Historia

Abwehra w Polsce Ludowej

Już w tydzień po podpisaniu Porozumień Gdańskich w 1980 roku enerdowska Stasi powołała Grupę Operacyjną Warszawa, bezpośrednio podporządkowaną II Wydziałowi Kontrwywiadu (Spionageabwehr). O jej powstaniu poinformowano władze PRL, nie ujawniając jednak żadnych szczegółów – ani zakresu działania, ani nawet liczebności, nie mówiąc o składzie osobowym.

Zbiory tekstów źródłowych są zwykle lekturą niskonakładową, przeznaczoną dla specjalistów. Istnieją jednak od tej reguły wyjątki, a jedną z nich jest dwutomowa edycja IPN „Przed i po 13 grudnia. Państwa bloku wschodniej wobec kryzysu w PRL 1980-1982”. Trudno zrozumieć, jak to możliwe, że praca ta nie stoi na większości znajomych półek. I to nie ze względu na wzorcową jakość kwerendy, wyboru, przekładu i opracowania dokumentów pochodzących z archiwów dziesięciu państw, na odważne hipotezy postawione we wstępie przez Łukasza Kamińskiego.

Na pograniczu paniki

Myślę o pobudkach znacznie niższych, o komiksowej nieledwie satysfakcji, jakiej doświadcza każdy ścigany i osaczony, kiedy nagle odwrócą się rolę i jego prześladowcy staną jak wryci, po czym zaczną pierzchać z twarzami wykrzywionymi strachem.

Jak oni się nas bali! Dokumenty, z jakimi mamy do czynienia we wspomnianej antologii PRL, to niemal wyłącznie akta urzędowe dwojakiego rodzaju: albo stenogramy posiedzeń wysokich gremiów partyjnych od Berlina po Sofię, albo korespondencja dyplomatyczna placówek PRL z centralą, ukazująca nastroje i wyniki rozmów w bratnich krajach. Nie są to więc zapiski „od serca”, są ujęte w gorset retoryki marksistowskiej, w konwencje korespondencji urzędowej, a przy tym czołobitne wobec Pierwszych Sekretarzy.
Władze NRD od strajków sierpniowych w 1980 roku opowiadały się za interwencją państw Układu Warszawskiego w Polsce. Latem 1981 roku wojska wschodnioniemieckie uczestniczyły w ćwiczeniach na terytorium PRL. Fot. PAP/CAF
A jednak, spośród tych wszystkich zapewnień o oddaniu sprawie socjalizmu, trosce o zagwarantowaniu należytej pozycji Partii i szczerych, robotniczych pozdrowieniach od ludu pracującego Rumunii czy Wietnamu do towarzyszy w Polsce, przeziera strach – taki, od którego jeżą się włosy, taki na pograniczu paniki.

W wielu krajach jednak, przynajmniej do jesieni 1980 r., pojawiają się jeszcze, mimo kilku „sit” – autocenzury, poglądów, oficjalności – głosy względnie życzliwe. Polskim towarzyszom gratuluje się dojrzałości, w nieoficjalnych rozmowach niżsi rangą dyplomaci radzieccy przyznają, że reformy i odmłodzenie aparatu przydałyby się nie tylko w Polsce.

Metropolita w Rumunii chwali w nieoficjalnej rozmowie prymasa Stefana Wyszyńskiego (!), w Budapeszcie składane anonimowo i nocą kwiaty pod pomnikiem Bema rosną w pryzmy (co starannie obserwuje jeden z młodszych rangą dyplomatów PRL!), a niepokorni literaci na zebraniu uchwalają rezolucję z wyrazami poparcia dla „Solidarności”.

Nawet wiceprzewodniczący Wielkiego Ludowego Churału Mongolskiej Republiki Ludowej zdobywa się jednego z przyjęć na brawurowe wyznanie w kuluarach, iż „carowie przychodzą i odchodzą, a naród zostaje”, co odczytane zostało w polskiej depeszy dyplomatycznej jako wyraz najgorętszego, jakie było możliwe, poparcia dla Sierpnia.

Na pograniczu paniki

I tylko w jednym z bratnich państw nie ma mowy o żadnych, najbardziej nawet kurtuazyjnych wyrazach uznania dla partii i narodu polskiego, nawet w „miodowym miesiącu”, jakim był wrzesień roku 1980. Tylko jeden kraj od początku traktuje wypadki w Polsce „z troską i zaniepokojeniem”, zabezpiecza granice, uruchamia wywiad, mobilizuje agenturę, opowiada się za interwencją i poszukuje po polskiej stronie chętnych do zastąpienia w PZPR zgniłych liberałów. To Niemiecka Republika Demokratyczna.

Dlaczego właśnie ona? Od Pragi po Bukareszt (by nie wspominać już o Ułan Bator) w komitetach zasiadali twardogłowi post-staliniści, dla których ostatnim wstrząsem, szczęśliwie opanowanym, była Praska Wiosna. Jeśliby próbować oszacować „względny liberalizm” systemu, wyrażający się w takich zmiennych jak ilość przekładów z literatur Zachodu, możliwość podróżowania (bodaj po krajach socjalistycznych) czy sposób traktowania nielicznych dysydentów, NRD można uznać za mniej represyjny niż ówczesna Rumunia czy Bułgaria.

Również poziom życia mieszkańców Berlina czy Rostocku (niezależnie od tego, czy bierzemy pod uwagę liczbę łóżek szpitalnych na tysiąc mieszkańców, śmiertelność noworodków, czy szansę na posiadanie samochodu) był bez porównania wyższy niż ich sąsiadów z „zaprzyjaźnionych miast”: Ruse, Timisoary czy Rzeszowa. Dlaczego więc Erich Mielke, okrutny szef Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, już 12 sierpnia 1980 r., w tajnym piśmie adresowanym do wszystkich jednostek organizacyjnych MBP NRD ogłasza stan alertu?
To co się dzieje w Polsce, to dla nas w NRD, kwestia życia i śmierci - stwierdził Erich Mielke, szef Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego NRD, w październiku 1980 r.. Na zdjęciu podczas spotkaniu z pracownikami spółdzielni mleczarskiej w maju 1981. Fot. Wikimedia/Bundesarchiv, Bild 183-Z0528-028
Dlaczego nakazuje „uniemożliwianie wrogim siłom określonych zamiarów, planów i działań”, a konkretnie – uruchomienie wszystkich środków operacyjnych, nadzór nad strajkującymi w Polsce zakładami, i podjęcie działań operacyjnych „w celu prewencyjnego zlikwidowania ewentualnych polityczno-operacyjnych skutków wynikających z ruchu turystycznego w PRL”?

Rozkaz został właściwie zrozumiany i wykonany na wszystkich szczeblach: już w tydzień później – przypomnijmy, jest osiemnasty sierpnia: w Sali BHP dopiero uchwalanych jest 21 postulatów, Bożena Rybicka prowadzi pierwsze odmawianie różańca pod Bramą Stoczni, nikt z władz nie podjął jeszcze żadnych rozmów ze strajkującymi! - komórka wywiadu wojskowego w PRL (depesza nr 1/80) diagnozuje, że „w PRL chodzi o dobrze przygotowaną i zorganizowaną, zaplanowaną, długoterminową akcję sił kontrrewolucyjnych, które pochodzą także z kręgów Kościoła”.

Za szczególnie oburzający uważają przy tym fakt, że strajkujący domagają się „wzniesienia tzw. pomnika strajkujących kontrrewolucjonistów z 1970 roku”! Tego samego dnia w miasteczku Ronneburg w Turyngii (dziura, jakich mało, trzy tysiące mieszkańców!) miejscowy komendant posterunku zgłasza się do kierownika grupy polskich pracowników z propozycją nie do odrzucenia: organizowania nocnych kontroli obecności w hotelu robotniczym, połączonych ze zbiórką i sprawdzaniem dokumentów…

Chciano rozmawiać z nami »po polsku«

Odpowiedź na to pytanie może być jedna: strach. „To co się dzieje w Polsce, to dla nas w NRD, kwestia życia i śmierci” – stwierdził Mielke już w październiku 1980 i ten zwrot – Lebensfrage” – powracał najpierw w sekretnych raportach, a po latach – w tytułach opracowań historyków, piszących o postawie Berlina wobec „Solidarności”.

Wiele było po temu powodów: skrajna „twardogłowość” Honeckera i towarzyszy, doktryna obowiązująca w wersji nie leninowskiej już, lecz wręcz czekistowskiej: nawet Sowieci, choć sami pruli seriami po manifestantach w Nowoczerkasku w 1962, uważali masakrę na Wybrzeżu w roku 1970 za „poważny błąd polityczny” i nigdy nie pozwolili sobie (przynajmniej w oficjalnych dokumentach) na nazwanie zabitych „kontrrewolucjonistami”.

Do tego dochodziło paranoiczne przekonanie, że NRD jest pierwszą flanką, obozu, stale narażoną na szturm ideologiczny i militarny imperialistów. „Na Zachodzie u drzwi RFN i NATO, a na Wschodzie, za plecami, kontrrewolucja” – podsumowuje odczucia enerdowskiej wierchuszki jesienią 1981 korespondent TASS. Świadomość, że NRD jest topniejącą krą: zapaść demograficzna postępuje, uroki RFN widzą wszyscy nawet przez najwyższe zasieki. No i obawa przed „polską zarazą”, która, jak to ocenił Honecker w rozmowie z Breżniewem na Krymie latem 1981, „będzie się rozprzestrzeniać”.
Pianiści Marek Tomaszewski i Wacław Kisielewski, którzy pozwolili sobie wystąpić w NRD z wpiętymi w klapy marynarek miniaturowymi znaczkami „Solidarności” zostali odstawieni ciupasem do granicy w asyście milicyjnych motocykli. Na zdjęciu "Marek i Wacek" ok. roku 1970. Fot. PAP/Marek Karewicz
Wiedział, co mówi: już 17 września 1980 roku wybuchł strajk pracowników wschodnioberlińskiego metra: reprezentujący sześć tysięcy osób komitet strajkowy żądał wprawdzie tylko podwyżek płac, ale powoływał się na sytuację w Polsce! Fraza, użyta w sprawozdaniu Biura Politycznego SED (NRD-owskiej partii komunistycznej), które zebrało się, by dyskutować o tych wydarzeniach, jest fantastycznie wymowna: „Chciano rozmawiać z nami »po polsku« – mówi o robotnikach jeden z zastępców członka BP. – Ale my tego »polskiego« nie rozumieliśmy”.

Wobec takiej dżumy niezbędne było zastosowanie kordonu sanitarnego i władze NRD pokazały, co potrafią w tej dziedzinie. Jeszcze w październiku zawieszono bezterminowo mały i bezwizowy ruch graniczny, zamknięto przed Polakami sklepy. Równolegle poszły nieoficjalne zalecenia: ograniczyć do minimum wszelką wymianę, kulturalną, studencką i pracowniczą.

Studenci, którzy na początku roku akademickiego trafili w ramach wymiany do Polski, zostali z niej wycofani po pierwszych strajkach na uczelniach; zerwano kontrakty. Pracownicy administracji państwowej mogli wyjeżdżać do Polski tylko „w pilnych sprawach rodzinnych”, czytaj – na pogrzeby.

„Solidarność” nie chciała zniknąć

Za wszelką cenę też starano się zniechęcić do wizyt potencjalnych nosicieli zarazy. Nasilały się represje, z perspektywy czasu raczej groteskowe niż groźne, ale zawsze poniżające: w listopadzie delegację Zarządu Głównego Socjalistycznego Związku Studentów Polskich, przybyłą z rytualną, bratnią wizytą, na lotnisku Schönefeld rozebrano do naga i postawiono pod ścianą, dokonując „rewizji osobistej trzeciego stopnia”.

Innych polskich studentów, nie tak ustosunkowanych, wyrzucano z NRD w ciągu kilku godzin za najmniejszą pozytywną wzmiankę o „Solidarności” bądź tylko zaprezentowanie – w uczelnianej gazetce – oficjalnej wszak informacji o istnieniu NZS.

Słynny duet „Marek & Wacek”, czyli pianiści Marek Tomaszewski i Wacław Kisielewski, którzy pozwolili sobie wystąpić z wpiętymi w klapy marynarek miniaturowymi znaczkami „Solidarności” został odstawiony ciupasem do granicy w asyście milicyjnych motocykli.

To i tak łagodnie: za próbę wwiezienia przez kordon jakichkolwiek materiałów „Solidarności” – w tym wydawanej z debitem PRL-owskiej cenzury prasy – obywatel NRD mógł dostać wyrok do dwóch lat więzienia.

Tymczasem ani Polska Ludowa, ani „Solidarność” uparcie nie chciały zniknąć. Więcej: Honecker wiedział, że nie może pozwolić sobie na siedzenie z założonymi rękami.
Erich Honecker (z lewej) wyszukiwał w Polsce potencjalnych następców Stanisława Kani (z prawej) czy Wojciecha Jaruzelskiego (w środku). Na zdjęciu goście XXVI Zjazdu Komunistycznej Partii ZSRR w lutym 1981 roku. Fot. PAP/TASS/Eduard Pesov
W latach 1980-81 Berlin był, jeśli nie liczyć rzecz jasna ZSRS, najbardziej aktywnym wobec Polski krajem obozu, podejmując działania na wielu frontach: od pomocy udzielanej niechętnie, ale szczodrze w obawie przed zapaścią polskiej gospodarki, po montowanie „partyjnej Targowicy”, czyli wyszukiwanie najbardziej twardogłowych towarzyszy, którzy mogliby zastąpić u steru PZPR zgniłych liberałów w rodzaju Stanisława Kani czy Wojciecha Jaruzelskiego.

Najbardziej znanym rozmówcą SED był lider partii w Katowicach Andrzej Żabiński, ale z perspektywy lat najbardziej może wzrusza udział w tych sekretnych rozmowach tow. Stanisława Cioska – po latach architekta porozumień Okrągłego Stołu, a potem przedstawiciela Rzeczypospolitej w Moskwie…

Megaloman Honecker

I właśnie ze względu na tę aktywność Honecker i Mielke doświadczyli paradoksu, którego doświadcza każde „państwo zamknięte”: można do minimum ograniczyć dopływ niepożądanych informacji, ale wówczas głuchnie się niejako i ślepie na własne życzenie: do podejmowania decyzji niezbędna jest możliwie pełna wiedza o przedmiocie tych decyzji.

Wszyscy dyktatorzy prędzej czy później rozstrzygali ten problem, tworząc alternatywne, ściśle kontrolowane i „nieprzemakalne” kanały przepływu informacji. Nie inaczej musieli postąpić i władcy NRD, jeśli w swojej ocenie sytuacji w Polsce nie mieli polegać tylko na depeszach TASS, rutynowo przedrukowywanych w „Neues Deustchland”, które informowały głównie o tym, iż „Kuroń chce podpalać komitety”.

To dlatego nieoficjalny zakaz wyjazdów do Polski nie obejmował delegacji partyjnych i państwowych niższego szczebla, których w kilkunastu miesiącach Karnawału namnożyło się bez liku. Funkcjonariusze Stasi odpytywali je szczegółowo po powrocie, ale to nie wystarczało. Konieczne było poznawanie nastrojów, plotek, rzeczywistego układu sił wśród opozycji i w partii. Dlatego też Mielke zdecydował się na posunięcie radykalne: stworzenie w bratnim kraju socjalistycznym własnej struktury wywiadowczej.

Nie była to decyzja tak bezprecedensowa, jak się w pierwszej chwili wydaje. Nawet między autentycznie, a nie z przymusu Moskwy zaprzyjaźnionymi krajami istnieje w tej kwestii pewna delikatna równowaga: przy placówkach dyplomatycznych funkcjonują półoficjalnie komórki kontrwywiadu, mające chronić dyplomatów, ale zakres ich zainteresowań (podobnie jak ataszatów wojskowych) nie jest zbyt szczegółowo precyzowany. Jak słychać, regułą dobrego tonu jest jednak niepozyskiwanie płatnych informatorów wśród obywateli państw zaprzyjaźnionych – a w każdym razie nie bez wiedzy macierzystych służb specjalnych tych państw.
Ze wschodnioniemieckimi towarzyszami o sprawach polskich rozmawiali m.in. partyjny literat Jerzy Putrament (z lewej) i I sekretarz PZPR w Katowicach Andrzej Żabiński (w środku) - na zdjęciu z szefem MSZ Stefanem Olszowskim podczas X Plenum Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w kwietniu 1981 roku. Fot. PAP/Jan Morek
W relacjach między krajami obozu socjalistycznego dobry ton nie był może najsilniejszą stroną. Moskwa nawet niespecjalnie ukrywała posiadanie swojej własnej agentury: to temat w Polsce do dziś praktycznie nierozpoznany, esbecy i ludzie WSI wiedzą, jak strzeże się tajemnicy służbowej.

Najaktywniejszym państwem po Moskwie był jednak Berlin Mielkego. Jednym z powodów mogła być imperialna megalomania Honeckera, znacznie bardziej istotne było jednak co innego: jednym z najpoważniejszych problemów NRD były ucieczki obywateli do Niemiec Zachodnich. Zagrożeniem w oczach Berlina były już same kontakty jego poddanych z obywatelami RFN.

Dlatego też, gdy w latach 60. zelżały ograniczenia w ruchu granicznym, Stasi rozbudowała do niespotykanych nadzorów sieci nadzoru na Węgrzech, w Bułgarii i w Rumunii, czyli wszędzie tam, gdzie tanie wino bądź ciepłe morze mogły przyciągnąć turystów z Zachodu. Agenturą obsadzana była praktycznie każda ekspozytura niemieckiego biura turystycznego, kurorty, sanatoria i sklepy z pamiątkami.

Na tym tle działalność na gruncie polskim wydawała się (do czasu) blada i niemal rutynowa. To raczej PRL wykazywał się inicjatywą, powołując w Berlinie w roku 1964 (oczywiście za zgodą odpowiednich organów NRD) Grupę Operacyjną „Karpaty”, skupioną głównie na zabezpieczeniu kontrwywiadowczym polskich robotników i marynarzy, czytaj – uniemożliwienie im kontaktu z polską emigracją w miastach portowych. Niewykluczone, że Stasi wykazywała powściągliwość, kierując się pewnym wyczuciem: w dwadzieścia lat po wojnie kierowanie donosów do Niemców, bodaj i najbardziej postępowych, ciągle nie kojarzyło się najlepiej.

Werbowanie agentów

Wszystko zmieniło się wraz z wybuchem zarazy: już w tydzień po podpisaniu Porozumień Gdańskich 1980 Stasi powołała Grupę Operacyjną Warszawa, bezpośrednio podporządkowaną II Wydziałowi Kontrwywiadu (Spionageabwehr). Owszem, o jej powstaniu poinformowano polskich partnerów służbowych w MSW, nie ujawniając jednak żadnych szczegółów – ani zakresu działania, ani nawet liczebności, nie mówiąc o składzie osobowym.

A byłoby się czym pochwalić: początkowo w Grupie zatrudniono trzy osoby, w połowie lat 80. liczyła jednak blisko 20 etatowych pracowników, którym oddano do dyspozycji całe zapieczętowane piętro w budynku ambasady NRD przy I Armii Wojska Polskiego (dziś Aleja Szucha), od dwa kroki od siedziby polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Kontakty z MSW i SB (do siedzib których mieli swobodny wstęp) utrzymywały zaledwie dwie-trzy osoby z kierownictwa enerdowskiej grupy. Reszta pozostawała anonimowa dla funkcjonariuszy SB i kontrwywiadu w licznych ośrodkach, w których rozbudowywała swoje ekspozytury Grupa, korzystająca z gościny i przykrywki konsulatów NRD w Gdańsku, Szczecinie, Katowicach i Wrocławiu, biur radcy handlowego i enerdowskich ośrodków kultury.
Minister ds. związków zawodowych Stanisław Ciosek (w środku) w październiku 1980 r. towarzyszom z NRD mówił, że wkroczenie bratnich wojsk może okazać się nieodzowne. Co mówił Lechowi Wałęsie (z prawej) w marcu 1981 w czasie spotkania przedstawicieli rządu z delegacją Krajowej Komisji Porozumiewawczej Solidarność? Na zdjęciu z lewej wicepremier Mieczysław Rakowski. Fot. PAP/CAF/Zbigniew Matuszewski
Z Grupą stale utrzymywały kontakty ekspozytury enerdowskiego MBP w najbliższych Polsce dużych miastach, od Drezna po Rostock, kontrolując przepływ turystów, naukowców i dyplomatów. Bezpośredni kontakt ze specjalistami Grupy Operacyjnej Warszawa miało w zasadzie jedno środowisko w Polsce: członkowie najściślej zakonspirowanego w MSW Biura Studiów, którego pracownicy mieli za zadanie przenikanie do struktur „Solidarności” i „przekierowywanie” ich aktywności.

Komendanta Grupy, towarzysza majora Karla-Heinza Herbricha, mianował osobiście Erich Mielke. On też, w „akcie założycielskim” Operativgruppe Warschau, wskazywał zadania nowej komórki. Miało do nich należeć nie tylko „zabezpieczenie stałego kontaktu z polskimi organami bezpieczeństwa” i „rozpracowywanie nieoficjalnych tajnych współpracowników w niesocjalistycznych przedstawicielstwach zagranicznych” (czytaj – hojne obdarzanie obywateli PRL piętnem „współpracowników CIA”).

A także rzecz najważniejsza: „doskonalenie współpracy z przebywającymi w PRL nieoficjalnymi współpracownikami [Inofizieller Mitarbeiter – określenie, będące w żargonie Stasi odpowiednikiem SB-ckiego „Tajnego Współpracownika” – przyp. WS] i werbowanie nowych współpracowników”. Zajmować się miał tym wyodrębniony z Grupy Referat 2. Zatrzymajmy się na chwilę przy tym zdaniu: oznacza ono, że NRD bez wiedzy służb specjalnych PRL tworzyło na terenie Polski własną siatkę szpiegowską o praktycznie nieograniczonym zakresie zainteresowań: od sytuacji w „Solidarności” i PZPR, przez utyskiwania na kłopoty w zaopatrzeniu, aż po stan rzeczy w Kościele, wywiad przemysłowy i obronność.

Nastawieni pozytywnie do rozmów

Jacy ludzie mogli podjąć tego rodzaju ofertę współpracy? Niestety, nawet historycy do dziś nie poznali niemal żadnego nazwiska z grupy liczącej sobie, jak się szacuje, co najmniej kilkaset osób: pojedyncze „przecieki”, ukazujące się w prasie, z reguły oceniane były jako niewiarygodne, kopie akt, otrzymywane przez IPN w ramach współpracy z Urzędem Gaucka mają zaczerniane nazwiska agentów; większość akt zresztą została zniszczona.

Podejrzenia w naturalny sposób kierują się wobec środowiska twardogłowych działaczy PZPR, którzy w NRD i jej działaniach na rzecz interwencji widzieli jedyną szansę na położenie kresu kontrrewolucji, a przy okazji własny awans. „Nie wiem, czy damy sobie radę własnymi siłami. I zdaję sobie sprawę z tego, co to oznacza, gdy ktoś na moim stanowisku mówi to tak otwarcie” – puszcza oczko do przedstawiciela ambasady NRD Michał Atłas, kierownik Wydziału Administracyjnego KC PZPR podczas spotkania w styczniu 1981 r.

„Wiemy, że sprawiliśmy wszystkim przyjaciołom polityczne kłopoty, w tym także wam, przyjaciołom z SED” – kaja się Andrzej Żabiński w rozmowach w Berlinie prowadzonych w trzy dni po powołaniu Grupy Warszawa. Stanisław Ciosek jest ostrożniejszy: podczas rozmów z konsulem generalnym NRD we Wrocławiu w październiku 1980 stwierdza jedynie, że „w przypadku niewykorzystania szansy wkroczenie [bratnich] wojsk będzie nieodzowne”.
Ks. Henryka Jankowskiego (z lewej) osaczał TW „Hermann Schneider”, czyli wikariusz ewangelicki Frank Stolt, ubolewający nad prześladowaniami religii za Odrą. Na zdjęciu uroczystości pogrzebowe prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego, maj 1981. Fot. PAP/Andrzej Kossobudzki Orłowski
To mocne zdania, niełatwo czytając je uniknąć skojarzeń z Targowicą, ale Stasi z całą pewnością nie operowała tylko wśród komunistów. Wywiad NRD starał się uruchomić swoich obywateli: zaufanie polskich działaczy „Solidarności”, usiłujących przemycać do NRD lub na Zachód wydawnictwa związkowe, pozyskali m.in. TW „Christian” i „Christianne”, czylin Volkmar i Jutta Ernstowie; ks. Henryka Jankowskiego osaczał TW „Hermann Schneider”, czyli wikariusz ewangelicki Frank Stolt, ubolewający nad prześladowaniami religii za Odrą.

Rozstrzygające było jednak pozyskanie do bezpośredniej współpracy obywateli polskich: w planach operacyjnych Grupy Warszawa podkreśla się bezustannie konieczność „dalszego pozyskiwania źródeł”, w tym spośród działaczy legalnej, a później podziemnej „Solidarności”, struktur prokuratury i Sądu Najwyższego PRL, pionu administracyjnego KC PZPR oraz, co szczególnie zajmujące, personelu Biur Paszportowych MSW.

Zwłaszcza te ostatnie informacje mogą wskazywać na rozmach planowanych przez Stasi kombinacji operacyjnych, włącznie ze zmianą tożsamości niektórych agentów; jak na razie skazani jednak jesteśmy w tych sprawach na domysły. Do najbardziej „twardych danych” należą znane badaczom zestawiane przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego NRD listy osób z aparatu władzy PRL, określanych jako „nastawione pozytywnie do rozmów”. To na jednej z takich list znalazł się Stanisław Ciosek, co podniosły niektóre media w połowie lat 90., a sam eks-ambasador wyśmiał w wydanej w dwie dekady później autobiografii.

Akta spłonęły, pamiątki wyrzucono

Trzeba jednak podkreślić, że nie mamy danych źródłowych ani o tym, jak rozumiano „przychylne nastawienie”, ani o tym, czy podjęto jakiekolwiek rozmowy i do czego prowadziły. Wiemy sporo o kontaktach półoficjalnych, ale nie tajnych, o obawach przez „kontrofensywą prawicy”, jakimi dzielili się z zaufanymi towarzyszami prezes Związku Literatów Polskich Jerzy Putrament czy były szef MSW gen. Franciszek Szlachcic.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Poszukiwano szeroko: z ujawnionych źródeł Grupy Operacyjnej Warschau pochodzących z roku 1986 wynika, że do tego czasu zdobyła tajnych współpracowników we wszystkich najważniejszych pionach MSW, w strukturach Kościoła i organizacji katolickich, wśród nauczycieli, przewodników turystycznych i bankowców.

Do dziś nie wiemy, gdzie obraca się dziś TW „Heinz Bertram”, studiujący w latach 80. na Wojskowej Akademii Technicznej. Co robi TW „Karli”, który rozpracowywał profesurę Uniwersytetu Jagiellońskiego? Dokąd trafiła TW „Isolde”, popularna w kręgach warszawskich artystów i muzyków? Nie wiemy, i być może się nie dowiemy; akta spłonęły, pamiątki wyrzucono lub zakopano na działkach.

Globalna inwazja niemieckich mutantów, czyli zemsta Honeckera

Uciekły z akwarium, potrzebują trzy miesiące, aby z jaja stać się formą zdolną do wydawania potomstwa, wypierają inne gatunki. Groza.

zobacz więcej
Nie pomogą nam nawet butelki z resztą koniaku w barkach: jak wiadomo Erich Mielke, gorliwy obrońca moralności, stanowczo sprzeciwiał się, by funkcjonariusze Stasi oferowali tajnym współpracownikom w prezencie, wzorem innych bratnich służb, flaszki dobrego alkoholu.

- Wojciech Stanisławski

Pisząc ten tekst, korzystałem z monografii Filipa Gańczaka „Polski nie oddamy. Władze NRD wobec wydarzeń w PRL 1980-1981” (IPN, 2017), zbioru dokumentów „Przed i po 13 grudnia. Państwa bloku wschodniej wobec kryzysu w PRL 1980-1982”, red. Łukasz Kamiński et. al. (IPN, 2006) i szkicu Moniki Tantzscher „Grupy operacyjne Stasi w krajach bloku wschodniego” („Pamięć i Sprawiedliwość”, No. 1/2006). Z tych opracowań pochodzą też wszystkie cytaty.
Zdjęcie główne: Przywódcy NRD Erich Honecker i PRL Wojciech Jaruzelski we Wrocławiu w 1988 roku. Operativgruppe Warschau utrwaliła miłość między bratnimi socjalistycznymi narodami. Fot. PAP/DPA/Peer Grimm
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Przyjaciele Jana Olszewskiego. Wyklęci, zamordowani, złamani
Nieznana opowieść byłego premiera o zaangażowaniu w mikołajczykowskie PSL i o tragicznych losach jego kolegów z tamtych czasów.
Historia Najnowsze wydanie
Choroba nie-Crohna
Odkrycie Polaka „podebrali” Amerykanie.
Historia Poprzednie wydanie
Polskę już raz zabiła wielokulturowość
Władcy Europy – perorujący o prawach człowieka i społeczeństwie obywatelskim – co jakiś czas dają do zrozumienia, że nie jest ona własnością wszystkich Europejczyków.
Historia Poprzednie wydanie
Magia liczb. Dlaczego Piątek nie może grać z „dziewiątką”?
Kto zagrał z numerem „618”, i dlaczego nikt w Legii nie założy już koszulki z „10”? Jakie liczby przynoszą futbolistom pecha, a jakie dają szczęście?
Historia wydanie 1.02.2019 – 8.02.2019
Szmacianymi lalkami ratowały życie żołnierzy
Polski Biały Krzyż. Nie powstał w opozycji do Czerwonego, ale z niemożności.