Kultura

Obcinano im palce na znak, że należą do zamkniętej kasty. Elity okaleczonych „szamanów” – malarzy

Twórcy obrazów naskalnych na północy Australii w migotliwych światłach łuczyw „uruchamiali” setki figur zwierzęcych. Kilkadziesiąt tysięcy lat przed kinematografem...

Nigdy jeszcze nie utwierdziłem się mocniej w kojącej pewności: jestem obywatelem Ziemi, dziedzicem nie tylko Greków i Rzymian, ale prawie nieskończoności.
Zbigniew Herbert po ujrzeniu malowideł w Lascaux

Pewien francuski polityk stwierdził, że „każdy kiedyś zostanie uznany za wstecznego”. To jakże postępowe w swej wymowie (a może jednak konserwatywne) zdanie dotyczy również sztuki. Zgadzam się z nim co do zasady. Tak. Ale oprócz dwóch „chwil” w historii ludzkości.

Tej ostatniej, eschatologicznej. Gdy kończące łańcuch epok pokolenie twórców nie będzie już miało kontestatorów. Ze względu na koniec świata, nikt ich już nie zdoła obśmiać, sparafrazować czy poddać miażdżącej dekonstrukcji, ani nawet po prostu wsadzić do lamusa sztuki autentycznego końca czasów. Wsteczność tego ostatniego pokolenia artystów będzie zatem wirtualna, niespełniona „z przyczyn obiektywnych”.

Natomiast jest inny moment w historii ludzkości, który nie był, nie jest i nie będzie nigdy uznany za wsteczny. Uderza, zatyka oddech, oszałamia, unosi i stawia na powrót do pozycji pokornego widza. Lascaux i setki innych miejsc na naszym globie.

Malarstwo jaskiń. Jutrzenka cywilizacji. Pierwszy czas ogarnięcia przez człowieka świata – tego poza sobą. Dzieło wnikające głęboko w codzienność, niemal trywialność życia, a jednak unoszące ją pod samo sklepienie. Metafizyka walki o przetrwanie. Metafizyka sił, realnych bytów, z którymi człowiek się zmaga. Zapis niemal kronikarski czy fotograficzny, a jednak podniesiony do rangi obrzędu malowania na ścianie schronień. Dziś powiedzielibyśmy: „sublimowania”, „przeniesienia”.

To, co stanowiło jądro uwagi pierwotnej wspólnoty, musiało zostać przedstawione w formie najtrafniejszej, najwspanialszej – nawet ponad miarę tematu. To nie było działanie wyrobnika – myśliwego czy kuśnierza, wytwórcy narzędzi ani strażniczki ognia i dzieci, przygotowującej strawę, zbierającej rośliny jadalne i lecznicze. Tu trzeba było się wznieść w rejony niedostępne wyrobnikom. Zamknąć świat w dłoni, niczym przez zaklęcie i uczynić potężnym, innym – niedostępnym dla rąk, a przystępnym dla oczu większości.

Kiedy Genetix namiesza w Archeo

Ich ekspansja trwała ponad tysiąc lat. Pozostawili po sobie DNA w każdym dokładnie Europejczyku. Lokalne kobiety lubiły tych jeźdźców i rodziły im wiele dzieci. Kim jesteśmy?

zobacz więcej
Wytwarzanie narzędzi kamiennych jest już dobrze udokumentowane dla okresu górnego paleolitu (ok. 40 tysięcy lat przed Chrystusem), a najstarsze, nieduże kamienne narzędzia przypisywane hominidom (gatunkowi Homo erectus) poza Afryką odkryto niedawno w Chinach. Mają one co najmniej 1,6 miliona lat. Z czasem zniknęły prymitywne pięściaki, Homo sapiens wymyślił łuk, udoskonalił taktykę łowiecką, zaczął używać kościanej igły z uchem. Pierwsze jednak narzędzie złożone, kamienny nóż na kościanej rękojeści, powstało dopiero 12 700 lat temu. Dlaczego – chyba można próbować to tak wyrazić – człowiek jaskiniowy, przynajmniej co poniektóry, był znacznie bardziej „spełnionym” i szybciej dojrzewającym artystą niż czeladnikiem kamieniarskim?

Błogosławiona prostota

Platon i Arystoteles przestrzegali przed oddalaniem się od prostoty i prawdy. Uczniowie Jean-Louisa Davida użyli po raz pierwszy określenia „prymitywizm”. Paradoksalnie jednak – dla opisania czegoś wielkiego i cenniejszego od sztuki ich epoki. Wiek XIX zafascynował się sztuką odległą, czasowo i kulturowo, którą Egipt tworzył w niezmiennych, hieratycznych formach przez wieki. Dla innych, szukających wielkości i szczerości pozbawionej chwytów uwodzących publiczność, cezurą był Fidiasz. A nawet kurosy z VI wieku przed Chrystusem, czyli różnej miary posągi przedstawiające stojącego, nagiego młodego mężczyznę z falistymi włosami i zagadkowym uśmiechem, z rękami zawsze opuszczonymi wzdłuż ciała i lewą nogą wysuniętą lekko do przodu.



Można w tym widzieć pragnienie powrotu do źródła nieznanego, a przeczuwanego, które po raz pierwszy ludziom współczesnym ukazało się w jaskini Altamira poprzez oczy ośmioletniej Marii w roku 1879. Jakiś czas potem Picasso powiedział: „Wszystko po Altamirze to tylko dekadencja”. To zdanie, potężne i wstrząsające, brzmi jak powiedzenie pewnego starego Żyda: „Cała literatura to komentarze do Biblii”. Co nie znaczy, że wszystko mniejsze od wielkości największej jest małe, płaskie i nieciekawe. Bywa porywające. Ale nie aż tak.

Słońce Peru świeci w Polsce, pożar gasi Matka Boska, a mężczyzna ma trzy twarze

Staliśmy się pośmiewiskiem Europy mniej więcej w tym samym czasie. Hiszpański hidalgo i polski szlachcic dogadaliby się nawet na trzeźwo. A Polak i mieszkaniec zamorskich kolonii Hiszpanii?

zobacz więcej
Jeśli przyjąć teorię Arystotelesa o modelu sztuki wzrastającej i upadającej na wzór przebiegu życia ludzkiego, malowidła z jaskini Chauveta powinny stać się punktem wyjścia dla linearnego rozwoju sztuki. Ku doskonałości wieku dojrzałego, by zestarzeć się i obumrzeć. Vasari, analizując okres między XIII a XVI wiekiem stwierdził doskonalenie się sztuki tej epoki. Cimabue i Giotto byli początkiem, a Rafael końcem owej ewolucji. Osobiście nie zgadzam się z tą wizją, biorącą swą pewność w hellenistycznym wielbieniu mimesis, czyli upodabniania dzieła do natury lub klasyki jak najlepiej ujmującej tę naturę.

Czy można by było postawić twórczość człowieka kromaniońskiego, tę rozpoczętą 40 tysięcy lat temu i trwającą niemal 30 tysięcy następnych lat, w roli dzieła „wieku dziecięcego” ludzkości, od którego oczekuje się jedynie wyklucia i dojrzenia? Sam arystotelowski mechanizm, choć może zbyt prosty, da się przyłożyć do krótkich okresów w historii sztuki, zwartych wewnętrznie. Można go też zastosować np. do analizy przedstawiania postaci zwierząt i ludzi w petroglifach. Najpierw schematycznych, później bardziej rozwiniętych, wreszcie wypełnianych barwnikiem, by przejść w etap koronny – malowideł naskalnych. I tu cykl ów się zamyka, bez otwarcia na następny.

Pędzący bizon i magia

„Zamyka” bez cienia pejoratywności. Ten szczyt patrzy na nas, następców, usiłujących dać rzeczom i sprawom wyraz. Ten szczyt jest wielkością i doskonałością samą w sobie. Tak nam bliski, jak odległy. Cóż takiego się stało 35 tysięcy lat temu w jaskiniach dzisiejszej Francji, Hiszpanii i Indonezji? I podobnie, choć trochę później – na południu Afryki i w Indiach? Jak określić tę porywającą wielkość, trafność, rodzaj piękna absolutnego?

Człowiek kromanioński wszedł na szczyt w przedstawianiu, a jednocześnie długo jeszcze tkwił w prymitywnych warunkach siedliskowych. Szałasy, ziemianki, wejścia jaskiń nie chroniły dość przed deszczem, śniegiem, wiatrem. Pies został udomowiony dopiero 12 tysięcy lat przed Chrystusem. Narzędziom górnego paleolitu wciąż brakowało późniejszej precyzji. A pędzący bizon z jaskini Altamiry był już na absolutnych wyżynach.

Różnica między najwyższą umiejętnością przedstawiania, a praktycznymi elementami życia jest przeogromna. Czy oznacza to, że najważniejsza była część aktywności ludzkiej powiązana co prawda z pożywieniem, ubraniem, przetrwaniem potomstwa, ale jednocześnie z magią dotykającą „po – śmierci“? Wszak bizon, mamut, czy jeleń zabity przez myśliwego żyje w innej formie: pożywienia, narzędzia i ozdób z kości czy rogów, grzejącego futra. Pochowany przodek jest blisko, dba o swoich, za co składa mu się obiatę.
Malowidło z jaskini Altamira w północnej Hiszpanii, ok. 13 000 lat p.n.e. Fot. Wikimedia/ Museo de Altamira y D. Rodríguez
Temu aspektowi istnienia ówczesny człowiek poświęcił swoją najlepszą część: uwagę, czas, inicjatywę, umiejętności twórcze, zdolności manualne, wyobraźnię. Tak, jak później najbardziej rozwinięta cywilizacja starożytna, czyli Egipt, ludzie górnego paleolitu uważali, że ważniejsze jest to, co po śmierci od tego, co przed.

Kwiaty i paciorki na łożu umarłych

Bagietka, razowy czy podpłomyk? Żeby mieć chleb, nie trzeba uprawiać zboża. Trzeba mieć palenisko

Odkryto piec chlebowy dwukrotnie starszy niż uprawa zbóż. Żeby zatem mieć pieczywo, nie trzeba siać pszenicy czy żyta. Wystarczy mieć palenisko.

zobacz więcej
Homo sapiens zwany człowiekiem współczesnym opuścił wschodnie wybrzeże Afryki około 70 tys. lat temu, by 50 tys. lat temu zaludnić południowe wybrzeże Azji i Oceanię. Do Europy dotarł przed 40 tysiącami lat. Spotkał tu osiadłego „od zawsze” neandertalczyka. I właśnie wówczas, gdy się zetknęli, pojawiają się pierwsze wspaniałe malowidła naskalne.

Dla przybysza był to początek rozkwitu, dla tubylca początek końca. Zniknął po 10 tysiącach lat. Zarówno jednak wcześniejszy neandertalczyk, jak i późniejszy człowiek współczesny mieli obyczaj grzebania umarłych! Grób neandertalski ośmiu osób w irackim Szanidar sprzed 48 tysięcy do 44 tys. lat był pełen pyłków kwiatowych, umarłych chowano bowiem na ogromnym łożu z kwiatów. W późniejszym o kilkanaście tysięcy lat grobie w Sangirze, w okolicach dzisiejszej Moskwy, ciała dwójki ludzkich dzieci przysypane zostały 10 tysiącami misternych paciorków z kości.

Wszystko to są objawy wiary w życie pozagrobowe. Wartość najwyższą, której towarzyszyć muszą formy najpiękniejsze. Pozwolę sobie na gorycz: to, czym obdarza się dziś umarłych, od klockowatych nagrobków po szkaradnie zdobione znicze, stawia nas w stosunku do człowieka kromaniońskiego w pozycji tępego, niedorozwiniętego estetycznie Homo inferioris. Nasz przodek z Lascaux okazuje się istotą wewnętrznie od nas głębszą w wielu wymiarach.

Agere sequitur esse – działanie wynika z istoty...

Zbigniew Herbert tak pisał w „Barbarzyńcy w ogrodzie”:
Jest to scena, a raczej dramat i, jak przystało na dramat antyczny, rozgrywa się między skąpą ilością bohaterów: bizon przekłuty oszczepem, leżący człowiek, ptak i niewyraźny w zarysie odchodzący nosorożec. Bizon stoi profilem, ale ma odwróconą ku widzowi głowę. Z brzucha wypływają wnętrzności. Człowiek, potraktowany schematycznie jak na rysunkach dzieci, ma ptasią głowę zakończoną prostym dziobem, rozrzucone czteropalczaste ręce i sztywno wyciągnięte nogi. Ptak jakby wycięty z kartonu i umieszczony na patyku prostej linii. Całość rysowana grubą, czarną krechą, nie wypełniona kolorem, tylko złotą ochrą tła odbiega swą surową, jakby niezdarną fakturą od malowideł wielkiej Sali czy absydy. A mimo to przyciąga uwagę prehistoryków, nie tyle ze względów artystycznych, ile dla ikonograficznej wymowy”.

„Czteropalczaste ręce“? To nie pomyłka ani niezręczność malującego. W jaskini Gargas w Pirenejach jest 231 śladów odbitych dłoni, a 114 z nich brakuje niektórych palców lewych dłoni.
Jaskinia Gargas we francuskich Pirenejach. Obrzut dłoni sprzed ok 26 000 lat. Fot. Wikimedia/José-Manuel Benito/ Locutus Borg Lub Rameessos
Najczęstszą techniką pozostawiania takiego odbicia było dmuchanie barwnika wokół przyłożonej do ściany dłoni o rozpostartych palcach. Brak palców raczej nie wynikał z odmrożeń, gdyż dotyczyło to prawie zawsze kciuka, a często palców serdecznego i małego. Ani też nie był wynikiem zagięcia palców, gdyż obraz byłby o wiele mniej wyraźny. Obcięcie części palców miało więc inny cel i znaczenie.

Rany stały się perłami. Śmierć nabrała nowego znaczenia

Ikona pokazuje przebóstwiony świat. Matka Boska Częstochowska, najważniejszy obraz dla katolików w Polsce, jest klasyczną ikoną i pochodzi z Bizancjum.

zobacz więcej
Do robienia śladów wykorzystano te same środki, których używano do malowania zwierząt. Często widniały one tuż obok malunków, jak podpis. Oznacza to, że jest bezpośredni związek między okaleczeniem dłoni a tworzeniem naskalnych malowideł. Czy obcinanie palców lewych dłoni było inicjacyjne, czy też było znakiem wyróżniającym osoby należące do elitarnej, wyjątkowej grupy malujących?

Idąc dalej, archeologia wykazuje, że to grupy „szamanów” wchodziły w głąb jaskini, aby malować. Reszta wspólnoty mieszkała w jej wlocie lub na zewnątrz. Im głębiej, tym niebezpieczniej – ciemność, korytarze, w których można się zgubić, jaskiniowe drapieżniki. Ci, którzy tam mimo wszystko pracowali, byli motywowani czymś nadzwyczajnym. Przynależnością do elity, fascynacją wtajemniczeniem w magię? Może byli dobierani i przyuczani od dziecka?

W każdym razie wszystko to wskazuje na obrzędowy charakter kaleczenia dłoni i na to, że okaleczeni byli autorami malowideł w co najmniej trzech europejskich jaskiniach. Można być prawie pewnym, że grupa owa była czymś na kształt zamkniętej kasty, wewnątrz której przekazywano wiedzę o duchach zwierząt, obiektów polowań.

Bezpalce „bóstwa”

Obrazy naskalne na północy Australii, jedne z najstarszych na świecie, według Aborygenów są malowane przez bóstwa i przedstawiają je same. Twórcy malowideł używali linii i plamy, ale wykorzystywali też wybrzuszenia i zagłębienia ścian, a w migotliwych światłach łuczyw „uruchamiali” setki figur zwierzęcych. Kilkadziesiąt tysięcy lat przed kinematografem...

Wiemy częściowo, jak wyglądali ludzie z okaleczonymi dłońmi – są na ścianach jaskiń! Schematyczne figury ludzkie, przedstawiane na malunkach obok zwierząt, z maskami zwierzęcymi na głowach. Bywało, że ich postaciom (sobie samemu?) malarz oddawał część pokrywanej malunkami ściany, czyniąc z nich autonomiczne podmioty swojego dzieła. Wiele z nich ma głowy całkowicie zakryte, z wielkimi otworami na oczy. Podobnie zasłaniali głowy, przybierając inną tożsamość, późniejsi szamani działający jeszcze do niedawna w Azji, Afryce czy na Karaibach. Kapłani egipscy zaś nakładali na siebie podczas ceremonii repliki głów zwierzęcych.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Wracając do okaleczonych dłoni: w jaskini Obłazowej na Podhalu, słynnej z odkrycia w niej najstarszego w świecie bumeranga z ciosu mamuta, znaleziono amputowane ludzkie paliczki, czyli końcowe części palców dłoni. Leżały na kwarcytowo-granitowej konstrukcji (z kamienia sprowadzonego z Tatr), razem z bumerangiem i rozcieraczem do czerwonego pigmentu, zawieszkami z kłów lisa polarnego i jedynym znalezionym w Polsce paciorkiem z przewierconej kości. Obok kamiennego kręgu, oddzielającego świat żywych od świata umarłych.

Uważali go za głupka. Samotny gruźlik, żebrak bez domu, analfabeta. Jeden z najwybitniejszych prymitywistów świata

Nikifor kochał Łemkowszczyznę. Przesiedlano go trzy razy na Ziemie odzyskane, a on za każdym razem wracał pieszo do swoich rodzinnych stron. Był wpisany w krynicki krajobraz.

zobacz więcej
Co istotne – wokół, w promieniu kilkuset kilometrów, nie ma żadnych materiałów kultury pawłowskiej, do której te znaleziska należą. Nie ma też żadnych paleolitycznych osiedli ludzkich, które mogłyby używać Obłazową jako skład. Najbliższe osady znajdowały się na Morawach. Znaczy to, że jaskinia Obłazowa, jak i jaskinia Lascaux (zwana „prehistoryczną Kaplicą Sykstyńską”), nie była nigdy zamieszkała. Stanowiła sanktuarium, a ozłożone w niej obiekty służyły obrzędom.

Pierścienie zamiast amputacji

Obcięte paliczki stwierdzono również w grobie paleolitycznym na Krymie. Pochowanej tam kobiecie brakowało dwóch paliczków, amputowanych, gdy była dzieckiem. Obcinanie palców ludziom wyjątkowym było ceną wyjątkowości. Zapewne z czasem stopniowo uznano, iż jest to cena zbyt wysoka. Cierpienie, do tego zakażenia i wynikająca z nich utrata istotnych dla wspólnoty osób.

Pokuszę się o śmiałą hipotezę. Otóż dla ludzi związanych z magią i obrzędami ważny był symbol, znak i sublimacja. Co mogło stać się znakiem obcięcia palca? Naznaczenie miejsca cięcia. Czym? Barwnikiem, najlepiej czerwonym. Może tak zaczęto zastępować rzeczywiste obcięcie. Nietrwałość barwnika stała jednak w sprzeczności z ostatecznością amputacji. I tu może pojawić się coś, co dziś uznajemy tylko za ozdobę: obrączka, pierścień. Z mocnego, trwałego materiału: najpierw rogu, czy kości, kamienia, później z metalu. Nałożone między kostką a pierwszym stawem palca znaczyły miejsce cięcia, zastępowały amputację. Były jej sublimacją.

Najstarsze znane nam dziś pierścienie na palce pochodzą ze starożytnego Ur chaldejskiego i mają niemal pięć tysięcy lat. Pierścienie były powszechne w starożytnym Egipcie, jak i starożytnym Rzymie. Zachowały się tysiące zabytków z tych okresów, pełniły one wówczas zarówno rolę ceremonialną, jak i po prostu dekoracyjną. Gdyby chodziło li tylko o ozdobę, nie nakładano by ich właśnie na dłonie. Wielość gestów wykonywanych dłońmi czyniła zdobienie ich niepraktycznym. Narażenie na zgubienie, czy zniszczenie dotyczyło o wiele bardziej pierścieni, niż ozdób włosów, uszu, czy szyi. A raczej na te części ciała zwraca się uwagę, mając je na wprost wzroku.

W jaskiniach Afryki, Australii i Indii nie natrafiono na odbicia dłoni bez palca. Tam też zdobi się wyższe partie ciała bardziej, niż w Europie. Żaden zaś inny element biżuterii nie jest noszony tak powszechnie przez Europejczyków, jak pierścień.

Cztery kobiety Vincenta van Gogha

Malarz nie miał szczęścia w miłości. Narzekał, że zamiast uczuć musi zadawalać się „dziewkami za kilka franków”.

zobacz więcej
Związany jest z historią władzy: pierścień królewski, pierścień Rybaka – czyli sygnet papieski etc. Sygnet szlachecki zastępował podpis jako pieczęć. Kamienie o barwach czerwonych: krwawniki, hematyty, rubiny stanowiły nieodłączną jego część. W pierścieniach zamknięte są relikwie świętych. Pierścionki zaręczynowe były widomym znakiem zaangażowania. Wreszcie obrączka małżeńska czy zakonna – towarzyszące przysiędze dozgonnej. W literaturze temu przedmiotowi wciąż daje się wyjątkową wagę, od „Pierścienia i róży“, przez Tolkiena i jego „Władcę pierścieni”, aż po „Pierścień rybaka“ Jeana Raspaila. Jego mityczność wracała też w dramacie muzycznym „Pierścień Nibelunga“ autorstwa Ryszarda Wagnera.

Zaczęło się zaś prawdopodobnie od zastąpienia obcinania palców jaskiniowych malarzy – szamanów.

Nasi prarodzice za arcyważne uważali też stosowanie czerwieni. Krew, jako nośnik, pierwiastek życia, uznawana była przez starożytne ludy, np. Żydów, za świętość. To, co później nazwano od skojarzenia z krwią (gr. haema) hematytem, było w paleolicie kolorem panującym. Najstarszym na świecie znanym malunkiem jest dysk z jaskini El Castillo, namalowany czerwoną farbą 40 800 lat temu.

A już 70 300 lat temu na południu Afryki ktoś wyrył rylcem z czerwonej ochry kilka prostych, przecinających się linii na silkretowym kamieniu. To z kolei prawdopodobnie najstarszy ślad znakowania, wskazującego na myślenie abstrakcyjne.

Czerwona krew to życie, wszak uchodzi ono wraz z krwią. Czerwoną ochrą malowano postaci zwierząt oraz posypywano ważne przedmioty i amulety. Barwiono na czerwono ciała umarłych, co musiało wiązać się z wiarą w życie po śmierci i istotnie, ze względu na bakteriostatyczne właściwości ochry, hamowało na jakiś czas rozkład.

Czerwień stosowana przez paleolitycznego Homo sapiens może być początkiem uzewnętrzniania przeczucia sacrum, życia niezniszczalnego. Ciała trojga młodych Homo sapiens sprzed 26 tysięcy lat znalezione w grobie morawskim, miały głowy (a kobieta również łono) posypane czerwoną ochrą. Podobny był zwyczaj takiego właśnie barwienia mumifikowanych ciał przez Egipcjan. Nie było to decorum, gdyż ciała zawijano zasłaniającymi bandażami. Szerokie pasy ich pierwszej warstwy były również czerwone.
Nieopakowana mumia Setiego I. Fot. Wikimedia
Czerwień w różnych odcieniach została w ten sposób zakodowana w wielu kulturach, jako wyróżnik czegoś wielkiego, nadzwyczajnego. Na flagach powiązanych z siłą ważny jest kolor czerwony, jak choćby na komunistycznej, nazistowskiej, czy anarchistycznej. Barwa przeszła w sferę władzy i potęgi. Na czerwono nosili się starożytni władcy i możni. Aktem szyderczym było zatem nałożenie przez rzymskich żołnierzy purpurowego płaszcza na Jezusa w czasie Jego męki. Co, powiązane z kolorem krwi, przeniosło się na strój papieski, który miał tę barwę do XVI wieku.

Na koniec coś, co się jeszcze nie przebiło do wyobraźni zbiorowej, a co wystawia na próbę wszelkie eurocentryzmy i maskulinizmy. Najstarsze do tej pory odkryte malowidła jaskiniowe, mające ponad 40 tysięcy lat, znajdują się na indonezyjskiej wyspie Sulawesi. A tamtejsze odciski dłoni należą, jak w wielu przypadkach na ścianach jaskiń europejskich – do kobiet! To one dały początek niezrywalnej nici przeczuć, objawień, przemyśleń i ich wyrażania.



– Przemysław Maria Zawadzki, absolwent ASP w Krakowie.
Maluje, rysuje, pisze, rąbie drewno – najlepiej bukowe.

Pierwotna wersja tego tekstu ukazała się w Głosie Plastyków 2/2016.
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Politycy, którzy piszą powieści, literaci, którzy politykują
Autor cyklu o Jakubie Wędrowyczu szczęśliwie w 2009 roku nie wszedł do Parlamentu Europejskiego z listy Unii Polityki Realnej.
Kultura Poprzednie wydanie
Bez nadęcia, moralizowania, rozdzierania szat
Najbardziej zachwyca mnie jej kunszt w tworzeniu napięć poprzez nieoczekiwaną zmianę skali. Proszę sobie wyobrazić lilipucią ogrodniczkę wygrabiającą spirale z czerwonego piasku.
Kultura Poprzednie wydanie
Napisał scenariusze do „Zimnej wojny” i „Rejsu”
Nie ma dziś autorów, którzy by potrafili tak celnie, z cieniutką ironią, trafiać w słabe punkty przeciwników. Dziś wali się na odlew siekierą, On ciął skalpelem.
Kultura Poprzednie wydanie
Kurier do Londynu
Historia żołnierza, konspiratora, wysłannika AK, powstańca warszawskiego - już w kinach. A w Tygodniku TVP fotosy i zdjęcia z uroczystej premiery.
Kultura wydanie 8.03.2019 – 15.03.2019
„Elegancja Carringtonów w twoim domu”. Terapia dla...
Ludzie chcieli zobaczyć, jaki jest Zachód, wielu z nich szukało nowych wzorców – niestety, dostarczały je również tandetne seriale…