Kultura

Bikiniarz konserwatysta i polski James Dean – dwie odpowiedzi na kryzys męskości

Obydwaj żyli w powojennej Warszawie. Obydwaj chłonęli jej krajobrazy, lecz nie żywili wobec jej ciemnych stron żadnych złudzeń. Zarówno Leopold Tyrmand, jak i Marek Hłasko zapracowali na miano pisarzy „kultowych”. Czy naprawdę jedynie co ich dzieli to różnica między skarpetami bikiniarza a wytartym swetrem kierowcy ciężarówki? Który z tych legendarnych mistrzów pióra ma dziś nam więcej do powiedzenia? A może obydwaj swój wielki come back mają dopiero przed sobą?

W czwartek 27 września o godz. 22. 15 na antenie TVP Kultura, w kolejnym odcinku „Pojedynków stulecia” zmierzą się ze sobą Leopold Tyrmand i Marek Hłasko.

O Leopoldzie Tyrmandzie sporo można się dowiedzieć z jego „Dziennika 1954”. Jawi się on na kartach tej książki jako człowiek cyniczny, elokwentny, często również małostkowy, niemniej piekielnie inteligentny i bezbłędnie wytykający słabości komunistycznego systemu, w którym – chcąc nie chcąc – przyszło mu żyć.

Tak więc w oczach czytelnika mierzącego się z tym „nie-prywatnym” zapisem trzy dekady po powstaniu (od początku „Dziennik 1954” pisany był z myślą o publikacji, ale ukazał się dopiero w latach 80.), Tyrmand prezentował się jako ktoś, kto musiał przykuwać uwagę otoczenia.

Nieznośne bycie sobą

Tym, co dziś jednak uderza, to godność z jaką autor „Życia towarzyskiego i uczuciowego” znosił wówczas biedę. „Dziennik 1954” powstał przed legendarnym „Złym”, a więc największym „komercyjnym” sukcesem i opus magnum pisarza. Jeszcze w 1948 roku, gdy jako dziennikarz „Przekroju”, na Kongresie Intelektualistów we Wrocławiu przeprowadzał rozmowy z Pablem Picassem, Michaiłem Szołochowem czy Ilją Erenburgiem – był rozchwytywany.

Jednak po napisaniu w 1950 roku relacji z walki bokserskiej, w której zarzucił stronniczość sędziom sowieckim, z trudem znalazł pracę w „Tygodniku Powszechnym”. Z kolei wiosną 1953 roku czasopismo to odmówiło opublikowania nekrologu Józefa Stalina, za co zostało najpierw zawieszone, a potem przejęte przez dyspozycyjnych wobec władzy dziennikarzy związanych ze Stowarzyszeniem „Pax”.

Tyrmand znalazł się na zakręcie, co nie przeszkodziło mu dalej epatować swoim niekonwencjonalnym i egzotycznym na tle stalinowskiej szarzyzny stylem życia bikiniarza. Słuchał jazzu i tańczył swinga. Jego opór polegał na nieznośnym byciu sobą, wyrażającym się także w ubiorze (słynne kolorowe skarpety). A to jaki był – doprowadzało do furii wielu janczarów „nowej wiary”.

Nim jednak Tyrmand znalazł się w roli bezrobotnego „najlepszego pióra Warszawy”, przeszedł długą drogę. Bo trudno chyba uwierzyć, że pierwsze dziennikarskie próby tego zagorzałego wroga komunizmu podjęte zostały w czerwcu 1940 roku w wydawanej w Wilnie podczas sowieckiej okupacji „Prawdzie Komsomolskiej”.

Do tego epizodu Tyrmand nie bardzo chciał wracać (antykomuniście nie przynosiło to chluby), uznając za znacznie ważniejsze w swojej biografii lata spędzone na robotach w hitlerowskich Niemczech i pobyt w Norwegii.
O „Złym” Leopolda Tyrmanda i „Tajemnicach Nalewek” Henryka Nagiela
Szczególnie przedziwny wydaje się dobrowolny wyjazd pisarza do III Rzeszy, zważywszy na jego żydowskie pochodzenie (bo właśnie miał to być sposób na to, żeby… nie zostać zidentyfikowanym jako Żyd). Zresztą losy bliskich Tyrmanda były tragiczne: ojciec zginął w Majdanku, matka – z domu Oliwenstein – przetrwała wojnę i potem wyjechała do Izraela. Ze strony ojca przeżyła czwórka rodzeństwa, natomiast cała rodzina matki poniosła śmierć w getcie warszawskim.

Bezsprzecznie okres II wojny światowej w życiorysie Tyrmanda obfitował w wiele wzywań. Był tłumaczem, robotnikiem kolejowym, pomocnikiem bibliotekarza, także kelnerem, wreszcie pływał statkiem niczym Martin Eden, słynny bohater powieści Jacka Londona. Nie od razu też wrócił do Polski, bo „po drodze” pracował jeszcze dla Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, był reporterem Polpressu w Norwegii, a następnie kierownikiem biura prasowego polskiego poselstwa w Kopenhadze.

Dopiero w kwietniu 1946 roku przybył do Warszawy. Dwa lata później Tyrmand niejako podsumowując ten barwny okres swojego życia wydał zbiór wojennych opowiadań zatytułowany „Hotel Ansgar”. Mimo sensacyjnego materiału książka nie zdobyła rozgłosu.

Praca w Bazie Transportowej

Dla Marka Hłaski wojna widziana oczami dziecka (pisarzy dzieli 14 lat różnicy, w przypadku tak burzliwych czasów to przepaść) pozostała literackim tabu. Podczas Powstania Warszawskiego dziesięcioletni chłopiec ucieka wraz z matką, najpierw do Częstochowy, by później osiedlić się we Wrocławiu.



Hłasko zresztą nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca na dłużej. Za pierwszą poważną cezurę w jego biografii powinniśmy uznać rok 1950 – wtedy to ukończył kurs prawa jazdy i zaczął pracować jako kierowca ciężarówki.

Od listopada 1950 do 1 stycznia 1951 roku pracował w Bazie Transportowej w Bystrzycy Kłodzkiej. Doświadczenie zdobyte w tym miejscu zainspirowało go potem do napisania jednej z ważniejszych dla niego powieści „Następny do raju”. W 1958 roku w umiejętny sposób (choć przy niezadowoleniu Hłaski, który był scenarzystą) zekranizował ją Czesław Petelski jako „Bazę ludzi umarłych”.

14 lat, które dzieliły Hłaskę i Tyrmanda sprawiły, że obydwaj, przynajmniej początkowo, mieli zupełnie inny obraz nowej Polski.

Tyrmand po przyjeździe do kraju pracował w Agencji Prasowo-Informacyjnej i był zameldowany w budynku YMCA (Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej – międzynarodowej organizacji ekumenicznej). Po latach pisarz wspominał tamten czas jako sielankę. Ale do komunistów od początku był nieufny. Z racji wieku miał porównanie zarówno z przedwojenną Polską, jak i z życiem za granicą (przed wojną mieszkał przez rok w Paryżu).

Narodowiec katolik i Żyd liberał dopełniają historię Polski

Władysław Reymont kontra Antoni Słonimski – na przeciwstawnych antypodach polskości.

zobacz więcej
U Hłaski naturalnie tego backgroundu nie było i stąd właśnie zasadnicze różnice w ocenach wczesnego PRL. Nie brakowało za to autorowi „Pętli” wrażliwości i świetnego „szóstego zmysłu” literackiego, który po napisaniu debiutanckiego, socrealistycznego opowiadania „Baza Sokołowska” sprawił, że pisarz porzucił narzucany przez komunistyczne władze „gorset” na rzecz realizmu.

Z miejsca też podbił serca czytelników, dla których pisywał wtedy na łamach „Sztandaru Młodych”, „Twórczości” czy słynnego później „Po prostu”. Właśnie to ostatnie pismo okazało się dla Hłaski niezwykle ważne. „Po prostu” przechodziło wówczas poważne zmiany. Przestało być tytułem studenckim, a stało się (dzięki Klubom Młodej Inteligencji, czy reportażom o polskiej wsi) głosem na wskroś inteligenckim, o dużym ogólnopolskim zasięgu.

Co ciekawe i paradoksalne – autor „Pięknych dwudziestoletnich” szedł pod prąd głównego nurtu, nawet gdy teoretycznie z nim płynął. Już „Baza Sokołowska” była czymś więcej niż tylko opowiadaniem tworzonym na zamówienie. Jak pisał krytyk literacki Andrzej Kijowski, tekst ten zawierał w sobie: „namiętność, ambicje i pasję moralną, która rozwala formę produkcyjniaka”.

Maszyna do pisania na meczu tenisa

Druga połowa lat 50. to czas, w którym zarówno Hłasko, jak i Tyrmand osiągnęli jak na warunki PRL pozycję gwiazd, z czego do pewnego stopnia zdawali sobie sprawę i starali się ów stan utrzymać. Prezentowali zachowania niespotykane, jak choćby u Tyrmanda, który na mecz tenisa przynosił maszynę do pisania, tak jakby tworzyć miał – powiedzielibyśmy dziś – relację online!

Wówczas nie było to zupełnie konieczne, chyba, że ktoś chciał, żeby o nim mówiono. Z kolei o popularności i rozchwytywalności Hłaski niech najlepiej zaświadczy fragment autobiograficznych wspomnień Janusza Głowackiego „Z głowy”, w których autor opowiadał jak postanowił zostać pisarzem.

Otóż, Głowacki umówił się z dziewczyną, poszedł do niej pod dom, ale ku zaskoczeniu nie został wpuszczony do środka. Usiadł na ławce nieopodal, gdy nagle minął go pewien gentelman, który zadzwonił pod ten sam numer i momentalnie wszedł do mieszkania. Tym facetem był Marek Hłasko.

Znakiem rozpoznawczym twórcy „Ósmego dnia tygodnia” stały się męskie osobowości, które przygniatała i niszczyła siermiężna rzeczywistość. W „Moście” (w 1956 roku utwór ukazał się jako „Robotnicy” w zbiorze „Pierwszy krok w chmurach”) pisarz odwrócił typowy dla powieści socrealistycznej schemat, „skazując” robotników pracujących przy budowie tytułowego obiektu na nudę i rozgoryczenie. Ba, nawet ukończenie pracy nie dało im satysfakcji, pozostało wyłącznie przygnębienie spowodowane partyjnymi frazesami oderwanymi od prostego, proletariackiego życia.
Leopold Tyrmand z muzykami na Festiwalu Jazzowym w Sopocie w 1957 r. Fot. PAP/CAF
Zadziwiające, że to właśnie to opowiadanie zostało wyróżnione Nagrodą Pracy na V Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów o Pokój i Przyjaźń. Przed październikiem 1956 roku Hłasko nawet jeśli opisywał szarą i depresyjną rzeczywistość powojennej Warszawy, jak w choćby rewelacyjnej „Pętli” (to jeden z najlepszych w polskiej literaturze tekstów poświęconych alkoholizmowi, później fantastycznie przeniesiony na duży ekran przez Wojciech Jerzego Hasa z wielką kreacją Gustawa Holoubka), to nie była ona postrzegana przez władzę jako problem. Więcej, na autora „Następnego do raju” spływały wyróżnienia i nagrody, na czele z najbardziej deficytowym „towarem” tamtych czasów, czyli mieszkaniem.

W 1956 roku ukazał się wspomniany już zbiór opowiadań „Pierwszy krok w chmurach” i choć były w nim przedrukowane teksty już publikowane, to Hłasce udało się wywołać ferment. Przypomnijmy, w tym samym czasie debiutowało wielu innych wybitnych polskich twórców, m.in. – Zbigniew Herbert, Tadeusz Konwicki czy Miron Białoszewski, ale to o autorze „Sonaty marymonckiej” było najgłośniej.

Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie trzeba szukać w wyjątkowości popaździernikowej odwilży 1956 roku. Zenit popularności Hłaski przypadł właśnie na koniec stalinizmu w Polsce, od którego „błędów i wypaczeń” należało się odciąć na wszelki sposób także w literaturze. Twórczość młodego pisarza opisującego trudy zwykłego życia, pokazującego bolączki nieodbudowanej stolicy (wstrząsający „Ósmy dzień tygodnia”, którego bohaterowie nie mogą skonsumować związku, bo po prostu nie mają gdzie) nadawała się do tego idealnie.

Powieść o Batmanie

Podobnie rzecz ma się ze „Złym” Leopolda Tyrmanda. Zamówienie na tę książkę spadło na autora „Zapisków dyletanta” zupełnie niespodziewanie (wtedy też przerywa pisanie „Dziennika 1954”), natomiast w najlepszym dla niego momencie. Otóż, wydawnictwo „Czytelnik” rozumiejąc epokową zmianę dokonującą się w świecie samo zwróciło się do Tyrmanda o napisanie powieści kryminalnej. Okazało się, że była to dla niego wymarzona propozycja.



W „Złym” klasyczny kryminał łączy się z elementami romansu. Atutem powieści jest doskonale naszkicowana topografia polskiej stolicy. Humor, rozmach i epickość książki zrobiły na czytelnikach ogromne wrażenie, tym bardziej w zestawieniu z ówczesną socrealistyczną literaturą.

„Zły” to pełna zagadek historia, tajemniczego mściciela, który w obronie skrzywdzonych ludzi wymierza sprawiedliwość warszawskiemu bandyckiemu półświatkowi. Zachowując w świadomości odpowiednie proporcje współcześnie moglibyśmy zatytułować tę książkę „Batman wczesnego PRL”.

Korupcja, kastowość, głupota. Tropiciele układów

Patologie II Rzeczypospolitej mogą stanowić zwierciadło ponadczasowych problemów Polski.

zobacz więcej
To powieść, która zdecydowanie wyprzedziła swoje czasy, ale i natychmiast zyskała popularność i wiele pochlebnych ocen. Tak o niej pisał dziennikarz i eseista Henryk Dasko: „»Zły« (…) okazał się nie tylko największym sukcesem literackim Tyrmanda, w pełni ukazującym jego świetny talent narracyjny i dar obserwacji, lecz również największym sukcesem wydawniczym powojennej prozy polskiej. »Złego« czytali wszyscy; nigdy przedtem ani nigdy potem nie powstała książka, która w podobny sposób elektryzowałaby wszystkie środowiska czytelników”.

Dodajmy do tego, że powieścią zachwycał się Witold Gombrowicz, Stefan Kisielewski (przyjaciel Tyrmanda) i Tadeusz Konwicki. Jedynym pisarzem w Polsce, który mógł wtedy równać się popularnością z rozchwytywanym i ekstrawaganckim autorem „Złego” był równie niekonwencjonalny… Marek Hłasko.

Los emigranta

Tymczasem mimo kolejnych sukcesów literackich (Nagroda Wydawców w 1957 roku) twórca „Cmentarzy” (za które na emigracji otrzymał nagrodę literacką paryskiej „Kultury”) – Hłasko coraz częściej miewał problemy z cenzurą. Nasilała się w nim też chęć opuszczenia kraju.

Tak pisał w liście do Antoniego Słonimskiego: „Nigdzie dotychczas nie byłem, nie widziałem dobrego filmu, nie widziałem w życiu porządnego przedstawienia w teatrze, nie widziałem dziesięciu dobrych filmów; i czasem kiedy czytam książki innych ludzi i kiedy pomyślę o ich wiedzy – czuję się w swojej roli wprost śmieszny”.

Hłasko wyczuwał, że czas „odwilży”, na fali której wypłynął – przeminął, i to ostatni moment, kiedy może zaryzykować wyjazd z kraju. W gazetach, z którymi współpracował właśnie wymieniano redaktorów, a kurs gomułkowskiej władzy zaczynał się zaostrzać.

W lutym 1958 roku Hłasko wylądował w Paryżu „mając w kieszeni osiem dolarów, mając dwadzieścia cztery lata [...] będąc uznanym za człowieka skończonego” (jak pisał w „Pięknych dwudziestoletnich”). Wyjazd do stolicy Francji rozpoczął dla pisarza odyseję, która niestety nie skończyła się tryumfalnym powrotem do porzuconej Itaki. „Polski James Dean” (był porównywany do amerykańskiego aktora ze względu na łączące ich fizyczne podobieństwo) nie odnalazł się w inteligenckim środowisku emigracyjnym.

W wywiadach dla francuskiej prasy wprost mówił, że „pisarz jest niczym bez swojej ojczyzny”. Następnie podróżował po Niemczech i Włoszech, by w 1959 roku na zaproszenie swojego przyjaciela, architekta i satyryka Jana Rojewskiego wylądować w Izraelu. To jeden z jego najczarniejszych epizodów emigracyjnych (choć Władysław Tubielewicz, kompan Hłaski z tego okresu twierdził inaczej).
Marek Hłasko z żoną, niemiecką aktorką Sonją Ziemann. Zdjęcie pochodzi z lat 60. Fot. PAP/DPA
Autor „Pętli” nie mógł znaleźć tam pracy, głodował, czuł się porzucony i znalazł się zupełnie poza wszelkim obiegiem literackim. I chociaż napisał wtedy „Wszyscy byli odwróceni” czy doskonałe „Drugie zabicie psa”, to dzieła te nie rekompensują mu pogłębiającej się depresji, wynikającej z odcięcia od ojczyzny.

Dobra passa Tyrmanda również trwała krótko. Teoretycznie w latach 1958-1965 wszystko się układało. Dzięki „Złemu” stał się majętny i mógł kupić pierwszy w swym życiu samochód – wartburga. Wprowadził się do obszernego mieszkaniu na Dobrej, zmienił samochód na jeszcze lepszy, czyli opla rekord.

Cenzura jednak zatrzymywała mu nowe książki i nie pozwalała na wznowienia. Ostatnia książka, którą opublikował w Polsce po wielu trudach, to powieść „Filip” z roku 1961. Po 1958 roku nie mógł wyjechać z kraju. Wreszcie Tyrmandowi udało się uzyskać paszport (pomógł mu pułkownik Janic, szef gabinetu MSW Mieczysława Moczara, znajomy Stefana Kisielewskiego) i w 1965 roku wyjechał z Polski.

Kwestię powrotu uzależniał od tego, czy jego nowa powieść „Życie towarzyskie i uczuciowe” ujrzy światło dzienne. Nie doczekał się i został na Zachodzie. Powieść w 1967 roku wydał Instytut Literacki w Paryżu, książka przeszła jednak bez echa.

Tyrmand osiadł w USA. Jak słusznie ostatnio zauważył pisarz Janusz Rudnicki, w tekście poświęconym „Zapiskom dyletanta”, na paradoks zakrawa fakt, że Tyrmand, który tak pielęgnował w sobie marzenie o Ameryce – ojczyźnie jego ukochanego jazzu, tak wielce wszystkiemu za oceanem się dziwił.

Czy był tam spełniony? Chyba nie da się tego rozstrzygnąć. „Wybrałem Amerykę – pisał w jednym z artykułów – ponieważ jest lepsza, a nie dobra. Lepsza od wszystkiego znanego mi gdzie indziej, mimo potworności, jakimi jest usiana”.

Przy wszelkich różnicach dzielących Hłaskę i Tyrmanda, z pewnością łączy ich fakt bycia emigrantami pierwszego pokolenia. Nie mogącymi przeniknąć w świat nowej kultury, cierpiącymi z powodu oderwania od polszczyzny.

Ale finał w przypadku każdego z nich okazał się inny. Tyrmand odniósł sukces, bo tym był redagowany przez niego opiniotwórczy w konserwatywnych kręgach Ameryki miesięcznik „Chronicles of Culture”. Hłaskę natomiast emigracja zabiła. W nocy z 13 na 14 czerwca 1969 roku w Wiesbaden, „polski James Dean” najprawdopodobniej popełnił samobójstwo.

Pisarze, których potrzebuje popkultura

Nie tak dawno znana marka odzieżowa w swojej serii zatytułowanej „ikony stylu” poświęciła dwie kolekcje właśnie Markowi Hłasce i Leopoldowi Tyrmandowi.

Broń w wojnie polsko-polskiej

Pojedynek stulecia czyli husaria kontra szklane domy. Publicystyczne chochoły, na które warto się od czasu do czasu powołać.

zobacz więcej
Według projektantów, gdyby ktoś chciał się dziś modnie wystylizować na Hłaskę, powinien nosić swetry, białe t-shirty, ale też płaszcze i marynarki z... podobiznami pisarza w podszyciach. Z kolei w kolekcji Tyrmanda znalazły się kolorowe skarpety, krawaty i designerskie oprawki okularów.

Co nam to mówi? Czy obie kolekcje dowodzą, że moda na pisarzy nie przeminęła i są wciąż czytani? A może wręcz odwrotnie, kapitalizm rozmienił literaturę na drobne, pozostając jedynie przy szyku i elegancji. Na nich można zarobić więcej niż na zalegających na półkach książkach?

Pewnej odpowiedzi może dostarczać „kryzys męskości”, którego obrazów jest coraz więcej w filmie i literaturze. Bo jeśli jeden z autorów najbardziej rozchwytywanych obecnie książek na świecie, Karl Ove Knausgard pisał w drugim tomie „Mojej walki”, że ma problem z prowadzeniem wózka z dzieckiem i zastępowaniem matki, to czy nie zasadne staje się pytanie, co by na to powiedzieli bohaterowie niniejszego tekstu.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


A może mimo wszystko, i Hłasko, i Tyrmand przypomną się Polakom także dzięki swej twórczości przetworzonej przez film i teatr? Biografie obydwu – stanowiące często kanwę ich książek – nadają się do tego jak żadne inne.

–Mikołaj Mirowski
Marek Hłasko – Leopold Tyrmand
Obejrzyj wszystkie odcinki „Pojedynków stulecia”:
Zdjęcie główne: Marek Hłasko (fot. PAP) i Leopold Tyrmand (fot. Adam Mottl). Obydwu pisarzy przy wszystkich dzielących ich różnicach połączyła trudna emigracja
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Pycha modnego kaznodziei. Zakład z Panem Bogiem
Znany rekolekcjonista, teolog i autor błyskotliwych artykułów dotyczących wiary, pełniący rolę autorytetu dla „wykształconych z dużych miast”.
Kultura Najnowsze wydanie
Gwiazda antysystemowców
Zniszczyła swoje wczesne prace, bo uznała je za mało oryginalne. Wściekła się też, gdy Édouard Manet „poprawił” jeden z jej obrazów.
Kultura Poprzednie wydanie
Z lasu i z chóru. Z kościoła i z Koryntu. Ludzkim głosem
Na festiwalu zostanie zaprezentowana twórczość wybitnego polskiego kompozytora, o którym nie wiadomo… nic. Oprócz tego, że miał związki z Łowiczem.
Kultura Poprzednie wydanie
Zwęglone truchła, ludzkie wylinki, matka ucięta w połowie
Hitchcock byłby z artystki dumny: na początku jest trzęsienie ziemi, potem napięcie wciąż rośnie.
Kultura wydanie 16.08.2019 – 23.08.2019
Jak ukraińska „Zniewolona” budzi romantyczną duszę Polaków
Kopciuszek w wydaniu zza wschodniej granicy. Na czym polega fenomen serialu?