Cywilizacja

Miasta dotują patologię w polskim futbolu. Tylko w ubiegłym roku wpompowały w kluby Ekstraklasy ponad 47 mln złotych

Nieudany występ biało-czerwonych na mundialu to jedynie wierzchołek góry lodowej, jaką jest prawda o polskim futbolu. Prawda brutalna i zafałszowana rankingiem FIFA, w którym Polska zajmowała wysokie, ósme miejsce. Słabość polskich piłkarzy ma swoje źródło między innymi w braku systemu szkolenia, a ono mogłoby być częściowo pokrywane z budżetu samorządów. Niestety tak nie jest.

– Na mundialu byliśmy drużyną, która wykonała najmniej dryblingów i pojedynków jeden na jeden, wyszkolenie indywidualne naszych zawodników nie jest zbyt wielkie.

Słowa z loży szyderców? Nie, to wypowiedź Zbigniewa Bońka, bądź co bądź prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, na podsumowanie udziału biało-czerwonych w mistrzostwach świata w Rosji.

Poziom polskiego futbolu marnie rokuje, jeśli chodzi o przyszłe turnieje. Krytycy PZPN często zarzucają obecnym jego władzom, że niedostatecznie wspiera programy szkolenia młodzieży. Jest w tym trochę racji, ale nie zapominajmy, iż związek sportowy to nie jedyny podmiot odpowiedzialny za rozwój piłki nożnej w Polsce.

Jak pokazują przykłady ze świata, piłkarzy nie wychowuje się tylko na dwóch, trzech w tygodniu treningach w klubie, ale poprzez ogólnorozwojowe ćwiczenia fizyczne w szkołach lub projekty lokalne. Pieniądze, które ze swojego rekordowego ostatnio budżetu PZPN przeznacza na szkolenie, nie są wcale większe niż kwoty dotacji od miast dla klubów Ekstraklasy.

W ogonie Europy

A mówimy tu o ponad 47 mln złotych, które – według raportu firmy Deloitte „Piłkarska liga finansowa – rok 2017” opublikowanego w maju – w ubiegłym roku otrzymały od samorządów kluby Ekstraklasy. I to tylko Ekstraklasy piłkarskiej. Są też miasta dotujące żużel, siatkówkę czy koszykówkę lub kluby z niższych lig.


W 2017 roku od samorządów największe sumy otrzymały:
❶ Śląsk Wrocław - 13,06 mln zł
❷ Piast Gliwice - 11,77 mln zł
❸ Lechia Gdańsk - 5,85 mln zł
❹ Arka Gdynia - 5,24 mln zł
❺ Pogoń Szczecin - 4,22 mln zł


Owe 47 mln wpompowane w drużyny piłki nożnej to dotacje dla zespołów o wątpliwej klasie sportowej, zatrudniających zawodników niechcianych w ligach zachodnich, grających na stadionach przy słabej frekwencji.

Czy inwestowanie samorządów w lokalne drużyny ma sens? Aspekt piłkarski wskazuje, że niekoniecznie. Telewidzowie przyzwyczajeni do fajerwerków na mundialu, oglądając mecze polskiej ligi, mogą się rozczarować. Na meczach Legii Warszawa, Lecha Poznań czy Lechii Gdańsk będą oglądać niemal inną dyscyplinę sportu, niż w transmisjach ligi angielskiej czy hiszpańskiej.

Ekstraklasa jest bowiem jedną z najsłabszych lig europejskich. Dwa najlepsze polskie kluby – Legia i Lech – zajmują miejsca w drugiej setce rankingu europejskich drużyn, a przygoda w europejskich pucharach nieraz kończyła się dla nich na rundach wstępnych. Ekstraklasa jest dokładnie 19. w rankingu UEFA, z kompromitującym dorobkiem za poprzedni sezon 2.875 punktów – zbliżonym do osiągnięć ligi mołdawskiej i albańskiej.

W 26 edycjach Ligi Mistrzów polskie drużyny występowały tylko trzykrotnie (!). Pod tym względem w historii tych rozgrywek liga polska okazała się gorsza od cypryjskiej, białoruskiej, izraelskiej, czeskiej i rumuńskiej.

Jednocześnie Ekstraklasa to zawody z relatywnie wysokimi kontraktami piłkarzy. Uczestniczy w niej bardzo duża liczba obcokrajowców traktujących grę w Polsce jako futbolowe saksy. Poza czterema piłkarzami powołanymi przez Adama Nawałkę do reprezentacji Polski na tegoroczny mundial, w kadrach 31 pozostałych finalistów imprezy nie znalazł się ani jeden zawodnik z polskiego klubu.
– Na mundialu byliśmy drużyną, która wykonała najmniej dryblingów i pojedynków jeden na jeden, wyszkolenie indywidualne naszych zawodników nie jest zbyt wielkie – podsumował występ biało-czerwonych w Rosji prezes PZPN Zbigniew Boniek. Fot. PAP/Piotr Nowak
Tymczasem w Ekstraklasie mierni kopacze z zagranicy zajmują miejsce zdolnym juniorom, będącym wychowankami klubów. Według CIES Football Observatory liczba minut rozegranych przez wychowanków klubów w lidze polskiej wynosi tylko 12,9 proc., czyli zdecydowanie mniej niż w ligach: szwedzkiej (18,9 proc.), duńskiej (23,7 proc.), chorwackiej (24,4 proc.), czeskiej (31,8 proc.) i słowackiej (28,5 proc.).

Podobnie jest w klubach polskiej I ligi, czyli niższej klasy rozgrywek. Rywalizują w niej zespoły także z mniejszych ośrodków. Teoretycznie powinno być tu więcej wychowanków, którzy nie dość, że mogą być sprzedani z zyskiem do lepszego zespołu, to jeszcze wzmacniają poczucie identyfikacji kibiców z klubem.

Problem prezesów

Drużyna w mieście to ważny element autopromocji! – takiego argumentu używają szczodrzy samorządowcy. Ciekawe, czy wszyscy mieszkańcy Białegostoku akceptują fakt, że miasto w tym roku przeznaczyło na Jagiellonię 3,7 mln złotych, a w roku poprzednim – 3,5 mln. Wcześniej klub kupował logo miasta na koszulkach zawodników na identycznych zasadach, jak reklamy komercyjnych sponsorów. Suma ta była dodatkowym, poza dotacją, środkiem finansowania. Miasto uzasadniało to ekwiwalentem marketingowym oszacowanym na kwotę bagatela 120 mln złotych.

Podobnie w roku 2017 w Kielcach – 3 mln złotych zostało przeznaczonych na promocję miasta poprzez sport. Zjawisko interesujące, bo transmisje meczów pokazywane są w zamkniętej kodowanej telewizji i w ubiegłym sezonie gromadziły średnio tylko ponad 100 tys. widzów przed telewizorami i średnio około 11 tys. na stadionach.

Klątwa Bońka. Jak upadała polska piłka nożna

Polscy kibice jeszcze zatęsknią za awansami...

zobacz więcej
– Ekstraklasa to produkt, choć ładnie opakowany, to marny. Poziom ligi, wbrew pozorom, wciąż jest kiepski, ceny biletów w wielu klubach mimo wszystko są wysokie – wyjaśnia Tygodnikowi TVP Piotr Wołosik z „Przeglądu Sportowego”. – Latem mecze są rozgrywane w upały o 15.30, zimą o 20.30 w siarczysty mróz. Kolejki zaplanowane chwilę przed świętami to zwykły nonsens – dodaje. Jak wyjaśnia, problem z poczuciem identyfikacji kibiców z klubem tkwi również w ich wychowaniu, w ich zaangażowaniu w życie klubu. – Odfajkowanie spotkania z dziećmi w przedszkolu, głównie przez rezerwowych zawodników to taka sobie edukacja i zachęta dla młodych ludzi, by przyjść na stadion – konkluduje Wołosik.

Lokalne media jak mantrę powtarzają zarzuty pod adresem klubów: gra w nich za mało zawodników z regionu. Chętnie za to zatrudniani są obcokrajowcy. I to nie za byle jakie pieniądze.

Gwiazda Legii w latach 2016-2017, Vadis Odjidja-Ofoe zarabiał w stołecznym klubie 600 tys. euro rocznie. W ubiegłym sezonie napastnik Lecha Poznań, Christian Gytkjaer zainkasował niewiele mniej, bo 580 tys. euro. Były pomocnik poznańskiego klubu Kasper Hamalainen, aktualnie grający w Legii, za sezon 2017/2018 zarobił z kolei 525 tys. euro. Nieoficjalnie mówi się, że nowy snajper stołecznego klubu, Carlitos zainkasuje 660 tys. euro, a kolejny legionista, Cafu 500 tys. euro.
Prezesi klubów wydają olbrzymie kwoty na cudzoziemców. Vadis Odjidja-Ofoe zarabiał 600 tys. euro rocznie. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
Wynagrodzenia, w tym dla obcokrajowców, którzy stanowią aż 41 proc. piłkarzy w polskich klubach, to prawdziwy problem dla prezesów. Tymczasem dotowane przez samorząd drużyny mają bardzo dużą pulę wydatków na wynagrodzenia piłkarzy. Dla Lechii jest to aż 87 proc., dla Korony Kielce – 74 proc., a dla Śląska Wrocław – 59 proc. A mówimy tu o kwotach sięgających powyżej 30-50 tys. złotych miesięcznie dla średniej jakości piłkarza.

Reanimacja nie pomogła

Pomoc miasta często przybiera także wręcz patologiczny wymiar, a jej skala dochodzi do dziesiątków milionów złotych. Tak przez lata działo się w Chorzowie. I to najbardziej drastyczny przykład wkładu samorządu w „ekstraklapę” piłkarską. Miliony złotych od śląskiego miasta dla Ruchu Chorzów, którymi przez lata w formie kroplówki podtrzymywano egzystencję klubu, były najdłużej trwającą epopeją, niestety bez szczęśliwego zakończenia. Klub posiadający (ex aequo z Górnikiem Zabrze) najwięcej (14) tytułów mistrza Polski, mimo rozpaczliwych prób finansowej reanimacji, ostatecznie, w ciągu zaledwie dwóch sezonów, spadł z Ekstraklasy do II ligi. Tam będzie lokalną atrakcją dla kibiców Stali Stalowa Wola, Radomiaka Radom, Znicza Pruszków czy Olimpii Grudziądz.

W ostatnich latach dofinansowywanie Ruchu odbywało się w ramach konkursów na promocję miasta. Ostatnio także w formie przejmowania akcji klubu. Środowisko piłkarskie w Polsce przez kilka sezonów ze zdumieniem śledziło utopione w nim miliony. W 2016 roku klub otrzymał pożyczkę: 6 mln złotych od miasta i aż 12 mln złotych od Samorządowego Centrum Przedsiębiorczości. Niemniej po spłaceniu prawie 3 mln złotych miastu, długi Ruchu wynoszą łącznie około 40 mln złotych! Jednocześnie z informacji otrzymanych z urzędu miasta wynika, że na szkolenie młodych piłkarzy przeznaczono w roku 2017 tylko 258 tys. złotych.

Z kolei Śląsk Wrocław otrzymał w 2017 roku od samorządu ponad 13 mln złotych wsparcia. Na stadionie, którego budowa kosztowała bagatela prawie miliard złotych i może pomieścić 45 tys. kibiców, średnia frekwencja wynosiła około 10 tys. widzów

Jeszcze w 2014 roku miasto na finansowanie klubu przekazało 16 mln złotych, a w 2015 ponad 6 mln złotych. W następnym roku wspomogło Śląsk kolejnymi 5 mln złotych. Również w 2016 roku gminna spółka Spartan, zarządzająca miejskimi obiektami rekreacyjnymi, zainwestowała 2 mln złotych w obligacje klubu. Kolejne 13 mln złotych wpłynęło do kasy Śląska w 2017 roku. Już roku bieżącym Wrocław przekazał klubowi 5 mln złotych dotacji. Władze miasta chciały też darować Śląskowi prawie 4 mln złotych długu, ale nie zgodzili się na to – co pozornie może zastanawiać – jego współwłaściciele.

A nie są to jedyne długi wrocławskiego klubu. Po ubiegłorocznej aferze związanej z próbą prywatyzacji, miasto musiało w trybie natychmiastowym pożyczyć Śląskowi 10 mln złotych, by ten mógł wziąć udział w rozgrywkach. Jednocześnie na program „Trener osiedlowy” w latach 2015-2017 wydano raptem 600 tys. złotych. To mniej więcej tyle, ile wynosił półroczny kontrakt najlepiej opłacanego zawodnika zespołu.
Budowa stadionu Śląska Wrocław kosztowała prawie miliard złotych. Obiekt może pomieścić 40 tys. widzów, ale przeciętna frekwencja na nim podczas meczów w roku 2017 wyniosła zaledwie 10 tys. widzów. Fot. PAP/Maciej Kulczyński
Natomiast Lechia Gdańsk przez kilka sezonów rozpieszczała kibiców spektakularnymi transferami dość drogich zawodników i najwyższym w lidze kontraktem dla trenera. To jedyny klub w ekstraklasie, który nie otrzymał licencji UEFA Pro na grę w europejskich pucharach.

Na szczęście klub się do nich nie zakwalifikował, bo byłby wstyd na całą Europę, gdyby z tego powodu nie można było wystąpić na Stadionie Energia Gdańsk – obiekcie wybudowanym głównie z myślą o Euro 2012. Przychody Lechii, według raportu Deloitte, wyniosły w roku 2017 blisko 40 mln złotych. Z tego aż 5,81 mln złotych pochodziło ze środków samorządowych. Sprawa jest o tyle ciekawa, że klub ujął je w swoich rozliczeniach jako wpływy komercyjne, a urząd miasta poinformował Tygodnik TVP, że nie przekazał Lechii ani grosza.

I wreszcie jest przypadek finansowania przez samorząd w Katowicach tamtejszego, grającego obecnie w I lidze GKS. W styczniu tego roku katowicki magistrat rozdał 11,5 mln złotych na dotacje dla sportu. 9,5 mln złotych otrzymał GKS (z czego 7 mln złotych klub piłkarski, a 2,5 mln złotych - hokejowy).


Ale na tym nie poprzestano, bowiem już w marcu w klubowym budżecie pojawiła się dziura, którą miasto postanowiło załatać kwotą prawie 5 mln złotych. Tylko do momentu powstawania tego tekstu GKS otrzymał z publicznych pieniędzy 14,8 mln złotych. I niekoniecznie oznacza to koniec pompowania pieniędzy w klub.

Znane są przypadki, kiedy GKS trzeba było ratować pod koniec roku, a więc w sytuacji, w której większość budżetu jest już od dawna rozdysponowana. Tak było na przykład w ubiegłym roku. Katowice wtedy na GKS przekazały 3 mln złotych… pod koniec listopada. Warto odnotować, że tylko w latach 2015-2016 klubowi przekazano 18 mln złotych.

Jakby wsparcia dla odnotowującego coraz niższe loty śląskiego futbolu było mało, w 2021 roku w Katowicach ma powstać za ponad 100 mln złotych nowy stadion dla GKS, który na razie nie gra nawet w ekstraklasie. Będzie wybudowany w odległości raptem 4 kilometrów od zmodernizowanego za ponad 650 mln złotych Stadionu Śląskiego.

Niewykorzystane orliki

Jak widać, pieniędzy na sport w Polsce nie brakuje. Kwoty wydawane w bezmyślny sposób można przeznaczyć na przykład na masowe zajęcia na dziesiątkach orlików.

Warto zapoznać się z raportem Najwyższej Izby Kontroli o utrzymywaniu przez gminy obiektów wybudowanych w ramach programu „Moje Boisko – Orlik 2012”. Wykazał on, że w latach 2013-2016 na finansowanie zajęć przez animatorów na osiedlowych boiskach wydawano w gminie średnio 14 tys. złotych rocznie. To oznacza w praktyce, że w okresie co najmniej siedmiu miesięcy (kwiecień-październik), w czasie których z powodzeniem w naszym klimacie można grać w piłkę na zewnątrz, na animacje przypadało średnio jedynie 2 tys. złotych miesięcznie na gminę.

Sport nie jest sztuką dla sztuki, ale usługą dla ludności

Z jakiego powodu polski futbol, który w całej swej historii nie zdobył ani jednego złotego medalu w mistrzostwach świata czy Europy, ma być więcej wart od naszej lekkoatletyki, która zdobyła aż 63 złota?

zobacz więcej
Kwota miesięczna, i to nie przez cały rok, dla jednego animatora-trenera jest mało imponująca. Zwłaszcza dla szkoleniowca, który za te pieniądze znajdzie każdą inną pracę, a w ostateczności trafi jako wychowawca trampkarzy do szkółki prywatnej. Nie słyszeliśmy też o tym, aby lokalne gwiazdki drużyn piłkarskich prowadziły cykliczne zajęcia z dziećmi, choć zawarcie takich zapisów w ich klubowych kontraktach mogłoby być całkiem ciekawym pomysłem.

Globalna kwota wynagrodzeń dla animatorów 2600 orlików w roku 2017 w całej Polsce wyniosła ponad 23 mln złotych. To w przybliżeniu równowartość sumy dotacji miejskich dla Śląska Wrocław i Piasta Gliwice. Zespołów, które zajęły odpowiednio 10. oraz 14. miejsce w ekstraklasie w poprzednim sezonie.

Puśćmy jednak wodze fantazji... A co, gdyby wsparcie dla profesjonalnych drużyn klubowych zostało wstrzymane? Z pewnością uczyniłoby to rywalizację między klubami sprawiedliwszą, gdyż aż sześć spośród 16 drużyn ekstraklasy nie otrzymuje żadnych dotacji z miast, w tym Wisła Kraków, Cracovia, Lech i Legia.

50 mln złotych przesuniętych z dotacji dla ekstraklasy, kolejnych kilkadziesiąt z dotacji dla klubów I ligi i co najmniej kilkanaście z dotacji dla klubów II ligi mogłoby być przeznaczone na konkretną animację piłkarską dla drużyn osiedlowych oraz godziwe wynagrodzenia i szkolenia dla trenerów. Powiedzmy, że byłaby to kwota 100 mln złotych, co dałoby ponad 38 tys. złotych rocznie na jeden orlik. Ponad 5 tys. złotych miesięcznie w okresie wspomnianych siedmiu miesięcy znośnych warunków atmosferycznych pozwoliłoby na realizację dodatkowych pozaszkolnych lekcji piłkarskich czy cyklu treningów dla „dzikich drużyn”.

Niestety, bez nowego spojrzenia na futbol młodzieżowy nie mamy szansy na sukcesy w przyszłości. Tym bardziej, że zajęcia piłkarskie w Polsce są skomercjalizowane. Kibice chcieliby, aby nasza reprezentacja poszła w ślady Belgów, Szwedów, Duńczyków czy Islandczyków. Drużyn, które albo odniosły sukces, albo dały kibicom dużo emocji, a przynajmniej nie przyniosły wstydu.

O drodze Chorwacji możemy tylko pomarzyć i celowo nie przywołujemy tego przykładu, gdyż sport drużynowy na Bałkanach to element kultury społecznej. W efekcie zawodników z krajów dawnej Jugosławii jest w europejskich klubach więcej niż Brazylijczyków.

Belgijski pojedynek, islandzka praca z dziećmi

Przyjrzyjmy się zatem Europie. Bardzo ważny jest przykład Belgii, która po mistrzostwach świata w roku 2002 doznała zapaści. Czerwone Diabły, stały uczestnik mundiali w latach 80. i 90., po tamtym turnieju przez kolejnych 12 lat nie awansowały na żadną imprezę i spadły w roku 2009 na najniższe w historii, 66. miejsce w rankingu FIFA.

Dlaczego interesuje nas Belgia? System szkolenia w tym ponad trzykrotnie mniejszym od Polski kraju jest w dużej mierze oparty na dobrej edukacji sportowej w szkołach, a także projektach kreowanych przez inicjatywy lokalne. Część z nich ma wymiar integracyjny i skierowany do enklaw imigrantów, pełni funkcję profilaktyki społecznej.
Islandczyk Birkir Már Sævarsson rozegrał dwa mecze na ostatnim mundialu. Od grudnia do przedmundialowego zgrupowania pracował dla zabicia czasu w zakładzie produkcji soli morskiej. Fot. REUTERS/Albert Gea
W Belgii działają jedynie 34 profesjonalne kluby.Ich liczbę ograniczają surowe regulacje. Poza tym Belgia jest wzorcem zasady subsydiarności, czyli przekazywania zadań na najniższe szczeble władzy lokalnej. Inna sprawą jest podział Belgii na dwa wielkie regiony – Flamandzki i Waloński – które rywalizują ze sobą – także o wyniki sportowe czy liczbę piłkarzy w reprezentacji.

Cechą charakterystyczną treningu belgijskiego jest tzw. pojedynek, czyli gra dwóch na dwóch na małym przypominającym pół naszego orlika boisku. Oglądając grę Belgów, którzy wyróżniali się w liczbie indywidualnych i skutecznych dryblingów, widać, że dało to efekt już w pokoleniu obecnych reprezentantów.

Jest wreszcie Islandia, która zachwyciła świat udanymi występami na Euro 2016 oraz ostatnim mundialu, i jest prezentowana jako unikatowy przykład realizacji szkolenia piłkarskiego. Kraj o liczbie ludności zbliżonej do Bydgoszczy lub Lublina z powodzeniem wychowuje piłkarzy radzących sobie w europejskich klubach i na międzynarodowych imprezach. Oczywiście, trudno o jakiekolwiek porównania z Polską, ale kilka przykładów z tego kraju może posłużyć jako cenna inspiracja dla naszych animatorów futbolu czy władz lokalnych.

– Szkolenie dzieci i młodzieży odbywa się przy dużym wkładzie władz samorządowych. Dodatkowo zajęcia wychowania fizycznego stoją na wysokim poziomie i są poświęcone głównie dobremu przygotowaniu ogólnorozwojowemu – mówi Tygodnikowi TVP Piotr Giedyk, Polak mieszający w Islandii. Jego konto na Twitterze zyskało zainteresowanie, gdy zaczął odsłaniać kulisy islandzkiej piłki.

Giedyk dodaje, że kluby ekstraklasy nie korzystają z dotacji miast, ale też nie potrzebują aż tak dużych pieniędzy na wynagrodzenia. Średnia pensja piłkarza najwyższej klasy rozgrywkowej wynosi do 10 tys. euro, co przy nominalnie wysokich zarobkach na Islandii nie przekracza dwóch pensji średnio zarabiającego pracownika. To może szokować, biorąc pod uwagę relacje średnich wynagrodzeń w Polsce do kontraktów piłkarzy, często kilkanaście razy większych od pensji zwykłych kibiców.

Kluczem do sukcesu szkoleniowego i piłkarskiego małego narodu jest także ogromne wsparcie kształcenia trenerów i relatywnie dobre wynagrodzenie dla pracujących na pół etatu wychowawców dzieci, którzy w ten sposób mogą dodatkowo zarobić nawet 3 tys. euro. A tych ostatnich jest coraz więcej, gdyż szkolenie w klubach dziecięcych zaczyna się już od trzeciego, czwartego roku życia.

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy


Istnieje też niepisana zasada, że trener pracujący z młodzieżą jest pobłażliwie traktowany przez pracodawcę, jeśli chodzi o elastyczność godzin pracy. Dlatego może bardziej skupić się na grupie, którą prowadzi – podkreśla Piotr Giedyk.

Młodzi piłkarze trenują aż pięć razy w tygodniu, a rodzice płacą symboliczną kwotę w porównaniu do polskich komercyjnych szkółek. Podejście Islandczyków do futbolu obrazuje przykład Birkira Mára Sævarssona z Valuru Reykjavik, który w reprezentacji rozegrał dwa mecze na ostatnim mundialu. Od grudnia do przedmundialowego zgrupowania pracował dla zabicia czasu w zakładzie produkcji soli morskiej.

Pracą czy zajęciami szkoleniowymi z młodzieżą nie gardzą też znani zawodnicy na wyspie. Może to jest kierunek dla polskiej piłki?

–Cezary Korycki
–Maja Walczuk
Dawid Kownacki: mieszkam w Genui, więc wolę odpoczywać w domu wśród rodziny
Zdjęcie główne: Lechia Gdańsk wciąż nie może awansować do europejskich pucharów. Gdyby jej się to udało, nie mogłaby jednak uczestniczyć w tych rozgrywkach, bo jako jedyny klub w ekstraklasie nie ma licencji UEFA Pro. Na zdjęciu: mecz Lechia-Jagiellonia, 17 maja 2017 r. Fot. PAP/Jan Dzban
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Państwa, które utraciły władzę
Kto nami rządzi? Facebook i Google. MKOl. i FIFA, VISA i Mastercard. Standard & Poor’s i Moody’s.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Krychowiak na warzywach. Czy można być idolem, nie jedząc mięsa?
Władysław Komar zdobył złoty medal olimpijski w 1972 roku. Wcześniej codziennie na obiad dostawał dwukilogramowy połeć pieczonej polędwicy wołowej.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jądra motorem ewolucji
W mosznie ukrywa się wiele niedocenianej dotąd mocy. A wszystko za sprawą mutacji.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Żołnierze siłą trzymani w wojsku, czyli „maskirowka”
Rosyjscy wojskowi i politycy ukształtowali się w sowieckiej tradycji oszukiwania wroga.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy James zostanie Luną? Jak zmienić 7-latkowi płeć
Jeffrey Younger alarmował, że w „przemianę” jego syna w dziewczynkę zaangażowani są wszyscy, łącznie z instytucjami.