Cywilizacja

Antykomunista, krytyk Trumpa, przyjaciel demokratów. Czy, gdyby został prezydentem, nie doszłoby do tragedii smoleńskiej?

Senator John McCain zmarł w sobotę (w niedzielę naszego czasu), 25 sierpnia, w wieku 81 lat. Przypominamy jego sylwetkę, którą opublikowaliśmy w Tygodniku TVP w numerze z 20 lipca.

„Jednym z najbardziej haniebnych spektakli z udziałem amerykańskiego prezydenta” nazwał senator John McCain z Arizony spotkanie i wspólne wystąpienie Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach. McCain odniósł wrażenie, że obaj czytali z tej samej kartki, a szef amerykańskiego państwa bronił tyrana przed wolną prasą. Ten język, typowy kiedyś dla ery zimnej wojny, to być może swoiste pożegnanie śmiertelnie chorego senatora z polityką. Pożegnanie symboliczne, po życiu pełnym symboli.

Ich wojna trwa przez cały czas, odkąd Donald Trump dokonał swoistej inwazji na Partię Republikańską. Nie jest prawdą, że to milioner pierwszy otworzył ogień podczas kampanii prawyborczej 2016 roku, szydząc sobie z reputacji bohatera wojennego, jaką cieszył się przetrzymywany przez lata i torturowany przez wietnamskich komunistów McCain.

To jego szyderstwo, że przecież przyszły senator „dał się złapać”, było odpowiedzią na złośliwe uwagi na temat fanatyzmu zwolenników Trumpa. Z pewnością uwagi podyktowane również niechęcią przedstawiciela republikańskiej elity wobec kogoś, kto do niej nie należał. Ale McCaina i Trumpa dzieli daleko coś więcej niż spór o władzę, której zresztą senator z Arizony ma coraz mniej. To dwie różne wizje roli Ameryki w świecie i powinności polityka w sprawach międzynarodowych.

McCain a sprawa polska

Ile z tego pojmują Polacy? W szczególności ci z proamerykańskiej prawicy, którzy zawsze spoglądali w tamtym kierunku szczególnie ciekawie? W roku 2012 pewien jej zwolennik podczas jakiejś publicznej debaty w Krakowie rzucił: „gdyby w roku 2008 senator John McCain został prezydentem, nie doszłoby do katastrofy smoleńskiej”.

Nie wiem, jak amerykański prezydent miałby zapobiec rozbiciu się polskiego samolotu na rosyjskiej ziemi. Jak rozumiem, mówiący tamte słowa zakładał działanie Rosji z premedytacją, na które nie zdobyłaby się ona mając jako antagonistę z urzędu kogoś tak twardego i zdeterminowanego jak McCain. To magiczne myślenie, zwłaszcza skoro tak naprawdę wciąż nie wiemy, co się naprawdę w Smoleńsku zdarzyło. Ale też z pewnością prezydentura McCaina byłaby wyzwaniem dla Władimira Władimirowicza. Jako senator zdążył go nazwać mordercą i bandytą.

Przypomniało mi się tamto kategoryczne twierdzenie, kiedy niedawno rozpętała się internetowa debata na temat dokumentu o śmiertelnie chorym McCainie, który pokazywał kanał HBO. Nie wiem, czy pan z Krakowa zmienił po latach swój pogląd.

Z pewnością wielu polskich prawicowców nie lubi dziś McCaina. Już za sam fakt, że ośmiela się wojować z Trumpem, uznanym przez znaczną część polskiego obozu konserwatywnego za męża opatrznościowego – z powodu jego gestów wobec Polski, ale przede wszystkim ze względu na jego wrogów, kręgów lewicowych obsesyjnie nienawidzących dawnego potentata, a dziś prezydenta.

Na jego tle McCain, zachowujący dystans wobec tak zwanej chrześcijańskiej prawicy, przyjaźniący się z wieloma demokratami, ba protestujący przeciw polityce PiS wobec sądów, jawi się jako ktoś obcy, wrogi. Nawet jego wojna z Putinem, wciąż prowadzona konsekwentnie, choć tylko słowami, dziś kojarzy się wielu z poprawną politycznie krucjatą liberalno-lewicowego establishmentu.
John McCain ostro sktytykował spotkanie i wspólne wystąpienie Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach. Na zdjęciu obaj prezydenci oraz Melania Trump pozują fotografom. Fot. REUTERS/Sputnik/Alexei Nikolsky
Ta zmiana nastawienia w Polsce jest niewielkim refleksikiem globalnych przemian, jakie zachodzą w światowej polityce i kształtują także polski punkt widzenia. Ale Polacy nie do końca rozumieją także spory w amerykańskiej polityce wewnętrznej. To prawda, że już po stwierdzeniu u niego raka mózgu, McCain stawił się w lipcu zeszłego roku w Senacie, aby zagłosować nad republikańską ustawą uchylającą Obamacare.

Upadła ona jego głosem, pogrzebana przy 49 „za” i 51 „przeciw”. Czytam teraz, że senator zdradził amerykańską prawicę, że ujawnił swoją „lewicowość”. Zrobił to nota bene razem z siedmioma innymi republikanami.

Szczególnie ciekawe, kiedy oburzają się na to zwolennicy PiS, partii sprzeciwiającej się w Polsce nawet skromnej komercjalizacji szpitali. Czy w warunkach amerykańskich byliby za uchyleniem prawa jednak, przy licznych jego błędach, rozszerzającego dostęp do ubezpieczeń zdrowotnych grupom wcześniej nimi nie objętych? To pytanie, czyim odpowiednikiem u nas są amerykańskie kierunki polityczne?

Pomijając kwestie obyczajowe i cywilizacyjne, obecna polska prawica bliższa jest demokratom, a na dokładkę całe życie społeczne USA pozostaje mocno przesunięte w wolnorynkowym kierunku w zestawieniu z Europą. Nie szukajmy tu łatwych analogii. Zwłaszcza, że i sam Trump w stosunku do innych pryncypiów wolnego rynku stanął w mocnej kontrze. Na przykład optując za ochroną amerykańskiej gospodarki i amerykańskiego rynku pracy.

Zarazem warto przypomnieć, że McCain był w roku 2010 jednym z najbardziej wymownych oponentów Obamacare, a pierwszą wersję tej ustawy pogrzebał, organizując filibuster, czyli senacką obstrukcję. I że siedem lat później popierał podjęcie pracy nad republikańską inicjatywą zastępującą to prawo „czymś innym”.



Chciał jedynie, aby wokół nowego, realnego projektu zbudować ponadpartyjny konsensus. Kiedy republikanie odrzucili współpracę z demokratami i ograniczyli się do uchylenia, on zagłosował przeciw. Bo amerykańska polityka wciąż polega mniej na przynależności do mitycznych ideowych bloków, a bardziej na merytorycznym podejściu do legislacji.

W Kongresie prawie nigdy nie ma partyjnej dyscypliny. A już Senat, złożony z ludzi uważających się przede wszystkim za przedstawicieli swoich stanów, dopiero później partii, to w istocie klub towarzyski, gdzie trudno jest nawet ograniczyć dyskusję, co stwarza przestrzeń dla indywidualistów. Czasem skutkiem jest obstrukcja, zwłoka, pat, brak decyzji, ale często merytoryczne podejście, lepsze prawa i skuteczniejsza niż w Europie kontrola jego przestrzegania.

Uroki bycia „maverickiem”

Korzystał z tego McCain, senator od 32 lat, uznany kiedyś przez „Time’a” za jednego z 10 najlepszych członków izby wyższej. Nazywano go „maverick”, co oznacza polityka często różniącego się od kolegów. Nie był zresztą pierwszy, ten model pojawiał się raz po raz, szczególnie w Senacie. John F. Kennedy napisał, a przynajmniej firmował książkę „Profiles of Courages”, gdzie takie akty niezgody wobec własnego środowiska zostały podniesione do rangi kardynalnej politycznej cnoty.

Powinny tu paść głośne historyczne nazwiska, choćby senatora Roberta La Follette’a, progresywnego republikanina z Wisconsin, walczącego z lobbystami i żądającego bardziej przejrzystego życia publicznego, którego głośna obstrukcja z roku 1907 przeciw republikańskiemu projektowi stała się pierwowzorem sławnych scen z filmu Franka Capry „Mr Smith jedzie do Waszyngtonu”.
Nieprzypadkowo John McCain przyjaźni się z Josephem Liebermanem, demokratycznym senatorem z Connecticut, który wiele razy kontestował politykę swojej partii z pozycji konserwatywnych. Fot. REUTERS/Jason Reed
Albo senatora Burtona Wheelera, demokraty z Montany, który w roku 1924 startował na wiceprezydenta u boku tegoż La Follette’a, przeciw kandydatom swojej partii, a jednak pozostał w niej. To on zadał później celne ciosy administracji Franklina Delano Roosevelta, blokując w 1937 roku jego próbę opanowania Sądu Najwyższego. Był też nieubłaganym przeciwnikiem jego polityki zagranicznej – z pozycji izolacjonistycznych.

Takie postawy przetrwały do czasów współczesnych, nieprzypadkowo McCain przyjaźni się z Josephem Liebermanem, demokratycznym senatorem z Connecticut, który wiele razy kontestował politykę swojej partii z pozycji konserwatywnych, a choć w roku 2000 był jej kandydatem na wiceprezydenta przy boku Ala Gore’a, osiem lat później poparł McCaina, a nie Baracka Obamę, a do Senatu wszedł ponownie jako kandydat niezależny.

O ile McCaina można uznać w pewnych sprawach za przedstawiciela liberalnego (czyli w realiach amerykańskich umiarkowanie lewicowego) skrzydła republikanów, o tyle Joe Lieberman, polityk pochodzenia żydowskiego, potrafił się sprzeciwiać rasowej akcji afirmatywnej, komplikując podziały w amerykańskiej polityce. Dla obu charakterystyczne było po pierwsze kierowanie się w wielu sprawach ponadpartyjnym interesem publicznym, po drugie szukanie szerszej współpracy przekraczającej granice partyjnej solidarności.

McCain, były żołnierz z wojskowej rodziny, po odejściu ze służby, do Arizony przeniósł się dzięki ojcu swojej drugiej żony będącemu tam wpływowym biznesmenem. Po czterech latach w Izbie Reprezentantów, zaczynał tam zresztą w roku 1987 jako następca bardzo konserwatywnego senatora Barry’ego Goldwatera i jako rzecznik polityki Ronalda Reagana, a potem George’a Busha seniora. Na jakim więc tle rozstawał się później z republikańskim mainstreamem?

Za przyzwoitością w polityce

Wpisał się w długą tradycję amerykańskich, w istocie często konserwatywnych reformatorów, którzy powtarzali, że biznes powinien być chroniony w swoich swobodach, ale jego lobbistyczne interesy także powinny być powściągane, w imię wolnej konkurencji i równych szans obywateli. Ten antymonopolistyczny kierunek zawsze był w Partii Republikańskiej obecny.

Nawet bardzo konserwatywny senator Robert Taft potrafił w latach 40. i 50. ścierać się z rozmaitymi biznesowymi lobbies. Zarazem model wspierania polityki przez wielkie pieniądze powodował, że wielu polityków obu partii (ale republikanie łatwiej, bo sprzedawali to jako element ideologii) w nieskomplikowany sposób obsługiwało interesy całych branż, a czasem poszczególnych firm.

McCain nadeptywał im na odciski, choćby forsując rozmaite projekty ekologiczne czy przeciwstawiając się tak zwanej wieprzowinie wyborczej (pork barrel), a więc wydawaniu pieniędzy z budżetu po to, aby zaspokoić inwestorów. Robił to i za czasów prezydentury demokraty Obamy, sprzeciwiając się na przykład inicjowanemu przez rząd wspieraniu banków podczas finansowego kryzysu.

Przede wszystkim jego nastawienie ujawniło się w walce o bardziej przejrzysty i sprawiedliwy system finansowania amerykańskiej polityki. Na początku kariery sam dał się wciągnąć w mały skandal związany z uleganiem lobbingowi w zamian za darowizny (które jednak zwrócił). Z tym większą gorliwością powtarzał, że miejsca w polityce nie powinny być kupowane.
W 2008 John McCain walczył o Biały Dom wraz z niekompetentną w sprawach międzynarodowych gubernator Alaski Sarah Palin. Bez sukcesu. Fot. REUTERS/Mike Segar
Jego największym przedsięwzięciem był projekt większych niż do tej pory restrykcji nakładanych na wyborcze donacje od korporacji – przygotowany wspólnie z demokratycznym senatorem Russem Feingoldem ze stanu Wisconsin. Kiedy go forsowali pod koniec lat 90., początkowo zablokowała ich obstrukcja większości senatorów republikańskich. Kiedy udało się go przeforsować w roku 2002, opozycja też była głównie złożona z republikanów.

Zadziałała jednak opinia publiczna – niechętny projektowi George Bush junior, nie zdecydował się na weto. Inna sprawa, czy udało się przeciwdziałać zrostowi amerykańskiej polityki z pieniędzmi.

Oczywiście, niektóre zachowania McCaina podyktowane były, jak u wielu senackich solistów, najróżniejszymi motywami. W roku 2000 wszedł do prezydenckich prawyborów republikańskich. W Południowej Karolinie doznał wtedy szeptanej kampanii opartej na szkalowaniu – rozsiewano o nim pogłoski, że jest homoseksualistą, ma żonę narkomankę i nieślubną murzyńską córkę (w rzeczywistości ma adoptowaną córkę z Bangladeszu).

Sztab Busha juniora, który wygrał wtedy republikańską nominację, dystansował się wobec tego. Ale osad nieufności pozostał. McCain zwalczał niektóre projekty tej administracji, na przykład pierwszy pakiet redukcji podatków – także i dla odwetu. Ale poparł wojnę z terroryzmem i atak na Irak, potem także głosował za kolejnymi podatkowymi reformami swojej administracji.

Ostatni rycerz w brudnej grze

W roku 2008 okazał się na tyle szanowany, że republikanie uznali go za jedyną odtrutkę na sukcesy sondażowe Baracka Obamy. Jego dobra reputacja nie zdołała jednak powstrzymać pierwszego ciemnoskórego kandydata na prezydenta. Krytykowany, że jest za stary (miał 72 lata), chwalił „Indianę Jonesa”, bo przecież „tam starszy gość wygrywa”. Nie pomogło.

Chciał wtedy, aby kandydował wraz z nim Lieberman. Skończyło się na niekompetentnej w sprawach międzynarodowych gubernator Alaski Sarah Palin kontrastującej z zawsze solidnie przygotowanym do debaty senatorem.

To w fabularnym filmie Jaya Roacha o Palin „Zmiana w grze” widzimy scenę wyborczego spotkania, na którym republikanka krzyczy, że Obama to muzułmanin. Grany przez Eda Harrisa kandydat zaprzecza, a co więcej poucza swoich wyborców, że jego konkurent to dobry patriota i obywatel.

Taka sytuacja naprawdę się zdarzyła – w Minnesocie. Zwłaszcza na tle kampanii prezydenckiej z 2016 roku bazującej na fake newsach, szyderczych memach i pogłoskach, stary senator dał się zapamiętać w roli staroświeckiego rycerza w coraz brutalniejszej polityce.
John McCain pozostał wyznawcą tradycyjnego światowego kapitalizmu, tak jak go widziano w latach 80., za czasów Ronalda Reagana. Zdjęcie z 1986 roku. Fot. Wikimedia
Owszem, bywał porywczy. Wywołał mały skandal w roku 1998, żartując w telewizji, że Chelsea Clinton (córka Billa i Hillary Clintonów) jest wiecznie zła, bo Janet Reno (prokurator generalna u demokratów) jest jej ojcem. Ale pomijając już, że przeprosił, w sprawach zasadniczych zwykle szukał konsensusu. No, może nie wtedy, kiedy wraz z innymi republikanami zablokował niekończącymi się mowami nominację sędziego Sądu Najwyższego przez kończącego drugą kadencję Obamę.

Często jednak merytoryczny styl różnił go od partyjnego mainstreamu. W roku 2011 sprzeciwiał się eskalowaniu wojny o budżet przez republikańską Izbę Reprezentantów. Stało się to trochę niemodne w czasach, kiedy inny republikański senator Robert Bennett przegrał prawybory w stanie Utah w roku 2010 między innymi dlatego, że odmówił nazywania Obamy trockistą. Tea Party zorganizowała przeciw Bennettowi skuteczną nagonkę.

McCain, też atakowany z prawej strony przez tę formację wciskającą się do Partii Republikańskiej, był ponad to ze względu na osobistą pozycję w swojej lokalnej, przybranej ojczyźnie. W niektórych prawyborach nikt z nim nie konkurował. Już w roku 2004 wygrał wybory właściwe w Arizonie z 77-procentowym poparciem. W roku 2016 – z 53-procentowym, w wieku 80 lat.

Dowiódł swoim przykładem, że wciąż można się wymknąć logice tabloidalnej polaryzacji. I politykować trochę ponad podziałem na absolutne dobro i bezwzględne zło, coraz częściej przywoływanym i przez konserwatystów, i liberałów.

Można powiedzieć, że w całkiem inny sposób naturę tego podziału podważył też Trump – przeciwstawiając się akceptacji globalnego kapitalizmu przez obie strony amerykańskiego sporu, liberalną i konserwatywną. Tyle że jego recepty w tej sferze były nie zawsze jasne, za to język ponad miarę brutalny.

Reaganowskie dziedzictwo

Z kolei McCain pozostał wyznawcą tradycyjnego światowego kapitalizmu, tak jak go widziano w latach 80., właśnie za Reagana. Z biegiem lat zabarwiał te swoje poglądy coraz większą koncyliacyjnością. Początkowo walczył z nielegalną imigracją, ale potem firmował międzypartyjne projekty oferujące „amnestię” latynoskim przybyszom, podczas gdy Trump przedstawiał ich napływ jako zagrożenie.

Ostatecznie McCain zrazu poparł kandydaturę Trumpa, lecz poparcie to wycofał twierdząc, że niesmak wywołały w nim ujawnione wypowiedzi i zachowania republikańskiego kandydata wobec kobiet. Między tymi politykami trudno było o porozumienie z powodu całkiem odmiennych stylów i niektórych recept w polityce wewnętrznej. Ale też McCain pozostał dziedzicem Reaganowskiej poetyki walki dobra ze złem w polityce międzynarodowej. Mocno różnej od retoryki i politycznej praktyki, jaką obrał Trump.

Co więcej senator z Arizony zabarwiał Reaganowskie dziedzictwo własną romantyczną wykładnią. Jednym z niewielu przykładów rozejścia się jego dróg z Reaganem było głosowanie przeciw jego wetu nałożonemu na sankcje przeciw RPA. Zazwyczaj opowiadał się za twardością w rozmaitych międzynarodowych akcjach.
John McCain w Polsce dziś kojarzy się wielu z poprawną politycznie krucjatą liberalno-lewicowego establishmentu. Na zdjęciu z republikańskim gubernatorem Kalifornii Arnoldem Schwarzeneggerem. Fot. REUTERS/Jim Ruymen
A jednak innym przejawem McCainowskiego idealizmu stała się jego kilkuletnia walka o zakaz tortur w amerykańskich więzieniach dla terrorystów, uwieńczona odpowiednią poprawką do ustawy o kredytach na obronę w roku 2005. – To, co nas różni od przeciwników to przekonanie, że nawet nasi schwytani wrogowie dysponują prawami człowieka – powtarzał. Trump jest za dużo mniej ochoczym mieszaniem się w światowe konflikty, a zarazem uważa takie skrupuły za śmieszne.

Donald Trump lubi brutalny język interesu, który według McCaina jest obraźliwy dla Ameryki jako ostoi wolności i demokracji. Powstrzymanie rosyjskiej agresji było jego dewizą od zawsze. Busha juniora krytykował między innymi za zwlekanie z instalacją tarczy antyrakietowej w Polsce. Całkiem niedawno jako przewodniczący senackiej Komisji Sił Zbrojnych domagał się nieograniczonej sprzedaży broni Ukrainie i jak najtwardszych sankcji dla Kremla.

Gdy dodać podejrzenia wobec obecnego amerykańskiego prezydenta o to, że Putin ułatwił mu wybór, mamy uzasadnienie dla głębokiej awersji. Na dokładkę przywiązany do komunikatywnej, rzetelnej polityki McCain odrzuca nieprzewidywalny, chaotyczny styl dyplomacji obecnej ekipy. W przypadku niedawnego szczytu w Helsinkach ten opór okazał się skądinąd dużo szerszy. Najbardziej konserwatywni senatorowie republikańscy typu Orrina Hatcha z Utah wyrazili swój niepokój.

Romantycy patrzą na ręce

Możliwe, że obecny prezydent przy wszystkich swoich wpadkach i niekoherencjach, patrzy nawet dalej niż tacy pogrobowcy idealizmu czasów zimnej wojny jak McCain. Że racjonalnie szykuje się do nowej globalnej rozgrywki z Chinami i Unią Europejską, w miejsce choćby teoretycznego poszerzania sfery wolności na świecie. Kiedy Stany Zjednoczone się za to zabierały zbyt dosłownie, ponosiły spektakularne klęski, jak w popieranej gorąco przez McCaina ekspedycji do Iraku. W kupiecki stosunek Trumpa do polityki światowej wliczone są, niestety, niejasne gry z Putinem (choć i starcia z nim). Z kolei choć różne Trumpowskie bluffy w stosunkach ze światem pozostają nie do końca przewidywalne, to chyba żadna administracja nie mogłaby realizować polityki ściśle według McCainowskich recept.

A równocześnie to tacy „romantycy” patrzą kolejnym prezydentom na ręce, ich głos wciąż czasem się liczy. To kontrola ze strony ludzi w stylu McCaina, nawet jeśli bardziej pragmatycznych niż on sam, gwarantuje przynajmniej minimum ciągłości amerykańskiej polityki wobec Europy Środkowej i Wschodniej, także w czasach mocno cynicznej ekipy Trumpa.

Rok Trumpa. Permanentna niepewność

Irena Lasota: Prezydent nigdy nie obiecywał Amerykanom więcej demokracji, tylko, że „przywróci Ameryce wielkość”. A wielkość jest jeszcze trudniejsza do zmierzenia niż demokracja.

zobacz więcej
Z kolei postulowana przez niego rzetelność i zdolność do kompromisu w wewnętrznej polityce gwarantują, że nie stoczy się ona w odmęty tabloidalnych igrzysk, których mogą Ameryce życzyć jej wrogowie. Pytanie tylko, jak długo ten sposób myślenia będzie miał znaczenie, kiedy McCaina nie stanie.

Nie głosował w Senacie od końca 2017 roku. Amerykanie nieraz tolerowali takich nieobecnych wybrańców – w czasie drugiej wojny światowej konserwatywny demokrata Carter Glass przez ponad trzy lata, aż do śmierci pozostawał senatorem z Wirginii, nie pojawiając się na Kapitolu.

Ale rzecz jasna mamy do czynienia z początkiem końca. Choć wielu młodszych polityków powtarza pewne formułki za McCainem, żaden nie ma jego autorytetu. – Lepiej cierpieć za dobrą sprawę niż umrzeć w spokoju – powtarzał senator. I z typową dla siebie dezynwolturą wskazywał jako ulubionego bohatera Jordana z „Komu bije dzwon” Ernesta Hemingwaya. Antykomunista czuł więź z książką komunisty i sowieckiego agenta, bo łączyły ich romantyczne czasy.

Reputację romantycznego bojownika można było sobie wyrobić tylko w romantycznych czasach. Jak powiedział po roku 1989 dawno nieczynny szef CIA Richard Helms: – Podczas drugiej wojny naszą motywacją było pokonać tych cholernych hitlerowców. W czasie zimnej wojny naszą motywacją było pokonanie cholernych Rusków. Jaka teraz jest motywacja?

John Sidney McCain to jeden z ostatnich spadkobierców epoki, kiedy ta motywacja była. Czasów, które odchodzą w przeszłość. Prezentował to dziedzictwo z wyjątkowo solidnym ładunkiem osobistej przyzwoitości, co samo w sobie jest polityczną sensacją.

– Piotr Zaremba

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Autor, publicysta i historyk, opublikował m.in. dwa tomy poświęcone dziejom Stanów Zjednoczonych w XX wieku: "Uzbrojona demokracja. Theodore Roosevelt i jego Ameryka" (2012) oraz "Demokracja w stanie wojny. Woodrow Wilson i jego Ameryka" (2014).
Zdjęcie główne: Senator John McCain w 2017 roku został nagrodzony Medalem Wolności. Uroczystość wręczenia odznaczenia odbyła się w Filadelfii. Fpt. REUTERS/Charles Mostoller
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Stek z byka odpornego na globalne ocieplenie
Czy „zrobimy” ludzi genetycznie znoszących coraz większy upał?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Agonia Polski małomiasteczkowej
Ta książka powinna być wyrzutem sumienia liberalnych elit. Ale czy jest nim w istocie?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Podzielone (i poróżnione) Stany Zjednoczone
Czy to koniec USA jako federacji?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Między Chrystusem a Antychrystem
Europa rozwinęła kulturę, która wyklucza Boga. Czy moralność zanika, a Zachód się kończy?
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Putin wojnę zaczął. Kto ją skończy?
Kremlowskie frakcje toczą cichą walkę o przejęcie władzy po śmierci prezydenta.