Cywilizacja

Wojna rozpocznie się na Morzu Azowskim. Lada dzień?

Już przed laty ówczesny szef kremlowskiej administracji Aleksandr Wołoszyn powiedział – żartem – że jeśli Rosja utraci wpływy na Morzu Azowskim, to może uciec się do ataku nuklearnego.

Wszystko zaczyna trochę przypominać czasy ZSRR. Kiedy ówcześni władcy Kremla występowali z nową inicjatywą rozbrojeniową, wiadomo było, że coś szykują. W gruncie rzeczy 10 lat temu było podobnie. Rosyjskie wojska nie wtargnęły w głąb Gruzji, nie zrównały z ziemią dziesiątek gruzińskich wsi i nie zatrzymały się 20 kilometrów od stolicy kraju, ale realizowały operację „przymuszenia Gruzji do zawarcia pokoju”. Bo przecież, jak powszechnie wiadomo, pokój jest wartością, którą zarówno na Kremlu, jak i w najdalszym zakątku Federacji Rosyjskiej cenią najbardziej.

I teraz, kiedy rosyjski prezydent, przy okazji odbywającego się we Władywostoku Forum Ekonomicznego przed spotkaniem z premierem Japonii, zaproponował, aby obydwa kraje zawarły traktat pokojowy kończący II wojnę światową, bo takiego dokumentu przecież nie ma, wiadomo, że chodzi nie tylko o relacje z Tokio, ale, że Moskwa szykuje być może coś więcej. I dlatego chce, aby świat widział w niej orędownika pokoju.
Morze Azowskie, akwen łączący się na południu z Morzem Czarnym, z punktu widzenia prawa międzynarodowego morzem wcale nie jest. Fot. Wikimedia/NormanEinstein
Specyfika walki o pokój w rosyjskim wydaniu ma to do siebie, że trzeba o niego zabiegać energicznie, czasami przy użyciu siły, a nawet wywołując wojnę, bo kierując się myśleniem dialektycznym, wiadomo, że dopiero po eskalacji napięcia i konfliktu będzie można doprowadzić do syntezy, czyli nowego ułożenia spraw. Nie trzeba dodawać, że lepszego z punktu widzenia Moskwy.

Wygodny pretekst

Pytanie tylko, gdzie rosyjscy żołnierze z bronią w ręku zabiegać będą w najbliższym czasie o ucieleśnienie marzeń o pokoju i braterstwie? Wiele wydaje się wskazywać na to, że nowym polem konfliktu będzie Morze Azowskie, akwen łączący się na południu z Morzem Czarnym, który z punktu widzenia prawa międzynarodowego morzem wcale nie jest. O tym przesądza zwarta jeszcze w 2003 roku, za prezydenta Leonida Kuczmy i ratyfikowana rok później, umowa międzypaństwowa, która stanowi, że z prawnego punktu widzenia jest to obszar wspólnie wykorzystywany zarówno przez Ukrainę, jak i przez Rosję.

Kijów czynił przez lata starania, aby wytyczyć granicę, co pozwoliłoby określić nie tylko zasięg wód terytorialnych, ale również strefy interesów ekonomicznych, lecz Moskwa skutecznie blokowała te zabiegi. I ten niejasny, a przynajmniej nieprecyzyjny, stan prawny zaczęła wykorzystywać Rosja, zatrzymując statki płynące do ukraińskich portów w Mariupolu i Bierdiańsku oraz przeprowadzając ich szczegółowe i czasochłonne rewizje.

Dla przykładu – między 14 a 21 sierpnia do ukraińskich portów nie dotarł ani jeden statek. Rosjanie zatrzymali 16 jednostek pływających pod rozmaitymi banderami, które przewoziły 120 tys. ton ładunku.

Gwoli prawdy trzeba napisać, że całą historię rozpoczęli Ukraińcy, zatrzymując pod koniec marca rosyjski kuter „Nord”, następnie statek wiozący piasek używany do budowy mostu na Krym oraz tankowiec „Mechanik Pogodin”. Formalnie powodem podjętego przez Kijów działania było to, że statki zawijały wcześniej do portów na Krymie, łamiąc w ten sposób obowiązujące na Ukrainie prawo.
Otwarty w maju 2018 przez Władimira Putina rosyjski most nad Cieśniną Kerczeńską uniemożliwia statkom oceanicznym wpływanie na Morze Azowskie. Fot. REUTERS/Pavel Rebrov
Tylko że podobnie jak w przypadku Gruzji, reakcja Moskwy na te działania okazała się – delikatnie całą sprawę określając – nieadekwatna, co najmniej znacznie przesadzona. Obserwacja tego, co się działo w ostatnich miesiącach na Morzu Azowskim wręcz skłania do wniosku, że w gruncie rzeczy działania ukraińskich służb granicznych były dla Moskwy wygodnym pretekstem, aby rozwinąć na dużą skalę, wcześniej zaplanowaną i przygotowaną akcję.

Niemal natychmiast po aresztowaniu kutra rybackiego Nord, FSB powołała specjalną grupę operacyjną, której celem miało być zaplanowanie posunięć mających na celu przeciwdziałanie krokom podejmowanym przez Kijów. Oficjalnie Rosjanie zaczęli informować kapitanów wszystkich statków, które przepływały przez Cieśninę Kerczeńską (łączącą Morze Azowskie z Morzem Czarnym), że mogą spodziewać się wzmożonych kontroli i rewizji ze względów bezpieczeństwa.

Zdaniem komentatorów ukraińskich zapowiedzi te miały na celu przede wszystkim odstraszenie zagranicznych armatorów.

Kutry drogą lądową

Jednocześnie ruszyła rosyjska machina propagandowa trąbiąca na cały świat o stratach, jakie ponoszą rosyjscy przedsiębiorcy i wzywająca społeczność międzynarodową do wywarcia presji na „juntę w Kijowie”. Zaś rzeczniczka rosyjskiego MSZ-u Marija Zacharowa porównywała działania ukraińskich służb granicznych do procederu „somalijskich piratów”.

Po tym jak prezydent Władimir Putin oficjalnie 15 maja otworzył most przez Cieśninę Kerczeńską sytuacja stała się jeszcze gorsza. Przęsła mostu uniemożliwiają przechodzenie statków oceanicznych, które w 2016 roku dostarczyły do portu w Mariupolu 43 % towarów, co dla ukraińskiej gospodarki oznacza wymierne i niemałe straty, które tamtejsze Ministerstwo Infrastruktury szacuje na 20 do 40 mln dolarów.

Ale dodatkowo, jak głoszą oficjalne komunikaty, po to, aby przeciwdziałać zagrożeniu terrorystycznemu i przenikaniu grup dywersyjnych, Rosjanie znacznie wzmocnili swą militarną obecność w rejonie, zwiększając siły morskie na Morzu Azowskim oraz powołując specjalna jednostkę Gwardii Narodowej, której zadaniem ma być ochrona mostu.

Analitycy wojskowi są zdania, że przewaga wojskowa Moskwy na Morzy Azowskim, jest na tyle duża, że należałoby mówić, że Rosjanie dążą do przekształcenia akwenu w obszar zamknięty i podlegający całkowicie ich kontroli.

Tyle że Kijów nie ma zamiaru się z takim stanem rzeczy godzić. Przede wszystkim uważa, że działania podjęte przez Rosję mają na celu destabilizowanie sytuacji na obszarach bezpośrednio przylegających do samozwańczych tzw. republik ludowych. I dlatego, na początku września, ukraiński Sztab Generalny poinformował, że podjęto kroki mające na celu wzmocnienie wojskowej obecności w rejonie Morza Azowskiego.
Czy USA wesprą Ukrainę w konflikcie z Rosją na Morzu Azowskim? Na zdjęciu prezydent Petro Poroszenko z komandorem Peterem Halvorsenem, dowódcą amerykańskiego niszczyciela rakietowego USS Carney w porcie czarnomorskim w Odessie w lipcu 2017. Fot. REUTERS/ Mikhail Palinchak/Ukrainian Presidential Press Service
Chodzi nie tylko o wzmocnienie obrony wybrzeża, ale również przerzucenie drogą lądową dwóch kutrów patrolowych, a w najbliższym czasie dwóch kolejnych, które choć w części miałyby zniwelować przygniatającą przewagę Federacji Rosyjskiej.

A jednocześnie do działania przystąpiła ukraińska dyplomacja. Minister spraw zagranicznych Pawło Klimkin w wywiadzie telewizyjnym zapowiedział nie tylko wzmocnienie obecności wojskowej, ale również przejęcie inicjatywy na forum międzynarodowym, co ma prowadzić do zmiany statusu prawnego akwenu. Chodzi o to, aby z wewnętrznego ukraińsko-rosyjskiego obszaru, stał się normalnym morzem, na którego obszarze wydzielona zostanie strefa wód międzynarodowych.

Gdyby tak się stało, to będą tam mogły wpływać również okręty wojenne państw trzecich, do czego Moskwa bardzo by nie chciała dopuścić. Zwłaszcza, że niedawne oświadczenie Departamentu Stanu, w którym wzywa się Rosję do zaprzestania agresywnych posunięć wobec statków handlowych zmierzających do ukraińskich portów jest tam odczytywane jako zapowiedź ingerencji Waszyngtonu, a być może chęć militarnego wsparcia dla działań podejmowanych przez Kijów.

Generalne starcie

Rosjanie mówiąc o zbrojnym zagrożeniu, powołują się w tym wypadku na wypowiedzi deputowanego do ukraińskiej Rady Najwyższej Jurija Bieriezy, który powiedział, że siły zbrojne Ukrainy winny zbudować nadbrzeżne baterie rakietowe, dzięki którym wystarczyłoby 10 minut, aby cała rosyjska flota została unicestwiona.

Tyle że Ukraina nie dysponuje tego rodzaju uzbrojeniem. Ale i w tym wypadku uwadze Moskwy nie umknęły ostatnie wypowiedzi amerykańskiego specjalnego wysłannika ds. konfliktu na Ukrainie Kurta Volkera, który po spotkaniu z prezydentem Petro Poroszenką, powiedział w wywiadzie dla Deutsche Welle, że Stany Zjednoczone rozważają dostawy dla Kijowa rakiet umożliwiających zwalczanie celów na morzu.

Na początku września Irina Łucenko, rzeczniczka prezydenta Poroszenki, zapowiedziała, że Kijów zabiegał będzie o wprowadzenie międzynarodowych sankcji wobec Rosji za działania na Morzu Azowskim. Pierwsze rozmowy w tej sprawie miały już miejsce, a do generalnego starcia ma dojść przy okazji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, które zaplanowane jest na ostatnią dekadę września. Wówczas, jak zapowiadają w Kijowie, Moskwa może liczyć się z tym, że spotkają ją „nieprzyjemne niespodzianki”.
Mariupol jest obecnie największym portem ukraińskim na wybrzeżu Morza Azowskiego. Fot. Getty Images/Karoun Demirjian/The Washington Post
W rosyjskich mediach zapowiedzi te wiążą przede wszystkim z możliwością wprowadzenia przez Waszyngton nowych sankcji, których celem ma być osłabienie rosyjskiej gospodarki. O gotowości Białego Domu, aby pójść w kierunku zaostrzenia polityki wobec Moskwy ma świadczyć, zdaniem rosyjskich komentatorów i to, że Donald Trump już na dwa miesiące przed wyborami do Kongresu podpisał ustawę wprowadzającą nowe restrykcje wobec wszystkich, którzy chcieliby ingerować w ich wynik.

W rosyjskich mediach już od tygodni można przeczytać, że Kijów przygotowuje się do zbrojnych rozstrzygnięć. Według ostatnich zapowiedzi szefa sztabu sił zbrojnych tzw. ludowej republiki donieckiej wojna na pełną skalę ma się rozpocząć w ten weekend (14-16 września). Rosjanie spodziewają się, że Kijów wspierany i wspomagany przez Waszyngton będzie w najbliższym czasie dążył do zmiany sytuacji na Morzu Azowskim na własną korzyść.

Koniec złudzeń

Nawet jeśli w obliczu rosyjskiej przewagi równowaga nie jest możliwa, to każda próba zmiany układu sił postrzegana jest przez Moskwę, jako zagrożenie. Wiele wskazuje na to, że dobiegające ostatnio z rosyjskich kręgów władzy ostrzeżenia przed „zbliżaniem się NATO” do rosyjskich granic, o czym mówił choćby na spotkaniu z kanclerz Angelą Merkel prezydent Władimir Putin, więcej mają wspólnego z Morzem Azowskim niźli z niedawnymi zapowiedziami ekipy Petra Poroszenki, że Ukraina będzie dążyła do konstytucyjnego umocowania swych natowskich aspiracji. A kiedy rosyjskie elity uważają, że znajdują się w sytuacji zagrożenia, to mogą postępować w sposób nieobliczalny. Świadczy o tym rzucona żartem przed laty uwaga ówczesnego szefa kremlowskiej administracji Aleksandra Wołoszyna, który powiedział, że jeśli Rosja utraci wpływy lub stanie w obliczu wyparcia z obszaru Morza Azowskiego, to może uciec się do ataku nuklearnego.

Zwolenników agresywnych działań wobec Kijowa w Rosji nie brakuje. Ostatnio na łamach „Niezawisimej Gaziety” politolog Aleksandr Chramczichin, zastępca szefa Instytutu Analiz Wojennych i Politycznych, w długim artykule napisał, że pora wyzbyć się złudzeń. Ukraina nie będzie – w jego opinii – nigdy państwem przyjaźnie nastawionym wobec Rosji. Niezależnie od tego, kto będzie rządził zawsze będzie stanowiła dla Moskwy zagrożenie.

Kreml skupuje dolary i gromadzi oszczędności. Czy już powinniśmy zacząć się bać?

Po co rosyjskim władzom tyle pieniędzy i dlaczego tak szybko dążą do odbudowania rezerw, że nie troszczą się ani o perspektywy wzrostu gospodarki, ani o nastroje społeczne?

zobacz więcej
A zatem, jak dowodzi politolog, próba rozgrywania ukraińskich elit, obstawiania jakichś mitycznych, a nieistniejących frakcji promoskiewskich jest grą z góry skazaną na niepowodzenie. Moskwa – proponuje Chramczichin – winna skoncentrować się na własnych interesach i bezpieczeństwie.

Podzielić Ukrainę

A co to w praktyce oznacza? Trzeba doprowadzić do rozczłonkowania Ukrainy, podzielenia jej na kilka małych, słabych państewek. Ale nie tylko to – gospodarka rosyjska potrzebuje rąk do pracy, a depopulacji nie da się przezwyciężyć nawet najbardziej ambitnymi programami społecznymi. Dlatego Rosja winna po prostu anektować Donbas i wprowadzić tam swoje wojska, tak jak Krym, a wcześniej de facto Osetię i Abchazję.

Dopiero realizacja takiego scenariusza da Rosji i bezpieczeństwo, i liczony w milionach zastrzyk ludzki i ważny ośrodek gospodarczy. I, co nie mniej istotne, pozwoli uzyskać lądową komunikację z Krymem. Tylko, że tego scenariusza nie można zrealizować bez pełnej wojskowej kontroli nad Morzem Azowskim.

– Marek Budzisz

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Na Morzu Azowskim operuje rosyjska Flota Czarnomorska. Na fotografii okręty Floty podczas święta Marynarki Wojennej w porcie sewastpolskim na Krymie, lipiec 2015. Fot. REUTERS/Pavel Rebrov
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Moskwa gotowa do konfrontacji z Zachodem
W Rosji wciąż mocna jest wiara w to, że najlepszym lekarstwem na korupcję, biedę i panoszenie się biurokracji jest „silny przywódca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Przyzwolenie na przemoc wobec białych
– Nasi pragną swojej ziemi! – elita polityczna RPA otwarcie zachęca do wywłaszczania białych farmerów.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wielkie oszustwa. Nauka to nie tylko arena wiekopomnych odkryć…
Nie ma już „mistrzów i ich szkół”. Jest masowe wytwarzanie „inteligencji” i biznes nazywany nauką.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Prezydent na wojnie z narkotykami, Kościołem i Ameryką
Do zachodnich organizacji praw człowieka zwrócił się: - Przepraszam, czy uważacie nas za małpy, które mówią?!
Cywilizacja wydanie 2.11.2018 – 9.11.2018
Czy Niemcy bez Angeli Merkel będą niebezpieczni dla Europy?
Zamordowała ojca. Uśpiła Niemców. Metoda polityczna Angeli Merkel