Historia

Viktor Orbán ogląda bezgłowe zwłoki kozła

Obecność premiera Węgier podczas ceremonii otwarcia Światowych Igrzysk Nomadów wydaje się dowodzić po raz kolejny jego „słuchu” politycznego.

W środę, 12 września o godz. 8.20 w programie „Studio Kultura Rozmowy” (TVP Kultura) rozmowa z Grzegorzem Górnym o jego książce „Węgry. Tysiąc lat samotności”.

Naprawdę, w tym roku nie wiadomo, w czym wybierać: liczba dyscyplin z początkowych sześciu rozrosła się do trzydziestu sześciu. Jest oczywiście z tuzin zapasów (w tym zmagania dwóch jeźdźców), od ałyszu po sambo, są wyścigi konne na każdy dystans i łucznictwo. Jest środkowazjatycki triatlon, czyli salbuurun, na który składa się polowanie z sokołem, łucznictwo i kolejna runda polowania, tym razem z taiganem, miejscowym owczarkiem.

Jest przeciąganie liny, są odpowiedniki szachów (oware i toguz korgool), no i oczywiście ukoronowanie tych igrzysk, duma Kirgizji, czyli Kok Boru: odległy kuzyn polo, w którym dwie drużyny na koniach walczą o leżące na murawie zwłoki świeżo zdekapitowanego koźlęcia, które należy, jadąc konno, dźwignąć z boiska i cisnąć do „bramki” przeciwnika. Citius, altius, fortius!

Konkurencja dla Igrzysk Olimpijskich

Mowa oczywiście o odbywających się w tym roku po raz trzeci Światowych Igrzyskach Nomadów (World Nomad Games, a właściwie, żeby było jeszcze bardziej egzotycznie, w zapisywanym lokalną odmianą cyrylicy kirgiskim: Дүйнөлүк көчмөндөр оюндары), czyli kapitalnym pomyśle wysokogórskiego i ubożuchnego Kirgistanu na wypromowanie siebie, a zarazem całego regionu.
Jest to jednak zarazem bardzo mocny znak czasu, w którym odtwarzane są, odzyskiwane, a czasem konstruowane kolejne lokalne tożsamości i tradycje, w którym świat staje się naprawdę „wielobiegunowy”, a prymat Europy czy „Zachodu” dla nikogo nie jest już dogmatem.

Pomysłodawcy Igrzysk Nomadów otwarcie deklarują, że chcieliby wprowadzenia kok boru, ałyszu czy er enisz do grona konkurencji olimpijskich – a jeśli nawet się to na razie nie uda, to w sumie nic nie szkodzi, bo Duineluk Keczmender Ojundari już dziś wyrastają na konkurencję Igrzysk Olimpijskich.

Dwa lata temu ówczesny prezydent Kirgistanu Alamzbek Atamabjew podczas ceremonii otwarcia drugiej z kolei edycji Igrzysk przedstawił je jako zdrową alternatywę dla „różnych międzynarodowych konkurencji sportowych targanych konfliktami politycznymi i sporami ideologicznymi”, co dla wielu było czytelną aluzją do zakończonych właśnie Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro.

To pokazuje, że Igrzyska Nomadów z każdą kolejną edycją nabierają coraz większej wagi politycznej.

Erdogan, Nazarbajew, Orban

Pierwsze, w roku 2014, były zaledwie folklorystyczną ciekawostką, w której wzięły udział amatorskie reprezentacje z państw środkowoazjatyckich, sąsiadujących z Kirgistanem oraz pojedynczy delegaci z republik związkowych Federacji Rosyjskiej, od Buriacji po Kałmykię i Baszkortostan.

W dwa lata później pojawiła się już na starcie całkiem poważna liczba zawodników, media tak wpływowe jak „The Atlantic” i CNN, całe zaś wydarzenie rozpatrywano jako dowód kunsztu, z jakim Biszkek balansuje między Moskwą, Waszyngtonem a Pekinem, zafundowawszy sobie przy okazji stadion na koszt Rosjan i hostel w kształcie gigantycznej jurty, wzniesiony przez Amerykanów.

Czwarte Igrzyska, w roku 2020, mają odbyć się po raz pierwszy w Ankarze, potwierdzając ambicje Turcji do roli jednego z centrów wielobiegunowego świata i znaczenie strategicznego aliansu, jaki łączy ją z Kirgistanem.
Sojusz nomadów? Prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew (w środku) z premierem Węgier Viktorem Orbanem (z lewej w turkusowym krawacie) i prezydentem Turcji Recepem Erdoganem (z prawej, w płaszczu) podczas ceremonii otwarcia III Światowych Igrzysk Nomadów w Cholpon-Ata 240 kilometrów na wschód od stolicy Biszkeku, stolicy Kirgistanu. 2 września 2018. Fot. Getty Images/Cem Oksuz/Anadolu Agency
Również podczas obecnych, rozpoczętych w poniedziałek III Igrzysk, nie można narzekać na brak frekwencji: obecni są sportowcy z blisko 70 krajów i pięciu kontynentów (w tym reprezentacja z Polski!), do zdobycia są 594 medale, w ceremonii rozpoczęcia wzięło udział ponad 10 tysięcy osób.

Prezydent Sooronbaj Dżeenbekow, witając zebranych 3 września, w pierwszej kolejności wymienił jednak trzech najdostojniejszych gości: prezydenta Turcji Recepa Erdogana, władcę Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa oraz premiera Wegier Viktora Orbána.

Turcja – wiadomo, strategiczny partner i gospodarz kolejnych Igrzysk. Z Kazachstanem , najpotężniejszym państwem Azji Środkowej, każdy się liczy. Ale co robi premier niewielkiego kraju środkowoeuropejskiego w niewielkim kraju środkowoazjatyckim? Porównuje doświadczenia?

Mimo wspólnego dziedzictwa komunizmu są dość odmienne, starczy wspomnieć, że najwyższy szczyt Węgier, Kékes, liczy sobie 1014 metrów, podczas gdy Dżengisz Czokusu wznosi się nad Kirgistanem niemal siedmiokrotnie wyżej ( 7439 m n.p.m.); niemal dwukrotnie większa dyspoporcja, tylko w drugą stronę, dzieli dwa kraje, jeśli idzie o PKB na osobę (Węgry - 15 531 USD, Kirgistan – 1144 USD).

Tęsnkota za krewnymi

A jednak coś sprawiło, że premier Węgier zaraz po ważnych rozmowach na temat kryzysu migracyjnego, prowadzonych z szefem włoskiego MSW i premierem Czech pofatygował się o sześć tysięcy kilometrów na wschód, do Biszkeku. Czy to możliwe, że kierował się nostalgią?

Bracia Madziarzy od zawsze ciekawi byli swoich korzeni i kolebki – i od zawsze mieli pewien kłopot z ich dokładnym ustaleniem. W nauce istnieje z grubsza zgoda, że wywodzą się z ugrofińskiej gałęzi ludów uralskich, pokrewnych zachodniosyberyjskim Chantom.

Podobieństwa tego nie słychać już dziś w językach, ale można je dostrzec na poziomie „głębokich struktur gramatycznych”. Nieliczne znaleziska archeologiczne pozwalają lokować ich pierwsze siedziby na wschód od południowego Uralu.


Ale co się z nimi później działo? Którędy wędrowali? Gdzie znajdowała się „Magna Hungaria”, o której wspominają XIII-wieczne kroniki, których autorzy odwoływali się jeszcze do pokładów rodowej pamięci? Czy na Przedkaukaziu? Czy nad dolną Wołgą?

Pewni jesteśmy, że za czasów rozkwitu Bizancjum pojawiają się, wypierani przez Protobułgarów i Pieczyngów, na północnych brzegach Morza Czarnego – i że w połowie X wieku, pod presją tych ostatnich, przekraczają Karpaty, osiadając na terenach z grubsza pokrywających się z granicami dzisiejszych Węgier.

To właśnie słynne Honfoglalás, czyli „Zajęcie ojczyzny”, na tuzinach XIX-wiecznych płócien patriotycznych opromienione wschodem słońca i ocienione łopoczącymi sztandarami.

W rzeczywistości było jednak ciemno i krwawo, Madziarzy stali się na dwa pokolenia postrachem Europy, docierając swoimi zagonami aż po Bretanię i Hiszpanię, niosąc śmierć i pożogę. Dopiero klęska w Bawarii (955) i trud wielu misjonarzy zaprowadził ich na drogę cnoty, feudalizmu i chrztu.

Ogarnąwszy się odrobinę, zaczęli jednak dociekać korzeni i od XIII wieku aż do dzisiaj nieprzerwanie patrzą na daleki wschód, wyglądając tam utraconej praojczyzny, tęskniąc w germańsko-słowiańskich kleszczach za najdalszymi bodaj krewnymi.

Wojna ugrofińsko-turecka

Już pierwsze wspomniane wyżej kroniki, anonimowa „Gesta Hungarorum” oraz spisane niedługo potem przez Simona z Keza „Gesta Hunnorum et Hungarorum” wspominały „Wielkie Węgry” na bezkresnych stepach Eurazji.

Król Bela IV wysłał na Przedkaukazie aż dwa poselstwa dominikańskie z misją odnalezienia i sprowadzenia zaginionych przodków: brat Otton natknął się na pobratymców w antycznej Alanii, brat Julian – wręcz na całe mówiące po węgiersku plemię nad rzeką Itil! Niestety, kiedy wrócił tam w roku 1237 z pergaminem, zawierającym królewskie zaproszenie i przywileje – okazało się, że plemię wzięli w jasyr Mongoli…

Nie ugasiło to jednak tęsknoty. Począwszy od połowy XVIII wieku ośmieleni przez samego Leibnitza badacze węgierscy dociekają korzeni językowych: w roku 1770 Janos Sajnovics dowiódł w traktacie „Demonstratio idioma Ungarorum et Lapponum idem esse” pokrewieństwa języka węgierskiego z dialektami uralskimi i lapońskimi.
Dominikanin węgierski brat Julian odbył w latach 1235-1238 wyprawę na Wschód, poszukując nad górną Wołgą pobratymców Węgrów, aby ich ochrzcić. Odnalazł pogańskie plemię mówiące po węgiersku i przechowujące legendę o odejściu ziomków na zachód. Fot. Wikimedia/Fz22
Wkrótce potem kolejni badacze korzeni węgierskich ruszyli na Wschód, wśród nich najbardziej znany Sándor Kőrösi Csoma, który co prawda nie zdobył niezbitych dowodów w kwestii kolebki, ale zasłynął jako autor pierwszego w świecie słownika języka angielsko-tybetańskiego, twórca tybetologii i jeden z niewielu Europejczyków został uznany (pośmiernie, w roku 1933) za boddhisatvę, czyli „oświeconego”.

Jeden z wielu węgierskich orientalistów i turkologów, którzy poszli w jego ślady, czyli Ármin Vámbéry, jeden z pierwszych Europejczyków, którzy w połowie XIX wieku gruntownie zwiedzili Azję Środkową, wrócił stamtąd z przekonaniem, że rodowód językowy i etniczny jego współbraci bliższy jest szczepom tureckim lub ugrofińskim, zapoczątkowując w gronie węgierskich humanistów końca XIX wieku elitarny, ale niesłychanie zażarty spór, znany jako „wojna ugrofińsko-turecka” (Ugor-török háború).

Węgierski Turanizm

Z takich i podobnych tęsknot narodził się u progu XX wieku nowy ruch - Węgierski Turanizm, czyli budapesztańska odpowiedź na hydry Panslawizmu i Pangermanizmu. Turanizm był już czymś znacznie więcej niż dociekaniem rodowodów języka, odtwarzaniem legend czy szamańskich rytuałów: było to przekonanie o ścisłym pokrewieństwie Węgrów z ludami koczowniczymi Azji Środkowej (określanymi w staroperskich traktatach mianem Turán, stąd nazwa) i płynący stąd postulat polityczny o konieczności możliwie najdalej idącego zbliżenia .

Pierwsze Stowarzyszenie Turanistów (Turáni Társaság) zawiązane zostało jeszcze w roku 1910 i miało charakter elitarnego, na poły arystokratycznego, na poły sekretnego klubu, do którego należeli przedstawiciele najlepszych i najbardziej wpływowych rodzin, w tym hrabia Pál Teleki, uwielbiany przez Polaków późniejszy premier Węgier. Turaniści mieli swoje pięć minut w roku 1915, gdy do koalicji Państw Centralnych przystąpiła Turcja, a do austrowęgierskich obozów jenieckich zaczęli napływać środkowoazjatyccy jeńcy z armii rosyjskiej. Zwolennicy poszukiwania sojuszników między Uralem a Pamirem zabiegali o łagodne traktowanie takich jeńców, których często zwalniano z obozów i przenoszono do sanatoriów.

W międzywojniu ruch turański podzielił się na kilka odłamów, których zabarwienie oddaje napięcia tego czasu: dawni turaniści postawili na działalność naukową, zwolennicy działań bezpośrednich powołali Węgierskie Stowarzyszenie Turanistów, wściekle antyklerykalne, antyzachodnie, antysemickie i antyarystokratyczne zarazem.


Żeby jednak sprawy bardziej skomplikować, nie wsparło jednak rodzącego się w tych latach węgierskiego faszyzmu i strzałokrzyżowców, ponieważ było również wściekle antyniemieckie… W zamian stawiało na tworzenie osi węgiersko-japońskiej.

Poczucie osamotnienia

Po II wojnie światowej i katastrofie, jaka spotkała w niej Węgry, jedni turaniści trafili na Syberię (tym razem jednak nie w celu prowadzenia studiów etnograficznych), inni na emigrację.

Turanizm zaczął odradzać się na marginesach życia społecznego po roku 1989, zapuszczając korzenie w żyznej glebie złożonej ze zwolenników New Age, „rodzimowierców”, tradycjonalistów, eurosceptyków, neokonserwatystów i folklorystów, w różnych proporcjach zawiązujących nietrwałe sojusze.

Stosunkowo prędko zainteresował się neo-turanizmem Jobbik – głośne, populistyczne ugrupowanie „alternatywnej prawicy”, spędzające sen z powiek Orbánowi swymi ekscesami, lecz zarazem będące jego niewygodnym sojusznikiem.

Dla Jobbiku turanizm okazał się atrakcyjną koncepcją – nie tyle ze względu na swój realizm czy tło filologiczno-etnograficzne, lecz trafne rozpoznanie emocji, wśród których nadal ważną pozostaje węgierskie poczucie osamotnienia.

„Jesteśmy narodem Wschodu, który losy rzuciły najdalej na Zachód” – lubił podkreślać w wystąpieniach publicznych Gabor Vona, do lata tego roku lider Jobbiku. „Węgry pozostają rozpaczliwie osamotnione” – to inne jego hasło.

Turanizm jako taki nie jest pewnie trafną odpowiedzią – ale jest najtrafniejszą, jaką można znaleźć na tego rodzaju obawy: cóż z tego, że nieco iluzoryczną?

Prędzej wysadzę nasze linie kolejowe, niż wezmę udział w inwazji na Polskę...

Premier Pál Teleki uważał, że Żydzi są wrogami narodu węgierskiego i zmierzają do jego „judaizacji”. Ale we wrześniu 1939 roku nie zamierzał iść ramię w ramię z Adolfem Hitlerem - odmówił wsparcia agresji III Rzeszy na Polskę.

zobacz więcej
Prawdziwe męskie zmagania

W tym kontekście obecność Viktora Orbána podczas ceremonii otwarcia Światowych Igrzysk Nomadów wydaje się dowodzić po raz kolejny jego „słuchu” politycznego. Możliwe, że syty kariery zawodnika-amatora i kibica piłki nożnej zapragnął zerknąć na prawdziwie męskie zmagania w kok boru, kiedy bezgłowe zwłoki kozła zmierzają do jednej z bramek.

Niewykluczone, że jego doping pomógł reprezentacji węgierskiej zdobyć (do czwartku) sześć medali, co plasuje ją na mocnej, dziesiątej pozycji (Polacy, jak dotąd, bez choćby brązu). Najbardziej jednak prawdopodobne, że rozpoznał nastroje, wahające się od niepokoju do poczucia zagrożenia i postanowił pocieszyć Węgrów: nie jesteśmy sami!

– Wojciech Stanisławski

W pracy nad tekstem korzystałem m.in. z reportażu Johna Wendle „Big in Kyrgystan: The World Nomand Games” (The Atlantic, December 2016) oraz artykułu Emela Akçaha i Umuta Korkuta „Geographical Metanarratives in East-Central Europe: Neo-Turanism in Hungary” (European Geography and Economics, No. 5 / 2012)
Zdjęcie główne: II Światowe Igrzyska Nomadów odbyły się w roku 2016, także w Kirgistanie. Fot. Getty Images/Nezir Aliyev/Anadolu Agency
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Kwiaty, które wzrosły z ludzkiej krwi
FIFA zabrania umieszczania ich na koszulkach. Grozi surowymi sankcjami.
Historia Najnowsze wydanie
Starsza siostra noblistki walczy z gruźlicą
Z rąk Marii przyjęła ołowianą szkatułkę wartą, według dzisiejszych cen, ponad 15 mln dolarów
Historia Najnowsze wydanie
Bez niego nie byłoby tranzystorów, komputerów, smartfonów...
1 września 1939 roku okazuje się, że Czochralski nadal jest Niemcem. W dokumentach ma na imię Johann.
Historia Najnowsze wydanie
Powrót Hallera, pierwszy piesek II RP i Marsz Niepodległości
Filmy pokazujące polską drogę do wolności. Wyszukane w archiwach agencji Reuters.
Historia Najnowsze wydanie
Piłsudski uchroni naród od hańby…
„Goniec Krakowski”: Brygadyer powrócił! „Gazeta Łódzka”: Jego autorytet jest wielki. „Kurjer Warszawski”: Wygląda mizernie i jest wycieńczony.