Felietony

Nazwa tego państwa przetrwała jeszcze kilkanaście lat po jego upadku

Jedyne państwo na „Y” – prócz Jemenu – znikło na dobre z atlasów i abecedariuszy, układając się do snu w wygodnej zakładce Wikipedii („Former Countries in the Balkans”) obok Wschodniej Rumelii i Despotatu Epiru

Opór różnych środowisk wobec nowej, ostatecznej być może nazwy niewielkiego państwa na Bałkanach, spekulacje na temat zaangażowania Rosji w podsycanie napięć między Skopje a Atenami, śledzenie szlaków pamięci historycznej, które pozwalają Słowianom uznawać się za dziedziców Aleksandra Wielkiego – całe to zamieszanie sprawiło, że większość obserwatorów przeoczyła drobną, lecz dalekosiężną konsekwencję spodziewanego rozstrzygnięcia sporu o nazwę Republiki Macedonii.

Dopiero Alan Crosby, wieloletni korespondent Radia Wolna Europa z Kaukazu i Bałkanów, zwrócił niedawno uwagę na znamienny fakt: jeśli uda się domknąć niełatwy proces ratyfikacji porozumienia między dwoma państwami i republika ze stolicą w Skopje ostatecznie przyjmie nazwę „Macedonia Północna” – z oficjalnej terminologii międzynarodowej zniknie ostatni ślad po Jugosławii.

Naprawdę? No tak! Pełna, niewygodna nazwa państwa-sukcesora, jedynej z federacyjnych republik, które w latach 90. nie doświadczyły wojny, brzmiała „Była Jugosłowiańska Republika Macedonii”.

Pod angielską wersją tej nazwy (Former Yugoslav Republic of Macedonia) przyjęto Macedonię w roku 1992 do ONZ, i chociaż większość z państw (w tym Rzeczpospolita Polska) miłosiernie zgadzała się na używanie w codziennych relacjach handlowych i oficjalnych określenia „Republika Macedonia”, niezgrabny akronim „FYROM” musiał być obecny w dokumentach i aktach najwyższej rangi.
Aleksander I Karadziordziewić, monarcha Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców w latach 1921-29 a nastepnie Jugosławii w latach 1929-34 (na portrecie z czasu I wojny światowej jeszcze jako regent Serbii) oraz Josip Broz Tito, przywódca Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii w latach 1945-1980 (zdjęcie z 1975 roku). Fot. Getty Images/Leemage-UIG/Bettmann
Sporo zresztą państw, w tym tak poważne, jak Francja, Niemcy czy Hiszpania, z obawy przed greckim niezadowoleniem posługiwało się wyłącznie pełną nazwą.

A teraz już koniec. „Pierwsza Jugosławia” istniała od roku 1918 do 1941, „Druga”, komunistyczna, od 1945 (a właściwie, gdyby odwoływać się do aktów założycielskich, uchwalanych przez lotne gremia wysokogórskich śniegach Gór Dynarskich, od 1943) do 1991.

Trzecia, będąca cieniem tamtych dwóch, złożona z dwóch republik-sukcesorów, Serbii i Czarnogóry, przetrwała formalnie do lutego 2003 roku: przez pierwsze lata prężyła jeszcze muskuły, ogłaszając się jedyną sukcesorką imperium Tity, ale po upadku Slobodana Miloševicia w roku 2000 spuściła z tonu i pogodziła się z decyzjami tzw. Komisji Badintera, nakazujące sprawiedliwy podział spuścizny, długów, linii kolejowych, cukrowni i okrętów, który np. trwa do dziś: Czarnogóra w najlepsze nie chce oddać Chorwacji ćwiczebnego żaglowca Szkoły Morskiej...

Paradoksalnie, na poziomie nazw oficjalnych „Jugosławia” przetrwała jeszcze kilkanaście lat w nazwie sądu, rozpatrującego zbrodnie lat 90.: Międzynarodowy Trybunał Karny do spraw Zbrodni w byłej Jugosławii (ICTY), śmiałe przedsięwzięcie śledcze i prawodawcze, pretekst do dysput o granicach suwerenności, ostatnia nadzieja ofiar, zakończyło jednak bez fanfar swą działalność w sylwestra ubiegłego roku.
Związek Sowiecki zakończył swoje istnienie... – Czy rzeczywiście? – zapytaliby w tym momencie jednym głosem sceptyk, ironista, realista i paranoik. Na zdjęciu mężczyzna z flagą z godłem ZSRR podczas obchodów święta 1 maja w 2018 roku w Stawropolu. Fot. REUTERS/Eduard Korniyenko
Oczywiście, sama wiązka słów, głównie w postaci przymiotników, pozostaje w historii i językach: przez długie jeszcze lata będziemy mówić o jugosłowiańskich sportowcach, jugosłowiańskiej sztuce ludowej, jugosłowiańskim wyzwaniu, rzuconym w twarz Stalinowi, jugosłowiańskich samorządach i jugosłowiańskich wakacjach.

Na forach społecznościowych czynne są jeszcze, choć coraz słabiej, grupy nostalgików (kilka lat temu organizowali jeszcze zloty w realu, dziś już tylko w wirtualu). Jedyne państwo na „Y” – prócz Jemenu – znikło jednak na dobre z atlasów i abecedariuszy, układając się do snu w wygodnej zakładce Wikipedii („Former Countries in the Balkans”) obok Wschodniej Rumelii i Despotatu Epiru.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Czy rzeczywiście? Co zostaje z wielonarodowych państw, prócz przymiotnika? Związek Sowiecki zakończył swoje istnienie (– Czy rzeczywiście? – zapytaliby w tym momencie jednym głosem sceptyk, ironista, realista i paranoik), ale przymiotnik, nadal używany wymiennie z „radziecki”, trwa w najlepsze, przypominając o ofiarach i zbrodniach.

Po Drugiej i Trzeciej Rzeszy nie zachowało się szczęśliwie, przynajmniej w polszczyźnie, nic; w większości języków świata hitleryzm zgrabnie chowa się za nie posiadającym historii „nazizmem”.

Po Czechosłowacji, zgodnie z jej charakterem, pozostała pamięć jej nie/powagi, heroizmu w dniach inwazji sprzed pół wieku, literatury i szkoły filmowej.

A po Rzeczypospolitej Wielu Narodów? Na Ukrainie funkcjonuje w najlepsze, przynajmniej w naukach humanistycznych, przymiotnik „riczpospolitskij”, oznaczający wspólne dziedzictwo: twory, instytucje i twórców, których nie da się, ahistorycznie, zaklasyfikować jako „ukraińskich”, „ruskich”, „polskich” czy bodaj „koroniarskich”, bo są – no właśnie, „riczpospolitscy”.
Królestwo Obojga Sycylii pozostawiło po sobie bogaty materiał dla filatelistów. Na zdjęciu znaczek autorstwa T. A. Juvara (1809-1875) z kolekcji Andreia Sdobnikova. Fot. Wikimedia
Doktor Dariusz Maciak ze Studium Europy Wschodniej UW podczas swoich wykładów wprowadza czasem polską wersję tej formuły, czyli „rzeczopospolity”: pozostaje jednak zaczekać jeszcze, zanim ta cenna innowacja zakorzeni się na dobre w polskim wschodoznawstwie.

No dobrze, język jest jednak, wbrew temu, co twierdzą nominaliści, tylko echem rzeczywistości. Co zostaje z dawnych państw, które nie tyle ewoluowały czy wrosły w inne, lecz rozsypały się z powrotem na części składowe, prócz zbutwiałych paszportów i banknotów, pamięci akademii, przysiąg, budów, ale także ofiar i cierpień? Odpowiedzi jest pewnie tyle, ile państw: te, które powstały w rezultacie krótkotrwałego podboju, owocnego romansu lub ambicji zjednoczeniowych jednego człowieka, rozsypują się niemal bezszelestnie, zostawiając po sobie plamkę w atlasie (jak Państwo Samona) albo, w nowszych czasach, bogaty materiał dla filatelistów, jak Królestwo Obojga Sycylii.

Koty pozostały syjamskie. A co z Macedonią?

Każdy Węgier jest wnukiem Atylli, Ukraina rodzi się już nie z Kozacczyzny, ale wprost z Rusi Kijowskiej, Białoruś – z Wielkiego Księstwa Litewskiego, a nasi rodzimi entuzjaści Wielkiej Lechii wiedzą, że to dla Piastów wznoszono piramidy.

zobacz więcej
Czasem, jak w przypadku Związku Sowieckiego, okazują się znacznie trwalsze, pozostawiając za sobą nie tylko dziedzictwo zapaści, ubóstwa, śmierci i anomii, lecz również odlewane w gipsie i betonie popiersia wodza, obyczaj krycia chat eternitem oraz wznoszenia na wsiach pudełkowatych, dwupiętrowych, starzejących się najbrzydziej na świecie bloków, lecz i, jak chcą niektórzy, odrębny gatunek człowieka, homo sovieticusa.

Ale co z tworami, u których początku stał jednak spory ładunek nadziei, a prócz tego – autentyczne pokrewieństwo, kiedyś widoczne na poziomie porzekadeł ludowych, przyśpiewek i kuchni, a dziś możliwe do udowodnienia również za sprawą analizy głębokich struktur gramatycznych czy haplogrup chromosomowych?

Komu zaś obca genetyka, może sięgnąć po geopolitykę, by przekonać się, że „Słowianie południowi” kształtowani byli przez te same ciśnienia i kowadła: imperium bizantyjskie, a potem otomańskie, Wiedeń, wpierw okrutny, z czasem dobroduszny, ciepłe wpływy (i pokusy) Wenecji, Rzymu i Budapesztu.

Czy takie pokrewieństwa są tylko iluzją, dobrą na międzynarodowy zlot młodzieży, owocujący parami, a czasem i rodzinami? Czy raczej można mówić ścierających się siłach dośrodkowych i odśrodkowych? Warto zastanowić się przed chwilę nad meandrami „idei jugosłowiańskiej”, zanim pogrążymy się w miłych rojeniach o Międzymorzu.

– Wojciech Stanisławski
Macedonia – Droga przez Bałkany
Zdjęcie główne: Grupa Czarnogórców i Dalmatyńczyków ubranych w tradycyjne jugosłowiańskie stroje, ok. 1850 roku. Fot. Getty Images/Hulton Archive
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Kiedy Notre-Dame stała się „świątynią Rozumu”
Filip Memches: Prezydentowi Macronowi jest dziś łatwo grać przyjaciela Kościoła. Jego ideowi poprzednicy zdążyli już rozprawić się z katolicyzmem.
Felietony Najnowsze wydanie
Kto chce być światły, musi uczyć się sam
Degeneracja edukacji to skutek jej upowszechnienia. Likwidacji ulegają intelektualne elity, a przez to nie ma ku czemu aspirować. Ludzie więc, w swej masie, głupieją.
Felietony Najnowsze wydanie
Na klęczkach przed aktorką
Anna Polony opowiedziała Łukaszowi Orbitowskiemu, dlaczego jej teatr już nie istnieje.
Felietony Najnowsze wydanie
Studia z psychiatrii pozwoliły mu rozmawiać z władcami PRL-u
Mimo to groźny agent NKWD nałożył na niego embargo za fioletową marynarkę.
Felietony Najnowsze wydanie
Notre-Dame
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.