Kultura

Zachodnia aparycja, francuskie papierosy i butelka whisky. „Kobra”, czyli powiew wielkiego świata w siermiężnym PRL

Na swój sposób była zapowiedzią i częścią odwilży. Przyniosła nową jakość. Intrygę i emocje zamiast polityki i propagandy. Pozwalała oderwać się od peerelowskiej bylejakości. Miała być rozrywką i nią była.

W wakacyjne czwartki o godz. 20:00 na antenie TVP Kultura można oglądać najciekawsze przedstawienia z legendarnego Teatru Sensacji „Kobra”.

Wybitny aktor Andrzej Łapicki wspominał w filmie dokumentalnym „Pod znakiem węża”, że kiedyś grał w teatrze „Kobra” detektywa prowadzącego energiczne śledztwo. Spektakl był grany „na żywo”.

Detektyw Łapicki zadawał pytania i w pewnym momencie usiadł na fotelu, który nieoczekiwanie się pod nim rozpadł. Aktor Łapicki jako doświadczony detektyw spokojnie zebrał elementy siedziska i wyniósł je poza kadr. Wrócił i dokończył przesłuchanie już na stojąco. W końcu dobrego detektywa, a tym bardziej świetnego aktora, nic nie powinno zaskoczyć.

Na telewizję do sąsiadów

Teatr Sensacji „Kobra” była zjawiskiem wyjątkowym w skali światowej, bo za granicą kręcono albo filmy sensacyjne, albo seriale kryminalne. Zapewne ta wyjątkowość wynikała z uwarunkowań ekonomicznych – wówczas taniej wypadało zrobić spektakl teatralny na potrzeby telewizji, bo usprawiedliwało pewną umowność i ograniczenia, niż profesjonalny serial lub film, czyli widowiska realizowane często poza studiem w różnych miejscach. W teatrze wystarczyła skromna scenografia, która udawała rzeczywistość Londynu lub Nowego Jorku.
Wystarczyła skromna scenografia, by udawać rzeczywistość Londynu lub Nowego Jorku. Na zdjęciu Jan Świderski, Lucyna Winnicka i Jerzy Sliwiński w spektaklu „Alibi” z 1977 roku w reżyserii Jerzego Gruzy. Fot. Zygmunt Januszewski/ PAT
Ale i też „Kobra” paradoksalnie była prawdziwym teatrem z prawdziwą teatralną widownią. Szczyt jej popularności to lata 60. Odbiorniki telewizyjne miało coraz więcej osób, choć oczywiście były one nadal luksusem (tak na marginesie: wówczas wiele wsi na obszarze całego kraju ciągle nie ma prądu, elektryfikacja to proces, który zostanie zakończony na początku lat 70.). Ale pojawiają się już w klubach osiedlowych, domach kultury, hotelach robotniczych, akademikach, jednostkach wojskowych w różnych świetlicach.

Mimo skromnej liczby telewizorów był to teatr niewyobrażalnie wielki. Ogromny! Niektóre przedstawienia oglądało 95 procent widzów! A przecież najpopularniejsze filmy osiągały widownię 60-procentową.



Ponieważ telewizja to nowinka techniczna i wielka atrakcja popularne staje się oglądanie jej w większym gronie. Na telewizję chodzi się do sąsiadów i do tych placówek, które ją mają. Niektóre programy – jak Wyścig Pokoju – oglądane są nawet w godzinach pracy sklepów. Kiedy w czwartek wieczorem zaczynała się „Kobra”, zaludniały się miejsca przed telewizorami w mieszkaniach i salach publicznych.

Teatr Sensacji, którego spektakle były nadawane na żywo, miał swoje prawdziwe sale teatralne w mieszkaniach, które gromadziły przed srebrnym ekranem lokatorów jednej klatki, jednego bloku, a czasami nawet jednej ulicy (młodszym czytelnikom trzeba wyjaśnić, że telewizor z kineskopem miał srebrny ekran. Stąd też srebrny ekran był synonimem telewizji).

W studiu palili papierosy

W tamtym czasie zachodnie telewizje nadawały na żywo – i czynią tak też współcześnie – przede wszystkim spektakle z udziałem publiczności. Śmiech we współczesnych amerykańskich serialach komediowych to kontynuacja tej tradycji.

Telewizja peerelowska w latach 60. raczej unikała publiczności na dużą skalę, choć było kilka widowisk z jej udziałem. Nie chodziło o względy polityczne, obawy, że publiczność się źle zachowa, czyli w sposób niepożądany przez władze. W końcu publiczność można zawsze dobrać. Po prostu, duże widowiska to większe koszty, a przy spektaklu kryminalnym efekt niepewny. Wtedy – przed oddaniem obiektów – na Woronicza było to też trudne technicznie.

Zresztą w tamtych czasach w ogóle wszystkie programy telewizyjne było grane „na żywo”. Prowadzący i goście – co dzisiaj trudno sobie wyobrazić – w studiu w trakcie programu palili papierosy. To było normalne.

I tak Teatr Sensacji oraz inne spektakle były transmisją bezpośrednią. Nie było możliwości korekt. Sam pamiętam jakiś Teatr Telewizji, w którym aktor szarpał za klamkę drzwi, a ściana, dekoracja w tym momencie niepokojąco drżała. To dodawało autentyzmu.
Czołówkę z charakterystycznym wężem zaprojektował Eryk Lipiński. Fot. PAT
W czasie „Kobry” miliony widzów siedząc w skupieniu przed ekranami telewizorów, najczęściej w licznym gronie sąsiadów, w milczeniu przeżywało kryminalną intrygę. Jak w prawdziwym teatrze.

Powiew Zachodu

„Kobra” pojawiła się na ekranach telewizorów w roku 1956 i była na swój sposób zapowiedzią i częścią odwilży. Przyniosła nową jakość. Intrygę i emocje zamiast polityki i propagandy. Choć w niektórych przedstawieniach musiały się pojawić wątki polityczne, bo przecież oficer milicji nie mógł być zły, to jednak fabuła i zawarta w niej intryga zawsze wygrywały, bo były ważniejsze. „Kobra” pozwalała oderwać się od peerelowskiej siermieżności i bylejakości. Miała być rozrywką i nią była, co była w tamtych czasach zjawiskiem wyjątkowym.

Teatr Sensacji składał się z trzech członów: kryminalnej „Kobry”, która miała czołówkę z charakterystycznym wężem (zaprojektowaną przez Eryka Lipińskiego), przedstawień sensacyjnych z czołówką z pająkiem oraz z przedstawieniami fantastycznymi, czyli Teatrem Sfinks. Pomysłodawczynią i organizatorką Teatru Sensacji była telewizyjna dziennikarka Illa Genachow.

Dzwonki do drzwi. Domokrążcy czasów PRL

Chłoporobotnicy zbierali suchy chleb dla konia. Cyganki wróżyły, Cyganie sprzedawali patelnie. Kominiarze składali życzenia. Kobiety ze wsi przywoziły nabiał i mięso. Sąsiedzi pożyczali maszynkę do mielenia kawy.

zobacz więcej
Innym ważnym elementem były detale dekoracyjne, które wprowadzały bohaterów w świat Zachodu, bo „Kobry” często były adaptacjami światowej sławy autorów, takich jak Agata Christie i Georges Simenon. Te detale to amerykańskie, angielskie lub francuskie papierosy palone przez bohaterów spektaklu. Stojąca na stoliku lub w barku oryginalna butelka whisky, dżinu czy koniaku. Egzemplarz zachodniej gazety lub jakaś świecąca reklama. Ta ostatnia zapewne wypożyczona z wolnocłowego sklepu „Baltony” lub z banku Pekao, bo w latach 60. nie było jeszcze sklepów Peweksu i za bony lub dolary zachodnie produkty kupowało się właśnie w tym banku.Te detale to był w „Kobrach” powiew wielkiego świata, równie emocjonujący jak sama intryga spektaklu.

Tacy aktorzy jak Stanisław Zaczyk, Edmund Fetting czy Andrzej Łapicki, którzy grywali w Teatrze Sensacji, w oczach ówczesnej widowni mieli aparycję bardziej zachodnią, czyli w potocznym rozumieniu bardziej szlachetną i nie nadawali się zupełnie do ról proletariuszy. Swoim wyglądem i grą dawali poczucie pewnej elitarności.

W ogóle Teatr Sensacji przyciągał wybitnych reżyserów i aktorów, ci ostatni zaś mieli szansę pokazać się od innej strony, w inny sposób zagrać. A ogromna widownia dawała satysfakcję i nagradzała to, doskonale wzmacniając ich popularność.

Starcie z Kojakiem i Colombo

Lata 60. to jeszcze czasy pionierskie. Później, gdy TVP przeniosła się do nowych obiektów na Woronicza, coraz częściej rejestrowano spektakle przed emisją, a sama telewizja przestawała być czarno-biała, zmieniając się w kolorową. Pojawiły się też większe pieniądze. Spektakle kręcono z większym rozmachem.

W latach 70. zdjęcia robiono w plenerach, wykorzustując do nich często niedawno powstałe budynki, nowe hotele i biura, które udawały zachodni i amerykański rozmach, zaś widzowie zastanawiali się, gdzie co sfilmowano. Jednak wyjście ze studia odmieniło „Kobrę”. Przestała już być teatrem, coraz częściej przypominała filmy lub tak naprawdę nimi była.
Tacy aktorzy jak Stanisław Zaczyk, Edmund Fetting czy Andrzej Łapicki (na zdjęciu z lewej w spektaklu „Podwójny żart) nie nadawali się do ról proletariuszy. Fot. Zygmunt Januszewski/PAT
Również „Stawka większa niż życie” na początku była spektaklem teatralnym. W latach 1965-1967 TVP wyemitowało 14 odcinków i dopiero ich sukces spowodował, że później nakręcono serial. Popularność „Stawki” wynikała z pewnej potrzeby widzów.

Zachodnie intrygi kryminalne poruszały się często wokół tematów dotyczących spadków i milionowych polis, co w tamtym czasie było problemem abstrakcyjnym dla polskich widzów. Z kolei wojenne tajemnice to był temat potrzebny i oczekiwany przez krajowych widzów.

Z drugiej strony pojawiła się większa niż wcześniej konkurencja w postaci filmów i seriali kryminalnych. W latach 60. telewizja pokazywała w Polsce właściwie dwa zachodnie seriale, które zrobiły furorę. To był amerykański „Ścigany” i przede wszystkim przygody Simona Templera z Rogerem Moore’m, czyli „Święty”. Lata 70. to już epoka poruczników Colombo lub Kojaka oraz francuskiego dżentelmena-włamywacza Arsène’a Lupin.

Zabrał kapelusz dygnitarzowi, drugiej osobie po Gomułce

Skończyło się to nerwowym bieganiem po mieście. Andrzej Dobosz opowiada o Erwinie Axerze w 10. odcinku programu „Z pamięci”.

zobacz więcej
W tamtych czasach sukcesu nie odniósł tylko serial „Banacek”. Była to historia prywatnego detektywa polskiego pochodzenia Thomasa Banacka (czytanego jako Banaczek). Jak można się domyślać serial poniósł w Polsce porażkę, ponieważ główny bohater komentował ekranową rzeczywistość „polskimi” przysłowiami w rodzaju (cytuję z pamięci): „Jeśli jesz barszcz to uważaj, żebyś zamiast kartofla nie natrafił na granat”. Może dla Amerykanów była to pociągająca egzotyka, ale dla naszego widza było to chyba zbyt ciężkie doświadczenie.

Polscy reżyserzy próbujący w Teatrze Sensacji wystawiać adaptacje klasyki kryminału na wzór amerykańskich filmów, musieli przegrać z oryginałami, bo w polskich kinach można było już wtedy obejrzeć „Klute”, „Trzy dni Kondora”, „Maratończyka” i wiele innych. W peerelowskich miastach natomiast z trudem udawało się odtworzyć realia i klimat Nowego Jorku czy nawet Londynu. Choć trzeba przyznać, że w przypadku polskich kryminałów plenery dodawały „Kobrze” walorów autentyzmu i bez wątpienia były wielką zaletą. W jednym i drugim przypadku mieliśmy do czynienia z dobrą reżyserią i przede wszystkim ze świetną obsadą aktorską.

Telewizyjny Teatr Sensacji dotrwał do początków lat 90. W pierwszych kilkunastu lat swego istnienia był grany niemal co tydzień. Potem coraz rzadziej, bo coraz częściej ustępował miejsca atrakcyjnej propozycji filmowej. Jednak blisko cztery dekady „Kobry” stworzyły jedną z najpiękniejszych kart telewizji w Polsce.

– Grzegorz Sieczkowski

TYGODNIK TVP, ul. Woronicza 17, 00-999 Warszawa. Redakcja i autorzy

Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.