Historia

Pięć trzonowców w atłasowym pudełku. Żuchwa Hitlera – strategiczny łup sowieckich służb

Do dziś żuchwa Hitlera pozostaje w dyspozycji Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Chcąc zagrać na nosie Amerykanom, jej dowództwo w ubiegłym roku udostępniło zęby do badań ekipie badaczy z Francji. Nie pozwolono im jednak pobrać próbek DNA. Nie szkodzi, profesor Philippe Charlier i tak wyraził Rosjanom dozgonną wdzięczność.

Czaszka jest naprawdę – parafrazując „Fausta” – osobliwą częścią ciała: twarda puszka, niemal kula, stworzona, żeby chronić to, co najbardziej wrażliwe. Średniowieczni filozofowie już od XIV wieku podejrzewali, że jest siedliskiem duszy; chłodni neurolodzy pięć wieków później zgodzili się, że to w mózgu rodzi się i trwa świadomość.

Nic zatem dziwnego, że pozbawienie głowy jest najpewniejszym sposobem na pokonanie wroga. Można przeżyć rany cięte, kłute i szarpane, straszliwe oparzenia i upadki z wysokości, medycyna zna cudowne ocalenia w przypadku ciosu zadanego w serce, utonięcia czy zatrucia – dekapitacji jednak nie przeżył nikt.

Wiedzieli o tym rycerze, składający się do cięcia, których patronem pozostaje imć Longinus Podbipięta, ale i kaci: ścięcie dokonywane różnymi narzędziami – od dwuręcznego koncerza, przez katowski topór po higieniczne ostrze gilotyny, było jedną z uznanych metod egzekucji aż do naszych czasów. W Europie zaprzestano go dopiero w połowie XX wieku (gilotyna po raz ostatni świsnęła w Marsylii w roku 1977!), w kilku krajach arabskich praktykowane jest do dziś, o jego renesans zabiegają zaś kolejne generacje terrorystów muzułmańskich, z tzw. Państwem Islamskim (ISIS) na czele.
Najbardziej znanym kefaloforem jest patron Paryża, święty Dionizy, którego podobiznę umieszczono w portalu katedry Notre-Dame. Fot. Wikimedia
Zawsze też było ścięcie karą szczególną, na którą skazywano jednostki nietuzinkowe. Z jednej strony było ostatnim przywilejem, jakiego można było nie poskąpić szlachetnie urodzonemu skazańcowi, oszczędzając mu poniżającego powieszenia, z drugiej, często karano w tej sposób szczególnie zatwardziałych zbrodniarzy lub zdrajców stanu.

Kroczący z własną głową

Za takich, z punktu widzenia pogańskich władców Rzymu, uchodzili głosiciele Ewangelii: stąd wśród pierwszych męczenników Kościoła szczególnie wielu jest ściętych nauczycieli i biskupów. W hierarchii niebieskiej zasłużyli sobie na nimb, w historii sztuki – na osobliwe miano „kefaloforów”, ponieważ w legendzie hagiograficznej i ikonografii nader często przedstawiano ich kroczących z własną głową w wyciągniętych rękach lub przyciśniętą do tułowia ramieniem.

Pierwszym takim kefaloforem, czyli „nosicielem głowy” był ścięty za panowania Claudiusa Goticusa święty Walenty, najbardziej znanym – patron Paryża, święty Dionizy, ale ich lista liczy kilkaset imion, od św. Albana z Moguncji po Solangię.

Skoro są męczennicy, pojawia się w średniowieczu kult relikwii. Za sprawą wiernych, klasztorów i złotników pojawiają się relikwiarze odwzorowujące kształt głowy, w których przechowywane są szczątki zdekapitowanych męczenników. Do najpiękniejszych należy XIII-wieczny relikwiarz św. Eustachego, przechowywany dziś w British Museum: głowę z polerowanego złota otacza opaska ozdobiona perłami i ametystami, na podstawce ukazany jest tuzin apostołów.

Ale podobnej urody była większość kryjących głowy relikwiarzy – ot, choćby ukradzione w roku 1923 z poznańskiej katedry (i do dziś nieodnalezione) arcydzieło zawierające wykupione od Prusów szczątki świętego Wojciecha!
Wasilij Wereszczagin w „Apoteozie wojny” (1871) nie żałował czerepów. Fot. Wikimedia
To tej pobożnej praktyce zawdzięczamy rozpowszechnioną i wielowiekową praktykę zachowywania indywidualnych czaszek. Owszem, nie tylko chrześcijanie gromadzili ścięte głowy: legendy, obrazy i relacje pełne są stosów (zwykle nieco wypiętrzonych za sprawą fantazji narratora), jakie barbarzyńscy władcy gromadzili ku przestrodze wrogów na polach bitew.

Jak świat szeroki istniały też, od Patagonii i Australii po szkockie pagórki dające schronienie Celtom, plemiona „łowców głów”, którzy nie byli może biegli w anatomii ani w mistyce, ale zdawali sobie sprawę z symbolicznego znaczenia „kapitelu ciała”.

Celtowie zwykli się wręcz obwieszać podobnymi zdobyczami – tyle że prędzej czy później gubiły się one w walce lub, w najlepszym razie, trafiały do grobu razem z wojownikiem.

Chrześcijanie byli więc pierwszymi, którzy zachowywali wybrane czaszki z pietyzmem: ale fascynacja błyskającą zębami, zerkającą czarno kulą okazała się zataczać szersze kręgi niż wiara.

Niczyj grób nie jest bezpieczny

Pierwsze „świeckie” czaszki pojawiły się w barokowych gabinetach osobliwości w XVII i XVIII wieku. Wówczas gromadzono jeszcze głównie szczątki anonimowych nieszczęśników, fascynujące nietypowymi rozmiarami, widocznymi deformacjami czy znaczącym pochodzeniem: rodziła się w tym czasie archeologia i czerep z Pompejów był w cenie.
Prawdziwy badacz czaszek nie mógł obyć się bez przyrządu, jakim był kraniometr. Na zdjęciu rozkładówka z książki „Elements of phrenology”, 1845]. Fot. Wikimedia
Znacznie trudniej przychodziło zachować po śmierci głowę na karku w wiek później, kiedy wraz z romantyzmem Europę ogarnęła pierwsza fala kultu celebrytów. Niczyj grób nie był bezpieczny: po antykwariatach i salonach krążyły prawdziwe i fałszywe czaszki kompozytorów, poetów przeklętych, Ojców Założycieli USA i królów – te ostatnie zrabowane (widać w tym wyborze ironię historii) w opactwie Saint-Denis, nekropolii Kapetyngów i Burbonów.

Dwie najbardziej znane ofiary tej pasji to kompozytor Joseph Haydn, którego głowa dołączyła do resztki pochowanych w Eisenstadt szczątków dopiero w roku 1954 i mistyk Emmanuel Swedenborg, którego cielesne losy pośmiertne, nadal dalekie od zakończenia, zasługują na osobną książkę.

Co tam jednak groupies: prawdziwym nieszczęściem dla spokoju wiecznego okazali się frenolodzy. Przekonanie, że rysy twarzy i kształt głowy odpowiadają istotnym cechom osobowości i charakteru kołatało od wieków w umysłach: tym jednak, który na kilka dziesięcioleci podniósł to przekonanie do rangi nauki był Franz Josef Gall. Nie było guzka, garbka czy fałdy, którą by zlekceważył i nie przypisałby znaczenia, szczególnie przy tym ciekaw, jak to zwykle bywa, anomalii.

Kolejka do kata

Nauki Galla były objawieniem, z którym konkurować mógł tylko odkrywany w tym samym czasie „magnetyzm”. Setki jego uczniów i naśladowców jęły bacznie przyglądać się skroniom, czołom i ciemieniom swoich bliźnich. Te jednak skrywane były przez halsztuki, cylindry, a przede wszystkim bujne czupryny: dopiero naga czaszka ujawnia całą prawdę.

W Europie rozkwitają więc szczerzące się zza oszklonych drzwi szafek kolekcje frenologiczne. Żaden zbrodniarz nie mógł być pewny, że po ścięciu, a bodaj i powieszeniu, spocznie w ziemi w całości: do kata zawczasu ustawiała się kolejka chętnych badaczy.

Pod koniec XIX wieku przekonania frenologów udoskonalił, doprecyzował i podniósł na wyżyny godności akademickiej Cesare Lombroso: włoski lekarz, psychiatra i kryminolog, który podzielał przekonanie, że rysy twarzy, ale i kształt czaszki zdradzają naturę ich posiadacza, i potrafił je uzasadnić językiem trafiającym do elit.

Szkice Lombroso, ukazujące „typy kryminalne”, łączące cofnięte czoło z kretynizmem, a duże uszy z pożądliwością studiowane były w rodzących się pod koniec XIX wieku akademiach policyjnych, ale i w akademiach sztuki.

Długogłowa arystokracja – kosmici, hybrydy, bogowie? Czyli o „cudach i dziwach, które ukrywa rząd”

Czy ludzie o wysokich czołach są inteligentniejsi i piękniejsi od tych o czołach niskich? Czy odkrywane w różnych zakątkach świata zniekształcone czaszki są pozostałościami po jakiejś specjalnej „rasie”?

zobacz więcej
A co przesądza o rysach? Czaszka! W założonym przez siebie, czynnym do dziś „Museo di Antropologia Criminale” w Turynie, Lombroso zgromadził kilkaset czaszek osób oskarżonych o dokonywanie rozmaitych przestępstw. Był bez wątpienia człowiekiem ideowym i wielodusznym zarazem: młodej placówce naukowej zapisał również własny „kapitel ciała”, do dziś spoczywający tam w ozdobnym słoju.

Fundament kryminalistyki

W każdej pseudonauce jest ziarno prawdy: wydatne czoło niekoniecznie czyni z nas kandydata na maniaka, ale rozgłos, jakim cieszyły się hipotezy Lombroso, pozwolił naukowcom zauważyć, że czaszka jest jedną z najbardziej, by tak rzec, nacechowanych indywidualnie części ciała. A było to niesłychanie ważne w chwili, kiedy rodziły się społeczeństwa masowe i zarazem współczesna kryminologia, i kiedy – nie wiedząc jeszcze o istnieniu DNA – rozpaczliwie poszukiwano sposobów na niezawodną identyfikację konkretnej osoby.
Próbowano wszystkiego: Francis Galton przeforsował badania niepowtarzalnych, jak się okazało, linii papilarnych. Jego francuski rywal, Alphonse Bertillon, propagował metodę pomiarów różnych odcinków i proporcji ludzkiego ciała, nazwaną od jego nazwiska bertillonage. Rozstaw kącików oczu, czubków uszu, długość kciuka i stopy (a szczególnie proporcji wszystkich tych wartości) rzeczywiście powtarzają się rzadko, ale dokonywanie tylu pomiarów okazało się tak pracochłonne, że wraz z postępami daktyloskopii bertillonage zarzucono.

Jego odległym echem są tzw. zdjęcia sygalityczne twarzy en face i z profilu, znane w popkulturze jako mugshoty, szczególnie cenione, gdy za szybką jazdę lub źle ukrytego skręta trafi do aresztu celebryta.

Jak jednak identyfikować zmarłych, szczególnie w przypadku, gdy stan zwłok nie pozwala na pobranie odcisków palców czy zmierzenie proporcji ciała (a DNA, przypomnijmy, nie jest jeszcze znane)? W tym momencie, jako że potrzeba jest matką wynalazków, nagle spotkały się twarda wiedza anatomiczna i nabożny szacunek, z jakim traktowano czaszki, mętne teorie Galla i barwne albumy Lombroso, mistyka i protetyka.

Mylą się bowiem, niestety, autorzy liryków: puszyste włosy, słodkie usta i oczy zielone mamy dość powtarzalne (swoisty dla każdej osoby jest najwyżej wzór tęczówki). Niepowtarzalne za to mamy czaszki. A w czaszkach – zęby, szczególnie w czasach, kiedy noszą one ślady nie tylko naszych apetytów czy nałogów, ale i dziesiątków interwencji dentysty. A co więcej – pokryte szkliwem kostki są najtrwalszą częścią ludzkiego ciała.

W pył zamienią się pukle i dłonie, zwapnieją i rozsypią się żebra i kręgosłup – ale osadzone w żuchwie i górnej szczęce zęby trwać będą w niezmienionym stanie co najmniej kilkaset lat, a jeśli nie przesadzaliśmy ze słodyczami, to i dłużej.
Tablica poglądowa z podręcznika autorstwa Lombroso. Fot. Wikimedia
Tak narodził się jeden z fundamentów XX-wiecznej kryminalistyki: niemal niezawodna metoda identyfikacji zwłok. Policje wszystkich krajów świata zaczęły interesować się odciskami zębów nieboszczyków, pobierać je i zachowywać na wieczną rzeczy pamiątkę, a kartoteki dentystyczne stały się zbiorami danych wrażliwych na trzy pokolenia wcześniej, zanim wynaleziono RODO. Żeby rozpoznanie było skuteczne, musimy przecież wiedzieć, czy denat na pewno miał wypełnienie w górnej prawej piątce i ukruszoną dwójkę.

Dentyści z Łubianki

Ale nigdy wiedza ta nie zyskała takiego znaczenia politycznego, jak w przypadku dochodzeń, prowadzonych przez służby specjalne Związku Sowieckiego.

Specjaliści z Łubianki docierali wszędzie i, jak przystało na ideowych przeciwników monarchizmu, nie zadrżeli przed żadną złotą koroną, nawet osadzoną na zębie mądrości. Rozwierali zaciśnięte usta, ocierali sadzę i poznawali po uzębieniu wszystkich: Ferdynanda Ossendowskiego, który pozwolił sobie napisać nieżyczliwą książkę o Leninie i chińskiego marszałka Lin Biao, który ośmielił się rzucić wyzwanie Mao Tse-Tungowi, po czym spłonął w katastrofie lotniczej na stepach Mongolii; rozsianych po pobojowiskach rewolucji w Trzecim Świecie stypendystów moskiewskiego Uniwersytetu im. Patrice Lumumby (których kilka lat przedtem uśmiechnięta higienistka zaprosiła w przerwie zajęć na wizytę u uczelnianego dentysty, na bezpłatne leczenie kanałowe!) i irlandzkich terrorystów.

Dokonali również najważniejszej w dziejach XX wieku identyfikacji zwłok: po osmolonym ułomku żuchwy przekonali się o śmierci Adolfa Hitlera.

Same okoliczności śmierci führera rekonstruowane były przez wielu badaczy. Wyobraźnię zbiorową jeszcze przez lata kształtować będą sugestywne kadry z filmu „Upadek”: szary półmrok bunkra, zlewający się w tle łoskot kanonady, postarzały, rozdygotany Hitler.

Oficjalny trailer filmu „Upadek”. DeFilmBlog/YouTube

Kilkanaście zeznań potwierdza, że 30 kwietnia 1945 roku, po rozmowie z dowódcą obrony Berlina około godziny 11.00, wezwał on osobistego lekarza, by upewnić się, że ampułka z kwasem pruskim zachowała swoje właściwości.

Po lekkim lunchu około 14.30 udał się wraz z Ewą Braun do prywatnego apartamentu: w czterdzieści minut później rozległy się strzały.

Drzwi do pokojów wyważył ordynans, Heinz Linge. Jako pierwszy, wyprzedzając Bormanna, wpadł tam adiutant Hitlera, SS-Sturmbanführer Otto Günsche; on też około 15.20 poinformował zebranych na korytarzu o śmierci wodza tysiącletniej Rzeszy.

Szturmu sowieckiego spodziewano się jeszcze tego popołudnia: ciała Hitlera i Ewy Braun niezwłocznie wyniesiono więc boczną klatką schodową do ogrodu na tyłach Kancelarii Rzeszy. SS-Oberscharführer Rochus Misch zeznał później, że w niełatwej sytuacji zaopatrzeniowej osobiście zadbał o zabezpieczenie kilku kanistrów benzyny. Ordynansowi Lingemu przypadł zaszczyt zapalenia pierwszej zapałki; ciała nie zajęły się ze względu na wiatr.

Martin Bormann pofatygował się po gazety na podpałkę. Ośmiu mężczyzn, w tym żyjący jeszcze Joseph Goebbels, podniosło ramiona w niemym salucie; po chwili szeregowi Heinz Krüger i Werner Schwiedel dorzuciło na stos pokrwawiony dywan z apartamentu wodza.

Wykopali jego zwłoki. Otworzyli bagnetem usta, a dentysta potwierdził tożsamość

Komunizm w rosyjskich warunkach przepoczwarzył się w zjawisko, które nie miało nic wspólnego z dziedzictwem oświecenia, z zachodnią ideą postępu. Stał się siłą uwsteczniającą Rosję. Mobilizował zalewające ten olbrzymi kraj azjatyckie żywioły do podboju Europy i walki z chrześcijaństwem.

zobacz więcej
Około 18.30 Ewald Lindloff i Hans Reisser zsunęli popioły do pobliskiego leja po bombie.

Tłumaczka wiezie żuchwę

Sowieci weszli na teren Kancelarii 36 godzin później; o śmierci Hitlera usłyszeli już z komunikatu rozgłośni w Hamburgu, nadanego na żądanie admirała Karla Dönitza, rojącego o „honorowej” kapitulacji.

Kontrolę nad całym terenem objął kontrwywiad wojskowy Smiersz; z budynków wyproszono kilka dni później nawet generała Żukowa. Wszyscy żyjący jeszcze członkowie załogi bunkra zgromadzeni zostali w tajnym areszcie i przesłuchiwani bez przerw na sen; ogród i budynki kancelarii podzielono na kwadraty.

Rankiem 5 maja podporucznik Alosza Panasow zwrócił uwagę na strzępy płaszcza widoczne w jednym z lejów po bombie; przesiano ziemię. Generał A.F. Teliagin upoważnił pułkownika służb medycznych I Frontu Białoruskiego Fausta Iwanowicza Szkarawskiego do rozpoczęcia oględzin.

W tym samym czasie Smiersz zdołał już odnaleźć (w trzymilionowym Berlinie, przeciętym dziesiątkami lokalnych linii frontów, ogłuchłym od kanonady, wygłodzonym i oszalałym ze strachu!) asystentkę dentysty Hitlera, Käthe Heusermann. W kilka godzin wytrzęśli z dziewczyny wszystko, tylko zęby dzwoniły.

Führer, mimo wegetariańskiej diety, zachował jedynie pięć trzonowców, dwa mostki trzymały się na cienkim platynowym rusztowaniu, zaprojektowanym przez doktora Hugo Blaschke. Pułkownik Szkarawski kilka razy przeliczył osadzone w żuchwie kostki, armijny jubiler dokonał próby platyny i złota: wszystko się zgadzało.

Znaczenie strategiczne żuchwy było gigantyczne: dopóki Stalin pozostawał jedynym dysponentem bezspornych dowodów na śmierć wodza Trzeciej Rzeszy, jego machina propagandowa mogła rozsiewać pogłoski o ucieczce Hitlera, ukrywaniu się w Bawarii (zajętej już przez wojska amerykańskie), w Szwajcarii lub w Ameryce Południowej. Sugestia skumania się Jankesów z ocalałymi nazistami była wystarczająco wyraźna, by móc suflować ją całemu światu przez kolejnych kilkanaście lat.


Żuchwę należało czym prędzej wywieźć z Berlina. Tłumaczka Smierszu, porucznik Jelena Rżewska wspomina, że wieczorem 8 maja, w chwili, gdy Armia Czerwona rozpoczynała świętowanie końca wojny, wręczono jej tekturowe pudełko okryte czerwonym atłasem wraz z rozkazem, by strzec go za cenę życia: zakładano, że Rżewska jako kobieta być może nie spije się do utraty przytomności i nie zgubi dowodu koronnego.

Dwa dni później pudełko z żuchwą zostało przerzucone myśliwcem do Moskwy, gdzie zdeponowano je w archiwum II Oddziału Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Wewnętrznego ZSRS. W roku 1954 decyzją stojącego na czele KGB gen. Iwana Sierowa przeznaczono dla niej osobne pomieszczenie.
Szczątki Hitlera i Ewy Braun Smiersz przerzucał z miejsca na miejsce. Na zdjęciu führer z Ewą Braun w 1942 roku. Fot. Wikimedia/Bundesarchiv
Dziś żuchwa pozostaje w dyspozycji Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W lipcu ubiegłego roku, chcąc zagrać na nosie Amerykanom, jej dowództwo udostępniło zęby do badań ekipie badaczy z Francji: nie pozwolono im jednak pobrać próbek DNA. Nie szkodzi, profesor Philippe Charlier i tak wyraził gospodarzom dozgonną wdzięczność we wstępie do artykułu monograficznego, opublikowanego na łamach wiosennego wydania „European Journal of Internal Medicine”.

Niepozorny dowód niezwykłego talentu

Inne służby zazdrościły Smierszowi sukcesu: w lutym roku 1946 konkurencyjna ekipa NKWD dokonała ponownego przeszukania ruin Kancelarii Rzeszy, znajdując fragment czaszki z dziurą od kuli, który uznano za potylicę Hitlera. 63 lata później przeprowadzono badania genetyczne, które dowiodły, że czaszka należała do kobiety.

Ostatnie kuszenie polskiego oficera

Demoniczny sowiecki oprawca prowadzi machiaweliczna grę o dusze Polaków uwięzionych w kozielskim obozie.

zobacz więcej
Resztę szczątków Hitlera, Ewy Braun, a także małżeństwa Goebbelsów i ich dzieci Smiersz przerzucał z miejsca na miejsce: pochowano je najpierw w podberlińskim Vienau, następnie Rathenow, wreszcie, w marcu 1946 r., na terenie sowieckiej bazy w Magdeburgu, na podwórzu przy ulicy Westendstrasse 36, gdzie miało siedzibę dowództwo kontrwywiadu.

W kwietniu 1970 roku, decyzją ówczesnego szefa KGB Jurija Andropowa, szczątki postawiono ostatecznie zniszczyć: pod osłoną nocy wykopano je, spopielono miotaczami ognia i wsypano do jednego z podmiejskich jezior.

Spoczywająca w ołowianym relikwiarzu przy ulicy Łubianka żuchwa z pięcioma zębami nadal pełni ważną rolę: pozostaje bezspornym dowodem na szkodliwość diety bezmięsnej, niezawodność współczesnej kryminalistyki, historyczną porażkę nazizmu oraz jedyny w swoim rodzaju talent gospodarzy do rozegrania na swoją korzyść absolutnie wszystkiego.

– Wojciech Stanisławski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Pierwsi przyjęli natarcie Armii Czerwonej. NKWD ścigało ich z...
Wielu oficerów KOP zostało rozstrzelanych w Twerze i Miednoje.
Historia Najnowsze wydanie
Mord w Mokranach, czyli marynarski Katyń
Przed zakończeniem wojny obronnej Polski, Sowieci z zimną krwią zamordowali oficerów i podoficerów Flotylli Pińskiej.
Historia Najnowsze wydanie
Myśmy na powstanie czekali. Jego wybuch wywołał euforię
My, którzy braliśmy udział w walkach w 1944 roku, nie dalibyśmy sobie tego odebrać.
Historia Poprzednie wydanie
„Koniec pewnej epoki we wschodniej części Europy”
Misję Tadeusza Mazowieckiego bacznie obserwowała polska i zagraniczna prasa, a także – co nawet w PRL niezwykłe – Służba Bezpieczeństwa.
Historia Poprzednie wydanie
„Polska jest załatwiona”. Odsiecz, która nie nadeszła
W Abbeville sojusznicy definitywnie rzucili Polskę na pastwę Hitlera i Stalina.