Cywilizacja

Zabijają. Są coraz gorsze i tańsze. A coraz bardziej pożądane

Produkcja ubrań w ciągu ostatnich 15 lat zwiększyła się dwukrotnie, do 100 miliardów sztuk rocznie. Ludzkość jeszcze nigdy nie tworzyła tak dużo tkanin, nie stosowała środków chemicznych na tak masową skalę i nigdy nie było tak dużej ich kumulacji w jednym regionie świata, czyli Azji Południowo-Wschodniej. Jakie są tego skutki?

Wymieniamy zawartość naszych szaf znacznie częściej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Nie tylko z powodu bogacenia się społeczeństwa, ale głównie za sprawą skutecznych strategii reklamowych firm odzieżowych. Powstał nawet nowy zawód: blogerka modowa. To on wznieca szał tysięcy, a nawet milionów konsumentów na kolejne, nawet najdziwniejsze wzory ubrań czy butów. Rozchodzą się w galeriach handlowych, przez internet i nawet specjalne aplikacje. Coraz więcej, coraz taniej.

I tylko na obrzeżach tego konsumpcjonizmu rodzą się wyrzuty, że aby modnisie chodziły po ulicach w klapkach z futerkiem, to w fabrykach ubrań w Bangladeszu pracują w niewolniczych warunkach miliony ludzi, w tym dzieci. Bo to w tym kraju produkuje się około 30 procent odzieży, którą nosimy. Kto dziś pamięta, że zawalenie się fabryki tekstylnej w Dhace w roku 2013 pochłonęło 1134 istnienia ludzkie, choć nieoficjalne dane mówią o znacznie większej liczbie? Wśród gruzów były też metki jednej z dużych polskich spółek odzieżowych.

Ta katastrofa budowlana, uznana za największą w czasach współczesnych pod względem liczby ofiar śmiertelnych, pokazała, że wyzysk nie zakończył się w XIX wieku. Trwa w niektórych regionach świata. A nie zanosi się na żadną akcję o sile #metoo, polegającą na bojkocie odzieży tzw. fast-fashion. Czyli tej jednosezonowej, taniej, której produkcja — poza wyzyskiem ludzi w Azji — jest związana z bezmyślnym wykorzystywaniem zasobów naturalnych, nakręcaniem spirali konsumpcji i brakiem refleksji, co dzieje się z masowo produkowanymi ubraniami do kilkurazowego użytku po tym, jak wyrzucimy je do kontenera na odzież używaną.

Niedawno jedna z marek znalazła się co prawda w ogniu krytyki, ale nie za całokształt tekstylnego biznesu, tylko za reklamę z czarnoskórym chłopcem w bluzie z napisem „Coolest monkey in the jungle” (pol. „najfajniejsza małpka w dżungli”). Fakt, że w innym rejonie świata dzieci pracują w fabrykach przyjmujących od tej firmy zlecenia, już konsumentów nie oburzył.
Czy zastanawiałeś się, kto i jak produkuje nasze ubrania?
Przemysł odzieżowy pokazuje szaleństwo kultury konsumeryzmu – ulegania nadmiernej konsumpcji dóbr. Według analizy Cambridge Econometrics, w krajach rozwiniętych realne ceny ubrań i obuwia w odniesieniu do zarobków spadają z każdą dekadą. Stają się one wręcz śmiesznie tanie przy sile nabywczej mieszkańców Europy Zachodniej. Za kilkanaście euro, które zarabia w godzinę kasjerka zachodnioeuropejskiego supermarketu, można kupić wiele T-shirtów lub parę dżinsów.

Wyprzedaże sezonowe organizowane są już częściej niż cztery razy w roku, choć tylko tyle mamy pór roku, ergo – wymian garderoby na cieplejszą czy lżejszą. Powstało wręcz nowe święto: „Black Friday”, czyli wyprzedażowy dzień dziękczynienia albo sprzedażowa wielkanoc.

Nie ma się co dziwić, że sprzedaż dwóch popularnych globalnych firm – hiszpańskiej Inditex, właściciela m.in. marki ZARA, a także szwedzkiego H&M – sięga 25 miliardów dolarów rocznie i ciągle rośnie. ZARA bije też rekordy w mediach społecznościowych, jest śledzona przez ponad 25 milionów fanów na Facebooku. H&M ma ponad 4700 sklepów na świecie i ponad 170 w Polsce. A są to – odpowiednio – tylko trzecia i siódma firma w subrankingu Global 2000 największych firm odzieżowych świata, który publikuje amerykański magazyn „Forbes”. Na pierwszym miejscu jest Christian Dior, z przychodami wynoszącymi w 2017 roku 43,6 mld dol., a na drugim Nike z 33,8 miliarda dolarów.

Apologeci wolnego rynku rzecz jasna łatwo obalą zarzut, że pracownicy w Bangladeszu czy Pakistanie mają rażąco niskie wynagrodzenia, poniżej 5 euro dziennie. Bo przecież to dzięki temu przemysł w tych krajach się rozwija i tworzone są miejsca pracy, gdyby nie fabryki – całe rodziny nie miałyby źródła utrzymania. Ale czy naprawdę chcemy, by pracowali w nieludzkich warunkach? Żeby odpowiedzią na przeludnione azjatyckie miasta i fabryki bez norm bezpieczeństwa były uśmiechnięte twarze zamożnego Zachodu, galerie handlowe, globalny marketing i miliony followersów odzieżowych marek na Instagramie? Jakie koszty hedonistycznego materializmu ponosi naprawdę ludzkość?

Śmieci z szafy

Szafy jeszcze nie są z gumy, mają ograniczoną pojemność. A zatem szaleństwo zakupów musi się przekładać na wzrost liczby odzieży, której trzeba się pozbyć, aby zrobić miejsce dla nowych butów i ubrań.

Produkcja ubrań na świecie w ciągu ostatnich 15 lat zwiększyła się aż dwukrotnie, z 50 miliardów do 100 mld sztuk rocznie. Jednocześnie nosimy odzież coraz krócej – spada średnia liczba razy zakładania bluzki czy spodni przed tym, zanim uznamy je za nadające się do wyrzucenia.
Opracowanie The Circular Fibres Initiative ilustruje, jak w XXI wieku zmieniły się nasze standardy konsumenckie. Grafika: Ellen MacArthur Foundation, tłumaczenie Cezary Korycki.
W zamożnych krajach nakręcona przez marketing spirala zakupów sprawia, że ubrania są wyrzucane, choć z powodzeniem mogłyby być jeszcze używane. Ale zaraz, wyrzucane? Przecież ładnie posortowane i uprane rzeczy wkładamy wspaniałomyślnie do kontenerów na odzież używaną!

Niestety, tylko nam się zdaje, że robimy coś dobrego, przekazując niechciane już ciuchy dalej – biedniejszym i potrzebującym. To już tak nie działa, daje nam tylko wygodne usprawiedliwienie. Dla przykładu, w Polsce pojemniki zwyczajowo nazywane „PCK” nie mają wiele wspólnego z Polskim Czerwonym Krzyżem. Zarządzająca nimi firma jedynie przekazywała część środków ze sprzedaży i recyklingu ubrań na rzecz PCK. Organizacja poprzez pojemniki nie prowadzi zbiórki i dystrybucji używanej odzieży dla osób potrzebujących czy dzieci z biednych rodzin.

Z kontenerów do największego w Polsce składowiska używanej odzieży trafia dziennie 300 ton ubrań. Jedynie część trafia powtórnie na rynek jako asortyment popularnych „lumpeksów”, bardziej wyszukanie nazywanych „secondhandami”. Spora partia jest wysyłana do krajów Trzeciego Świata. Pozostałe przerabiane są na czyściwo do maszyn albo stają się źródłem energii – są spalane w cementowniach.

O ile nasi przodkowie nosili konfekcję z wełny, bawełny czy lnu, które są bardziej trwałe i pochodzą w 100 proc. z naturalnego surowca, to skład materiałowy współczesnej odzieży nie pozwala na jej biodegradację. Dziś odzież naturalna stała się dobrem luksusowym. A w „sieciówkach” dominują tkaniny z domieszką elastanu, poliestru, z plastikowymi elementami, które – przy wspomnianej produkcji 100 miliardów sztuk rocznie i krótkim czasie używania produktu – stają się globalnym problemem ekologicznym.

Dowodzą tego najnowsze, niepokojące doniesienia badaczy środowiska. Włókna z polietylenu (PET), poliakrylonitrylu (PAN) i nylonu – masowo stosowane w przemyśle „fast-fashion” – w trakcie prania rozpadają się na drobne cząsteczki przenikające do wody. Wiele krajów zakazało stosowania mikroplastiku w kosmetykach, ale okazuje się, że cząsteczki związków syntetycznych trafiają do wody głównie w wyniku prania i ścierania się naszej odzieży. Tym samym wchodzą na stałe do wodnego obiegu ekosystemu.

Naukowcy z University of Minnesota zbadali 159 źródeł wody pitnej w różnych miejscach świata, w tym w budynku amerykańskiego Kongresu i nowojorskiej Trump Tower. Okazało się, że aż 83 proc. próbek było zanieczyszczonych niedostrzegalnym dla wzroku mikroplastikiem. Jeszcze nie istnieją badania potwierdzające cały zły wpływ tych cząsteczek na ludzkie zdrowie. Są natomiast poważne podejrzenia, że zaburzają gospodarkę hormonalną człowieka i wywołują choroby autoimmunologiczne.
Jak pokazuje opracowanie Ellen McArhur Fundation, aż pół miliona mikrowłókien spływa do wody w czasie prania ubrań, a 73 procent odzieży trafia po użyciu na składowiska śmieci lub jest spalana. Grafika: Ellen MacArthur Foundation, tłumaczenie Cezary Korycki.
Zanim jednak T-shirty, dżinsy czy bluzki trafią do naszych pralek, muszą być wyprodukowane i zabarwione. Przechodząc przez kolejne cykle krótkiego życia produktów „fast-fashion” dochodzimy do etapu ich wytwarzania, z których najważniejszym jest barwienie.

„Hydrobójstwo” w barwach indygo

Tkaniny były barwione od zawsze. Jednak ludzkość nigdy wcześniej nie produkowała tak dużo tkanin. Nigdy też na tak masową skalę nie stosowano środków chemicznych. Nigdy nie było tak dużej ich kumulacji w jednym regionie świata, czyli Azji Południowo-Wschodniej. Globalizacja i poszukiwanie taniej siły roboczej sprzęgły się tu z dążeniem biznesu do inwestowania w miejscach, gdzie nie chroni się ani praw pracowniczych, ani środowiska naturalnego.

Kanadyjski film Davida McIlvride „The RiverBlue: Can Fashion Save the Planet?” (pol. „Błękitna Rzeka: czy moda może uratować planetę?”) pokazuje, ile szkody naturze wyrządza produkcja odzieży. I to przez rzecz, którą zna i używa każdy: parę dzinsów. Inspiracją dla reżysera były materiały NASA – na zdjęciach satelitarnych widać rzeki w chińskim zagłębiu przemysłu tekstylnego Xintang, zanieczyszczone niebieskim barwnikiem. A to tylko jeden z najbardziej drastycznych przykładów degradacji środowiska w południowej Azji.

Chiński dystrykt produkuje 300 milionów par dżinsów rocznie, prawie jedną trzecią światowej produkcji. Wytworzenie każdej pary, według naukowców, wymaga zużycia ponad trzech tysięcy litrów wody i pokaźnej liczby chemicznych barwników.

To wszystko spływa do chińskiej Rzeki Perłowej. Nie inaczej jest w Bangladeszu czy Indiach, kolejnych globalnych zagłębiach produkcji tekstyliów. Stężenie rakotwórczych pierwiastków chemicznych w wodzie pitnej przekracza tam wszystkie możliwe normy, ale oczywiście nierespektowane w tamtym rejonie świata. – Popełniamy „hydrobójstwo”, z premedytacją odbieramy życie naszym rzekom – mówi Sunita Narain, ekologiczna aktywistka z indyjskiej organizacji Centrum Nauki i Środowiska.



Opowieść rozpoczęta w świecie galerii handlowych i sklepów z odzieżą, wiodąca przez fabryki, prowadzić nas musi do samego początku procesu, którego produktem końcowym jest nasz T-shirt. To oczywiście plantacja bawełny.

100 proc. toksycznej bawełny

Coraz większa produkcja przemysłowa oznacza, że nadążyć za nią muszą uprawy surowca. Światowe plantacje pochłaniają aż 25 procent zużywanych na ziemi środków owadobójczych i podobną liczbę pestycydów. Dzięki temu rośnie wydajność, przykładowo: w Chinach wzrosła z 1093 kilogramów na hektar w roku 2000 do 1584 kg w 2016. A przecież w rolnictwie cudów nie ma, są tylko coraz lepsze środki ochrony i nawozy.

Ludzkie śmieci widać z kosmosu wyraźniej niż Wielki Mur Chiński. Zabija nas „toksyczna zupa”

Trudno nam zapamiętać i stosować 10 przykazań bożych, a co dopiero aż 62 punkty odpowiedniego sortowania śmieci z instrukcji Ministerstwa Środowiska.

zobacz więcej
Pestycydy zaś niszczą ziemię i ludzi zajmujących się uprawami. Coraz więcej jest przypadków raka oraz wad wrodzonych u dzieci indyjskich rolników. A i tak coraz więcej inwestuje się w środki chemiczne walczące ze szkodnikami i wirusami roślin, które dostosowują się do poprzednich wersji środków. Większość bawełny uprawianej na całym świecie jest przy tym także modyfikowana genetycznie.

Wydatki plantatorów na owe chemikalia stanowią ponad połowę kosztów upraw. Aktywiści organizacji zrównoważonego rozwoju coraz częściej mówią o uzależnieniu tego przemysłu od środków chemicznych i zadłużeniu, w które wpadają setki tysięcy rodzin posiadających niewielkie plantacje.

Analiza organizacji Sustainable Trade Initiative „The True Price of Cotton from India” wskazuje, że cena bawełny z Indii, a tym samym naszego T-shirtu czy dżinsów, nie zawiera prawdziwych kosztów jej wytworzenia, czyli tych generowanych zarówno w środowisku naturalnym, jak i społecznym kraju produkcji. Według opracowania, koszty degradacji środowiska, zużytej wody, a także niedostatecznie opłacanych pracowników, których standardy zatrudnienia są inne niż w Europie, wynoszą średnio ponad pięć euro na każdego wyprodukowanego T-shirta. Oznacza to, że za bawełnianą koszulkę musielibyśmy zapłacić nie na przykład 50, a 75 złotych. Oczywiście jeżeli nadal uważamy, że kupowanie nietrwałych, produkowanych w opisywany sposób rzeczy jest nam niezbędne.

– Cezary Korycki
odc. 72, Tkaniny
Zdjęcie główne: Za kilkanaście euro, które zarabia w godzinę kasjerka zachodnioeuropejskiego supermarketu, można kupić wiele T-shirtów lub parę dżinsów. Fot. Shutterstock
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Trzeba rozmawiać. Tylko czy to wciąż możliwe?
Cóż, chciałem tylko opisać okradzionych romantyków…
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polski „doktor fizyki z bratem” obalają Einsteina. Czyli naukowo...
Uczony mówi rzeczy trudne. Pseudonauka wskazuje, na kogo zwalić winę.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy brodacze lepiej się rozmnażają?
Drwal – to dziś wzorzec z Sèvres męskości.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Francuskie marzenia o oświeconym islamie
Emmanuel Macron między poprawnością polityczną a „islamofobią”.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Wnuczek” zatrudnia taksówkarza
Jedna podniosła koszulkę i starszemu panu pokazała piersi. Druga obszukiwała jego szafki.