany mąż leżał bezwładny?

Człowiek nigdy nie wie, jak zareaguje w sytuacji ostatecznej. Można być spokojnym, ale można też zwariować lub topić smutki w alkoholu. Zwłaszcza gdy nie ma się siły, by tego drugiego człowieka ruszyć, nie wspominając już o detalach fizjologicznych. Poza tym dochodzi do zderzenia z bólem i wściekłością chorego, z jego tyranią, która potęguje się wraz z chorobą.
Olgierd Łukaszewicz jako Andrzej w filmie "Jak pies z kotem", reż. Janusz Kodratiuk. Fot. PAP/StrefaGwiazd/Marcin Kmieciński
Jak dobierał pan aktorów?

Długo to trwało, przeglądałem zdjęcia, oglądałem fragmenty filmów. Gdy już byłem pewny, postawiłem na Roberta Więckiewicza i do Ola Łukaszewicza. Robert nie jest podobny do mnie, a Olo wygląda inaczej niż Andrzej. Mówiłem już, że nie chciałem robić filmu o mojej rodzinie, ale uniwersalną opowieść o dwóch braciach.

Wejście na plan poprzedziły długie rozmowy z aktorami?

Każdy wymaga innego impulsu, a w filmie grają cztery osoby. Reżyser jak dobry trener wie, kiedy sportowiec jest w takiej formie, że pobije rekord świata. Każde zadanie aktorskie powinno być podparte psychologiczna prawdą postaci i musi wynikać z instrumentalnych możliwości aktora. Na bębnie nie wygram tego, co na skrzypcach.

Oczywiście, że długo rozmawialiśmy. Gdy wszystko jest dobrze przygotowane, na planie mówię tylko: ciszej, głośniej, wolniej, szybciej. Proste komendy podawane ludzkim językiem.

Robert Więckiewicz w roli Janusza nie chciał wzorować się na panu? Mogło się to wydawać naturalne. Dialogi w scenariuszu są przecież prawdziwe.

Pytał, czy ma mnie grać, powiedziałem mu jednak, że gra Roberta Więckiewicza w konkretnej sytuacji. Taka była umowa. Robert miał trudne zadanie, bo musiał być w filmie szarakiem, brzydkim kaczątkiem.

Olo Łukaszewicz pracuje tak, że utożsamia się z postacią; nie można rozpoznać, gdzie kończy się Olo i gdzie się zaczyna postać. Chorych grał często, zawsze cichutko umierał na ekranie. Tak próbował grać u mnie, ale zupełnie nie o to chodziło. Mówiłem mu: „bądź tyranem!”. Postać Andrzeja buduje kontrast między siłą a słabością.

„Kler”. Czy pomyjami można oczyszczać?

W filmie Smarzowskiego Kościół krzywdzi, a potem wciąga na dokładkę skrzywdzonych w swoje struktury – niczym świat więzienia, które „przecwela” skazanych, którzy zaczynają grypsować.

zobacz więcej
Wspomniała pani o dialogach. Trudno napisać dobre dialogi, to sprawa literatury, muszą dobrze brzmieć, być prawdziwe, wchodzić w serce jak sztylet z toledańskiej stali jak napisał Babel.

Był pan szarakiem?

Brat tak mnie postrzegał. Brylował już w dzieciństwie, był zawsze ulubionym synem mamy. Mną zajmował się ojciec, uroczy gość, mój wielki przyjaciel. Szkoda, że już nie żyje. Im Andrzej lepiej się czuł w roli artystycznego Cygana, demiurga, tym bardziej ja się wycofywałem i wyciszałem.

Naprawdę ludzie tak mylili braci Kondratiuków, Janusza i Andrzeja, jak pokazuje pan to w filmie? Czy to tylko licentia poetica?

Nieustannie, aż w końcu się do tego przyzwyczaiłem. Najciekawiej było, gdy mieszkałem w Austrii i przejeżdżałem często przez granicę. Podjechałem raz do okienka, podałem celnikowi paszport, a on patrzy raz na mnie, raz na dokument. Długo to trwało. W końcu zapytał: „a gdzie broda?” i „dlaczego imię żony się nie zgadza?”.

Byłem wtedy od pewnego czasu w Linzu, a Andrzej intensywnie pracował w Polsce, był znany. Dopiero gdy wyjaśniłem, że naprawdę jestem Januszem, a nie moim bratem Andrzejem, mogłem spokojnie przekroczyć granicę. Byliśmy więc w pewnym sensie zlepkiem braci Kondratiuków. Mogliśmy robić razem filmy, tak jak bracia Coen czy Kaurismäki, ale z Andrzejem nie dało się pracować, nie przyjmował krytyki. Był tyranem i narcyzem.

Każdy reżyser powinien być tyranem, bo to jest sztuka tyrańska. Pokazuję pani w filmie tylko to, co chcę pokazać. Jestem zadowolony, gdy ludzie śmieją się lub płaczą w miejscu, które dla nich wybrałem. Taka jest natura tego zawodu.

Mogła być artystyczna symbioza jak u braci Coen?

Takie zdanie pada w filmie. Wiele razy powtarzałem to Andrzejowi. Pomagałem mu przy wielu filmach, a on mnie nawet nie wstawiał do czołówki. Mój brat miał wielkie ego, tak samo jak koledzy, z którymi się trzymał – Polański, Skolimowski. Wszyscy zdolni, przekonani, że świat do nich należy. Nie lubię rozmawiać z filmowcami, niewiele mi mogą powiedzieć. Od innych ludzi dowiaduję się ciekawych rzeczy.
Robert Więckiewicz jako Janusz i Aleksandra Konieczna jako Iga w filmie "Jak pies z kotem", reż Janusz Kondratiuk. Fot. materiały prasowe
Skończył pan liceum plastyczne, a potem poszedł w ślady brata i trafił do szkoły filmowej. Z miłości do kina?

Szczerze mówiąc, zrobiłem to przez dziewczyny. Tam były świetne dziewczyny i wszyscy świetnie się bawili. Też tak chciałem, nie wiem, czy ze snobizmu, czy z głupoty. Byłem za młody na takie poważne decyzje zawodowe, a potem nie mogłem się wycofać. Rodzice chcieli, żebym zdawał na socjologię, ale zupełnie mi to nie pasowało.

Nie tylko kręci pan filmy. Uczył pan też przyszłych reżyserów. W „Jak pies z kotem” jest prześmiewcza scena ze szkoły filmowej. Jak się pracuje z kandydatami na filmowców?

Starałem się ich przede wszystkim przekonać, że nie powinni się bać. Od chwili narodzin pracują nad nami potworne moce – rodzice, państwo, Kościół. Chcą z nas uczynić porządnych obywateli. Dla artysty to zabójcza propozycja.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Porządnemu obywatelowi wydaje się, że wiedzie normalne, przeciętne życie i nawet nie podejrzewa że jego zmagania z losem mogą być o wiele ciekawsze i poruszające niż skalpowanie ludzi na prerii. Tego starałem się nauczyć studentów.

Przestawali się bać?

Jedni tak, inni nie. Liczy się właściwy człowiek na właściwym miejscu. Wiadomo, że na studia trzeba przyjąć określoną liczbę ludzi, nie uda się wybrać samych wybitnie utalentowanych. Czasem zdarzy się jedna taka osoba na roku, czasem dwie. Reszta stanie się lepiej wyedukowaną częścią społeczeństwa, świadomymi odbiorcami filmów.

Z tymi, którzy są na właściwym miejscu, przyjemnie się pracuje. Nie trzeba wykładać, wystarczy doradzać. Najtrudniej jest ze zdolnymi dziewczynami, które świetnie pracują przez pierwszy, drugi rok, a potem wychodzą za mąż, rodzą dziecko i idą na urlop dziekański.

10 najlepszych ról dziecięcych w historii polskiego filmu. Ranking Tygodnika TVP

Filmy dla dzieci łączą polskie pokolenia. Na produkcjach z lat 60. i 70. wychowali się nie tylko dzisiejsi rodzice i dziadkowie, ale też obecna młodzież.

zobacz więcej
Poza tym, do szkół artystycznych zwykło się przyjmować tych, którzy wyglądają na artystów i mają np. dredy czy tatuaże. Za ich wyglądem nic jednak nie idzie, nie jest to wyraz ich osobowości, tylko moda. Jeśli przyjdzie na egzamin pani, która wygląda na przeciętną sklepową, mało kto chce z nią rozmawiać.

Na ostatni kurs, który prowadziłem, przyjąłem tylko te panie, które nie wyglądały na artystki i okazało się, że drzemie w nich wielki potencjał. Dało mi to wielką satysfakcję, jakbym odkrył grudki szczerego złota. Niezbadane są wyroki …

- rozmawiała Beata Zatońska

Janusz Kondratiuk– reżyser i scenarzysta. Autor filmów fabularnych „Jak zdobyć pieniądze, kobietę i sławę” (1969), „Niedzielę Barabasza” (1971), „Dziewczyny do wzięcia” (1972), „Głowy pełne gwiazd” (1974), „Czy jest tu panna na wydaniu?” (1976), „Klakier” (1982), „Złote runo” (1996), „Milion dolarów” (2010) i seriale „Garderoba damska” (2001) oraz „Faceci do wzięcia” (2006-08). W latach 90. mieszkał w Austrii, gdzie w na uniwersytecie w Linzu wykładał sztukę reżyserską. Młodszy brat reżysera Andrzeja Kondratiuka.
Dziewczyny do wzięcia
Zdjęcie główne: Robert Więckiewicz (z lewej) i Olgierd Łukaszewicz w filmie Janusza Kondratiuka "Jak pies z kotem". Fot. PAP/StrefaGwiazd/Marcin Kmieciński
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Kradł, bił, był liderem gangu. W więzieniu spotkał „duchowego...
Najdłuższa rozmowa jaką przeprowadziłem z moim z ojcem, była na jego grobie. Trwała 40 minut – opowiada Grzegorz Czerwicki, który 12 lat spędził w zakładzie karnym.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Tu się mówi po rosyjsku, a Moskwa jest dla wielu centrum świata
Jednak w sensie kulturowo-cywilizacyjnym wpływ komunizmu szybko przemija.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Krewny Piłsudskiego, który chciał być polskim Banksym
Pierwszy mural podpisał: „Dla Ciebie mamo”. A jeden z ostatnich: „Upadek Kościoła 2018”.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Sekcja rosyjska to było kłębowisko żmij
Litewska poetka: Unia Lubelska była koniecznością, ponieważ i Litwa, i Polska widziały niebezpieczeństwo w ekspansji Rosji. Mogła ochronić oba państwa. Dopóki były razem, stanowiły siłę.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nawet posłowie antyklerykalnej lewicy śpiewali „Te Deum”
Paweł Skibiński, historyk: Większość księży angażowało się po stronie prawicy. Ale byli też kapłani w ruchu ludowym, a nawet po lewej stronie sceny politycznej.