Cywilizacja

Jednemu rozerwało głowę, drugi wyleciał w powietrze, trzeci zginął od pocisku. Szatański plan Moskwy

Największa fala terroru i egzekucji przeszła przez Donbas w 2015 roku, gdy Rosjanie robili porządek w zbrojnych szeregach podporządkowanych im rebeliantów. Ci, którzy nie chcieli się podporządkować – tracili głowy. Nawet wyjazd do Rosji nie dawał gwarancji przeżycia.

Skuteczny zamach na przywódcę „republiki ludowej” w Doniecku wstrząsnął okupowaną częścią Donbasu i uruchomił na linii Moskwa – Kijów nową falę wzajemnych oskarżeń. Schemat znamy: ginie prorosyjski watażka, więc Rosja twierdzi, że to dzieło Ukraińców, a Ukraina – że to sprawka Rosjan. Po pewnym czasie nikt sobie tym głowy nie zawraca. Ale tym razem to nie jakiś „Motorola”, „Giwi” czy inny „Batman”. Teraz zabito w samym centrum Doniecka, w wydawałoby się jednym z najbardziej bezpiecznych miejsc, samego „szefa” tzw. republiki, Aleksandra Zacharczenkę. Czy tym razem zmieni to więc stosunki rosyjsko-ukraińskie i wpłynie na przyszłość Donbasu?

„Separ” to niewielka (raptem osiem stolików) kawiarnia w samym centrum Doniecka. Ulubiony lokal panów i władców tworu zwanego Doniecką Republiką Ludową – czyli jednej z dwóch stref okupowanych przez Rosję od 2014 roku na południowym wschodzie Ukrainy. Ponieważ knajpa leży blisko siedziby władz „DRL”, bywał tu często przywódca „republiki” Aleksandr Zacharczenko, zwany Zacharem. Niewątpliwie zaletą – prócz dobrych trunków – lokalu jest fakt, że właścicielami są byli ochroniarze „Zachara”. Wszak „głowa Donieckiej Republiki Ludowej” (oficjalny tytuł przywódcy „DRL”) od dawna bardzo dbał o swe bezpieczeństwo.

Bomba w żyrandolu

31 sierpnia Zacharczenko z towarzyszami postanowili wypić za pamięć swego druha, zmarłego dzień wcześniej Josifa Kobzona, pieśniarza i wielkiego zwolennika putinowskiego reżimu. Około 17.30 Zachar i jego świta wkroczyli do kawiarni. Tuż za drzwiami eksplodowała bomba ukryta w żyrandolu. Zamach był znakomicie przygotowany, uderzenie było punktowe: Zacharczence rozerwało głowę. Zginął też jeden z ochroniarzy. Kilkanaście osób zostało lekko rannych.
Aleksandr Zacharczenko (z lewej) to nie żaden Motorola”, „Giwi” czy inny „Batman”. To był sam szef „republiki ludowej” w Doniecku. Fot. Reuters/Igor Tkachenko
Obowiązki Zacharczenki przejął natychmiast – zgodnie z „konstytucją” – „1. wicepremier rządu”, niejaki Dmitrij Trapeznikow. Nie wiadomo, czy pozostanie na tym stanowisku, bo dotąd nie zaliczano go do głównych rozgrywających w Doniecku. Choć – z drugiej strony – może się to okazać zaletą z punktu widzenia Moskwy…

Swego czasu Trapeznikow robił w biznesie, i to tym związanym z oligarchą Rinatem Achmetowem. Daleko mu do siłowików, zajmował się dotąd kontrolą operacji finansowych w „republice” (co też jest ważne).

Powiązany z kryminalistami, negocjował z terrorystami, sławił Armię Czerwoną

Obciach i żenada. Od lat 70. nosił perukę, jego twarz pokryta była grubą warstwą pudru, widzów epatował orderami, którymi go odznaczono.

zobacz więcej
Wśród innych kandydatów do objęcia schedy po Zacharczence wymienia się najczęściej przewodniczącego „parlamentu” Denisa Puszylina oraz Aleksandra Chodakowskiego, głównego przeciwnika Zacharczenki, b. „sekretarza Rady Bezpieczeństwa DRL”.

Niewykluczone jednak, że „głową republiki” zostanie ktoś zupełnie inny. Kto? To wiedzą tylko w Moskwie. Lub dopiero ustalają – wszak od lat o kontrolę nad okupowaną częścią Donbasu walczą – raz mniej, raz bardziej brutalnie – dwa obozy. Z jednej strony kremlowski kurator Donbasu, doradca prezydenta Putina Władisław Surkow (w sojuszu z wojskowymi, czyli GRU), a z drugiej czekiści z Łubianki, czyli FSB.

Czyszczenie szeregów

Aleksandra Zacharczenkę pochowano na cmentarzu Donieckie Morze. Spoczął obok Arsenija Pawłowa, ps. Motorola i Michaiła Tołstycha, ps. Giwi. Ci dwaj najbardziej znani donieccy watażkowie z czasów wojny z Ukrainą, także odeszli z tego świata w nagły sposób. „Motorola” wyleciał w powietrze wraz z windą, którą jechał w swym rodzinnym domu. Jego serdeczny druh „Giwi” poległ w miejscu pracy – pocisk z ręcznego granatnika wpadł przez okno do jego gabinetu.
„Motorola” jeszcze w pełni chwały w czasie obchodów Dnia Zwycięstwa 9 maja 2016 roku. Fot. Reuters/Alexander Ermochenko
Największa fala terroru i egzekucji przeszła jednak przez Donbas jeszcze w 2015 roku, gdy Rosjanie robili porządek w zbrojnych szeregach podporządkowanych im rebeliantów. Sformowano wtedy „korpusy armijne”, włączając do jednolitych struktur dowodzonych przez kadrowych oficerów rosyjskich rozmaite ugrupowania i oddziały watażków znanych nie z nazwiska, a bardziej z przezwiska. Ci, którzy nie chcieli się podporządkować – tracili życie.

Aleksiej Mozgowoj (brygada Widmo), ataman Paweł Driomow, Aleksandr Biednow (batalion Batman) – jedni ginęli podziurawieni jak sito w drogowych zasadzkach, innych rozrywały podłożone bomby. Potem byli wspomniani „Motorola” i „Giwi” (2016-2017). Nawet wyjazd do Rosji nie dawał gwarancji przeżycia. W styczniu 2017 w Moskwie zmarł w podejrzanych okolicznościach pierwszy przywódca „republiki” w Ługańsku, Walerij Bołotow. Oficjalnie: zawał serca. We wrześniu 2017 r. w Gorkach pod Moskwą zastrzelono Jewgienija Żylina, lidera prorosyjskiego ruchu paramilitarnego Opłot.

Ale Zacharczenko to najwyższa liga, przywódca jednej z dwóch „republik” w okupowanym Donbasie, a nie jakiś tam komendant polowy czy dowódca batalionu. Co prawda jego kolega z Ługańska, czyli Igor Płotnickij stracił stanowisko, ale nie głowę. Na jesieni ubiegłego roku pod nadzorem FSB dokonano w tzw. Ługańskiej Republice Ludowej bezkrwawego puczu. Płotnickij wyjechał do Rosji. Zacharczenko zapewne też miał wybór. Mógł pójść śladem Płotnickiego, potulnie zrzec się władzy i wyjechać do Rosji. Krzywda by mu się tam nie działa. Ale był innym typem – bardziej wojowniczym niż kolega z Ługańska. Więc poszedł śladem „Motoroli”, „Giwiego” i innych towarzyszy broni.
22.10.2016
Właściwie we wszystkich wymienionych wyżej przypadkach nigdy nie schwytano prawdziwych sprawców i nie wskazano prawdziwych zleceniodawców. Bo i nigdy na serio ich nie szukano. Zbyt wiele już na początku wskazywało, kto jest rzeczywistym zabójcą. Podobnie jest teraz.

Cztery wersje śmierci

Knajpa, gdzie zabito Zacharczenkę, znajduje się obok siedziby donieckiej „administracji”. Lokal jest dobrze chroniony, bez przerwy odbywały się tam imprezy z udziałem wierchuszki DRL. Niemożliwe, by zamach zorganizowano bez współudziału kogoś z najbliższego otoczenia Zachara i z jego ochrony. Zamachowcy znali dokładnie kalendarz dnia ofiary, mieli swobodny dostęp do lokalu, wszystko zostało przeprowadzone z najwyższym profesjonalizmem.

Lokalni separatyści i Rosja natychmiast oskarżyli Ukrainę. Oficjalna wersja mówi, że to była operacja ukraińskiej grupy dywersyjnej, która wykorzystała do swych niecnych celów zdrajcę z otoczenia Zacharczenki. Zaraz po zamachu ogłoszono, że schwytano członków tej rzekomej grupy i mieli się oni przyznać. I tyle.

Rudy szpieg, broń na ulicy, możni protektorzy, czeki i kanały w Cerkwi. Rosyjskie macki oplatają świat

Trzymała się z republikanami i przechwalała, że doprowadzi do spotkania Putin – Tramp. Aresztowali ją podczas rozmowy prezydentów w Helsinkach. Szpiegowskie wojny hybrydowe przybierają na sile.

zobacz więcej
Mijają kolejne dni, a dowodów na potwierdzenie ukraińskiego udziału brak. Szef SBU zapewnia, że Kijów nie wysyłał do Doniecka żadnych grup dywersyjno-zwiadowczych. Ukraina uważa, że albo były to porachunki wewnętrzne „donieckich”, albo akcja Moskwy.

Mamy więc wersje nr 2 i nr 3. Przy czym obie się wzajemnie nie wykluczają. Wyeliminowanie Zacharczenki mogło być efektem konfliktu wewnętrznego o charakterze kryminalnym w „DRL”.

Ta wersja mówi, że Zacharczenko zadarł z potężniejszymi od siebie. Położył bowiem łapę na aktywach miliardera Serhija Kurczenki, który uciekł w 2014 roku do Rosji. Zachar i jego prawa ręka, „wicepremier” Aleksandr Timofiejew, ps. Taszkient, zdołali przejąć kontrolę nad niemal wszystkimi dającymi zysk przedsiębiorstwami: kopalniami węgla, supermarketami, aptekami i stacjami paliw.

Największa kasa była jednak ze sprzedaży węgla, który szedł do Rosji, a stamtąd wracał na Ukrainę, jako import z Rosji (w 2017 r. Kijów odmówił bezpośredniego handlu z separatystami, ogłaszając ekonomiczną blokadę). Firmy Kurczenki w dużym stopniu kontrolują ten biznes, a Zacharczenko i Timofiejew chcieli po prostu wyrolować oligarchę, swego czasu zwanego kasjerem Janukowyczów.
Knajpa, gdzie zabito Zacharczenkę, znajduje się obok siedziby donieckiej „administracji”. Fot. Reuters//Alexander Ermochenko
Według wersji nr 3 o usunięciu szefa „DRL” zadecydowała po prostu Moskwa. Zacharczenko już od dawna nie pasował do nowej układanki Kremla, w której weteranów wojny z Ukrainą, ludzi z krwią na rękach, zastępują biurokraci (choćby i z przeszłością w służbach), z którymi łatwiej będzie próbować wznowić rozmowy o przyszłości Donbasu.

Nie można wykluczyć, że w przypadku Zacharczenki doszło do fatalnego dla niego zejścia się interesów jego biznesowych wrogów i ludzi na Kremlu.

No właśnie, tylko których ludzi na Kremlu? A może nie na Kremlu, lecz na Łubiance? Tak oto przechodzimy do wersji nr 4, która mówi, że Zacharczenko padł ofiarą wewnętrznych walk na szczytach rosyjskiej władzy.

Konflikty w Moskwie przenoszą się, rzecz jasna, w dół, także do Donbasu. Okupowany region Rosja kontroluje faktycznie za pośrednictwem trzech pionów: FSB, armii (GRU) oraz ludzi Surkowa. Przy czym ten ostatni pozostaje w sojuszu z GRU. Od dawna jego głównym rywalem w Donbasie jest generał Siergiej Biesieda, szef 5. służby FSB.

Jesienią ubiegłego roku Biesiedzie udało się zakończyć sukcesem intrygę odsunięcia od władzy w Ługańsku Płotnickiego, człowieka Surkowa. Czy eliminacja Zacharczenki to kolejny sukces FSB? Odpowiedź dać może dopiero ostateczne ustalenie, kto teraz będzie rządził Donieckiem. Nawet jeśli to będzie kolejna porażka Surkowa, nie musi to oznaczać rezygnacji z jego planu przywrócenia wpływu Moskwy na Ukrainę przy użyciu donbaskich „republik”.

Strategiczny cel Kremla

Rozmowy w sprawie Donbasu dawno temu utknęły i nie widać, żeby udało się przełamać pat. Obie strony twardo obstają przy swych żądaniach. Rosja chce przeprowadzenia reformy konstytucyjnej na Ukrainie, uchwalenia szczególnego statusu dla Donbasu, ogłoszenia amnestii dla wszystkich uczestników konfliktu. Ukraina chce znów mieć zwierzchnictwo nad Donbasem, przystaje na autonomię, ale po uprzednim przywróceniu kontroli nad granicą z Rosją.
Strategicznym celem Moskwy nie jest aneksja Donbasu. Na zdjęciu: Obchody czwartej rocznicy proklamowania tzw. Donieckiej Republiki Ludowej. Fot. Reuters/ Alexander Ermochenko
Strategicznym celem Moskwy nie jest aneksja Donbasu, ale jego reintegracja z Ukrainą. To zamknęłoby usta zachodnim krytykom Rosji i doprowadziło do złagodzenia sankcji. Oczywiście nie chodzi o oddanie rzeczywistej władzy nad Donbasem. Reintegracja tak, ale na takich warunkach, by to Rosjanie nadal mieli ostatnie słowo w Doniecku i Ługańsku, a autonomiczny Donbas miał dużo do powiedzenia w Kijowie. Chodzi o wpływanie na politykę całego państwa, blokowanie kursu na NATO i UE, blokowanie reform i budowanie obozu prorosyjskiego, który kiedyś wróciłby do władzy, w konsekwencji znów czyniąc z Ukrainy faktycznego wasala Rosji. Pytanie, jak taki szatański plan zrealizować? To już zadania Surkowa.

Ten znów poczuł się silny, gdy nie zrealizowały się plotki, że może wylecieć z Kremla przy okazji formowania nowej administracji po wyborach prezydenckich. Władimir Putin na dodatek zaaprobował jego strategiczną koncepcję dotyczącą wyborów na Ukrainie w 2019 roku i roli „republik ludowych” w tej koncepcji.


Co przewiduje plan Surkowa? Dojście do władzy na Ukrainie „prorosyjskiego” prezydenta. Sformowanie wokół niego parlamentarnej większości przy okazji wyborów do Rady Najwyższej. Początek bezpośrednich rokowań nowej władzy w Kijowie z separatystami z Donbasu przy pośrednictwie Moskwy o wejściu „republik” w skład Ukrainy z bardzo szeroką autonomią. Zmiana konstytucji Ukrainy – państwo federacyjne. Wybory w Donbasie nowych szefów republik, parlamentów oraz referenda o powrocie w skład Ukrainy.

Co dałaby realizacja tej strategii? Pomogłoby to znieść zachodnie sankcje na Rosję, finansowy ciężar utrzymywania Donbasu przenieść z Moskwy na Kijów, wzmocnić procesy federalizacyjne Ukrainy, zablokować kurs na NATO i UE.

Być może Surkow pozbył się Zacharczenki w ramach czyszczenia przedpola przed realizacją tego planu. Chodzi o usunięcie z pierwszego szeregu ludzi zaangażowanych bezpośrednio w działania wojenne w 2014 r. A jeśli dodać wojownicze wypowiedzi Zacharczenki, nie był on z pewnością osobą, która kierując „DRL” sprzyjałaby forsowaniu pomysłu federalizacji Ukrainy. Założenie Moskwy jest takie, że pojawienie się mniej kontrowersyjnych postaci w Donbasie pozwoli przyszłym władzom w Kijowie wytłumaczyć ukraińskiej opinii publicznej, że zasiadają z separatystami do stołu rozmów.

Rosyjskie „psy wojny” podbijają Afrykę. Czy dziennikarzy zastrzelono dlatego, że wiedzieli za dużo?

Pojawiły się informacje, że rosyjscy doradcy wojskowi współpracują z afrykańskimi terrorystami z grup islamistycznych.

zobacz więcej
Zacharczenko był obłożony sankcjami przez UE i USA. Jego zniknięcie ułatwia restart rozmów w sprawie Donbasu. Moskwa pozbywa się najbardziej niewygodnych świadków. To znaczy tych separatystów, którzy mają największą wiedzę o rosyjskim zaangażowaniu w tzw. ruską wiosnę w Donbasie. A zarazem tych, którzy są najbardziej skompromitowani i mają krew na rękach.

„Republiki ludowe” jak Naddniestrze

Celem zabójstwa Zacharczenki jest zerwanie procesu pokojowego uregulowania sytuacji w Donbasie i realizacji porozumień mińskich – oświadczyło MSZ Rosji, dodając, że zabójstwo jednego z sygnatariuszy porozumień mińskich „wpisuje się w wyznawaną przez Kijów logikę siłowego rozwiązania konfliktu”. Jeszcze zanim pojawił się ten komunikat, rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa oceniła, iż są podstawy, by sądzić, że za tym aktem stoi „reżim w Kijowie”. Jej pryncypał Siergiej Ławrow nazwał zamach „prowokacją Ukrainy nastawioną na zerwanie porozumień mińskich” i zapowiedział zawieszenie spotkań w tzw. formacie normandzkim (Ukraina, Rosja, Francja, Niemcy).

Kreml już tak wprost Ukrainy nie oskarżył, choć prezydent Putin zasugerował winę Kijowa, pisząc w oficjalnym telegramie z kondolencjami: „To jeszcze jedno świadectwo tego, że ci, którzy wybrali drogę terroru, przemocy, zastraszania, nie chcą szukać pokojowego, politycznego rozwiązania konfliktu, (…) stawiają na destabilizację sytuacji, na to, żeby rzucić lud Donbasu na kolana”. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził, że śmierć Zacharczenki będzie miała „nieuniknione konsekwencje”. To mogłoby sugerować, że działania Rosji nie ograniczą się do medialnej burzy i czasowego zamrożenia rozmów w sprawie Donbasu. Tyle że takie rozmowy de facto od dawna się już nie odbywają. A wojny z tego też nie będzie, bo nie stać na to żadnej strony – ani politycznie, ani ekonomicznie. Ale Rosjanie mogą się mścić jak wtedy, gdy zabito „Giwiego” i „Motorolę”. Potem w zamachach zginęli ukraińscy oficerowie w Kijowie i Mariupolu.

Tak naprawdę śmierć Zacharczenki nie ma większego znaczenia dla relacji Rosji z Ukrainą z jednego prostu powodu: szef „DRL” nie był w jakimkolwiek stopniu samodzielnym graczem, tylko wykonawcą poleceń z Moskwy. Na swoim podwórku w Doniecku, tak, mógł wykazywać samodzielność i grabić do siebie, ale w istotnych obszarach liczył się tylko głos Rosji.
Szef „republiki” w Ługańsku Igor Płotnickij stracił stanowisko, ale nie głowę. Czy w czasie obchodów Dnia Zwycięstwa 9 maja 2017 r. sądził, że ktoś go zastąpi? Fot. Reuters/Alexander Ermochenko
Wymiana Płotnickiego na Pasecznyka w Ługańsku też przecież niczego nie zmieniła. Podpis Zacharczenki pod porozumieniem mińskim nie ma znaczenia. Podobnie jak podpis Płotnickiego. Ani nie ma eskalacji wrogich działań „ŁRL” wobec Kijowa, ani tym bardziej nie widać sygnałów, żeby miało się coś zmienić na lepsze – z punktu widzenia Ukrainy.

W polityce Rosji mogą nastąpić taktyczne zmiany, związane z jakimiś szczegółowymi uzgodnieniami w „formacie normandzkim”, np. wymiana jeńców, rozmowy w sprawie misji pokojowej itp. itd. Ale to wszystko. Zasadniczy kurs się nie zmieni. To zaś oznacza, że powinniśmy się przyzwyczaić do istnienia jakichś marionetkowych „republik” na południowo-wschodniej Ukrainie tak, jak się przyzwyczailiśmy do chociażby Naddniestrza. Któż mógł przypuszczać w tej części Mołdawii w 1991 roku, że to quasi-państwo spokojnie będzie funkcjonować jeszcze w 2018 r.?

Biorąc pod uwagę obecny kurs Kijowa, który kategorycznie odmawia bezpośrednich rozmów z „republikami ludowymi”, należy oczekiwać, że te byty przetrwają bardzo długo. Nie widać bowiem pola do kompromisu. Moskwa nie może ot tak się wycofać, a Ukraina nie będzie próbowała zbrojnie odbić tego terytorium.

– Antoni Rybczyński

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy



09.03.2018 – Tomasz Grzywaczewski
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna rozpocznie się na Morzu Azowskim. Lada dzień?
Moskwa wzmocniła swoje siły. Kijów wysyła kutry patrolowe. Czy USA dostarczą Ukrainie rakiety zwalczające cele na morzu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Globalna inwazja niemieckich mutantów
Uciekły z akwarium, potrzebują trzy miesiące, aby z jaja stać się formą zdolną do wydawania potomstwa, wypierają inne gatunki. Groza.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Na odsiecz Serenie. Jak poprawność polityczna zjada własny ogon
Satyrycy doskonale wiedzą, z czego śmiać się należy – na przykład z białego, heteroseksualnego katolika – a z czego nie wypada.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kabina przemocy, swąd spalenizny. Turyści tropią cosa nostrę
Dla chętnych nocleg w domu „Bestii”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Finansowe sekrety olimpijskiej idei
Koszt jednego medalu zdobytego przez Polaka na igrzyskach w Rio de Janeiro to 36 milionów złotych.