Historia

„Cyjanuro di potaso”, czyli jak „psychopata ciemności” chciał otruć Polaków

45 lat temu lato było tak samo gorące, jak obecne. W sierpniu jednak nie upał spędzał sen z powiek władzom Jeleniej Góry, pracownikom służb komunalnych i milicji. Męczył ich anonim z groźbą użycia prawie dwóch kilogramów cyjanku. Trucizna miała zostać wrzucona do miejskich ujęć wody. Kto chciał w ten sposób zabić mieszkańców?

„Pisze do Was morderca tysięcy ludzi, którzy nie wiedzą jeszcze, jaki los chcę im zgotować. Oni jeszcze żyją, cieszą się latem, miłością, sukcesami, które osiągają, młodością, bądź też spokojną starością. Jestem młodym, 22-letnim człowiekiem, którego życie zmieniono w piekło, w piekło porażek, rozczarowań i upokorzeń. (…) Nie chodzi mi o sławę – nawet sławę niechlubną, chcę pozostać w cieniu swej zbrodni. Tylko tak można, bowiem nazwać wrzucenie do przepompowni miejskich wodociągów 1,5 kilograma czystego cyjanku potasu” – tak brzmiała treść listu, który w upalne dni 1973 roku trafił na ręce Adama Pierzchały, redaktora miejscowego tygodnika „Nowiny Jeleniogórskie”.

Zapowiadający zbrodnię dodawał, jakby upajając się swym pomysłem, na pozór zbędne i dość literacko ujęte szczegóły: „Napis na opakowaniu 50-kilogramowego pojemnika, w którym był przechowywany, brzmi: »Cyjanuro di potaso«. Produkt pochodzi ze słonecznej Italii i zrządzeniem losu zgasi słońce w oczach tych, którzy w dniu 31 lipca odkręcą kurki swych kranów, aby zużytkować chłodną i orzeźwiającą wodę z podgórskich strumieni”.

Anonim wart „podania dalej”

– To był jeden z wielu anonimów, jakie w tamtych czasach trafiały do lokalnych redakcji, czy też komitetów partyjnych. Było ich rzeczywiście sporo, a na większość, nie reagowano, bo nie miało to większego sensu – mówi Przemysław Semczuk, autor książki „Czarna wołga. Kryminalna historia PRL”.
Jelenia Góra przed dworcem PKP, 1989 rok. Fot. Wikimedia/http://fotopolska.eu/309128,foto.html
Na ogół były to donosy dotyczące na przykład nadużyć i niegospodarności, rzekomych lub nie, albo przedstawiały hipotezy, że ktoś kradnie, bo skąd niby ma pieniądze na nowy dom albo samochód. – Sekretarka zazwyczaj decydowała, które trafią do kosza, a które warto „podać dalej”. Ten list wydał się nie tyle wiarygodny, co przerażający i rzeczywiście mógł stanowić zagrożenie życia nie jednej osoby, ale całego miasta, dlatego też trafił w ręce dziennikarza – zaznacza pisarz.

Nic dziwnego, że redaktor Pierzchała po przeczytaniu pisma czym prędzej pobiegł na miejscową komendę Milicji Obywatelskiej. Anonimów dotyczących wysadzenia komendy czy komitetu partii również przychodziło sporo. Te na wszelki wypadek przekazywano milicji, a każdy był sprawdzany przez SB. Ten anonim palił wręcz adresata w ręce: autor dokładnie opisywał, co zamierza zrobić, że najpierw chce wywołać panikę, potem postawić na nogi cały aparat Służby Bezpieczeństwa Publicznego, a gdy nadejdzie odpowiedni moment – dokonać swojego zbrodniczego czynu. To było aż nadto, by wywołać reakcję.

Mordował kobiety „rozwiązłe”. Ogłuszał siekierą, wbijał w ciało noże, dłuta, gwoździe

Ma na koncie co najmniej 81 ofiar. Największy seryjny zabójca w kraju.

zobacz więcej
„Psychopata ciemności” – bo tak podpisał się autor groźby – twierdził, że morderczy plan obmyślał miesiącami i wziął pod uwagę wszystkie szczegóły. Również, a może przede wszystkim to, że MO będzie próbowała go wykryć i zabezpieczyć sieć kanalizacji. Dlatego podana w liście data dokonania „zamachu”, 31 lipca, była fałszywa. Miała po prostu zmylić służby. Terrorysta zapewniał też, że ubytek trucizny nie zostanie zauważony, bo w jej miejsce wsypał inną, o podobnych właściwościach fizycznych, a milicji w ogóle trudno będzie namierzyć źródło ich pochodzenia.

„Czekajcie więc na to, co musi nastąpić, aby było przestrogą dla tych, co pozostaną, aby istnieć. Godzina sądu wybiła. »PER ASPERA AD ASTRA«” – napisał na koniec.

Ujęcia bez specjalnego nadzoru

Milicjanci szybko uznali, że nie mają do czynienia ze zwykłym anonimem. Sprawę pierwotnie powierzono porucznikom Kazimierzowi Angielskiemu i Stefanowi Saczkowskiemu, ale już kilka godzin później do Jeleniej Góry przyjechali oficerowie z Wrocławia, ci z wydziału kryminalnego, jak i zajmujący się działalnością antypaństwową. Przejęli śledztwo i utworzyli specjalną grupę dochodzeniową, którą pokierował major Stanisław Kowalczyk, zastępca jeleniogórskiego komendanta ds. SB. Rozważali różne hipotezy.
Jelenia Góra, most na rzecze Bóbr, w ciągu ulicy Mostowej. Widok od strony ulicy Osiedle Robotnicze. Zdjęcie z 2005 roku. Fot. Wikimedia/KazimierzP / fotopolska.eu
Przemysław Semczuk: – Początkowo kierownictwo było przekonane, że sprawca chciał jedynie wywołać niepokój w społeczeństwie, pokazać, że władza nie radzi sobie i nie zapewnia obywatelom bezpieczeństwa. Inne domysły wskazywały na prowokację polityczną, ze względu na fałszywą, ale mimo wszystko znaczącą w ich mniemaniu datę wysłania i doręczenia listu: 31 lipca to wszak dzień poprzedzający rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego! Niemniej wszyscy uznali, że groźba może zostać spełniona. Bali się tragedii, która mogła dotknąć ich rodziny, dzieci, ale też mieć konsekwencje w całej Polsce.

Mroczne wakacje. Wycieczki śladami tragedii

Świat przemierzają turyści, którzy chcą poczuć dreszcz emocji w miejscu, gdzie czuć jeszcze zapach krwi.

zobacz więcej
Wstępny plan działania ustalono błyskawicznie. List zawierał wiele wskazówek dotyczących sprawcy, jednak nie jego poszukiwanie było na początku najważniejsze. Pierwsza myśl kierujących akcją: zabezpieczyć ujęcia wody.

Okazało się, że nie jest to takie łatwe, bowiem Jelenią Górę zaopatrywało sześć ujęć, a tylko trzy były studniami głębinowymi odpowiednio zabezpieczonymi i dozorowanymi. Pozostałe były takie, jak to w okolicach wsi Ścięgny koło Karpacza, które składało się z 16 studni rozrzuconych wśród lasów i łąk na bardzo rozległych terenach. Ujęcia nie miały ani stałego dozoru, ani nie były grodzone, więc dostęp do nich miał praktycznie każdy.

Zanieczyszczenie wody trucizną nie było więc wcale trudne. Tym bardziej, że nikt jakości wody nie kontrolował, a ta trafiała do odbiorców w bardzo krótkim czasie. Rozpoczęła się zatem – z dzisiejszego punktu widzenia dosyć zabawna, ale ówczesnej władzy odpowiedzialna – akcja pilnowania okolicy ujęć.

Terror… biegunką

Zmobilizowano do tego ZOMO. Siedemdziesięciu funkcjonariuszy wyposażonych w lornetki, noktowizory i sprzęt łączności monitorowało okolicę, po cichu licząc na to, że w ten sposób uda się złapać sprawcę i szybko zamknąć.

Trudno było utrzymać sprawę w tajemnicy, bo nagłe kontrole ujęć, pobieranie próbek i analizy zaczęły wzbudzać podejrzenia. Śledczy musieli wtajemniczyć laborantów i wyjaśnić, czego szukają. Z obliczeń ekspertów wynikało, że wprowadzenie takiej ilości cyjanku „do punktu czerpania o największej wydajności spowoduje dawkę bardzo niebezpieczną, przekraczającą 25 razy normę dawki śmiertelnej”.
Śmiertelna dawka dla człowieka wynosi 200–300 mg. Bardzo dobrze rozpuszcza się w wodzie, ulegając dysocjacji na jony K+ i CN−. Ulega częściowej hydrolizie z wydzieleniem cyjanowodoru nadającego mu charakterystyczny zapach gorzkich migdałów. Fot. Wikimedia/morienus (przesłane przez Benutzer:BXXXD)
Okazało się również, że możliwość wykrycia cyjanku w porę była mocno ograniczona. Pobranie próbek i dostarczenie ich do laboratorium zajęłoby godzinę, samo badanie – kolejne 40 minut. W tym czasie woda byłaby już dawno w kranach. Dlatego zdecydowano, że analizy będą wykonywane bezpośrednio na terenie ujęć, w prowizorycznych laboratoriach polowych.

Jeden z ciała kolegi zrobił nadzienie do pierożków. Drugi zgwałcił 37 dziewczynek. Kolejny poderżnął gardła 19 ofiarom

Witajcie w Czarnym Delfinie! Statystycznie, na jednego więźnia przypada tu pięć morderstw. Maniacy seksualni i kanibale mają pojedyncze cele. Pozostali siedzą po dwóch, czterech, dobierani według właściwości psychologicznych. Wszyscy pod obserwacją 24 godziny na dobę.

zobacz więcej
Operacja wiązała się też z jeszcze trudniejszymi działaniami. – Chciano zyskać na czasie, wstrzymywano więc przepływ wody i dopiero po jej sprawdzeniu kierowano do odbiorców. Z racji trwających dosyć długo analiz, chwilami następowały przerwy w dostawie wody, co zwłaszcza w letnich miesiącach było dość uciążliwe – opowiada znawca przestępczej historii Polski Ludowej.

W pewnym momencie w ujęciu z Podgórzyna wykryto 0,05 miligrama cyjanku w litrze. Mimo to władza nie zdecydowała się na całkowite zakręcenie kurków z wodą. Mocniej bała się katastrofalnych skutków upałów – choroby i zgony spowodowane odwodnieniem czy brakiem chłodzącej wody obciążałyby ich bardziej niż działanie przestępcy. Na szczęście szybko wykryto, że laboranci popełnili błędy w obliczeniach i nie było to stężenie trucizny groźne dla ludzi. Śledczy odetchnęli z ulgą.

Tym bardziej, że w ten sposób wyszła na jaw głupia sytuacja w arcypoważnej sprawie: robiąc ponowne badania eksperci zorientowali się, że pomylili się już na samym początku akcji w tej podstawowej kwestii. Otóż waga trucizny, jaką dysponował „psychopata ciemności”, w zestawieniu z ogromną ilością wody rozprowadzanej po mieście wcale nie stanowiła zagrożenia! Po wrzuceniu substancji do wodociągów, w kranie przeciętnego odbiorcy mogło się jej znaleźć zaledwie 4,15 miligramów na litr wody, a śmiertelna dawka dla człowieka wynosi 200–300 mg.

– Cyjanek działa na psychikę paraliżująco, ulegli temu również pracownicy laboratorium i popełnili błąd. Bo gdyby te 1,5 kilograma cyjanku trafiło do ujęć, wypicie wody prosto z kranu w najgorszym wypadku mogło spowodować biegunkę. Nikt nie wziął też pod uwagę tego, że cyjanek jest neutralizowany przez dwutlenek węgla i chlor, co mogło bardzo mocno osłabić truciznę – mówi Semczuk.

Na wszelki wypadek zaczęto mocniej chlorować wodę.

Panika była zatem – jak to w PRL – kompletnie nieprzystająca do groźby ewentualnego ataku, a wręcz zbędna. Ale popłoch trwał nadal. Głupio było się po tym wszystkim wycofać. Poza tym nie było pewne, czy terrorysta in spe nie zdobędzie większej ilości trucizny. Albo nie użyje jej w inny sposób, powodujący straty w ludziach...

Rybna kontrola

Po kolejnym alarmie eksperci, tym razem z zakładu kryminalistyki, poszli też po rozum do głowy i wymyślili, jak zapewnić lepszą, tańszą i szybszą formę kontroli nad czystością wody.

Oto w Pijawniku, małej rzeczce przepływającej przez Jelenią Górę, znaleziono ławicę śniętych pstrągów i pierwsze badania wykazały obecność cyjanku w ciałach ryb. Okazało się, że zabiły je ścieki spuszczone z PGR-u położonego na obrzeżach miasta. Eksperci wpadli wtedy na pomysł: skoro już niewielkie stężenie trucizny zabija ryby, warto to wykorzystać i ustawić przy filtrach akwaria. Wpuszczono do nich słonecznice, małe rybki z rodziny karpiowatych, a do wodociągów kierowano wodę, która przez akwarium przepływała. Ta prosta metoda pozwoliła na rezygnację z pochłaniających czas i pieniądze badań. A śledczy uspokojeni i pewni, że miasto jest względnie bezpieczne nie tylko z powodu szantażu zbyt małą ilością cyjanku, mogli skupić się na poszukiwaniu sprawcy.
Słonecznica. Fot. Wikimedia/ Michael Joachim Lucke
Całe to zamieszanie i sprowadzenie ekspertów z Warszawy sprawiło, że sprawą zainteresowała się władza wyższego szczebla. 9 sierpnia akcję całkowicie przejęli funkcjonariusze z Wrocławia. 20 oficerów milicji i SB podzielono na sześć zespołów, które zajmowały się badaniem charakteru pisma psychopaty i ustaleniem m.in.: skąd mógł zdobyć cyjanek, jaki jest jego portret psychologiczny, czy ma związek ze środowiskami przestępczymi. Do sprawy włączono wszystkich funkcjonariuszy milicji, szczególnie dzielnicowych, i uruchomiono kilkunastu tajnych współpracowników, którzy zbierali informacje głównie w zakładach pracy wykorzystujących różne niebezpieczne substancje.

Morderca oswaja zło

Co roku w USA kilkudziesięciu zabójców przebywających w celi śmierci zawiera związek małżeński. Czyny wielokrotnych morderców piętnują media. Jednak wstręt i odraza wobec nich mieszają się z pewną fascynacją, gdy te same zbrodnie oglądamy na kinowym ekranie.

zobacz więcej
Mimo małego zagrożenia, dawka cyjanku w posiadaniu „psychopaty ciemności” działała milicjantom i esbekom na wyobraźnię. Dlatego jednej z grup operacyjnych nakazano poszukiwać zakładu, z którego mogło zginąć 1,5 kg trucizny. Sporządzono spis 11 firm, w których jej używano i ustalono, że większość nadal posiadała niewielkie ilości tego środka. Kolejne na liście do sprawdzenia były zakłady zajmujące się galwanizacją. Było ich o wiele więcej, zaś podczas kontroli okazało się, że zużywano w nich ogromne ilości cyjanku i praktycznie w każdym ujawniono nieprawidłowości. A najgorsza sytuacja była – jak donosili funkcjonariusze – w zakładach prywatnych: w przedsiębiorstwach państwowych bilans miał się zgadzać prawie co do grama, zaś u prywaciarzy tak kolorowo nie było i rzekomo często przechowywano truciznę w sposób zagrażający życiu pracowników.

Fan kryminałów i znawca SB

Gdy jedna grupa zajmowała się poszukiwaniami zaginionego cyjanku, kolejne tworzyły portret psychologiczny „psychopaty ciemności” i próbowały ustalić jego tożsamość.

Na podstawie konstrukcji listu stwierdzono, że nie jest chory psychicznie, co najwyżej mógł pisać pod wpływem środków odurzających albo alkoholu. Biegli wyciągnęli również wniosek, że autor pisma może mieć od 20 do 40 lat. Dlaczego pominięto deklarację „psychopaty”, że ma 22 lata? Kto ich tam wie.
Październik 1974 r. Milicjanci jadą motocyklem z bocznym wózkiem. Fot. NAC/Grażyna Rutowska
Założyli też, że ma wykształcenie średnie i przepisywał list z brudnopisu, bo brak było w nim błędów. A pomysł zatrucia wody wziął najprawdopodobniej z literatury kryminalnej albo filmu.

– Eksperci uważali, że otrzymał staranne wychowanie, ale posiada niewielkie doświadczenie życiowe. Z treści wywnioskowano też, że ma dobre rozeznanie w zastosowaniu cyjanku, ale niepokoił ich fakt, że tak dobrze operuje terminami prawniczymi, a co gorsza – zna strukturę działania MO i SB. Podejrzewali więc, że sprawca może być byłym tajnym współpracownikiem lub osobą, której wydaje się, że została skrzywdzona przez organy MSW– opowiada autor książki „Czarna wołga”.

Charles Manson – guru wszystkich psychopatów świata

Śmierć hipisa, który zamordował rewolucję

zobacz więcej
Charakter pisma z anonimu posłużył do sprawdzania kolejnych podejrzanych, do których w pierwszej kolejności zaliczono obecnych i byłych współpracowników SB. Po nich byli uczniowie, którzy nie zdali matury i osoby mające kontakt z trucizną. Każdy z nich musiał napisać tekst zawierający słowa z listu. Porównywanie pisma tego kręgu osób nie przyniosło jednak efektu. Zaczęto więc sprawdzać również wnioski paszportowe mieszkańców Jeleniej Góry, a następnie wnioski w Biurze Dowodów Osobistych. Niestety i to nie dało żadnych rezultatów.

A sprawa zataczała z dnia na dzień coraz szersze kręgi. Raporty z niej docierały nie tylko na szczebel wojewódzki, ale i centralny. W całym kraju kontrolowano zabezpieczenia ujęć wody, zaś pracujący przy sprawie śledczy byli coraz bardziej zmęczeni i źli. Powodem ich nerwów nie był wcale brak jakiegokolwiek tropu, tylko sprawa bardzo prozaiczna: sprawa toczyła się w upalne, wakacyjne dni, a skoro kierownictwo żądało wykrycia sprawcy, wszystkie urlopy zostały odwołane. Milicjanci byli tym bardziej wściekli, że po trzech tygodniach zapadła decyzja, by całe śledztwo ruszyło od początku.

Porzucony długowłosy

Okazało się, że była to słuszna decyzja. W pierwszej kolejności ponownie sprawdzano zakłady, w których używano cyjanku. Gdy 22 sierpnia milicjanci jeszcze raz odwiedzili zakład elektromechaniczny przy ulicy 1 Maja 94a, plutonowy Stanisław Kotyla ze zdumieniem zauważył, że na jednej z pustych beczek znajdują się napisy w języku włoskim. A wśród nich ten użyty w liście, czyli „Cyjanuro di potaso”. Zaczął więc sprawdzać bardziej uważnie.

Poprosił o listę obecnych i byłych pracowników zakładu. Jego uwagę przykuło nazwisko Radosława Sarny – przypomniał sobie, że padło podczas jednej z narad. Człowiek ten pracował na 1 Maja 94a od czerwca do sierpnia 1971 roku. Nos milicjanta nie zawiódł: podpis Sarny na podaniu o pracę był bardzo podobny do charakteru pisma z anonimu. Wszystko zaczęło się więc układać. Kilka minut później plutonowy Kotyla był już w mieszkaniu, w którym – jak ocenił – „mógł przebywać podejrzany”.
Jelenia Góra, fragment ulicy 1 Maja. Widok na budynki od strony ul. Wincentego Pola, zza torów kolejowych. Zdjęcie z 2005 roku. Fot. Wikimedia/KazimierzP / fotopolska.eu
Sarny nie było w domu, drzwi otworzyła matka, ale po wstępnym przeszukaniu znaleziono kilkanaście kartek zapełnionych tym samym pismem, co anonim. Na dodatek były to kolejne listy z pogróżkami. W końcu wrócił i sam „psychopata ciemności”. Okazał się długowłosym, młodym chłopakiem.

Widokiem milicjanta był bardzo zaskoczony. Przyznał się do gróźb użycia cyjanku, gdy Kotyla pokazał mu kopię listu. Nie stawiał oporu, sam poszedł do radiowozu. Długo i obszernie sprawę opisywał i tłumaczył.

Marzą o masowych gwałtach, stworzeniu rasy panów, a przynajmniej – o samobójczym zamachu

Nigdy wcześniej udręki nastolatków nie były przedmiotem troski fachowców od terroryzmu, bezpieczeństwa narodowego i demografii, a tak dzieje się w przypadku ruchu incelsów. Pryszczaci snują pełne nienawiści fantazje.

zobacz więcej
„Nagle wpadła mi do głowy myśl, aby napisać coś bezsensownego i wysłać gdzieś. (…) Nie napisałem, że mam cyjanek potasu, tylko, że mam dostęp do cyjanku potasu, czy też, że miałem dostęp do cyjanku potasu, że przywłaszczyłem sobie 1,5 kg tej trucizny i że teraz mam zamiar wrzucić ją do miejskich wodociągów, aby zemścić się na ludzkości z tego powodu, iż nienawidzę [sic!] ludzi, bo doznałem od nich krzywdy” – brzmiał zapis protokołu z przesłuchania Sarny.

Początkowo chciał anonim wysłać na milicję, ale gdy zobaczył na swoim biurku numer „Nowin Jeleniogórskich”, postanowił zmienić adresata. Wahał się kilka dni, czy to zrobić. W końcu poprosił o wysłanie listu kolegę, oszukał go, że to rozwiązanie krzyżówki. A potem sam szybko zapomniał o sprawie.

Prokuratura ustaliła w toku śledztwa, że był to chłopak z rozbitej rodziny, miał problemy z nauką. Szybko się załamał i zrezygnował z edukacji. W listopadzie 1969 roku został złapany na gorącym uczynku, gdy chciał ukraść szlifierkę. Trafił za to do aresztu. Kolejne życiowe perturbacje, a przede wszystkim niespełniona miłość do Haliny, która porzuciła go dla innego, sprawiły, że godzinami przesiadywał w swoim pokoju i pisał listy do różnych osób. W wielu z nich były groźby. Do Haliny, która nie chciała zerwać ze swoim nowym chłopakiem, także pisał, że ją zabije i potem popełni samobójstwo.

Podczas krótkiego procesu udowodniono Sarnie chorobę psychiczną, co miało wpływ na końcowy wyrok: 3 stycznia 1974 roku skazano go na 18 miesięcy więzienia.

Koszt akcji, jaką państwo podjęło w związku z anonimem „psychopaty ciemności”, wyniósł niemal dwa miliony złotych.

Semczukowi udało się kilka lat temu odnaleźć Sarnę: – Po śmierci matki wyjechał na wieś. Mieszkał w rozpadającym się domu, nie ułożył sobie życia. W czasie krótkiej rozmowy odniosłem wrażenie, że mam przed sobą chorego człowieka, z manią prześladowczą. Stwierdził, że bez kawy i papierosów trudno jest mu żyć, że wtedy dopada go depresja. Pojechałem więc kupić mu te papierosy, a gdy za pół godziny wróciłem, już mi nie otworzył. A był w środku. Do samochodu odprowadzały mnie spojrzenia sąsiadów. Pewnie zastanawiali się, co mogę chcieć od tego wariata. Do dziś mogą nie wiedzieć, że mieszka obok nich człowiek, który 45 lat temu był powodem jednego z największych śledztw milicji w Polsce Ludowej.

– Anna Bartosińska

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zdjęcie główne: Motocyklista podpisuje dokument w obecności funkcjonariusza milicji. Październik 1974 r. Fot. NAC/Grażyna Rutowska
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Kwiaty, które wzrosły z ludzkiej krwi
FIFA zabrania umieszczania ich na koszulkach. Grozi surowymi sankcjami.
Historia Najnowsze wydanie
Starsza siostra noblistki walczy z gruźlicą
Z rąk Marii przyjęła ołowianą szkatułkę wartą, według dzisiejszych cen, ponad 15 mln dolarów
Historia Najnowsze wydanie
Bez niego nie byłoby tranzystorów, komputerów, smartfonów...
1 września 1939 roku okazuje się, że Czochralski nadal jest Niemcem. W dokumentach ma na imię Johann.
Historia Najnowsze wydanie
Powrót Hallera, pierwszy piesek II RP i Marsz Niepodległości
Filmy pokazujące polską drogę do wolności. Wyszukane w archiwach agencji Reuters.
Historia Najnowsze wydanie
Piłsudski uchroni naród od hańby…
„Goniec Krakowski”: Brygadyer powrócił! „Gazeta Łódzka”: Jego autorytet jest wielki. „Kurjer Warszawski”: Wygląda mizernie i jest wycieńczony.