Cywilizacja

Gdy komputer piłkę kopie... O każdym szczególe meczu polskiej ligi najpierw dowiadują się Niemcy

Jeszcze niedawno trenerzy otwarcie mówili, że w pracy nie liczą się liczby i statystyki, bo najważniejszy jest ich... nos. Dziś polskich piłkarzy śledzą dokładne kamery, dane szczegółowo analizują komputery, a nad wszystkim czuwa zagraniczna centrala z siedzibą w Kolonii.

Zimą 2003 roku polscy kibice przeżyli jeden z największych wstydów w historii. I nie chodzi tym razem o grę piłkarzy, bo ci akurat wtedy prezentowali się znakomicie. Ówczesny hegemon ekstraklasy, czyli Wisła Kraków, porywająco przechodził kolejne rundy w Pucharze UEFA, czyli protoplaście Ligi Europy. Po pamiętnych wygranych m.in. z włoską Parmą i niemieckim Schalke, Biała Gwiazda została pierwszą od lat polską drużyną, którą dotarła do wiosennej fazy europejskich pucharów.

Lampy i dmuchawy

Choć owa „wiosenna faza” oznaczała mecze w lutym, a rywalem było rzymskie Lazio. Krakowianie wciąż grali jak natchnieni i po kapitalnym spotkaniu wywieźli z Wiecznego Miasta remis 3:3. I tu zaczęły się schody...
W marcu 2003 roku nad boiskiem krakowskiej Wisły stanęły trzy ogromne namioty, do których wtłaczane było gorące powietrze. Miało ono rozmrozić i osuszyć murawę, przed rewanżowym meczem z włoskim Lazio. Fot. PAP/Jacek Bednarczyk
Tydzień później Wisła miała rozegrać rewanż pod Wawelem. Ale nie miała podgrzewanej murawy, a zima trwała w Polsce w najlepsze. Efekt był taki, że cała Europa przez kilka dni patrzyła z politowaniem na Kraków i tamtejsze innowacyjne pomysły na rozwiązanie kłopotu zamarzniętego boiska.

Organizatorzy m.in. ustawili na płycie wielkie namioty, pod którymi specjalne lampy solarne i dmuchawy starały się rozmrozić ziemię. Oczywiście niewiele to dało, kibice zastanawiali się, czy mecz zostanie przeniesiony do Pragi albo Berlina (bliżej nie było podgrzewanego boiska), a Włosi, obawiający się rewanżu z Polakami, robili wszystko, aby starcie przełożyć. I rzeczywiście, na godziny przez planowanym pierwszym gwizdkiem zawody odwołano, a kilka dni potem wiślacy przegrali na błocie i odpadli. To był jednak moment, gdy prezesi klubów zdali sobie sprawę, że trzeba skończyć z prowizorką i nad Wisłą powoli wszystko zaczęło się zmieniać...

Era greenkeepera
Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się instalacje podgrzewające murawę. Wtedy jeszcze zdarzało się, że np. ktoś włączył taką za późno, albo za wcześnie, co miało zły wpływ na trawę. Dziś to komputery decydują, kiedy murawę podlać, z jakim natężeniem, czy przy jakiej temperaturze należy uruchomić grzanie. A nad wszystkim czuwają greenkeeperzy, dzięki czemu boiska bardziej niż z błotem kojarzą się z zielonym dywanem.

W kolejnych latach pojawił się podręcznik licencyjny, w którym rok po roku dodawano coraz więcej warunków, jakie należy spełnić, aby móc grać w ekstraklasie. Właściciele klubów budowali zadaszenie trybun, stawiali maszty z oświetleniem, wieszali coraz większe telebimy i projektowali boiska treningowe.

Swoje zrobiło też przyznanie Polsce i Ukrainie w 2007 roku organizacji mistrzostw Europy, gdy zmodernizowane, ale wciąż stare obiekty ustąpiły miejsca nowoczesnym arenom. Ale nowe technologie wciąż wielką ławą płynęły do piłki nożnej.
Dzięki systemowi TRACAB wszystkie kluby otrzymują dane zawodników, takie jak: liczba przebiegniętych kilometrów, sprintów, tempo poruszania się po boisku, maksymalna prędkość, czy pozycja piłkarza na boisku. Fot. printscreen/chyronhego.com/products/sports-tracking/tracab-optical-tracking
Na równi z najlepszymi

Jedna z nich w Polsce istnieje od niedawna, a na pewno kibicom się o niej nie śniło. To system TRACAB, który pojawił się w ekstraklasie na początku zeszłego sezonu, ale dopiero od lutego 2018 roku działa na wszystkich stadionach. Co to takiego? I dlaczego stawia ekstraklasę na równi z najlepszymi ligami na kontynencie?

– To system wideo, który śledzi wszystkich uczestników meczu, a także piłkę – tłumaczył kilka miesięcy temu David Eccles, przedstawiciel firmy ChyronHego, lidera na rynku dostarczania danych fitness, która przekazała system.

Dzięki systemowi TRACAB wszystkie kluby otrzymują dane zawodników, takie jak: liczba przebiegniętych kilometrów, sprintów, tempo poruszania się po boisku, maksymalna prędkość, czy pozycja piłkarza na boisku.

– System wykorzystywany jest w najlepszych ligach Europy, takich jak angielska Premier League, hiszpańska La Liga, czy niemiecka Bundesliga. Jesteśmy w stanie gromadzić dokładnie takie same dane, jakie generują topowe ligi – tłumaczył w mediach prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki.

Strajk na boisku, zwycięstwo za cenę oszustwa i show-biznes, gdzie nie liczą się zasady

Mamy sześć kryteriów FIFA w sprawie fair play oraz drużynę, którą nagrodzono za ich złamanie.

zobacz więcej
Lewe i prawe oko

Jak to w ogóle działa? System składa się z dwóch zestawów kamer (w każdym po trzy kamery HD) oraz specjalnego serwera z urządzeniami dodatkowymi. – Kamery stoją po jednej stronie stadionu, maksymalnie 20 metrów od siebie. To są takie statywy z trzema kamerami, zamontowane na stałe pod dachem – tłumaczy Marcin Serafin z Ekstraklasa Live Park. Dane o pozycji zawodników system uzyskuje właśnie dzięki urządzeniom optycznym. Kamery pozwalają uzyskać szeroką panoramę stadionu, a – jak mówią twórcy systemu – oba systemy są jakby jak lewe i prawe oko.

Dzięki kamerom system może dokładnie ustalić położenie na boisku piłkarzy, sędziów i piłki. Podczas meczu jest trzech operatorów. – Jeden ma specjalny „pad”, jak do konsoli Playstation i oznacza piłkę. Pilnuje jej posiadania i tego, czy piłka jest w grze, czy poza grą. Dwóch pozostałych jest dedykowanych ściśle do trackingu (czyli elementów motorycznych). Każdy z nich odpowiada za jedną z drużyn i oznacza piłkarzy, czyli przyporządkowuje „kropki” na ekranie do nazwisk, a ściślej numerów piłkarzy – dodaje Serafin.
Znajomość ligi pomaga operatorom systemu. Jeśli Miroslav Radović nie jest oznaczony, to od razu rozpoznają, że to on. Finał Pucharu Polski, Legia Warszawa-Arka Gdynia, Stadion Narodowy w Warszawie, 2 maja 2018 r. Fot. Mateusz Wlodarczyk/NurPhoto/Getty Images
Jak kontrolerzy lotów

Operatorzy muszą być bardzo skupieni, niczym kontrolerzy lotu. Czasem, przy dynamicznej akcji, znacznik może przejść na innego piłkarza, dlatego tak ważne jest czujne oko człowieka. Newralgiczne momenty, to m.in. rzuty rożne, gdy wiele dzieje się przy bramce, czy samo rozpoczęcie połowy, gdy operator musi szybko oznaczyć zawodników.

Co ciekawe, operator nie musi być chodzącą ligową encyklopedią i znać wszystkich graczy. – Choć znajomość ligi pomaga, bo jak np. Miroslav Radović nie jest oznaczony, to operator od razu wie, że to on. Znajomość piłki zwyczajnie pomaga w szybszej identyfikacji – podkreśla przedstawiciel Ekstraklasa Live Park.

Sport nie jest sztuką dla sztuki, ale usługą dla ludności

Z jakiego powodu polski futbol, który w całej swej historii nie zdobył ani jednego złotego medalu w mistrzostwach świata czy Europy, ma być więcej wart od naszej lekkoatletyki, która zdobyła aż 63 złota?

zobacz więcej
System przelicza takie dane, jak szybkość, czy liczba przebytych kilometrów przez piłkarza, ale takie rzeczy jak faule, czy podania liczy już człowiek. Choć nie całkiem sam... – W systemie podania czy strzały trzeba oznaczać w sposób ręczny. System nie rozpoznaje tego sam, robi to człowiek, choć przy dużej pomocy tegoż systemu i pada, który trzyma w dłoniach – tłumaczy.

Człowiek pomaga systemowi

Jak wygląda taka pomoc? Np. przy podawaniu piłki system posiada pewne założenia i widzi np. w jakiej odległości stali od siebie piłkarz, który podawał i ten, który otrzymał podanie oraz gdzie wtedy stali rywale. Może zatem np. przeliczyć, czy podanie było pod dużą presją, średnią, czy w ogóle bez presji przeciwnika. – Człowiek na padzie sekwencją przycisków wskazuje, czy podanie było dokładne, czy nie, no i system na podstawie odległości między podającym i przeciwnikiem, a przyjmującym i przeciwnikiem od razu identyfikuje typ podania – wyjaśnia Marcin Serafin. – Człowiek pomaga tu bardzo systemowi, ale akurat to maszyna określa resztę – dodaje.
Nad wszystkim czuwa z kolei centrala w Kolonii, która obsługuje też inne ligi, np. Bundesligę. Dane, generowane przez system, na bieżąco przekazywane są do Niemiec, gdzie dosłownie w kilka sekund są przetwarzane i wyświetlane użytkownikom, jeszcze podczas gry. Kolonia dwa razy w tygodniu również kalibruje system i sprawdza, czy wszystkie połączenia działają dobrze, aby podczas meczu nie było niespodzianek.

Również podczas meczu ktoś w centrali czuwa, czy wszystkie dane, przesyłane przed operatorów są całkowite, bo gdyby przychodziły częściowo, traciłyby sens. Sami operatorzy przesyłają też po meczu raporty ze swojej pracy. I to dzięki nim wiemy, że daną liczbę kilometrów przebiegł Kowalski, a nie Nowak.

Mgła utrudnia

Skoro jednak to ludzkie oko jest tu tak ważne, rodzi się pytanie o margines błędu. Okazuje się jednak, że takiego w zasadzie nie ma. – Dokładność danych zaraz po meczu to jest 97-98 procent, ale pamiętajmy, że po tzw. walidacji danych, 24 godziny po spotkaniu dane są już stuprocentowe – podkreśla rozmówca Tygodnika TVP.
Mgła kiedyś przeszkadzała kibicom i piłkarzom, dziś także elektronicznym urządzeniom analizującym przebieg meczu. Na zdjęciu spotkanie KGHM Zagłębia Lubin i Piasta Gliwice na długo przed wprowadzeniem do Polski TRACAB, w grudniu 2016 roku. Fot. PAP/Maciej Kulczyński
Okazuje się, że swoje robią tu czasem warunki, w jakich prowadzony jest mecz. Marcin Serafin przypomina mecz ligowy w Niecieczy, sprzed paru miesięcy. Tamtejszy stadion jest niewielki, więc kamery wisiały dość nisko. Miejscowa Termalica grała z Legią Warszawa, której piłkarze ubrani byli w szare stroje, a nad boiskiem pojawiła się gęsta mgła. Wtedy działanie systemu podczas meczu było utrudnione, choć potem dane pozyskano.

Sam system nie tylko ubarwia telewizyjną relację, która teraz bogata jest w najróżniejsze statystki i wyliczenia, ale jest przede wszystkim kopalnią wiedzy dla klubów i trenerów. – Będziemy w stanie pomóc trenerom oraz sztabom klubów LOTTO Ekstraklasy, dostarczając im unikalne dane fitness – wskazywał podczas inauguracji systemu prezes Animucki. – Tak właśnie rozumiemy naszą rolę we wspieraniu rozwoju klubów najwyższej klasy rozgrywkowej – dodawał.

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
Stać nas

Bo teraz sztaby szkoleniowe mogą do woli porównywać szybkość i wydolność swoich piłkarzy, ale też zawodników rywali. Analizować, kto ile przebiegł kilometrów, w jakiej strefie boiska przebywał, czy podawał celnie, ile czasu był przy piłce, jak młodsi gracze wypadają na tle starszych i czy np. warto wydać na jakiegoś piłkarza więcej pieniędzy, skoro ma dobry strzał, ale na przykład mało biega...

Jak na razie największy dystans podczas meczu przebiegł w 1. kolejce zawodnik Lechii Gdańsk Jarosław Kubicki. Było to 13,18 km. Z kolei np. najszybszym zawodnikiem ekstraklasy jest na razie Mateusz Cholewiak ze Śląska Wrocław, który w 4. kolejce pobiegł z prędkością 34,89 km na godz. Dla porównania najszybszy człowiek świata, Jamajczyk Usain Bolt w 2009 roku pobiegł z prędkością 44,72 km/h.

Ile to wszystko kosztuje? Tym władze Ekstraklasy SA wolą się nie chwalić, powołując się na tajemnicę handlową. – Stać nas na to, nie przepłacamy – zdradził Marek Serafin. – A kluby dostają bardzo głębokie dane. Bo pamiętajmy, że widz dostaje tylko jedną część danych. Resztę dostaje klub i to są bardzo dokładne dane – dodaje. Chodzi tu m.in. o pogłębione dane motoryczne, takie jak np. częstotliwość i powtarzalność biegów, co dla kibica mogłoby być nudne, ale dla trenerów jest ważną wiedzą.
Sędzia może podejść do specjalnego monitora (fot. arch. PAP/Artur Reszko)
Ale system TRACAB to nie jedyna piłkarska nowinka ostatnich miesięcy. Kibice przywykli, że transmisje z meczów mają coraz wyższą jakość i są realizowane z coraz większej liczby kamer. Jeszcze dekadę temu można było się spierać z arbitrem, czy to on miał rację, czy jednak się pomylił, bo nawet kilka powtórek nie rozjaśniało sprawy. Dziś bardzo sporne sytuacje boiskowe są o wiele rzadsze, bo i widać więcej, jak choćby krople potu na twarzy zawodnika.

Rozwój technologii sprawił, że FIFA w końcu zgodziła się na wprowadzenie do futbolu rzeczy znanej wcześniej w siatkówce, czy tenisie, czyli powtórek wideo. Mowa o systemie VAR, czyli Video Assistant Referee (po angielsku: sędzia asystent wideo). Ten był testowany najpierw na mniej ważnych imprezach, aby w końcu na dobre odmienić wizerunek piłki.

Pierwszym polskim sędzią, który zaczął poznawać „czym to się je”, był Szymon Marciniak. Nasz eksportowy arbiter pierwsze szkolenie odbył w 2016 roku, gdy FIFA zaprezentowała system rozjemcom, typowanym do udziału w MŚ 2018.
Wielkim poligonem były tu zeszłoroczne MŚ do lat 20 w Korei Południowej, czyli pierwszy międzynarodowy turniej, gdzie oficjalnie pojawił się VAR. Marciniak był tam właśnie asystentem wideo. Testy wyszły dobrze i parę miesięcy temu z systemu korzystano też na „dorosłym” mundialu w Rosji.

Trzecia w Europie

Tuż po koreańskim turnieju VAR pojawił się w naszym kraju. Wszystko potoczyło się bardzo szybko, bo PZPN, na czele ze Zbigniewem Bońkiem byli zdeterminowani, aby technologia ruszyła u nas równo ze startem sezonu 2017/18.

Powodem były głośne kontrowersje sędziowskie pod koniec poprzednich rozgrywek, gdy m.in. jeden z piłkarzy walczącej o utrzymanie Arki Gdynia ewidentnie zdobył gola ręką w meczu z Ruchem Chorzów, czego arbiter nie zauważył. Trafienie to w sporej mierze przyczyniło się do spadku chorzowian z ligi.
VAR sięgnął Afryki... Na zdjęciu mecz finałowy Pucharu Mistrzów Afryki Al Ahly kontra Esperance Sportive de Tunis na stadionie w Aleksandrii w Egipcie w listopadzie 2018. Fot. REUTERS/Amr Abdallah Dalsh
Pierwszym oficjalnym meczem z VAR nad Wisłą było starcie Legii Warszawa z Arką Gdynia o Superpuchar Polski. Nasza ekstraklasa była dopiero trzecią w Europie, po niemieckiej Bundeslidze i włoskiej Serie A, gdzie FIFA, do spółki z IFAB (to właśnie International Football Association Board, która powstała jeszcze w XIX wieku – długo przed FIFA, zatwierdza wszelkie nowości w przepisach gry) dały zgodę na użycie systemu wideopowtórek. Dość powiedzieć, że np. w Lidze Mistrzów VAR-u wciąż nie ma.

I choć polscy kibice zdążyli już przywyknąć do systemu VAR, to wciąż zdarzają się w tej materii nieporozumienia. – Z powtórek wideo można korzystać tylko przy najbardziej oczywistych błędach – powtarza od dawna Zbigniew Przesmycki, szef Kolegium Sędziów PZPN. Są tylko cztery sytuacje, gdy wolno użyć VAR-u: gdy padnie gol, gdy zostaje pokazana czerwona kartka, przy rzucie karnym i gdy sędzia pomyli zawodnika. Dlatego np. gdy był „spalony”, sędzia puścił grę, ale bramka nie padła, system nie reaguje.

Kim jesteś, trenerze? Od Mulaka i Wagnera do Nawałki i Zidane’a

Dawny Trener z Przetargu teraz będzie otrzymywać co miesiąc 150 tys. złotych. To dobry moment, aby się zastanowić nad typologią sportowych trenerów.

zobacz więcej
Co innego np. gdy padnie gol, a są wątpliwości, czy piłka przekroczyła linię bramkową. Tu system momentalnie tak układa klatki obrazu, że można jasno stwierdzić, czy gol padł, czy nie. Podobnie jest w siatkówce, gdy bez cienia wątpliwości można sprawdzić, czy piłka była autowa, czy dotknęła boiska.

Bluza jak piłka

Wcześniej sędziowie korzystali m.in. z tzw. technologii goal-line i piłek, które miały wmontowane specjalne chipy. Gdy futbolówka przekroczyła linię bramkową, sędzia otrzymywał sygnał, że gol padł. System goal-line był jednak zawodny. Piłkę obserwowało kilkanaście kamer, a przy spornej sytuacji komputer tworzył trójwymiarowy obraz, aby sprawdzić, czy ta przekroczyła linię bramkową, czy nie. Zdarzały się błędy, gdy np. system mylił piłkę z... kawałkiem jasnej bluzy bramkarza.

Podczas MŚ w Rosji sędziowie VAR ulokowani byli w jednym centrum, skąd śledzili poszczególne mecze. W Polsce jest inaczej: PZPN ma cztery wozy VAR, które jeżdżą na dane mecze. Koszt jednego to około pół miliona złotych, a sygnał dostarcza do nich nadawca, czyli Ekstraklasa Live Park. W pojeździe siedzi operator techniczny i dwóch sędziów VAR, którzy korzystają z dotykowych i bardzo intuicyjnych ekranów.

Obraz przekazywany jest na bieżąco z kilkunastu kamer (tych samych, dzięki który kibice oglądają transmisję), a arbiter łatwo może w ułamku sekundy wybrać klatki, które go interesują. Wszystko po to, aby sprawdzanie akcji było płynne i trwało jak najkrócej.
Skołowane trybuny

Polski system ma jednak jedną sporą wadę: cztery wozy oznaczają, że równocześnie mogą obsługiwać tylko cztery mecze. Normalnie to wystarczy, ale raz w roku, gdy kończy się sezon zasadniczy, wszystkie osiem spotkań ligowych rozgrywanych jest o jednej porze.

Tak było właśnie wiosną tego roku. PZPN chciał nawet w ostatniej chwili rozbić kolejkę na dwa dni, aby o jednej porze danego dnia walczyły zespoły, które np. walczą o awans do grupy mistrzowskiej (po 30 kolejkach ekstraklasę dzieli się na dwie 8-zespołowe grupy, pierwsza walczy o mistrzostwo, druga broni się przed spadkiem). Ale pomysł upadł, a żeby nikogo nie faworyzować ustalono, że VAR-u w tej kolejce nie będzie wcale. Być może w przyszłym roku sytuacja w lidze tak się ułoży, że będzie jednak możliwość podzielenia ostatniej serii na dwa dni, aby z systemu nie rezygnować.
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni... Przedwczesna radość Mario Situma z Lecha Poznań po bramce, którą strzelił Jagiellonii Białystok w marcu 2018. Po weryfikacji VAR sędzia gola nie uznał. Fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk
Drugi problem, to... kibice na stadionach. O ile bowiem komentatorzy podczas transmisji telewizyjnej mogą przekazać widzom, co akurat jest sprawdzane i czego dotyczy wątpliwość sędziego VAR, to osoby siedzące na trybunach są często całkiem skołowane.

Koralik na ekranie

Zdarza się bowiem, że arbiter główny dostaje sygnał od VAR-u po dłuższej chwili, gdy akcja toczy się już w innym miejscu, niż nastąpiło przewinienie. Kibic na stadionie nie wie wtedy, co się stało i czemu np. sędzia dyktuje rzut karny. Dostaje tylko komunikat, że trwa wideoweryfikacja i czasem widzi, jak rozjemca podbiega do specjalnego monitora, aby zweryfikował otrzymaną informację. Bo decyzję ostatecznie podejmuje właśnie on.

Trzeba też pamiętać, że jeśli po jakimś wydarzeniu gra była przerwana i została wznowiona, VAR już nie interweniuje. Dlatego też sędziowie, gdy np. padnie gol, zawsze czekają chwilę, czy wszystko było w porządku.

Co ciekawe ultranowoczesne kamery rejestrują nie tylko wydarzenia boiskowe, ale też... samych kibiców. Dzięki czemu łatwiej o identyfikację chuliganów. Głośna stała się kilka lat temu sprawa kibica Legii, który został namierzony przez klub po tym, gdy... rzucił na boisko koralikiem z bransoletki. Kamera wszystko nagrała i powiększyła.

Jak widać nowe technologie na naszych oczach zmieniają piłkę nożną. Czym jeszcze nas zaskoczą?

- Piotr Wilczarek

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Pisząc tekst korzystałem z danych Ekstraklasy SA, zamieszczonych na stronie ekstraklasa.org
Zdjęcie główne: Podczas MŚ 2018 w Rosji sędziowie VAR przebywali w specjalnym centrum (fot. PAP/EPA/YURI KOCHETKOV)
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Włochy zawiodły Kreml. Sankcje przeciw Rosji będą trwały długo
W Europie nawet formacje występujące przeciw Brukseli wolą Biały Dom niż Kreml.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Macron abdykuje. „Żółte kamizelki” tworzą nowy ustrój
Mistrz uroku osobistego, który chciał być „królem” Francji. Okazał się okrutnym narcyzem mszczącym się za brak współczucia po śmierci babci.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Tańce ze śmiercią świetnie się sprzedają
Oblodzone stoki, ciasne zakręty, sztuczny śnieg, skoki dochodzące do 80 metrów na wielkiej prędkości potęgują ryzyko.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Grożą śmiercią, korumpują, kompromitują. Pozostają bezkarni
Czy rosyjscy sportowcy stracą prawo uczestniczenia w światowych imprezach, a Rosja nie będzie mogła organizować międzynarodowych zawodów? Dowiemy się za kilka dni.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Terapia „szyta na miarę”
Wszystkie choroby są genetyczne. A każdy z nas to genetyczny unikat. Indywidualnie dobrane kuracje nadchodzą więc wielkimi krokami.