Rozmowy

Kradł, bił, był liderem gangu. Strach ludzi brał za szacunek. W więzieniu spotkał „duchowego dziadka”

– Może to zabrzmi dziwnie, ale dopiero w więzieniu zobaczyłem kawałek „normalnego” życia. Nie doświadczyłem go w swoim rodzinnym domu, w którym brakowało miłości, zrozumienia a nawet jedzenia, była za to bieda i alkohol u obojga rodziców – mówi Grzegorz Czerwicki, który 12 lat, z krótką przerwą, spędził w zakładzie karnym. Przeżył nawrócenie, dziś ma rodzinę, pracę i rozpoczął ogólnopolski projekt „Skazani na wolność” – pomaga więźniom, by po wyjściu za mury zakładu nie wrócili na drogę przestępczą.

TYGODNIK.TVP.PL: Jak wygląda codzienność za kratami?

GRZEGORZ CZERWICKI:
Podobnie jak życie na wolności. Różni się tym, że człowiek na wolności ma w domu klamki, zaś człowiek w więzieniu ma kraty w oknach i nie ma klamek. Jest rutyna, przewidywalność. Wstaje się rano, je się śniadanie, później idzie do pracy, a po niej szuka się jakiegoś zajęcia na resztę dnia.

Może to zabrzmi dziwnie, ale tak naprawdę to dopiero w więzieniu zobaczyłem kawałek „normalnego” życia, czego wcześniej nie doświadczyłem w swoim rodzinnym domu.

Oczywiście nie znaczy to, że więzienie to fajne miejsce. Na każdym kroku jesteś kontrolowany, czasami czujesz się jak w psychiatryku, nie masz gdzie uciec ani przed problemami, ani przed niefajnymi kolegami z celi.

Jakie było pana dzieciństwo?

Wychowywałem się w krakowskiej Nowej Hucie, z mamą, jej dwoma braćmi, siostrą, babcią i dziadkiem w jednym mieszkaniu. Tata nie mieszkał z nami. W domu od początku brakowało miłości i zrozumienia. Do tego dochodziła bieda i alkohol u obojga rodziców. Czasami nie było nic do jedzenia. Nie było ciepłej wody, żeby się wykąpać.
04.04.2018
Tata czasem nas odwiedzał. Nie wspominam jednak tych wizyt dobrze. Nie akceptował mnie, bił. Nie było wsparcia, poklepywania po plecach. Najgorsze słowa, które od niego usłyszałem, to że jestem „niewypałem”. To mi bardzo utkwiło w głowie i wierciło mi w niej dziurę przez całe moje życie.

Ojciec się ze mną rozwiódł, brata oszukałem. Pomagałem egzorcyście

– Od 12. roku życia przez kolejne pięć lat codziennie paliłem marihuanę. Był alkohol i kradzieże – mówi raper Arkadio.

zobacz więcej
Pamiętam, jak ciągnął mnie, ośmiolatka, na czerwonym świetle przez pasy. Już wiedziałem, że nie można wtedy przechodzić na drugą stronę jezdni, ale on to miał gdzieś. Tak zresztą ojciec później zginął, został potrącony na pasach przez samochód. Miałem wtedy 16 lat.

Moje jedynie dobre wspomnienie związane z tatą, to jak kiedyś w zimie zabrał mnie na zjeżdżalnie. Był trzeźwy, nawet ze mną nie rozmawiał. Po prostu byliśmy razem.

Ale najdłuższa rozmowa jaką przeprowadziłem z moim z ojcem, była na jego grobie, niedawno, kiedy go odwiedziłem. Trwała 40 minut.

Co było dla pana najtrudniejsze? Bieda w domu, niezrozumienie, brak miłości?

Wszystko co pani wymieniła. W moim domu nie było rozmów z rodzicami, opowiadania o tym, co się ze mną dzieje. Nie od razu byłem takim kozakiem, jakim się później stałem. Początkowo na osiedlu byłem bity przez kolegów. W szkole zabierano mi jedzenie. Nie miałem się nawet komu poskarżyć. Nie słuchano mnie w domu i nie próbowano coś z tym zrobić. W końcu w ogóle przestałem o tym mówić.

Ale gdzieś szukał pan zrozumienia?

Szukałem poklasku wśród kolegów na osiedlu. Pojawiły się pierwsze używki, alkohol, papierosy i narkotyki. I pierwsze przypadki łamania prawa. Gdy miałem dziewięć lat, zacząłem kraść drobne rzeczy w sklepie. Na przykład cukierki.

Kiedyś byłem z mamą u jej koleżanki i zauważyłem w segmencie kartony papierosów. Kiedy one rozmawiały w kuchni , wyciągnąłem cztery paczki z kartonu. Później podzieliłem się zdobyczą z kolegami na osiedlu. Wtedy byłem dla nich fajny koleś.
Kradłem też w szkole. Chciałem mieć fajne ubrania, ale nie było mnie na nie stać, więc zabierałem je rówieśnikom z szatni. Koledzy widzieli we mnie potencjał, że dobrze kombinuję. Że można ze mnie dużo wykrzesać. I tak powstała paczka osiedlowych kumpli – złodziei.

Uważał ich pan za swoich przyjaciół?

Kiedyś nie zamykano mieszkań, bo ufano sąsiadom. Blokersi tworzyli hip-hop. Dziś to pustkowia, ziemia staruszków

W PRL i latach 90. blokowiska były kulturotwórcze. To już przeszłość.

zobacz więcej
Przyjaciela szukałem przez całe życie i większość kolegów z tej paczki tak traktowałem. Dlatego spędzałem z nimi większość czasu. Mówiliśmy sobie, że zawsze będziemy razem, że jak nas policja złapie, to siebie nawzajem nie sprzedamy. Mój pierwszy pobyt w więzieniu brutalnie zweryfikował te obietnice.

Zaczęliśmy napadać ludzi na ulicy. Zabieraliśmy im buty, spodnie czy kurtki, zdarzały się pobicia. Ogarniała mnie coraz większa znieczulica. Zacząłem zauważać, że z każdym kolejnym przestępstwem coraz więcej osób zaczyna się mnie bać. I czułem się z tym bardzo dobrze. Wcześniej byłem poniżany, teraz – szanowany. Moje ego zostało pogłaskane.

Byłem na tyle ważny w tym środowisku, że stałem się liderem grupy. Decydowałem co robimy, jak okradać ludzi, żeby nie było tzw. przypału. Wydawaliśmy potem pieniądze z kradzieży na papierosy, alkohol, słodycze, imprezy. Zanosiłem to co miałem do domu, kupowałem niezbędne mi rzeczy, a resztę po prostu rozdawałem. Nawet przypadkowym ludziom. Taką miałem z tego zabawę. Zresztą do pieniędzy nie przywiązywałem szczególnej wagi.

Moja mama nie była zadowolona z tego co robię, więc czasem zakopywałem pieniądze w ogródku sąsiadki. Raz mi zginęły, prawdopodobnie sąsiadka natrafiła na nie podczas sadzenie kwiatków. Musiała się nieźle zdziwić (śmiech).

Kiedy pojawiło się uzależnienie od narkotyków, potrzebował pan coraz więcej pieniędzy.

Zacząłem od marihuany, później leciało wszystko co miałem pod ręką: grzyby, kwasy, piguły, amfetamina. Na to głównie wydawałem.

Byłem uzależniony i coraz bardziej śmiały i bezczelny na ulicy. Było mi już wszystko jedno. Wydawało mi się, że zawsze tak będzie. Nikt mnie nie złapie. Uważałem, że policja jest głupia i powolna, a ja jestem szybki i sprytny. Szybko jednak zweryfikowałem swoje myślenie.
Mocno naćpany zdemolowałem kilkanaście samochodów, włamałem się do nich, okradłem, zniszczyłem. Zostałem złapany na gorącym uczynku. I tak trafiłem do aresztu, później na ławę oskarżonych i finalnie do więzienia. Trafiłem do Zakładu Karnego w Tarnowie. Miałem wtedy 18 lat i perspektywę odsiadki ośmiu lat, ostatecznie ten czas skrócił się do sześciu.

Tak młodemu chłopakowi musiał się wtedy zawalić cały świat.

Diaboliczne dzieci, demoniczne nastolatki. Manipulują otoczeniem. Ich życie to wieczna złość i pragnienie dominacji

Kim są dzieci dopuszczające się zbrodni? Dlaczego to robią?

zobacz więcej
Chwile załamania pojawiły się już na początku odsiadki, jak zeszły ze mnie narkotyki. W końcu w pełni świadomy zacząłem myśleć o tym wszystkim, co zrobiłem. W celi było sześciu gości, potrójne kraty. Miałem przerażenie w oczach, gdy uświadomiłem sobie, że młode lata mogę spędzić w więzieniu. Budziłem się w nocy ze strachem.

Mama odwiedziła mnie z moją trzyletnią siostrą i powiedziała, że to jest ich ostatnie widzenie, bo nie stać ich na przyjazdy. Patrzyłem przez kratę jak odchodziły. Siostra płakała. Wtedy dotarło do mnie, że jestem całkiem sam, jak palec. Ze wszystkimi problemami. Nie będzie mi już nikt pomagał.

To był trudny czas za kratami, byłem bity przez współwięźniów. Dochodziły myśli samobójcze. Ale jakoś przetrwałem. W więzieniu pracowałem w kuchni, nawet zaczęło mi się to podobać. Okazało się, że całkiem nieźle mi to idzie, a całe życie myślałem, że nic nie umiem i jestem beznadziejny.

Planowałem, że po odsiadce znajdę sobie pracę, dziewczynę, rzucę nałogi, pomogę rodzinie.

Tak się jednak nie stało. Cieszył się pan wolnością zaledwie cztery miesiące.

Po wyjściu na wolność miałem problem ze znalezieniem pracy. Wróciłem więc do dawnych „wspólników”, zacząłem ćpać i pić. Każdy dzień był bez żadnej wartości, trzeba było go tylko jakoś przetrwać.

Zabrakło mi pieniędzy i znalazłem się na ulicy. Dosłownie. Stałem się bezdomnym. Dwa miesiące się tułałem bez celu, spałem na ławkach w parku czy na klatkach schodowych. Nie wytrzymałem tej beznadziei i zaczęły się napady z bronią w sklepach. Trwało to niecały miesiąc, zostałem złapany. Dostałem wyrok sześciu lat. Tym razem skierowano mnie do Zakładu Karnego w Wiśniczu.
Może to zabrzmi dziwne, ale miałem poczucie, że wróciłem do domu. Tu czułem się bardziej pewnie niż na wolności. Lepiej znałem ten świat. Zacząłem pracować, między innymi w szwalni, magazynie żywnościowym, bibliotece, kuchni i tak dalej. No i znów zauważyłem, że praca jest ciekawa.

Jak zaczął pan szukać drogi do innego życia?

Gdyby Jezus miał Facebooka….

No może nie Jezus... ale św. Piotr, choć on prawdopodobnie był analfabetą, więc prowadzenie konta byłoby trudne. Co innego vlog na You Tube.

zobacz więcej
Lubiłem czytać, chłonąłem wszystko co było pod ręką. Lubiłem też zadawać pytania. Głównie egzystencjalne. Kolega z celi polecił mi kiedyś Pismo Święte, choć sam się uważał za ateistę. Jak mówił, przeczytał Biblię trzy razy, ale nic mu to nie dało i nadal nie wierzył w Boga. Wiedział, że moje podejście do wiary też jest ciężkie, więc powiedział, żebym potraktował Biblię jako książkę przygodowo-historyczną.

Na początku się opierałem. Mówiłem, że różaniec mnie parzy, a Kościół to samo zło. Miałem żal do pana Boga, że nie pomógł mi w dzieciństwie, jak chodziłem głodny, jak nie miałem się w czym wykąpać czy w co ubrać. Ale w końcu zabrałem się za czytanie. Pochłonął mnie szczególnie Nowy Testament.

Zainteresował mnie Jezus Chrystus. Zacząłem zgłębiać jego życie. Jak uzdrawiał. Na początku to wyśmiewałem, później sam zacząłem się modlić o uzdrowienie, że jeśli jest, to niech zabierze ode mnie wszystkie nałogi. I ku zdziwieniu wszystkich, tak też się stało. Coś dziwnego zaczęło się ze mną dziać i z dnia na dzień rzuciłem palenie, nie chciałem pić alkoholu, nie ciągnęło mnie do narkotyków.

Potraktował to pan jako cud?

Tak. Zacząłem się totalnie zmieniać. Przestałem przeklinać, panowałem nad swoimi żądzami cielesnymi. Dążyłem do tego, aby rozwiązywać konflikty, a nie je wywoływać.

Współwięźniowie myśleli, że zwariowałem. Wstawałem o czwartej rano i się modliłem. Po pracy znowu się modliłem. Trzy razy dziennie modliłem się na różańcu. Na początku po swojemu, bo nie pamiętałem tekstu modlitwy.
Odmawiałem na wszystkich koralikach „Ojcze nasz”, każdy koralik w intencji jakiegoś człowieka. Modliłem się za swoją rodzinę, znajomych, za wszystkich, których spotykałem w swoim życiu. I faktycznie kiedyś zadzwoniłem do swojego kolegi, który mi powiedział, że jego życie się zmienia, zaczyna poznawać Boga, chodzi na spotkanie Wspólnoty. Dostrzegłem siłę modlitwy. Ostatnie cztery lata w więzieniu były procesem nawracania się do Boga.

Dużą rolę odegrał w pana życiu przewodnik duchowy, jezuita – ojciec Stanisław Majcher.

Krzyżowcy heavy metalu

Muzyka metalowa kojarzy się zazwyczaj z satanistycznym przesłaniem. Tymczasem mnóstwo zespołów tego gatunku wplata w swoją twórczość przekaz chrześcijański.

zobacz więcej
Dowiedziałem się, że w więzieniu są cykliczne spotkania rzymskokatolickie. Postanowiłem na nie pójść. Prowadził je jezuita ojciec Stanisław Majcher, starszy pan, prawie 80-letni, poruszający się z pomocą laski. Ale miał taką iskrę w oczach. To mnie bardzo zaciekawiło, że mimo tylu trudności fizycznych chce mu się przyjeżdżać do nas. A nikomu z mojego otoczenia nie chciało się mnie odwiedzić w więzieniu. To było dla mnie bardzo symboliczne.

Zacząłem wnikliwe słuchać. Zadawałem mnóstwo pytań. Zacząłem budować obraz tego, czego potrzebowałem w swoim życiu: dom, praca, rodzina itd. Całość poukładana w wartości. Zrozumiałem, że jeśli się żyje według nauki Jezusa Chrystusa, to wszystko zacznie się układać.

Boga postawiłem na pierwszym miejscu w swoim życiu. Tym razem nie wychodziłem już na wolność sam, ale z Nim. To była radykalna różnica.

Po wyjściu na wolność pojechałem na rekolekcje do Domu Rekolekcyjnego Jezuitów do Zakopanego, bo tam mieszkał i prowadził rekolekcje ojciec Stanisław Majcher, który stał się w końcu moim „duchowym dziadkiem”. W zebranej tam grupie ludzi wyglądałem dość dziwacznie – byłem łysy, napakowany jeszcze po sterydach, z tatuażem na ręku. Siedziałem przy obiedzie naprzeciwko pięknej blondynki, która dziś jest moją żoną, Renaty z Nowego Sącza.

Właśnie w Nowym Sączu, którego zupełnie nie znałem, miałem rozpocząć nowe życie. Ojciec Stanisław Majcher tuż przed moim wyjściem na wolność załatwił mi tam pracę w ogrodnictwie, u swoich przyjaciół. Zapłacił mi też z góry za miesięczny wynajem małego mieszkania. Renata podrzuciła mnie zaś samochodem z Zakopanego do nowego miejsca zamieszkania. I pokazała miasto w pierwszych dniach mojego nowego życia.

Trudno było się odnaleźć w nowej rzeczywistości?

Nie było łatwo. Miałem 30 lat i niewiele umiałem. Wszystko musiałem zaczynać od początku. Na dodatek upomnieli się o mnie komornicy, miałem wysokie długi, do tej pory je spłacam. Brakowało mi więc pieniędzy na życie, na jedzenie. Były dni, że w ogóle nie jadłem. Ale nie przyznawałem się do tego ludziom, starałem się być radosny.
Jubileusz 50-lecia kapłaństwa o. Stanisława Majchra SJ, który jest „duchowym dziadkiem” Grzegorza Czerwickiego. Wspierał go przy przygotowywaniu się do wyjścia i życia na wolności. Fot. archiwum domowe Grzegorza Czerwickiego
Czasem jednak brakowało siły. W domu pojawiały się łzy. Dzwoniłem do mojego „dziadka jezuity” po wsparcie. Raz powiedział do mnie: „Jesteś chłop, ogarnij się”. Jestem prosty, więc szybko złapałem komunikat. Trzymałem się wiernie Boga. Dołączyłem do Wspólnoty.

Krzysztof Ziemiec:
Polsce zagraża ekstremalnie liberalny radykalizm

Kim są ludzie, którzy odmawianie różańca uważają za szkodliwe dla naszego kraju?

zobacz więcej
Codziennie chodziłem na Eucharystię, umacniała mnie. Chciałem być uczciwym człowiekiem. Zauważałem, że są ludzie, którzy mają gorzej ode mnie. Rozmawiałem z bezdomnymi, pomagałem innym. Jak mi czegoś brakowało, modliłem się o to. To były proste potrzeby. Nie było mnie stać na laptopa, nagle komuś z moich znajomych był niepotrzebny i tak go dostałem. Innym razem chciałem mieć rower, aby dojeżdżać do pracy. Byłem w Zakopanem u ojca Majchra, który mi go podarował. Twierdził, że jest mu niepotrzebny, nawet nie wiedział o moim marzeniu!

Marzyłem też, by mieć urodziny z grupą przyjaciół. Chciałem, żeby ktoś zrobił mi niespodziankę. I tak się stało. Wracałem ze szkoły do domu Renaty, wtedy już mojej dziewczyny. Wchodzę, a tam wita mnie mnóstwo osób, w tym między innymi wujek z ciotką. To brat mojej mamy ze swoją żoną, którzy mieszkają w Krakowie. Wcześniej mieliśmy sporadyczne kontakty – nie było z ich strony zainteresowania, bardzo rzadko nas odwiedzali w moim rodzinnym domu. Po wyjściu na wolność szukałem swojej rodziny i nasze relacje odżyły. Rodzice Reni, a także jej rodzeństwo, również bardzo ciepło i serdecznie mnie przyjmowali. Na moich urodzinach, widząc tych wszystkich ludzi, po prostu się rozpłakałem. To były potężne emocje.

Bóg po raz kolejny pokazał mi, że jest przy mnie i spełnia moje prośby. Zwieńczeniem moich marzeń był ślub z ukochaną kobietą. Żona jest teraz w szóstym miesiącu ciąży. Będę miał syna, kolejne moje marzenie się ziściło!

To było zderzenie dwóch odmiennych światów: ona wykształcona, z ułożonej rodziny, a pan po 12-letniej odsiadce. Nie mieliście obaw, że ten związek może się jednak nie udać?

Oboje mieliśmy wątpliwości, rozmawialiśmy o tym. Ale wszystko oddawałem Bogu pod opiekę. Jak byłem u jej rodziców, to czułem się jak w domu. Polubili mnie. Postawiłem na swój rozwój, cały czas się szkoliłem, kursy, później szkoła średnia i matura. Mam świetną pracę, gdzie mogę się rozwijać. Chcę iść na studia. Może zostanę trenerem personalnym, w każdym razie myślę o tym.
Żona pomaga mi w dążeniu do tego, co sobie zaplanowałem. Od początku we mnie wierzyła. Nie przestraszyła się, że byłem kiedyś przestępcą. Pomagała mi odnaleźć się w codzienności, czasem wręcz musiała mnie uczyć podstawowych rzeczy, choćby jak obsługiwać komputer i dotykowe ekrany. Cały czas patrzyła na mnie jak na człowieka, nie przestępcę, a to jest bardzo ważne dla tych, co wychodzą z więzienia.

Jak zrodził się projekt „Skazany na wolność”?

„Skazany na wolność”. Spotkanie z osadzonymi z Kędzierzyna-Koźla

zobacz więcej
To może nierealne marzenie, ale chciałbym, żeby więzienia były puste. Dlatego chcę pomagać skazanym, aby po opuszczeniu zakładu karnego nie wracali ponownie na drogę przestępczą. Nierzadko są wśród nich osoby-perełki, mocno doświadczone przez życie.

Chcę pokazać tym ludziom, że można się cieszyć życiem na wolności. Projekt – wymyślony przez mojego kolegę Piotra Szwędrowskiego i który razem realizujemy – ma przygotować skazanych na wyjście z więzienia, zachęcić do korzystania z pomocy z różnych instytucji i pomóc im zaadoptować się w społeczeństwie, w tym wyjść z nałogów, budować relacje z rodziną oraz bliskimi, radzić sobie z emocjami, szczególnie z agresją. Swoją historią udowadniam, że to się da zrobić. Projekt ma więc formę świadectwa – jest konferencja plus koncert hiphopowy. Pomaga nam w tym kolega, raper Augustyn. To wszystko daje skazanym do myślenia. Zdarza się, że dzwonią i pytają mnie o dalsze wskazówki, chcą zmian.

Przygotowuję też swój autorski program dla szkół i ośrodków wychowawczych, no i powstaje książka, którą planuję ukończyć do końca roku.

Pan jest już pogodzony ze swoją przeszłością?

Cały czas nad tym pracuję. Rozpracowuję siebie, bo to bardzo głęboko siedzi we mnie. Ale już przebaczyłem sobie i innym. Począwszy od moich rodziców. Nie mam już żalu do nikogo. Wierzę jednak, że to było po coś, dlatego dzielę się swoją historią.

Teraz widzę, że Opatrzność cały czas była przy mnie. Mówię innym, że nieważne, gdzie jesteś, nawet z bagna jesteś w stanie wystawić głowę. Zawsze jest nadzieja. Ale trzeba się natrudzić.

Wszystko zależy od tego, czy chcemy. Jeśli chcemy, to wtedy Bóg nam pomoże, nie daje nic na siłę. Trzeba też nauczyć się prosić o pomoc. Podczas jednej z modlitw pytałem, po co mi to wszystko. Usłyszałem słowa, że jeżeli będę żyć sprawiedliwe, niczego mi nie zabraknie. I tak rzeczywiście jest.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia
„Osiem punktów, które po spotkaniach w zakładach karnych zawsze czytam i rozwijam na przykładach ze swojego życia”. Fot. Grzegorz Czerwicki
Grzegorz Czerwicki ma 33 lata. Pochodzi z Krakowa, z rozbitej rodziny z problemami alkoholowymi. Na drogę przestępczą wszedł już jako 9-latek, z wiekiem dopuszczając się coraz śmielszych kradzieży, a później też handlu narkotykami. Do więzienia trafił mając lat 18 i będąc już uzależnionym od amfetaminy, alkoholu i pornografii. Po 6 latach wyszedł na wolność, stał się bezdomnym i próbował popełnić samobósjtwo. Wrócił do kradzieży. Po 4 miesiącach na wolności skazano go na kolejnych 6 lat więzienia za napad.

W zakładzie karnym zaczął czytać Pismo Święte i przeszedł przemianę. W 2015 roku już jako „nowy człowiek” wyszedł na wolność i rozpoczął nowe życie, w nowym miejscu, wśród nowych ludzi. Dziś jest szczęśliwym mężem, a za parę miesięcy zostanie tatą. Jak sam mówi, prowadzi życie, o jakim nawet nie marzył.

Historię swojej przemiany opowiada w szkołach, domach poprawczych i zakładach karnych przekonując, że nie ma takiego dna, z którego nie można wyjść. Kilkakrotnie odwiedzał więźniów w Zakładzie Karnym w Wiśniczu i Nowym Sączu wraz z grupą ewangelizacyjną prowadzoną przez o. Stanisława Majchra SJ.

W 2018 r. był jednym z bohaterów programu „Ocaleni” w TVP1. Został zaproszony przez organizatorów Kursu Alpha do poprowadzenia konferencji o przeciwdziałaniu złu dla ponad setki osób. Jest też jednym z głównych prelegentów programu profilaktycznego „Skazany na wolność”, skierowanego do więźniów i młodocianych przestępców umieszczonych w domach poprawczych. Niebawem ruszy jego autorski program dla szkół i ośrodków wychowawczych o nazwie „Nie jesteś skazany”.


TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Grzegorz Czerwicki podczas pracy w restauracji „Imperial” w Nowym Sączu . Jednym z jego gości był Zbigniew Wodecki. Fot. archiwum domowe Grzegorza Czerwickiego
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Międzynarodowa pomoc humanitarna rujnuje
Antony Loewenstein: Pomoc humanitarna jest jednym z elementów neokolonializmu. W obecnej formie uzależnia odbiorców od darczyńców.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Ksiądz jest jak samolot
Kościół to szpital, w którym leczą chorzy lekarze – cytuje papieża ks. dr Bogusław Nagel, krajowy duszpasterz Apostolatu Modlitwy za Kapłanów Margaretka.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Liczą się pieniądze, spryt i skuteczność
Marek Dzikowicz: Ważny jest tylko rezultat, więc czasami Chińczycy uciekają się do moralnie wątpliwych wyborów.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Do UE wchodzi się na zasadach Brukseli i wychodzi na jej zasadach
Dariusz Rosiak: Ponieważ Polaków można było obrażać bez posądzenia o rasizm, sporo wycierpieli. Stali się symbolem zagrożenia falą imigrantów z Europy Wschodniej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Zaczęliśmy się wstydzić smutku i cierpienia
Jan Jakub Kolski: UB trzy razy wykopywało wuja z grobu, żeby sprawdzić, czy na pewno nie żyje. Dziadkowie musieli na to wszystko patrzeć.