Cywilizacja

Brudne pieniądze, chciwe karzełki o lepkich rękach i rodzinne interesy korupcyjne. Sekrety olimpijskiej idei

Gdyby brać pod uwagę tylko aspekt finansowy, logicznym wnioskiem byłoby, że nie opłaca się organizować igrzysk, gdyż są zbyt kosztowne. Ale po pierwsze nie wszystkie zyski da się przeliczyć na pieniądze, po drugie są tacy, którym na organizacji imprezy udało się zarobić.



Thomas Bach, prezydent MKOl., powiadomił świat oraz rodzinę olimpijską o kolejnych kłopotach z kandydaturą gospodarza zimowych igrzysk w roku 2026. Po rezygnacji Sapporo, które będzie ubiegać się o imprezę w roku 2030, nie ma ochotników. Chociaż wstępna lista aplikantów miała pokaźne rozmiary, to skróciła się praktycznie do zera. Dlaczego?

Ateny, rok 1896. I nowożytne igrzyska olimpijskie
• 14 ekip narodowych
• 241 sportowców
• 43 konkurencje
• koszt: 900 tysięcy drachm w złocie

Rio de Janeiro, rok 2016. XXXI nowożytne igrzyska olimpijskie
• 207 ekip narodowych
• 11366 sportowców
• 306 konkurencji
• koszt: 20 mld dolarów


Między powyższymi datami i liczbami mieści się historia olimpizmu, którą można streścić krótko – sukces igrzysk, porażka ideałów.

Facebook manipuluje, Moskwa morduje, Orban szuka korzeni. Spis treści Tygodnika TVP (nr 42)

Dokąd cosa nostra zaprasza na urlop? Dlaczego Żeromski jest jaki jest? Jak się robi pieniądze na olimpiadach? Czy muzułmanki podają dłonie mężczyznom?

zobacz więcej
Kiedy Pierre de Coubertin ogłaszał publicznie reaktywację igrzysk olimpijskich spodziewał się wszystkiego, tylko nie braw. I choć jego odczyt zwieńczyły jednak gromkie brawa, francuski baron odniósł wrażenie, że tak naprawdę to nikt go nie zrozumiał. Kolejne lata i dekady potwierdziły, że tak właśnie było. Słuchacze podchwycili proste wątki sportowe, nie docenili albo nie zrozumieli intelektualnej oprawy wywodu.

A Pierre de Coubertin był rasowym intelektualistą. Był historykiem, pedagogiem, poetą i pisarzem: wydał 20 książek, napisał 1150 artykułów i rozpraw teoretycznych z różnych dziedzin. A ponadto był arystokratą, wszystko to razem sprawiało, że patrzył na świat z szerokiej perspektywy.

Sport był dla niego nie tylko sposobem hartowania ciała, lecz przede wszystkim „uniwersalną metodą wychowania współczesnego człowieka w duchu pokoju”. I z taką intencją baron podjął się realizacji olimpijskiego projektu.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Niestety, rzeczywistość okazała się impregnowana na szczytne cele. Po pięciu edycjach igrzysk wybuchła pierwsza, po jedenastu druga wojna światowa, a cały XX wiek nazywamy dzisiaj wiekiem wojen. Igrzyska olimpijskie nie wprowadziły w tamto stulecie ducha pokoju. W to obecne, jak dotychczas, także nie.

Wyścig narodów

W odróżnieniu od delikatnej tkanki ideałów, rywalizacja sportowa była twardym konkretem, powszechnie zrozumiałym i pociągającym. Ona była i jest zadaniem praktycznym, które wymaga działań organizacyjnych, poczynając od przygotowania obiektów, miejsc zamieszkania, wyżywienia uczestników, transportu itd.


Polska na igrzyskach olimpijskich w Rio 2016
• czteroletnie wydatki na przygotowania – 383 mln zł
• kwalifikacja jednego sportowca – 1,6 mln zł
• koszt zdobycia jednego medalu – 36 mln zł



Ona też wiązała się z kosztami. Idee nic nie kosztowały, nie wymagały specjalnych zabiegów poza ciągłym – a z czasem coraz bardziej mechanicznym – potwierdzaniem, że istnieją i że przyświecają.

Koncentracja na pragmatyce olimpizmu wzięła górę od początku, sport stał się treścią projektu, a jego duchowe przesłania tylko eleganckim opakowaniem.

W roku 1900 w Paryżu, w 1908 w Londynie i w 1912 w Sztokholmie zarysował się kierunek, w jakim olimpizm podąża do dzisiaj. Co prawda nieśmiało, lecz konsekwentnie, igrzyska olimpijskie przybierały formułę wyścigu narodów. W zakresie sportu i w zakresie organizacji.
Na organizację olimpiady w 2004 roku Grecy musieli dołożyć 13 miliardów dolarów więcej niż planowali. Czy to był początek greckiego kryzysu gospodarczego? Na zdjęciu ceremonia zamknięcia igrzysk. Fot. REUTERS/Kin Cheung MD/AA
Zostało to formalnie zdefiniowane 1913 roku, gdy MKOl. przyjął dewizę: Citius– Altius–Fortius (szybciej, wyżej, silniej), którą potraktowano dosłownie we wszystkich zakresach działań.

W Paryżu wystąpiły 22 reprezentacje narodowe, 997 uczestników a rozegrano 95 konkurencji. Londyn podwyższył poprzeczkę do 2008 sportowców i 110 konkurencji. W Sztokholmie pojawiło się już 2407 zawodników.

Natomiast igrzyska olimpijskie w Berlinie w 1936 roku zasłynęły największą liczbą sportowców, licząc od ateńskiej premiery, bo w 129 konkurencjach wystartowało aż 3963 zawodników oraz wartością dodaną, której Pierre de Coubertin nie przewidywał, a która przykleiła się do igrzysk na stałe, mianowicie – propagandą krzepy narodowej. Było to widoczne zarówno na arenach, w czym Niemcom Hitlera bardzo jednak przeszkadzał czarnoskóry Jesse Owens, jak i w wystawnej, nasączonej szowinizmem, oprawie imprezy.

Ten kurs na wyścig narodów stworzył realia olimpizmu, jakie dziś znamy i które generują obecne problemy.

Zabawa dla bogaczy

Podstawowym problemem, wokół którego kręci się ta olimpijska karuzela, są pieniądze, które trzeba wydać, żeby igrzyska zorganizować. Ponieważ pieniądze wydawane były i są w trybie wyścigowym, kolejni gospodarze starają się być lepsi od poprzedników mnożąc liczbę sportowców i konkurencji, zatem podwyższając koszty. W efekcie do wyścigu stają wyłącznie kraje bogate.

Na 31 letnich igrzysk olimpijskich aż 16 odbyło się w zamożnych państwach europejskich, w niektórych kilka razy: w Wielkiej Brytanii trzykrotnie (Londyn 1908, 1948, 2012); we Francji dwukrotnie (Paryż 1900, 1924, kolejne będą w roku 2024); w Niemczech dwukrotnie (Berlin 1936, Monachium 1972). Stany Zjednoczone gościły uczestników igrzysk aż cztery razy (Saint Louis 1904, Los Angeles 1932, 1984, Atlanta 1996).

Do zorganizowania pierwszych igrzysk w Atenach wystarczyło 900 tysięcy drachm w złocie greckiego miliardera Giorgiasa Averoffa, lecz do tych drugich w 2004 roku Grecy musieli dołożyć, bagatela – 13 miliardów dolarów więcej niż planowali. Wielu analityków rynków finansowych twierdzi, że był to początek greckiego kryzysu.
Kwalifikacja każdego sportowca z Polski do brazylijskich igrzysk kosztowała średnio ok. 1,6 mln złotych. Na zdjęciu nasz reprezentant w tenisie stołowym Zeng Yi Wang podczas meczu w Rio de Janeiro w drugiej rundzie singla. Fot. REUTERS/Jeremy Lee
Japonię z Tokio w 1964, Australię z Sydney w 2000, Chiny z Pekinem w 2008 także trzeba zaliczyć do klubu bogatych. Brazylia też do niego należała tyle, że w czasie, gdy składała aplikacje i to nie o jedną a o dwie największe imprezy świata, o mundial i o igrzyska. Ujmując rzecz najkrócej – ostro przeszarżowała, gdyż do igrzysk w Rio musiała dorzucić dodatkowe 6 mld USD.

Ile kosztuje medal

Tryb wyścigowy nie obejmuje wyłącznie samej organizacji, dotyczy także sportu. Jednak nie mam na myśli rywalizacji na arenach, ponieważ na jej przebieg, na rozliczne wypaczenia, bardziej wpływa fasadowe traktowanie zasad olimpizmu niż cokolwiek innego. Chodzi o rosnące nakłady finansowe na przygotowania do udziału w igrzyskach oraz o coraz wyższe koszty medali.

Skoro jesteśmy przy Rio warto przypomnieć parę liczb związanych ze starem naszej reprezentacji.

Po igrzyskach w Atenach, Pekinie i Londynie, na których Polacy nie mogli przełamać bariery 10 medali, wreszcie się udało. Potężna drużyna, bo było w niej aż 240 zawodników (o jednego mniej niż wszystkich sportowców razem w Atenach na pierwszych nowożytnych igrzyskach) wróciła z 11 krążkami.


Sumy wydane na organizację igrzysk
(w nawiasach planowane pierwotnie budżety):

❶ 51 miliardów $ (10,3 mld) – Soczi, zima 2014
❷ 45 miliardów $ (20 mld) – Pekin, lato 2008 –
❸ 20 miliardów $ (14 mld) – Rio de Janeiro, lato 2016 –
❹ 18 miliardów $ (5 mld) – Londyn, lato 2012
❺ 16 miliardów $ (3 mld) – Ateny, lato 2004
❻ 13 miliardów $ (7 mld) – Piongczang, zima 2018
❼ 7,6 miliardów $ (2 mld) – Vancouver, zima 2010
❽ 6,9 miliardów $ (3,2 mld) – Sydney, lato 2000
❾ 4,5 miliardów $ (1,4 mld) – Turyn, zima 2006
❿ 2,5 miliardów $ (2,4 mld) – Salt Lake City zima 2002



Jak oszacowała firma audytorsko– doradcza Grant Thornton państwowe wydatki na czteroletnie przygotowania olimpijskie wyniosły około 400 mln złotych (dokładnie 383,6 mln). Zatem jeden medal kosztował około 36 mln. Kwalifikacja do imprezy 1,6 mln. Rachunek nie uwzględnia pieniędzy sponsorów, a takich przecież mają gwiazdy naszego sportu.

Gdyby przyjąć ten wydatek za średnią statystyczną i pomnożyć przez 207 ekip, które wystąpiły w Rio, mamy okrągłą sumkę 82 800 000 złotych. A pewnie spokojnie można by tę kwotę zaokrąglić do 100 miliardów i znacznie wyżej, bo kraje od nas bogatsze wyjadają na sport znacznie więcej. To pokazuje koszty igrzysk olimpijskich, których nie podają miasta organizatorów, gdyż one ich nie ponoszą, co nie znaczy, że igrzyska mogły by się odbyć, gdyby nie poniósł ich ktoś inny w ramach sportowego wyścigu narodów.

Komu się opłaciło

Obecne kłopoty MKOl. z kandydaturami miast (a tak naprawdę państw) zdecydowanych na przyjęcie olimpijczyków mają solidne korzenie, które rosły przez ponad 120 lat w duchu pragmatyzmu. Ideały sprowadzono do symbolu liścia laurowego, który w praktyce jest listkiem figowym, więc czymś zbyt małym, aby przysłonić realia współczesnego olimpizmu. Takie jak państwowa propaganda. Takie jak profity polityczne. Takie jak zyski finansowe. I takie jak ludzka chciwość, widoczna na licznych przykładach korupcji.

Niewiele państw zmieściło się w planowanych budżetach. Wiele wielokrotnie przekroczyło prognozy. Trawestując znane porzekadło – im dalej w las, tym więcej wpadek. W XXI wieku nikomu nie udało się dotrzymać założeń. Poczynając od pierwszych igrzysk tego stulecia, wszyscy musieli dopłacać miliardy dolarów.
Norwegom na zimowych igrzystach w Lillehammer w 1994 roku udało się zarobić 100 mln dolarów, ponieważ po zakończeniu imprezy część obiektów rozebrali i odsprzedali. Na zdjęciu hala olimpijska Hamar. Fot Getty Images/ Shaun Botterill/Allsport
Sydney planowało 3,2 mld dolarów, wydało 6,9; Salt Lake City 2,4, wydało 2,5, co było najmniejszym przekroczeniem. Potem zaczęła się już ostra jazda, a wyniki przytaczam w konwencji meczowej: Ateny 3 do 16; Turyn 1,4 – 4,5; Pekin 20 – 45; Vancouver 2 – 7,6; Londyn 5 – 18; Soczi 10,3 – 51, najwyższy rezultat; Rio de Janeiro 14 – 20; Piongczang 7 – 13.

Logiczny wniosek brzmi – nie opłaca się organizować igrzysk, gdyż są zbyt kosztowne. Lecz z takim wnioskiem jest tak, jak z każdym uogólnieniem. Jest on częściowo prawidłowy, po części niekoniecznie. Bywały w historii igrzyska, na których organizator zarobił.

Igrzyska olimpijskie w Los Angeles w roku 1984 – co prawda kadłubowe, bo bez sekcji Demoludów z wyjątkiem Chin, Ludowej Republiki Konga, Jugosławii i Rumunii, lecz jednak igrzyska – po raz pierwszy oddano w ręce inicjatywy prywatnej. Peter Ueberroth, właściciel firmy turystycznej podjął się organizacji. Wygenerował zysk w sumie 150 mln dolarów. Zapewne nie bez znaczenia była mniejsza liczba uczestników.

1994 roku norweskie Lillehammer pełniło rolę gospodarza igrzysk zimowych. Norwegom udało się zarobić 100 mln dolarów, ponieważ po zakończeniu imprezy część obiektów rozebrali i odsprzedali.

Nawiasem mówiąc podobny pomysł mają Koreańczycy. Podobny, bo nie taki sam. Po igrzyskach rozbierają stadion olimpijski, wykorzystany tylko czterokrotnie i będą sprzedawać. Jak sprzedadzą, dowiemy się czy coś zarobili. Oni mają z tyłu głowy igrzyska w Seulu, na których zyskali aż 479 mln dolarów. Jednak tego wyniku raczej nie powtórzą po Piongczang.

Co to jest „zysk operacyjny”

Najczęściej przywoływanym przykładem korzyści płynących z igrzysk olimpijskich jest tzw. „efekt barceloński”. Moim zdaniem mocno naciągany. Wprawdzie igrzyska w Barcelonie w 1992 osiągnęły tzw. break even point, czyli próg rentowności, jednak dług publiczny wrósł do 6,1 mld dolarów.

Apologeci wydarzenia wychwalają efekty promocyjne, które rzekomo wpłynęły na wzrost turystyki. Ale kto bywał w tym mieście, ten wie, że tłumy turystów ściągały i ściągają do Barcelony jak do Mekki, tak z czekoladką olimpijską jak i bez czekoladki.
Po igrzyskach w 2014 roku wioska olimpijska i wioska medialna stały się nową dzielnicą mieszkaniową Soczi. Fot. REUTERS/Maxim Shemetov
Najciekawszym zestawieniem wydatków i zysków są igrzyska w Soczi. Rosjanie wydali 51 miliardów dolarów a wypracowali (Uwaga! Uwaga!!) 53 miliony zysku operacyjnego… Co to za operacja? Otóż zysk operacyjny to zysk przed odliczeniem podatków i odsetek, więc jest pytanie, czy taki zysk to w ogóle zysk, czy stan przejściowy między zyskiem a stratą, co się okaże, jak się odliczy?

Moim zdaniem to drugie, a to pierwsze to jakaś ściema na użytek podatników. Lecz na tym nie koniec ciekawostek. Igrzyska w Soczi były najdroższe w dziejach. Jak to możliwe, skoro igrzyska zimowe zawierają jedną trzecią konkurencji igrzysk letnich i mają jedną czwartą uczestników? I to jest dobre pytanie tyle, że nie mamy na nie dobrej odpowiedzi, gdyż nie znamy wszystkich tajemnic.

Faktycznie wiele zbudowano. Z wioski olimpijskiej i wioski medialnej powstała spora dzielnica mieszkaniowa. Wzdłuż nowej linii kolejowej stoją nowe domy, które ładnie wyglądają z okien pociągu.

Ale ile to kosztowało, wiedzą tylko rosyjscy księgowi. Pewnie niektórzy z nich wiedzą, choć nie wiemy, czy za to siedzą – ile z tego pożarła korupcja? Na pewno nie wszystko, skoro igrzyska się odbyły. Jak mawia młodzież – „na full wypas i pięć fajerek (olimpijskich)”.

Nie zapisana reguła

O korupcji w ruchu olimpijskim pisane są prace doktorskie, w licznych dysertacjach naukowych rozważany jest ten problem pod kątem prawa, socjologii, ekonomii, polityki. Zajmują się nim media, drąży go prokuratura. Afery korupcyjne wstrząsały ruchem olimpijskim w XX wieku. Nie inaczej jest w tym stuleciu.

Członkowie instytucji formalnie opartej na wielkich ideach ludzkości, w praktyce zbyt często okazują się chciwymi karzełkami, niezdolnymi by przekazać światu ważne dla niego wartości, gdyż sami w nie nie wierzą i łamią je, gdy tylko nadarza się okazja. To trwa za długo i zbyt często się powtarza, aby mogło być uznane za przypadek: za przypadkową słabość ludzkich charakterów. Za nieuniknione wypadki przy pracy.

To raczej wygląda na nową, nigdzie nie zapisaną regułę olimpizmu: są igrzyska, będzie kasa. Zresztą w całym sporcie przy spektakularnych imprezach, wygląda to tak samo, a ścieżki korupcyjne splatają się i łączą różne dyscypliny, ale za to te same osoby.

Senegalczyk Lamine Diack, były prezydent IAAF, honorowy członek MKOl., objęty śledztwem w sprawie korupcji związanej z rosyjskim dopingiem lekkoatletów, miał przyjąć kolejną łapówkę, tym razem od gubernatora stanu Rio de Janeiro pana Sergio Cabrala, wysokości dwóch milionów dolarów za to, że Afryka zagłosuje na Rio w wyborach gospodarza igrzysk. Afryka zazwyczaj głosuje jednogłośnie, a Diack miał wysoką pozycję na kontynencie, więc inwestycja była potencjalnie sensowna, a praktyka to potwierdziła.
Czy Senegalczyk Lamine Diack (na zdjęciu), były prezydent IAAF, honorowy członek MKOl. i jego syn stworzyli rodzinny korupcyjny system korzystając z ruchu olimpijskiego? Fot. REUTERS/Jason Lee
Nie koniec na tym sagi rodzinnej. Jak ujawniła gazeta „Le Monde” firma Matlok Capital Group (z Brytyjskich Wysp Dziewiczych), związana z brazylijskim przedsiębiorcą Arthurem Soaresem Filho, na trzy dni przed wyborami w Kopenhadze wpłaciła na konto firmy Pamodzi Consulting półtora miliona dolarów. Właścicielem Pamodzi jest Papa Massata Diack, synalek Lamina.

Daremny trud barona

Tak się ciekawie składa, i to raczej nie przypadkiem, że ogniwa łańcuszka korupcji są ze sobą połączone. Soares Filho to dobry kumpel gubernatora Cabrala. Obaj są podejrzani o defraudację 61 mln dolarów w związku z igrzyskami.

Wszyscy wyżej wymienieni nie zamykają listy łapówkarzy. Grupa osób o lepkich rękach była większa , a każda miała w niej swoje zadania.

Carlos Arthur Nuzman, szef Brazylijskiego Komitetu Olimpijskiego był pośrednikiem między biznesem, politykami a Komitetem Wykonawczym MKOl.

Inny Arthur, zwany też „królem Arthurem”, a konkretnie Arthur Cesar de Menezes Soares, wespół z zaufaną koleżanką panią Eliane Cavalcante, zajęli się kontraktami na inwestycje oraz praniem pieniędzy. Chyba brudnych, bo czyste prania nie wymagają.

Diack junior wciągnął też do gry Frankie Fredericksa, legendę namibijskiego sprintu, szefa komisji MKOl., która oceniała kandydatów. Młodszy z Diacków przesłał mu na konto 300 tysięcy dolarów. Zadanie Frankiego w Kopenhadze polegało na liczeniu głosów. Dobrze policzył, skoro wyszło tak, jak wyszło.

W zmazanym tle tej korupcyjnej samby przewija się jeszcze postać dużego VIP– a, mianowicie byłego prezydenta Brazylii, Luiza Inacio Luli de Silvy, który przyleciał na kongres do Kopenhagi i jak twierdzi „Le Monde” – „składał śmiałe propozycje członkom MKOl. z krajów afrykańskich”.
Sprzedając prawa do używania symboli olimpijskich MKOl. z jednej strony daje świadectwo swych umiejętności marketingowych, z drugiej – swoich preferencji komercyjnych, które protoplasta olimpizmu uznawał za zło wcielone. Fot. REUTERS/Thomas Peter
Jak widać afera jest gruba, chociaż nie pierwsza i nie ostatnia. W ruchu olimpijskim było ich już wiele i będą, niestety, kolejne. Francuski baron przeczuwał, że nikt go nie zrozumiał, choć wszyscy bili mu brawa. On chciał budować lepszy świat, a igrzyska miały właśnie temu służyć, promując fundamentalne idee i wyznaczając kierunek. Igrzyska miały być tylko środkiem do celu, a nie celem samym w sobie, choć tak się właśnie stało. Baron musiał wierzyć w swoją wizję. Chyba nie dopuszczał myśli, że będzie to trud daremny.

Symbole na sprzedaż

Karta Olimpijska jest rodzajem konstytucji ruchu olimpijskiego. Jej aktualna wersja powstała w 2013 roku. W punkcie 3 MKOl. określa swój najwyższy cel. Jest nim organizowanie igrzysk olimpijskich. Zatem jednak to one są celem głównym.

Rzecz jasna wcześniej i potem autorzy powołują się na słuszne oraz górne ideały. Już punkcie pierwszym definiują olimpizm jako filozofię życia. Pytanie tylko czyją i kogo ona dotyczy, gdyż na zakończenie tego akapitu mowa jest o – „wychowawczych wartościach dobrego przykładu, odpowiedzialności społecznej i poszanowaniu uniwersalnych podstawowych zasad etycznych.” Na pewno nie dotyczy tych z Brazylii, Senegalu, Namibii, o których była mowa wyżej. I nie dotyczy członków MKOl., którzy wcześniej robili to samo wyznając własną filozofię życia.

Obecna sytuacja jest klarowna. MKOl. próbuje przetrwać udając spadkobiercę idei, które dawno odrzucił i których tak naprawdę nie szanuje. Robi ukłony i pląsa na paluszkach wokół postaci Pierre de Coubertina a uprawia własne interesy. Igrzyska wprowadził do sektora szołbiznesu, a sam stał się korporacją finansową.

Skupia się na zyskach i sprawnie zyski generuje. Dla zysków sprzedał ideały i sprzedaje też symbole. W 1988 roku zarobił na tym 100 mln dolarów. Sprzedał prawa do wykorzystania symboli olimpijskich w celach komercyjnych na całym świecie. W 1996 sprzedał je za 400 mln w związku z igrzyskami w Atlancie. Ale najwięcej zarabia na produkcie handlowym, jakim stały się same igrzyska.

Za prawa telewizyjne do igrzysk w latach 2000– 2008 jedna z amerykańskich sieci zapłaciła ponad 3,5 miliarda dolarów. Po zimowych igrzyskach w Soczi MKOl. podpisał nowe kontrakty i z nadawcami i ze sponsorami o wartości 14 miliardów dolarów. Zawarł takich umów 18, z czego 13 z nadawcami telewizyjnymi, m.in. z NBC Universal aż do 2032 roku.
Czy starożytny ruch olimpijski były bardziej przyzwoity dlatego, że ówczesne igrzyska odbywały ku czci Zeusa, a więc miały charakter religijny? Na zdjęciu popiersie Zeusa z Otrokoli ze zbiorów watykańskiego Muzeum Pio-Klemetino. Fot. Getty Images/Bildagentur-online/UIG
Podpisał też porozumienia z nowymi sponsorami jak choćby Bridgestone i Toyota i przedłużył ze starymi jak Atos, Panasonic i Samsung. Z jednej strony MKOl. daje świadectwo swych umiejętności marketingowych, z drugiej – swoich preferencji komercyjnych, które protoplasta olimpizmu uznawał za zło wcielone.

Zajączek czmychnął do nory

MKOl. sporadycznie chwali się zyskami. Raz pochwalił się zyskiem 4,5 mld dolarów za lata 2001 – 2004, więc nieźle, bo ponad miliard za rok. Znacznie częściej chwiali się swoją szczodrością. Podobno tylko 10 procent dochodu zostaje w domu. Podobno aż 90 % Komitet przeznacza na wspieranie światowego sportu. Podobno…

Sukces komercyjny MKOl., jakim było podpisanie nowych umów i za co Thomas Bach pochwalił głośno sam siebie, uwypuklił paradoksalny stan rzeczy, w jakim znalazł się obecnie ruch olimpijski. Otóż są chętni do pokazywania igrzysk, są chętni do inwestowania w igrzyska, drastycznie spada liczba chętnych, by je organizować.

Nieprzypadkowo największy zator powstał w sektorze zimowym. Wartość marketingowa igrzysk zimowych jest nieporównanie niższa od formuły letniej. A właśnie na wartości marketingowe przelicza się współczesny olimpizm i od nich zależy jego istnienie. Po wycofaniu się Sapporo z kandydowania na rok 2026, jest sytuacja, która stawia MKOl. pod ścianą. W Sionie i Calgary odbędą się referenda, których wyniki rysują się marnie, jak wykazały doświadczenia innych miast. Mediolan, Cortina d’Ampezzo i Turyn nie dostały wsparcia władz, podobnie jak Sztokholm. Wstępne sondaże raczej wykluczają ofertę Grazu, gdyż Austriacy nie palą się do tego projektu. Aplikacji tureckiego Erzurum nie traktowano dotychczas poważnie, choć być może trzeba będzie zmienić nastawienie.

Póki co trwa polowania na przyszłego gospodarza igrzysk, lecz zajączek czmychnął do nory i zniknął. To polowanie z nagonką wydaje się nieco komiczne, chociaż na pewno nie bawi członków MKOl. Oni są skoncentrowani na wielkim biznesie. A biznes jest wielki, gdy przynosi wielki zysk. Jednak w tym celu musi być spełniony jeden warunek: ktoś musi igrzyska zorganizować. Niestety ze świadomością, że będzie dopłacał.

Chciwość i korupcja. Milionowe transfery i sędziowskie przekręty. Cała prawda o futbolu

To nie pieniądze psują piłkę nożną. Psują ją ludzie, których zepsuły pieniądze, bo mieli do nich zbyt łatwy dostęp.

zobacz więcej
Ruch olimpijski wpadł w sidła, które sam na siebie zastawił. Czy mogło być inaczej? Czy autorski projekt barona Pierre de Coubertina w ogóle był realny i miał choćby cień szansy powodzenia? I tak i nie.

Brakuje Zeusa

Tak, gdyby potraktowano go poważnie choćby w części. Gdyby cały ten ruch przestrzegał tylko jednej zasady, zasady uczciwości. Gdyby walczył z dopingiem na serio, a nie tylko na pozory. Gdyby przestrzegał idei fair play realnie, a nie tylko werbalnie. Gdyby nie korupcja, gdyby nie hipokryzja, którą cechują wielkie słowa i niskie intencje jak próżność, megalomania czy nieposkromiona żądza zysku wszelkimi sposobami, gdyż ten cel uświęca środki. Tak, bo to wszystko zależy od ludzi, którzy mają na to wpływ i mogą wybierać.

Nie, ponieważ igrzyska olimpijskie nie są i nie mogą być lekarstwem na całe zło. Nie mają wpływu na polityków. Na liczne grupy interesów. A to oni decydują, gdzie jest pokój albo wojna. Pod tym względem świat starożytnych Greków był bardziej cywilizowany. Może dlatego, że tamte igrzyska miały charakter religijny. Odnosiły się do wartości powszechnie akceptowanych. Odbywały w końcu się ku czci Zeusa. W obszarze religijnym świat współczesny mocno się skomplikował.

Według koncepcji francuskiego barona igrzyska olimpijskie miały być przykładem wysokiej etyki, inspiracją do wysiłku intelektu oraz ducha. Stały się areną operacji finansowych, wysokich liczb, wybitnych wyczynów fizycznych, małych oraz większych szwindli. Czy ciągle zasługują na swoja nazwę, czy już tylko na miano igrzysk bez przymiotnika?

– Marek Jóźwik
Zwarcie: czy igrzyska olimpijskie przetrwają XXI wiek?
Zdjęcie główne: Z okazji igrzysk olimpijskich w Soczi Rosja wydała pamiatkowy 100-rublowy banknot. Fot. Archiwum
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Wojna rozpocznie się na Morzu Azowskim. Lada dzień?
Moskwa wzmocniła swoje siły. Kijów wysyła kutry patrolowe. Czy USA dostarczą Ukrainie rakiety zwalczające cele na morzu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Globalna inwazja niemieckich mutantów
Uciekły z akwarium, potrzebują trzy miesiące, aby z jaja stać się formą zdolną do wydawania potomstwa, wypierają inne gatunki. Groza.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Na odsiecz Serenie. Jak poprawność polityczna zjada własny ogon
Satyrycy doskonale wiedzą, z czego śmiać się należy – na przykład z białego, heteroseksualnego katolika – a z czego nie wypada.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kabina przemocy, swąd spalenizny. Turyści tropią cosa nostrę
Dla chętnych nocleg w domu „Bestii”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Szpieguje, manipuluje, budzi nienawiść, osłabia zaufanie. A w...
Urodzony i wykształcony w Polsce informatyk i psycholog Michał Kosiński, obecnie w Stanford University, opowiedział Rosjanom, jak wykorzystać informacje z Facebooka. Na wykład pod Moskwą przybył premier Dmitrij Miedwiediew, szef MSZ Siergiej Ławrow oraz zapewne funkcjonariusze rosyjskich służb.