Kultura

Czekając na koniec świata

To osobliwe zjawisko na mapie polskiej kultury. Zespół z Podlasia sięga po środki artystyczne, które mogą szokować, a zarazem z respektem traktuje polskie patriotyczne uniesienia.

W sobotę 30 czerwca w Supraślu rozpoczyna się festiwal Podlasie Slowfest, podczas którego będzie można obejrzeć spektakle Towarzystwa Teatralnego Wierszalin, jednego z czołowych europejskich teatrów alternatywnych. Z kolei od 29 czerwca do 2 lipca odbywa się w Sopocie Festiwal Dwa Teatry, relacjonowany na bieżąco w TVP Kultura (w poniedziałek 2 lipca o godz. 19 transmisja uroczystej gali).

Dziki, ekstatyczny taniec, aktorstwo na skraju opętania, uduchowione, przepojone prawosławnym mistycyzmem śpiewy, ale i niemal wulgarne „momenty”, obnażające marność ludzkiej fizjologii i moc pierwotnych instynktów – wszystkiego tego można doświadczyć podczas przedstawień Wierszalina.

Rzecz na pierwszy rzut oka zadziwiająca: za swą siedzibę grupa obrała Supraśl, niewielkie miasteczko pod Białymstokiem, liczące niespełna 5 tys. mieszkańców. I reżyser Piotr Tomaszuk oraz jego zespół pracują i grają tam już od niemal 30 lat (z kilkuletnią tylko przerwą). Jaką rację bytu ma teatralna awangarda w małym, prowincjonalnym miasteczku?

Supraśl to, owszem, miejsce historycznie bardzo istotne i obdarzone dużym potencjałem turystycznym. Wyliczmy choćby zabytki, a lista ta doskonale streszcza dzieje miejscowości: zrekonstruowana XVI-wieczna, prawosławna cerkiew i spory kompleks budynków przyklasztornych, dwa kościoły oraz dwa cmentarze: katolicki i ewangelicki, pałacyki XIX-wiecznych, niemieckich przedsiębiorców i pozostałości ich fabrykanckiej potęgi.

Prorok z Podlasia

Nie zachowały się niestety po katastrofie II wojny światowej ślady społeczności żydowskiej. Jednak już ta prosta wyliczanka daje pojęcie, jaki tygiel kultur, religii i warstw społecznych trwał tu przez wieki: prawosławni, a potem unici, wyznawcy judaizmu, katolicy, protestanci, a na dodatek: Rusini, Polacy, Litwini, Niemcy, Tatarzy, Rosjanie i Białorusini. Wreszcie: ciemni chłopi, drobna szlachta, orientalni mnisi, pokątni handlarze, rabini, surowi pastorzy, księża, fabrykanci o europejskich ambicjach i zbiedniali robotnicy.

Ten barwny wachlarz historycznych tożsamości, związanych z Supraślem, ale i – szerzej – z Podlasiem, odgrywa w przypadku Wierszalina pierwszorzędne znaczenie, bo nie mamy do czynienia z miejskim teatrem repertuarowym, gdzie raz gra się Czechowa, a innym razem Szekspira. To raczej instytucja. Całym sensem jej bycia jest zakorzenienie w lokalnej historii, legendzie i micie. To z nich właśnie Wierszalin wywodzi opowieści, które następnie przedstawia widowni.

A gdy o micie i geografii mowa, to warto wyjaśnić, że jeszcze jedno miejsce – tyleż realne, co wyobrażone – ma dla rodowodu tego teatru zasadniczą wartość. To sam Wierszalin, a więc miejscowość, od której zespół wziął swą nazwę. A wcześniej domniemana stolica świata, Niebiańskie Jeruzalem, w którym wyznawcy proroka Ilji spodziewali się doświadczyć końca świata i oczekiwali nadejścia Królestwa Bożego.

Wszystko zaczęło się na początku ubiegłego wieku, kiedy to ubogi białoruski chłop – analfabeta, Eliasz Klimowicz powziął – bombastyczny, zważywszy na jego nader skromne możliwości – zamiar budowy cerkwi w rodzinnej Grzybowszczyźnie niedaleko Krynek. Motywacją do tego miał być proroczy sen. I pielgrzymka do charyzmatycznego rosyjskiego duchownego prawosławnego, Jana z Kronsztadu, który ponoć wyjaśnił Eliaszowi, że Bóg za pośrednictwem snu domaga się budowy świątyni.

Jednak aż do lat 20. nie udało się pobożnemu chłopu ukończyć budowy. A kiedy wreszcie w 1929 r. cerkiew stanęła, Ilja zaczął popadać w coraz większe konflikty z Kościołem prawosławnym w osobie jego wyświęconych przedstawicieli.



Poszło – jak się zdaje – o coraz większy rozgłos i wpływy, jakimi cieszył się Klimowicz wśród swoich stronników. Bo też ci ze stronników zaczęli zamieniać się w uczniów, a z uczniów w wyznawców, sam zaś Ilja ogłosił się, zstępującym powtórnie na ziemię, starotestamentalnym prorokiem Eliaszem. Niektórzy – a może i on także – dostrzegli w jego naznaczonej ciężką pracą twarzy wizerunek samego Chrystusa.

Pochód jeźdźców apokalipsy

W latach 30. do Ilji zjeżdżali – wiedzeni sławą cudownych uzdrowień i baśniowych objawień – prawosławni chłopi ze wszystkich wschodnich terenów II Rzeczypospolitej, nawet z odległego Wołynia. Niedługo przed wybuchem wojny Klimowicz zebrał swoich wyznawców, by ogłosić założenie obok Grzybowszczyzny Nowego Jeruzalem, gdzie nastąpi koniec świata. I tak powstał Wierszalin.

Sekciarze porzucali swe obowiązki, majątki oraz role społeczne i osiedlali się w świętym mieście Boga. Apokalipsa jednak nie nastała w określonym terminie. Może tym należy tłumaczyć, że w końcu część wyznawców Ilji postanowiła proroka ukrzyżować, by dopełnić dzieła zbawienia.

I to jednak z nieznanych do końca przyczyn się nie powiodło. Aż w końcu przyszedł czas i na ukrzyżowanie, i na mroczny pochód jeźdźców Apokalipsy. Wraz z nastaniem II wojny światowej i inwazją Sowietów na Polskę, Eliasz Klimowicz został najprawdopodobniej aresztowany i jako propagator, uwsteczniających lud zachodniej Białorusi, religijnych zabobonów, wywieziony w głąb ZSRR. Ślad i pamięć po nim zaginęły na prawie pół wieku.

Pielgrzymki PRL-owskich hipisów

W latach 70. zrekonstruowaną, w pewnej mierze jednak hipotetyczną, bo niemogącą wydostać się z komunistycznego czyśćca niepamięci, historię sekty wierszalińskiej opisał w słynnym reportażu religioznawca i pisarz Włodzimierz Pawluczuk. Do Wierszalina, a raczej do jego śladów znów zaczęli zjeżdżać ludzie złaknieni wyjątkowych przeżyć. Tym razem byli to PRL-owcy hipisi, twórcy kultury i kontrkultury z samym Jerzym Grotowskim na czele.
Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim
Potrzeba było jednak dopiero młodego reżysera Piotra Tomaszuka i dramaturga, a wcześniej krytyka teatralnego, Tadeusza Słobodzianka, a także zespołu początkujących aktorów, by religijna gorączka proroka Ilji na trwałe wpisała się w krajobraz polskiej sztuki. To właśnie oni w 1991 roku założyli teatr, który w nazwę wpisał Wierszalin niczym swoje godło i powód do dumy.

Nie chodziło przy tym tylko o barwną anegdotę czy podkreślenie wagi lokalnego, podlaskiego rodowodu sztuki, którą będzie się w Supraślu uprawiać. Znacznie istotniejszy był trop duchowości, kryptonimowany przez historię ludowego herezjarchy spod Krynek. Chodziło o teatr odważnie sięgający po tematy religijne, traktowane tu jednak z nieco paradoksalnej perspektywy: z jednej strony intensywność, hipnotyczna i emocjonalna siła wyrazu, z drugiej zaś – dystans, szukanie szlaku osobnego i nieledwie heretyckiego w mówieniu o sprawach wiary – jakby teatr, będący z konieczności medium naśladującym religijny rytuał, ale do końca nim nie będący, nie mogący nigdy stopić się w pełni ze sferą sacrum.

W historii proroka z Grzybowszczyzny jest jeszcze jeden ważny motyw, który jak święty wzorzec będzie odbijał się w kolejnych przedstawieniach grupy: motyw losu człowieka wyrwanego z bezczasu szarej, nierzadko wiejskiej codzienności, brutalnie wplątanego nagle w tryby wielkiej historii.

Sekciarski patronat i osadzenie w niepozornym, prowincjonalnym kontekście ma również czysto artystyczny sens. W geście upartego trzymania się Supraśla i Wierszalina kryje się nawiązanie do historii wielu XX-wiecznych grup artystycznych, które – biorąc sobie za cel poszukiwanie nowych albo tylko własnych środków wyrazu – celowo oddalały się od kulturowych centrów, by w pracy nieledwie laboratoryjnej wykuwać język swojej sztuki. Tak było w USA, w Rosji, w Europie, ale i w Polsce już przed wojną u wybitnego aktora i wizjonera sztuki, Juliusza Osterwy.

Jego teatr, Redutę, nierozumiany przez wielu współczesnych, szyderczo porównywany – ze względu na surowość reguł pracy i życia – z klasztorem, można rozumieć jako antycypację tych wszystkich teatrów poszukujących w drugiej połowie XX wieku. Im nie wystarczała sztuka jako mieszczański zawód. W tworzeniu widziały one misję nieomal duchowej natury.
Bóg Niżyński
Wierszalin jest jednym z takich teatrów. Piotr Tomaszuk wspominał początki grupy w wywiadzie, udzielonym „Kurierowi Porannemu” w 2016 r.: „Miał to być teatr, który byłby bardziej wspólnotą przyjaciół i ludzi, których łączy pewna idea, niż zakładem pracy. Cały czas w 100 procentach jestem przekonany, że wtedy mieliśmy całkowitą rację. Pozostałem wierny tej idei. To, co ludzi w teatrze tak naprawdę łączy, to idea i miłość do sztuki. Nie przywiązanie do etatu”.

Już pierwsze sztuki Wierszalina odniosły ogromny sukces wśród publiczności i krytyków. Zespół w ciągu kilku pierwszych lat istnienia sięgał po znaczące, również międzynarodowe laury, był trzykrotnym zdobywcą nagrody Fringe First na festiwalu w Edynburgu. „Turlajgroszek” – okrutna baśń na motywach podlaskich podań ludowych, „Merlin – inna historia”, czyli „przepisany” przez Słobodzianka cykl legend arturiańskich czy „Klątwa” według Stanisława Wyspiańskiego z jej mroczną wizją Bożej pomsty na wsi, wzbudziły entuzjazm także za sprawą walorów estetycznych: odwołań do kostiumów, rekwizytów, dźwięków i stylu aktorskiej obecności jakby żywcem wyjętych z pogranicza polsko-białoruskiego.

Był to świat pełen niezwykle sugestywnych wyobrażeń religijnych i zarazem do cna prymitywnych żądz, prostego współczucia wiejskich staruszek, co to serca mają na wskroś otwarte, a zarazem brutalności chłopskiej rodem ze wschodnich satrapii. W portretowaniu tego świata i jego zaczarowywaniu pomagały lalki, często stylizowane na sztukę naiwną. Ich obecność przeplatała się z grą żywych aktorów i ze scenami zbiorowych obrzędów, inkrustowanych monotonnym śpiewem, imitującym cerkiewne pienia.

Dziewczyna z brodą

Po kilku latach wspólnej pracy z zespołu, w wyniku konfliktu z Tomaszukiem, odszedł Słobodzianek. Wierszalin grał jednak nadal i wystawiał wciąż nowe spektakle, m.in. „Medyka” uhonorowanego na festiwalu w Edynburgu, „Głupa”, opartego na prawdziwej, lokalnej historii z okolic Zabłudowa oraz „Ofiarę Wilgefortis” na motywie zaczerpniętym z powieści Olgi Tokarczuk „Dom dzienny, dom nocny” – głośną sztukę o meandrach ludzkiej cielesności, ukazanych poprzez figurę tytułowej średniowiecznej świętej, która obiecała Chrystusowi czystość i której wyrosła broda, gdy niegodziwy pretendent do jej ręki próbował złamać ów dziewiczy ślub.

Data premiery ostatniego ze spektakli to rok 2000. Estetyka teatru zdawała się być wówczas ukształtowana: korzystała ze sztuki ludowej i średniowiecznej, z prawosławnych rytuałów i wybujałych obrzędów magicznych, przyswajała awangardowy gest Grotowskiego i Kantora, i stapiała to wszystko w wysoce indywidualny idiom własnej – wierszalińskiej – twórczości.
Chrześcijaństwo i co dalej?
Jednak w tym samym czasie Tomaszuka dopadły kłopoty finansowe i na kilka lat działalność Wierszalina została zawieszona. By móc doprowadzić do kolejnej premiery, reżyser musiał podobno sprzedać swój własny samochód. Być może także dzięki temu, w 2004 r. doszło do powstania przedstawienia „Święty Edyp”. To znana historia starożytnego władcy Teb, tyle że przeniesiona przez anonimowego XIV-wiecznego twórcę, a potem przez Tomasza Manna, w realia średniowiecznej Europy.

Intymny spektakl był opowieścią o klątwie, zesłanej na człowieka za sprawą jego seksualności, o pokucie i pragnieniu zbawienia, był także teatralną medytacją nad znaczeniem losu i ludzkiej woli. Teatr wrócił więc w tym przypadku do najstarszych, greckich korzeni.

A niebawem Wierszalin wrócił także do swojego lokalnego rodowodu, wystawiając w roku 2007 zabawny i przejmujący „Reportaż o końcu świata” według wspomnianego wyżej tekstu Włodzimierza Pawluczuka – spektakl wprost opowiadający historię Eliasza Klimowicza.

Wcześniej jednak Tomaszuk sięgnął w roku 2006 po opowieść o losach wybitnego tancerza i choreografa, Wacława Niżyńskiego, w przedstawieniu „Bóg Niżyński”. Rzecz rozgrywała się w szpitalu psychiatrycznym, gdzie – przygnieciony chorobą – tytułowy bohater dowiaduje się o śmierci swojego dawnego mentora i kochanka, Sergiusza Diagilewa. Na wpół obłąkany zamierza więc odprawić, a właściwie odtańczyć prawosławne nabożeństwo żałobne za jego duszę.

Ten precyzyjnie zrytmizowany i wyreżyserowany spektakl, z kapitalną tytułową rolą Rafała Gąsowskiego, stanowił refleksję nad religijnym znaczeniem sztuki i artystycznym znaczeniem odkupienia.

Później Wierszalin zrealizował jeszcze kilka świetnych przedstawień: m.in. „Marat/Sade” Petera Weissa (2008), „Anatomię psa” według prozy Michaiła Bułhakowa (2011), czy „Traktat o manekinach” na podstawie opowiadań Brunona Schulza (2011). Ten ostatni spektakl był wstrząsającą wypowiedzią na temat XX-wiecznych totalitaryzmów i ich mrocznego dziedzictwa.

Mesjanizm wiecznie żywy

Filip Memches: Czy zadaniem Polski i Polaków jest odegranie szczególnej roli w dziejach świata? A jeśli tak, to jakiej?

zobacz więcej
W części tych widowisk dało się odczytać wyraźne nawiązania do Teatru Śmierci Tadeusza Kantora, a więc takiej formuły przedstawienia teatralnego, które próbuje wskrzesić, choćby na chwilę, dawny, zapomniany, umarły świat, a zarazem z aktorów czyni reprezentantów ludzi zmarłych, których przywołuje się na czas zaistnienia teatralnej fikcji z drugiego brzegu Styksu. Ale czym innym niż wzywaniem duchów z głębin śmierci i niepamięci jest dzisiaj opowiadanie o Eliaszu Klimowiczu lub o innych ofiarach ubiegłowiecznych hekatomb?

Na przekór modom

Teatr Śmierci w naszej kulturze musi się jednak kojarzyć również z „Dziadami” Adama Mickiewicza i może właśnie dlatego w roku 2016 i 2017 Tomaszuk sięgnął po arcydramat wieszcza, rozpisując go na dwa przedstawienia i dwa wieczory teatralne. W inscenizacjach tych uderza intymność tonu, z jaką do romantycznego arcydzieła podeszli twórcy. Nie mogło zresztą być inaczej, bo niewielka widownia w Supraślu liczy niespełna 100 miejsc.

„Dziady” wierszalińskie prawdziwie rozpoczynają się w małej, cmentarnej kaplicy gdzieś na białoruskiej ziemi. Z teatralnej ciszy niespiesznie, po cichu wydobywa się głos guślarza – proszalnego dziada – granego przez samego Tomaszuka – i dźwięk liry korbowej, by zabrać nas najpierw w świat obumarłej ludzkiej duszy, a później obumarłej ojczyzny. Gustaw-Konrad Rafała Gąsowskiego to znów kreacja wybitna, hipnotyzująca siłą swego wyrazu w posługiwaniu się niełatwą, mickiewiczowską frazą.

I jeszcze coś zdumiewającego, wyjątkowego w krajobrazie dzisiejszego polskiego teatru: w Wierszalinie Mickiewicz zostaje przeczytany i przemyślany na poważnie, z całym bagażem patriotycznych, narodowych uniesień, melancholii i pytań, które zadaje III część „Dziadów”.

To wrażenie umacnia zresztą już sam wybór repertuarowy kolejnej, najświeższej premiery. Jest nią „Wykład” według „Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” Adama Mickiewicza. Przypomnijmy, że dzieło wieszcza, powstałe po klęsce powstania listopadowego, stanowiło rodzaj traktatu dydaktycznego dla popowstańczych środowisk emigracyjnych, a zarazem zawierało wykładnię sensu dziejów Polski i proroctwo na temat jej przyszłych losów. Tekst niewątpliwie niezwykle trudny do zainscenizowania, ale i stojący jakby na przeciwległym biegunie zainteresowań, gustów i mód większości dzisiejszych środowisk artystycznych.

Czy Wierszalin zadaniu podołał? O tym trzeba się przekonać samemu, najlepiej w Wierszalinie, tej wyobrażonej, ale przecież poprzez sztukę realnej, stolicy świata.

–Jakub Moroz
Zdjęcie główne: Nocna plenerowa prapremiera „Ofiary Wilgefortis”, 4 czerwca 2000 r. Fot. PAP/Zdzisław Lenkiewicz
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.