Historia

Lewica chce wyrzucać z grobów

Szacunek wobec szczątków każdego człowieka, nawet obarczonego bagażem zbrodni, jest tak uniwersalny, że jego złamanie uważane było dotąd za wyraz wyjątkowego barbarzyństwa. W przeszłości dopuszczali się go „dzicy”, „zwyrodnialcy” albo ludzie ogarnięci rewolucyjnym szałem. Dziś bierze się za to hiszpańska lewica, która zamierza zlikwidować mauzoleum gen. Franco w Dolinie Poległych.

Mądrość ludowa od zawsze chwali cierpliwą, wyrozumiałą ziemię, która ugości każdego, niezależnie od tego, z jakim bagażem win przybywa. Moralny nakaz pochówku wspólny jest ogromnej większości ludzkich wspólnot, nawet, jeśli zawsze znajdzie się etnograf, który przypomni kanibalskie obyczaje Argonautów zachodniego Pacyfiku, Jakutów, chowających swoich zmarłych w koronach drzew czy „wieże śmierci” Partów.

Zgoda – obyczaj składania zwłok w ziemi, który genialny Terry Pratchett, równie biegły w kalamburach jak w łacinie, nazwał „inhumacją”, panuje jednak na obu półkulach Ziemi. Oczywiście, najgłębiej zakorzeniony jest w kulturach, które znają Księgę Rodzaju i nieobca jest im zarówno opowieść o stworzeniu Adama, jak fraza „prochem jesteś i w proch się obrócisz”, ale tabu, jakie otacza zwłoki i nakaz ich godnego pochowania sięga szerzej, wspólny jest animalistycznym plemionom Afryki równikowej i postchrześcijanom Londynu i Paryża.

Za murami, na rozstaju dróg

Z tego niepisanego kontraktu między ludźmi a ziemią ta pierwsza wywiązuje się niemal zawsze. W przepastnych zbiorach opowieści i wierzeń ludowych wyjątkowo tylko pojawia się sytuacja, gdy natura „nie chce przyjąć zwłok”. Nawet wówczas jednak „czyni to” (jeśli możemy ją w ten sposób uczłowieczyć) z jakąś dobrą intencją – ukazania niesprawiedliwości, wskazania winnego, naprawienia krzywdy.
Ortodoksyjni Żydzi modlą się na jerozolimskim cmentarzu Górze Oliwnej, za murami Starego Miasta. Znajdują się tu groby współczesne i historyczne. Fot. Reuters/David Silverman
Wyjątkowo częsty w podaniach jest wątek ulewnych deszczów i powodzi, które prowadzą do ujawnienia („wypłukania”) urodzonego, zabitego i pochowanego ukradkiem, nieochrzczonego noworodka. Wiara w taki stan rzeczy żywa była w Beskidzie i na Podkarpaciu jeszcze wiek temu: w przypadku uporczywej niepogody całe wsie udawały się na poszukiwanie niewinnej ofiary. Taka wizja porządku rzeczy (i „niegościnnej” ziemi) miała jednak sens, chroniła społeczność przed wyjątkową zbrodnią.

Ludzie ze swojej strony też od początku wywiązywali się z nakazu inhumacji. Obyczaje grzebalne są jednymi z pierwszych, jakie jest w stanie rozpoznać i opisać archeologia. To gdzieś tam, w zagłębieniu skalnym czy rozpadlinie, w której obok szkieletu odkrywana jest muszla, błyszczący kamień czy skamieniały płat podpłomyka, antropolodzy odnajdują granicę między „człowiekowatymi” (Hominidae) a człowiekiem. Wyzwaniem było rozszerzenie obyczaju, jaki praktykowano wobec „swoich”, również na „obcych”: nieznanych, groźnych lub naruszających jakieś tabu.


Wyjątkowego świadectwa zmagania się z tym wyzwaniem dostarczają nam Ewangelie: jak pamiętamy, „arcykapłani zaś wzięli srebrniki i orzekli: »Nie wolno kłaść ich do skarbca, bo są zapłatą za krew«. Po odbyciu narady kupili za nie Pole Garncarza na grzebanie cudzoziemców. Dlatego pole to aż po dziś dzień nosi nazwę Pole Krwi” (Mt 27, 6-8).

Chciałoby się powiedzieć, że „wszystko się zgadza” – od lokalizacji Hakeldamy, czyli „Pola Garncarza”, za murami Jerozolimy (warsztaty garncarskie nie były mile widziane w mieście zarówno ze względu na dym i żar bijące od pieców oraz pewną nieufność, jaka otaczała ten zawód: a nuż któremuś z nich znów przyjdzie do głowy wypalanie glinianych idoli?!) aż po fakt, że miejsce, w którym wydobywano glinę, pełne dołów i szczelin, ułatwiało niedbały, urządzany „po kosztach” pochówek i przyspieszało rozkład zwłok. Na Pole Garncarza trafiały więc prawdopodobnie zwłoki nieznanych przybyszów, samotnych zbrodniarzy, samobójców – i wolno przypuszczać, że podobne hakeldamy, pisane już z małej litery, istniały wokół wielu miast starożytności.

Wykopali jego zwłoki. Otworzyli bagnetem usta, a dentysta potwierdził tożsamość

Komunizm w rosyjskich warunkach przepoczwarzył się w zjawisko, które nie miało nic wspólnego z dziedzictwem oświecenia, z zachodnią ideą postępu. Stał się siłą uwsteczniającą Rosję.

zobacz więcej
Obyczaj grzebania „za murami” miasta lub cmentarza zachował się również w czasach nowożytnych i rozpowszechnił na całą Europę, a później europejski Nowy Świat. „Pod cmentarnym murem” chowano zwłoki naznaczone tabu, dostarczając je tam w ceremonii, będącej zaprzeczeniem uroczystego konduktu.

W karpackich wioskach ciało zmarłego wyrzucano przez okno lub przeciągano przez podkop pod progiem, a następnie składano na krowiej skórze lub na wozie służącym do wywożenia gnoju, ciągniętych przez kata na miejsce pochówku. W wyjątkowych przypadkach, gdy obawiano się ciężaru win, ciągnącego się za zmarłym i uroków, jakie może rzucać na społeczność, zdobywano się na dodatkowy wysiłek i grzebano zwłoki dalej, u rozstajnych dróg – w przekonaniu, że upiór lub generowane przezeń złe moce poczują się na takim skrzyżowaniu zagubione i nie będą wiedziały, dokąd się skierować…

„Obrzydłe trupa ćwierci na proch spalone”

Oczywiście, nakaz grzebania ciała z trudnością tylko dawał się rozciągnąć na wrogów. Ciała poległych w bitwie przeciwników często pozostawiano na odludziu, również ze względu na brak sił i środków, by w wojennych warunkach uporać się ze szczątkami tatarskiego zagonu czy szwedzkich kirasjerów.

W przypadku epidemii zawieszeniu ulegały reguły dotyczące ceremonii pogrzebowych i upamiętnienia indywidualnych zmarłych: stanowiące nomen omen śmiertelne zagrożenie zwłoki czym prędzej powinny były trafić do zbiorowych mogił. Z reguły jednak dbano o szacunek i integralność ciała zmarłego, również zbrodniarza – i odstępstwa od tej reguły są na tyle rzadkie, że zachowały się w zbiorowej pamięci.
Nie zaznał spokoju jedyny polski (niedoszły) królobójca, czyli Michał Piekarski, który 15 listopada 1620 roku usiłował dokonać zamachu na króla Zygmunta III Wazę. Fot. Wikimedia
Najczęstszym z tych odstępstw była jedna z najcięższych kar, jakie wymyśliła okrutna nowożytność, a mianowicie ćwiartowanie ciała. W tej sekwencji okrutnych mąk, na jakie skazywano zwykle tylko osoby winne naruszenia majestatu (zamach na osobę panującą) lub innej transgresji (dzieciobójcy), chodziło nie tylko o maksymalizację cierpienia. Intencją sądu i katów było również, by zmasakrowane torturami w rodzaju łamania kołem, a następnie rozczłonkowane ciało pozbawione było szans na zmartwychwstanie.

Z tym przekonaniem nie zgodziliby się teolodzy, dla których rozpad członków doczesnych nie jest przeszkodą: twardzi ludzie władzy wykonawczej wiedzą jednak swoje (a przynajmniej tak im się wydaje). Na szarpanie strzępów ciała szczypcami bądź rozrywanie przez konie skazywano więc heretyków, przywódców powstań chłopskich i zdrajców. Nie zaznał spokoju jedyny polski (niedoszły) królobójca, czyli Michał Piekarski, którego „czterema końmi ciało na cztery części [zostało] roztargane, a obrzydłe trupa ćwierci na proch na stosie drzew spalone zostały, a na koniec proch, w działo nabity, wystrzał po powietrzu rozproszył” ani mordercy Karola I (w tym Oliver Cromwell), którzy, co uważano za karę szczególnie surową, zostali powieszeni, a następnie ścięci i poćwiartowani, już pośmiertnie.

Kmicic, który chciał zostać Führerem

Starał się nawiązać porozumienie z Abwehrą. Powołał tajny oddział, który miał obalić władze i powołać proniemiecki rząd

zobacz więcej
Z upływem wieków wiarę w metafizyczny i symboliczny ciężar podobnej kary wypierać zaczęła chłodna wiedza socjologiczna o tym, jakie znaczenie przywiązywane jest do miejsca pochówku zwłok. Grób niezależnie od znaczenia, jakie ma dla najbliższych, spełniać może funkcje „mobilizujące” zwolenników zabitego działacza czy patrioty.

Internowane szczątki il Duce

W pięknym wieku XIX skazańcom w Imperium Rosyjskim nie odmawiano wprawdzie pochówku, często jednak grzebano ich w miejscach nieznanych nawet rodzinie. Wiek XX, który przyniósł nam takie nowe rozwiązania cmentarne jak popioły Auschwitz i wieczną zmarzlinę Workuty rozpoczął się, dość symbolicznie, rozszarpywaniem zwłok z myślą o tym, by nie stały się magnesem, przyciągającym zwolenników. W marcu 1917 roku żołnierze Rządu Tymczasowego wykopali, zbeszcześcili i spalili na stosie ciało Grigorija Rasputina. Niespełna rok potem zaś, w lutym roku 1918, podobny los spotkał z rąk bolszewików szczątki generała Ławra Korniłowa, twórcy i wodza Armii Ochotniczej.

Po drugiej wojnie światowej zwycięzcy i przywódcy w wielu krajach stanęli przed podobnym dylematem: jak postąpić ze zwłokami zmarłych lub zabitych dyktatorów, by zapewnić im minimum szacunku, a zarazem nie dopuścić, by stały się nowym „rozsadnikiem” szaleństwa, nie prowokowały do wniosków o rehabilitację?
Włoscy i europejscy neofaszyści rocznicę śmierci Benito Mussoliniego czczą nie tylko u jego grobu w Predappio, ale także w miejscu, w którym il Duce wraz z Clarettą Petacci zostali rozstrzelani 28 kwietnia w 1945 roku w miasteczku Mezzegra. Fot. Pier Marco Tacca/Getty Images
Za wzorcowy uznać można los, jaki spotkał Benito Mussoliniego. 29 kwietnia 1945 tłum kierowany przez komunistycznych partyzantów włoskich zmasakrował i sprofanował jego trupa na mediolańskim Piazzale Loretto; dopiero w godzinach popołudniowych amerykańska żandarmeria wojskowa zdołała „odbić” zwłoki i przewieźć je do kostnicy. Pochowano je w nieoznakowanym miejscu, ich znaczenie symboliczne jednak nie wywietrzało. Na Wielkanoc 1946 neofaszysta Domenico Leccisi zdołał z dwoma towarzyszami wykraść je i wywieźć poza Mediolan.

Policja zdołała odnaleźć je dopiero po pół roku, we franciszkańskim klasztorze Certosa di Pavia. Władze „internowały” szczątki na kolejnych dziesięć lat, tym razem w krypcie zakonu kapucynów w Cerro Maggiore; dopiero w lecie 1957 roku premier Adone Zoli zgodził się na przeniesienie ich do rodzinnego grobowca w Predappio. Niewykluczone, że kolejne gabinety żałowały tej decyzji: na miejscowy cmentarz do dziś ściągają włoscy i europejscy neofaszyści, urządzając raz w roku przemarsz do grobu il Duce.

Pięć trzonowców w atłasowym pudełku. Żuchwa Hitlera – strategiczny łup sowieckich służb

Do dziś pozostaje w dyspozycji Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Spoczywa w ołowianym relikwiarzu przy ulicy Łubianka.

zobacz więcej
Nie wiemy, co zdecydowaliby alianci w przypadku Hitlera: dylemat ten (jak mieliśmy okazję pisać na łamach „Tygodnika TVP”) rozwiązały za nich służby sowieckie. Wiadomo jednak, jak dokładnie pierwsze powojenne pokolenie polityków i policjantów monitorowało kwestię ewentualnego kultu grobów wybitnych nazistów lub pamiątek po nich.

Lenin w mauzoleum, Stalin – w mogile

Z komunistami los obszedł się jak zwykle łaskawiej: Lenin, jak wiemy, spoczywa w mauzoleum, a wszelkie dyskusje na temat możliwego złożenia ciała do grobu, których niemało było w latach 90., ucinał Kreml.

Stalina przeniesiono z szacunkiem, choć dyskretnie: po uchwałach XXII Zjazdu KPZR pod koniec października 1961 roku (rozpoczęła je zasłużona towarzyszka i ofiar stalinowskich represji, Dora Lazurkina, zwierzając się delegatom ze snu, w którym Lenin miał jej wyznać, że „nie czuje się dobrze obok Stalina, który tak zaszkodził sprawie partii”).
Stalin wiecznie żywy. Miłośnicy dyktatora pamiętają o rocznicy jego śmierci i kładą kwiaty na jego grobie na placu Czerwonym w Moskwie. Fot. Reuters/Sergei Karpukhin
Odwołanie się do wieszczego snu rozstrzygnęło sprawę w sercach wyznawców materializmu dialektycznego: Nikita Chruszczow poddał pod głosowanie przygotowaną uprzednio rezolucję i w dwa dni później gen. Nikołaj Zacharow, stojący na czele IX Zarządu KGB, zajmującego się ochroną osobistą dygnitarzy, stanął na czele zaimprowizowanej ekipy. W kremlowskiej stolarni sporządzono prostą trumnę, miejsce mogiły przesłonięto rusztowaniem pod pretekstem przygotowań do defilady z okazji rocznicy Rewolucji, i o wpół do dziesiątej wieczorem w nocy z 4 na 5 listopada ciało Maszynisty Dziejów przełożono z sarkofagu do trumny, obcinając mu przy okazji złote guziki u munduru – własność partii! Jak wspomina gen. Zacharow, na spoczywającą już w mogile trumnę ktoś rzucił – nie obeszło się bez chrześcijańskiego obyczaju – garść ziemi.

Również pomniejsi komunistyczni tyrani nie mają podstaw zbytnio uskarżać się na swe pośmiertne losy: Ho Chi Minh nadal spoczywa w swym mauzoleum, Bolesław Bierut – w granitowym grobowcu, Georgi Dimitrow i Enver Hoxha zostali wprawdzie wyniesieni z poświęconych im mauzoleum, trafili jednak do dobrze strzeżonych rodzinnych grobowców, i nawet Nicolae i Elena Ceausescu spoczywają w skromnej, lecz przyzwoitej mogile na malowniczym cmentarzu Ghencea, na zachodnich peryferiach Bukaresztu.

Oczyścić kraj z niewygodnych zwłok

Znacznie mniej różowo jawią się przyszłe losy dwóch niesławnej pamięci Chorwatów, których los rzucił do Hiszpanii.

Ante Pavelić, wódz chorwackich ustaszów i „Naczelnik” (Poglavnik) marionetkowego państewka chorwackiego (Nezavisna Država Hrvatska, NDH) trafił pod skrzydła generała Franco pod koniec życia, w roku 1959, po latach ukrywania się w Argentynie, gdzie ciężko zranił go w zamachu serbski emigrant Blagoje Jovović. Drugi z wygnańców, Vjekoslav Luburić, trafił do Hiszpanii jeszcze w roku 1947, w powojennym zamęcie; uzyskał tam nową tożsamość i żył w Carcaixent w Walencji jako Vicente Perez Garcia, ale i tak dopadły go w końcu jugosłowiańskie służby specjalne, likwidując w roku 1969.

Na obu spoczywają ciężkie przewiny: Pavelić ponosi polityczną odpowiedzialność za ludobójstwo setek tysięcy Serbów, bośniackich muzułmanów i Żydów, którego oddziały NDH dokonywały z niezwykłym okrucieństwem; szacuje się, że jeśli idzie o odsetek obywateli własnego państwa, pozbawionych życia przez służby tegoż państwa, z NDH rywalizować mogłaby jedynie Kambodża rządzona przez Czerwonych Khmerów.

Luburić kierował obozem zagłady Jasenovac, którego strażnicy rywalizowali w zabijaniu ofiar w możliwie najbardziej brutalny i „ekonomiczny” sposób, nie stroniąc ani od palenia ludzi żywcem, ani od podcinania im gardeł. Obaj pochowani zostali na prywatnych cmentarzach (Pavelić – na dostojnym, madryckim San Isidro) i pewnie spoczywaliby tam aż po dzień Sądu, gdyby nie decyzja premiera Hiszpanii, Pedro Sancheza, by nie tylko zlikwidować mauzoleum Franco w Dolinie Poległych (Valle de los Caídos), lecz i w sposób systematyczny „oczyścić” kraj ze zwłok wszystkich emigrantów politycznych, którzy ściągali do Hiszpanii, licząc na protekcję El Caudillo.

By zlikwidować mauzoleum generała, konieczna była zgoda rodziny Franco. Ta przez kilka miesięcy opierała się naciskom, jednak według doniesień hiszpańskiej prasy z początków października strony doszły do porozumienia w sprawie ekshumacji Franco. Trwa jeszcze co prawda proceduralny ping pong, ale decyzja polityczna już zapadła: ciało Franco ma być przeniesione do stołecznej katedry.
25 maja 1941 roku. Rzym. Ante Pavelić z wizytą u Benito Mussoliniego. Fot. Getty Images
Tylko – gdzie mieliby się podziać Pavelić i Luburić? Republika Chorwacji, choć odwołuje się do spuścizny patriotów, zabiegających w pierwszej ćwiartece XX wieku o niepodległość lub możliwie dużą autonomię kraju, odcina się, co zrozumiałe, od zbrodni i dziedzictwa NDH. W kraju istnieją co prawda środowiska skrajnych narodowców, kultywujące wyidealizowaną pamięć ruchu ustaszów – ale rząd nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowany umacnianiem ich, czemu z pewnością służyłoby sprowadzenie do krajów zwłok Poglavnika i stworzenie „miejsca pielgrzymek”.

Nawet, gdyby taki pomysł przyszedł im ze względów humanitarnych do głowy – nie mogą tego zrobić wbrew woli rodziny. Ta zaś, choć niemal wtopiła się już w hiszpańskie rody, pozostała nieprzejednana: starsza córka Pavelicia, Višnja, która dożyła rozpadu Jugosławii, zarzekała się, że niepodległa Chorwacja nie ma nic wspólnego z marzeniami jej ojca (rzeczywiście, trudno nie przyznać jej racji) i zastrzegła się w testamencie, że nie życzy sobie, by ktokolwiek z jej rodziny trafił tam za życia lub po śmierci.
A co więcej – komplikacje bałkańskich dziejów dają o sobie znać raz jeszcze – obaj, i Pavelić i Luburić, choć marzyli o „Wielkiej Chorwacji”, urodzili się w górzystej Hercegowinie, wchodzącej w skład współczesnej Bośni: Luburić w wiosce Humac, na pograniczu dwóch państw, Pavelić zaś w Bradinie, w sercu dzisiejszej Bośni, w pół drogi między Mostarem i Sarajewem. Na miejscowych cmentarzach nie zachowały się rodowe groby sprzed wieku, ale wobec zapaści demograficznej Hercegowiny – miejsce by się znalazło. Tyle, że nie sposób sobie wyobrazić, by w kraju nadal dramatycznie podzielonym, jak oceniają analitycy – niebezpiecznie bliskim rozpadu i w dodatku rozkołysanym kampanią wyborczą znalazł się ktoś, kto zaryzykowałby sprowadzenie zwłok dwóch ludzi winnych ludobójstwa Bośniaków – i by ktoś wyraził na to zgodę.

Tymczasem czas mija nieubłaganie. Czy premier Sanchez przymknie oko na dwa trudne dlań do zaakceptowania groby? Czy też zdoła znaleźć jakieś skrzyżowanie rozstajnych dróg między Carcaixent, Madrytem a Sarajewem?

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Franco. Morderca czy mąż stanu?
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Prawdziwe okoliczności pierwszego rozbioru Polski
Spożyjemy hostię: Polskę – pisał król Prus. Manifest zaborców zaczynał się: „W imię Trójcy Przenajświętszej!”
Historia Najnowsze wydanie
Radio dla Warszawy
Stołeczna rozgłośnia była spóźniona o ponad 10 lat w stosunku do innych stacji regionalnych otwartych w Polsce.
Historia Najnowsze wydanie
Żydówka, święta Kościoła katolickiego, patronka Europy
Prosiła, by dołączyć do swej siostry w bydlęcym wagonie. Zginęła w Auschwitz.
Historia Poprzednie wydanie
Polska oaza nauk w carskiej Rosji. Liceum Krzemienieckie
Tylko się uczyć: w ogrodzie 12 tysięcy gatunków roślin, podręczniki z Londynu, instrumenta fizykalne z Paryża – wszystko opłacone zbożem Wołynia.
Historia Poprzednie wydanie
W obozie nie było dobrego człowieka
Podobno ktoś rozpoznał ją na sali sądowej podczas procesu jednego ze zbrodniarzy wojennych. Przyszła się mu przysłuchiwać.