Cywilizacja

Po pierwsze: nie brońcie się samemu. Po drugie: nie pomagajcie innym. Bądźcie bierni i obojętni!

Kierowca prowadząc auto zwalniające od oceny ryzyka może być bardziej skłonny do agresywnej, bezmyślnej jazdy. Już dziś choćby wychodzenie z poślizgu staje się umiejętnością unikatową. Po co wiedzieć o tym cokolwiek, skoro jest obowiązkowe ESP?

21 sierpnia 2014 roku około godziny 15 w Amsterdamie jest umiarkowanie ciepło, mniej więcej 19 stopni. Niebo jest lekko zachmurzone, w okolicy padało. Na pokład szybkiego pociągu Thalys na stacji Amsterdam Centraal, zmierzającego ku paryskiemu Gare du Nord, wsiadają pasażerowie. Są wśród nich 28-letni Francuz o imieniu Damien, 51-letni Amerykanin na stałe mieszkający we Francji, wykładowca Sorbony Mark Moogalian wraz z żoną, 62-letni brytyjski biznesmen Chris Norman.

A także trzech przyjaciół, którzy przylecieli do Europy ze Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy zwiedzać Stary Kontynent: 23-letni Spencer Stone, żołnierz amerykańskich sił powietrznych, 22-letni Alek Skarlatos, żołnierz Gwardii Narodowej, mający za sobą służbę w Afganistanie, oraz 23-letni Anthony Sadler, który z wojskiem nie miał nic wspólnego.

Do pociągu wsiada także 25-latek Ayoub El Hazzani, Marokańczyk, który w swojej torbie dźwiga karabinek Kałasznikowa, pistolet Luger kalibru 9 milimetrów, nóż do cięcia kartonu, butelkę benzyny, a także dziewięć magazynków do kałasznikowa, zawierających 270 sztuk amunicji.

Gdy pociąg zbliża się do granicy belgijsko-francuskiej – jest około 17.35 – El Hazzani ze swoim bagażem idzie do toalety w wagonie numer 12. Siedzi tam dość długo, wychodzi około 17.45, gdy pociąg jest już we Francji, w okolicy Oignis w departamencie Pas-de-Calais. Nie ma na sobie koszuli, a w dłoniach trzyma załadowany karabinek.

Pierwszy orientuje się w sytuacji i próbuje powstrzymać El Hazzaniego Francuz Damien (który potem nie chciał ujawniać swojej tożsamości), zostaje jednak rzucony na podłogę.
„Brudny Harry” w głównych rolach obsadził prawdziwych uczestników wydarzeń. Na zdjęciu podczas premiery filmu "15:17 do Paryża" od lewej: Alek Skarlatos, Clin Eastwood, Spencer Stone i Anthony Sadler. Fot. REUTERS/Mario Anzuoni
Następnym śmiałkiem jest Moogalian. Okazuje się znacznie trudniejszym przeciwnikiem. Po krótkiej szarpaninie udaje mu się wyrwać Marokańczykowi z rąk kałasznikowa. Następnie – sądząc zapewne, że napastnik został rozbrojony – rusza w stronę swojej żony Izabeli, żeby zabrać ją w bezpieczne miejsce.

Ale wtedy El Hazzani wyciąga lugera i oddaje strzał. Trafia Moogaliana w plecy, ten pada na podłogę. Obficie krwawi. Prosi o pomoc, potem udaje martwego. Dopiero wówczas większa część pasażerów uświadamia sobie, co się dzieje.

Mniej więcej w tym samym czasie bohaterska francuska obsługa Thalysa dba o to, żeby dowieść, iż prawdziwy jest dowcip o francuskich czołgach, mających jeden bieg do przodu i trzy do tyłu: pracownicy SNCF umykają ze strefy zagrożenia i barykadują się w przedziale służbowym.

Trzej Amerykanie – Stone, Skarlatos i Sadler – w ułamku sekundy orientują się w sytuacji. El Hazzani w tym czasie dopada leżącego na podłodze, krwawiącego Moogaliana, podnosi kałasznikowa, celując w siedzących pasażerów, naciska spust – i tu dzieje się coś niespodziewanego: broń się zacina. El Hazzani niezdarnie próbuje ją przeładować, ale na szczęście nie jest doświadczonym strzelcem i nie wie, jak postępować w wypadku zacięcia. Jest zresztą zdenerwowany.

Skarlatos wrzeszczy: „Bierzcie go!”. Moment wykorzystuje Stone, rzucając się na El Hazzaniego. Wysportowany, rosły Amerykanin mocuje się z Marokańczykiem, wytrąca mu karabinek, pistolet Luger upada na ziemię. Stone zaciska przedramię na szyi El Hazzaniego, chcąc pozbawić go przytomności, pozostali Amerykanie ruszają na pomoc. Napastnik wyciąga nóż do kartonu i rani Stone’a w kark i dłoń, ale ten nie popuszcza uchwytu.
Gdyby trzech Amerykanów, Francuz, Anglik brali sobie do serca płynące zewsząd przesłania, iż należy podejmować ryzyka, nie ruszyliby, aby obezwładnić Marokańczyka. "15:17 do Paryża", reż. Clint Eastwood, fot. Youtube/official
Ze swojego miejsca na pomoc Amerykanom rzuca się Brytyjczyk Norman. „Usłyszałem, jak Skarlatos krzyczy »bierzcie go!«” – opowiadał potem Brytyjczyk. – „Pomyślałem, że pewnie i tak zginę, więc przynajmniej coś zrobię”. Do walczących z zamachowcem dołącza też francuski konduktor, podróżujący prywatnie. W końcu Marokańczyka udaje się obezwładnić.

Moogalian wciąż mocno krwawi, ale dzięki pomocy Amerykanów – przeżywa. Gdy pociąg zatrzymuje się na najbliższej stacji, zajmują się nim lekarze.

W chwili kryzysu trzeba coś zrobić

„15.17 do Paryża” – taki tytuł nosi najnowszy film Clinta Eastwooda (w Polsce dostępny jedynie na płytach), w którym „Brudny Harry” pokazał historię trzech Amerykanów od czasów ich szkolnej przyjaźni aż do podróży po Europie i dramatu w pociągu Thalys. Eastwood zdecydował się na ryzykowny zabieg, obsadzając w głównych, a także epizodycznych rolach prawdziwych uczestników wydarzeń. W rezultacie powstało coś bardziej na kształt fabularyzowanego dokumentu niż filmu sensacyjnego.

Obraz Eastwooda kończy autentyczna scena dekoracji orderem Legii Honorowej trzech Amerykanów i Brytyjczyka Normana (Moogalian był jeszcze w trakcie rekonwalescencji) w Pałacu Elizejskim w sierpniu 2015 roku. Prezydent François Hollande nie był znany jako wybitny mówca, ale tym razem wygłosił dobre przemówienie: – Zebraliśmy się tutaj dziś, żeby oddać hołd czterem mężczyznom, którzy dzięki swojej odwadze ocalili ludziom życie – mówił ówczesny prezydent Francji. – Którzy dali przykład, co można zrobić w dramatycznych okolicznościach. […] Cały świat podziwia waszą odwagę, spokój, jaki okazaliście pod presją, wasze poczucie odpowiedzialności. Wasz heroizm powinien być przykładem dla wszystkich oraz źródłem inspiracji.

Hollande przywołał też słowa Sadlera: „Chciałbym, aby ludzie zrozumieli, że w chwili kryzysu trzeba coś zrobić” i dodał: „Tak, trzeba coś zrobić”.
François Hollande nie był znany jako wybitny mówca, ale tym razem wygłosił dobre przemówienie. Na zdjęciu z sierpnia 2015 od lewej: prezydent Francji, Alek Skarlatos, Spencer Stone i Anthony Sadler. Fot. REUTERS/Philippe Wojazer
Trudno powiedzieć, czy Hollande – chyba autentycznie wzruszony – zdawał sobie sprawę, że jego wystąpienie oraz czyn bohaterów z pociągu Thalys stoją w sprzeczności z trendem, który od dawna opanowuje zachodni świat, w szczególności zaś Europę Zachodnią: doktryną unikania ryzyka. Gdyby trzech Amerykanów, Francuz, Anglik brali sobie do serca płynące zewsząd przesłania, nie ruszyliby, aby obezwładnić El Hazzaniego. Zachowaliby się jak załoga pociągu. Szczęśliwie naturalny odruch obronny wziął u nich górę.

„Idee mają konsekwencje” – dowiódł tego w swojej głośnej książce pod tym tytułem zmarły w 1963 roku konserwatywny myśliciel Richard M. Weaver. Tak, mają. Określone konsekwencje ma doktryna unikania ryzyka, sączona w umysły ludzi Zachodu – ale obecna już także w naszej części Europy, w tym w Polsce – pod postacią wielu pozornie drobnych zasad, regulacji, udogodnień, zakazów i nakazów.

Policja nieuzbrojona

Zaczynając od konkretnego przykładu ataku terrorystycznego – nie znajdziemy żadnego poradnika, wydanego przez jakąkolwiek służbę w jakimkolwiek kraju Zachodu, który w razie zamachu zalecałby ocenę szans na powodzenie aktywnej obrony i – jeśli takie szanse są – uderzenie na zamachowca. Wszystkie zalecają pochowanie się po kątach i liczenie na to, że się przeżyje.

I to, mimo że wysławia się postawę bohaterów z pociągu Thalys czy pasażerów lotu 93 linii United Airlines, którzy 11 września 2001 roku jako jedyni wśród czterech samolotów, porwanych przez islamskich bandytów, podjęli walkę. Byli prawdopodobnie o krok od jej wygrania, ale choć wszyscy zginęli – bez wątpienia dzięki ich postawie samolot rozbił się na pustych polach Pensylwanii, a nie w centrum Waszyngtonu, być może uderzając w Biały Dom.

W filmie Eastwooda charakterystyczna jest scena, w której podczas zajęć w koszarach sił lotniczych, w których bierze udział Spencer Stone, rozlega się alarm sygnalizujący właśnie atak terrorystyczny. Możliwe, że do budynku wtargnął uzbrojony terrorysta.
W Wielkiej Brytani obywatel dla samoobrony może posiadać jedynie alarm osobisty, czyli urządzenie wydające głośny dźwięk. Także policja – poza nielicznymi wyjatkami – jest nieuzbrojona. Na zdjęciu londyński "Bobby" podczas oficjalnych uroczystości z okazji 90. urodzin królowej Elżbiety w czerwcu 2016. Fot. REUTERS/Toby Melville
Wszyscy obecni, zgodnie z zaleceniami, włącznie z prowadzącą zajęcia, chowają się pod ławki, zabarykadowawszy drzwi stołem. Tylko Stone bierze do ręki długopis – jedyną broń, jaką dysponuje – i staje obok drzwi, żeby zaskoczyć terrorystę, gdyby wtargnął do klasy. Przecież schowanie się pod ławki nic by wówczas nie dało. Szczęśliwie alarm okazuje się fałszywy.

Niektóre kraje z braku możliwości bronienia się przez obywateli uczyniły naczelną zasadę i cnotę. Celuje w tym Wielka Brytania, gdzie zgodnie z prawem przeciętny obywatel dla samoobrony może posiadać jedynie alarm osobisty, czyli urządzenie, wydające głośny dźwięk. Żadnych miotaczy gazowych, wiatrówek, pałek, nawet noży.

Jak łatwo się domyślić, tymi ograniczeniami kompletnie nie przejmują się bandyci czy terroryści. Ba, mimo trwającej od lat dyskusji, wciąż – poza specjalnymi oddziałami i funkcjonariuszami ze specjalną licencją i po przeszkoleniu – brytyjska policja (z wyłączeniem Irlandii Północnej) jest nieuzbrojona.

Zbędne ryzyko

Wyrabia to w ludziach postawę bierności i obojętności. Jedno z najmądrzejszych powiedzeń o broni głosi, że wyrównuje ona szanse. Nie każdy ma posturę taką jak Spencer Stone. Zresztą bandyta dzięki swojej agresji, asertywności, brakowi zahamowań zawsze ma przewagę – nie tylko fizyczną, ale i psychologiczną.

Tę przewagę może zredukować posiadanie przez napadniętego jakiejś broni. Jeśli państwo odmawia tego obywatelom i karze ich równie surowo jak bandytów, gdy ten zakaz złamią, uczy ich dwóch rzeczy: po pierwsze, żeby nie bronić się samemu; po drugie – żeby nie pomagać innym.

Obrona siebie samego jest psychologicznie łatwiejsza niż przyjście na pomoc obcemu człowiekowi. Tymczasem państwo brytyjskie mówi swoim obywatelom: to zbędne ryzyko, najlepiej się schować i nie prowokować bandziora próbą obrony czy interwencji. Odbierając im prawo do posiadania nawet łagodnych środków samoobrony, takich jak miotacze gazu, czyni z nich ofiary, za wszelką cenę unikające ryzyka. To czynienie cnoty z bierności.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Wszystkie certyfikowane od tego roku w UE samochody osobowe muszą być wyposażone w systemy automatycznie powiadamiające o wypadku. Na obrazku: struktura systemu eCall. Fot. Wikimedia/Tomasz Kamiński/Instytut Transportu Samochodowego
Ale to tylko jeden z wątków. Są i inne, mniej oczywiste. Ryzyko zostało uznane za czynnik, który najlepiej wyeliminować z życia ludzi Zachodu. To bardzo wygodne dla rządów, bo redukcja ryzyka nieodmiennie oznacza zwiększenie paternalizmu państwa, a zatem, siłą rzeczy, zakresu jego kontroli. Ryzyko oznacza dla państwa koszty, bo czasem kończy się tym, że obywatel zostaje poszkodowany.

Współczesne państwa – w tym niestety także państwo polskie – w coraz większym zaś stopniu traktują obywateli jak swoją własność i uważają, że tam, gdzie za coś płacą (nieważne, że to publiczne pieniądze), tam mają prawo zakazywać i nakazywać. Likwidowane lub ograniczane są zatem ryzyka związane z trybem życia, sposobem odżywiania się, ale też choćby z jazdą samochodem.

Zakazać harcerzom obozowania w lesie?

Wszystkie certyfikowane od tego roku w UE samochody osobowe muszą być wyposażone w systemy eCall automatycznie powiadamiające o wypadku. Może to dobre rozwiązanie, o ile nie byłoby przymusowe. Wszak takie układy technicznie umożliwiają już śledzenie trasy pojazdu. To otwarcie drzwi dla Wielkiego Brata.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat wymuszono na producentach aut montowanie w nich standardowo systemów ABS, ESP, TPMS (kontrola ciśnienia w oponach) – wszystko, aby zminimalizować ryzyko. Kolejnym krokiem będzie zapewne obowiązkowy montaż systemów unikania kolizji.

Paradoksalnie skutki mogą być przeciwne od zamierzonych: kierowca prowadząc auto zwalniające od oceny ryzyka, może być bardziej skłonny do agresywnej, bezmyślnej jazdy. Już dziś choćby wychodzenie z poślizgu staje się umiejętnością unikatową. Po co wiedzieć o tym cokolwiek, skoro jest obowiązkowe ESP?
Podczas nawałnicy w sierpniu 2017 w obozie harcerskim ZHR nieopodal Suszka zginęły dwie dziewczynki, przygniecione w namiotach przez obalone drzewa. Fot. PAP/Dominik Kulaszewicz
Niedawno pojawiły się informacje, że Komisja Europejska będzie forsować wyposażenie aut w ograniczniki prędkości. To rozwiązanie głupie i groźne, ale nie miejsce tutaj, żeby je w szczegółach analizować. Ważne, że to kolejny krok na drodze do przekonania Europejczyków, że żyją w świecie, gdzie ryzyko nie istnieje lub jest poważnie ograniczone.

W sierpniu 2017 roku na Pomorzu rozpętała się straszliwa wichura. W obozie harcerskim nieopodal Suszka, położonym w środku lasu, zginęły dwie dziewczynki, przygniecione w namiotach przez obalone drzewa – 13- i 14-latka. Wiele dzieci było poszkodowanych.

W następstwie tragedii rozpoczęła się tymczasem kuriozalna dyskusja o tym, czy nie należałoby zabronić harcerzom obozowania w lesie, a przynajmniej w miejscach tak trudno dostępnych jak okolice Suszka, lub czy nie należałoby wprowadzić bardzo restrykcyjnych zasad ewakuacji, tak aby obozy zwijały się już przy najmniejszym zagrożeniu. Obozowania w bardziej odosobnionych miejscach ostatecznie nie zakazano, ale nowe procedury wprowadzono. Na ich podstawie ewakuowano już w tym roku obóz harcerski w Juszczynie w związku z III stopniem zagrożenia powodziowego.

Pod pretekstem dobra obywateli

Dyskusja, która zaczęła się po wydarzeniach w Suszku, pokazała, jak bardzo ryzyko przestało być akceptowane jako składnik naszego życia. Przecież ideą harcerstwa od momentu jego powołania przez Roberta Baden-Powella było właśnie mierzenie się z ryzykiem, z przeciwnościami, z trudnymi warunkami.

Harcerstwo bez tych elementów traci sens. „Istotę życia skautowego stanowi pełne tężyzny życie w terenie” – powiadał Baden-Powell. Życie w terenie oznacza życie w namiocie, w sąsiedztwie dzikiej przyrody, a z tym musi się nieodzownie wiązać czynnik ryzyka.

Samochody Tesli to zabawki dla znudzonych kalifornijskich bogaczy

Łukasz Warzecha: Produkcja akumulatorów do jednego auta produkowanego przez firmę Elona Muska wytwarza tyle dwutlenku węgla, co jazda na benzynie przez osiem lat.

zobacz więcej
Zdolność do akceptowania ryzyka jest elementem każdego biznesu, ale także normalnie funkcjonującej gospodarki rynkowej. Niezgoda na ryzyko owocuje rosnącą liczbą socjalnych postulatów: coraz bardziej restrykcyjny kodeks pracy, gwarancje zatrudnienia, sowitsze zapomogi. To także mniej innowacji, bo wyjście poza schemat również wiąże się z ryzykiem.

Lecz niechęć do podejmowania ryzyka to przede wszystkim ułatwienie dla każdej władzy, która niekoniecznie ma tendencje do autorytaryzmu, ale po prostu chce nieustającego powiększania swoich kompetencji. Nazwijmy to autorytaryzmem miękkim.

Po pierwsze – bo takie powiększanie kompetencji zwykle odbywa się pod pretekstem dobra obywateli, a więc także likwidacji „zbędnego ryzyka”. Po drugie – bo obywatele z awersją do ryzyka są znacznie mniej skłonni podejmować z taką władzą walkę. Awersja do ryzyka rodzi zgubny konformizm.

Niech zatem żyje ryzyko!

– Łukasz Warzecha

Zdjęcie główne: "15:17 do Paryża", reż. Clint Eastwood, fot. Youtube/official trailer/printscreen
Zobacz więcej
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Pole bitwy w centrum światowego biznesu
Protesty trwają już czwarty miesiąc. – Najbardziej przerażające jest to, że się do nich przyzwyczailiśmy – mówi 19-letni aktywista John.
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Dlaczego Putin pokochał Gretę Thunberg?
Czy urządzenia do wydobycia gazu i ropy oraz budynki mieszkalne na rosyjskiej Dalekiej Północy zawalą się?
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Memento mori. Jak przygotować się na szczęśliwą śmierć
Ilekroć spotkamy orszak pogrzebowy, ile razy usłyszymy o czyimś zgonie, mówmy do siebie: mnie to samo jutro czeka.
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Nieśmiertelność. W ciekłym azocie czy w superkomputerze?
200 tys. dolarów kosztuje zamrożenie ciała po śmierci. A niebawem mogą powstać maszyny, które dadzą życie wieczne naszym mózgom.
Cywilizacja wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Nie wie strona lewa, co czyni prawa – czyli co mają wspólnego...
Dziś leworęcznych jest więcej, bo nikt już, mam nadzieję, nie „przestawia” ich na siłę.