Kultura

Arogancki i bezduszny styl w pseudoekologicznym wcieleniu

Zaspokaja faraońskie ambicje. Działa na wyobraźnię. Poprawia wizerunek. Na naszych oczach spełnia się proroctwo Seweryna Baryki z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego. Modernizm wraca. A sprinterskie tempo, w jakim polscy architekci przebyli drogę od awangardy do socrealizmu i z powrotem, daje do myślenia.

Święta Teresa porównywała duszę ludzką do kryształowego pałacu. W XIX wieku szklane budowle stały się symbolem nowoczesności, w następnym stuleciu – lewicowej utopii. Dziś technologie pozwalają na realizację najbardziej ekscentrycznych pomysłów, ale chętnych do zamieszkania w przezroczystych apartamentach nie ma zbyt wielu.

Szkło równa się transparentność. Micheil Saakaszwili uznał, że przezroczyste komisariaty poprawią wizerunek gruzińskiej policji. Hasło: „Patrzcie, nie mamy nic do ukrycia!” przyświecało również architektom biurowców Unii Europejskiej i Markowi Budzyńskiemu, który zaprojektował warszawską siedzibę Sądu Najwyższego.

Szkło zaspokaja faraońskie ambicje. François Mitterand, opętany ideą pozostawienia po sobie pomnika trwalszego niż prezydenckie dekrety, wzbogacił Luwr o szklaną piramidę. Zdaniem entuzjastów konstrukcja „wyraża ideę absolutu”. Tradycjonaliści mówią o paskudnej narośli na szlachetnym obliczu Paryża.
Konstrukcja przypominała gigantyczną oranżerię i zajmowała powierzchnię cztery razy większą niż bazylika świętego Piotra w Rzymie. Crystal Palace wzniesiono w 1851 roku na Wystawę Światową. Fot. Wikimedia
Z kolei Londyn sześć lat temu, w samym środku kryzysu ekonomicznego, zafundował sobie wieżowiec The Shard (czyli „odłamek”). Ten szklany olbrzym, wysoki na 309 metrów z hakiem, pasuje do otoczenia jak pięść do nosa. Urodą też nie poraża, choć jest dziełem Renzo Piano, gwiazdy współczesnej architektury.

Szkło działa na wyobraźnię. Paul Scheebart, z urodzenia gdańszczanin, w 1914 roku przepowiadał nadejście pokojowej ery technokratów. Narzędziem i zarazem symbolem cywilizacyjno-kulturowego przewrotu miały stać się budynki, będące odpowiednikiem podziwianych przez niemieckiego fantastę gotyckich katedr. Światło słońca, księżyca i gwiazd wpadałoby swobodnie przez ich szklane ściany. Nocą domy, ogrzewane lampami i elektrycznymi dywanami, lśniłyby jak robaczki świętojańskie. „Ziemia założy biżuterię z brylantów i emalii” – prorokował autor „Glasarchitektur”. Wiarę, że ludzkość, zamieszkawszy w szklanych wieżach, wzniesie się na wyższy poziom moralny, podzielało wielu poważnych ludzi. Jak na złość, wkrótce po ukazaniu się manifestu Scheebarta wybuchła pierwsza wojna światowa.

Kolorowy zawrót głowy

Dwa lata wcześniej duch czasów natchnął Stefana Żeromskiego. Główny bohater powieści „Uroda życia”, rosyjski oficer polskiego pochodzenia, w marzeniach snutych na brzegu Wisły „był bohaterem-robotnikiem, który z piasków bałtyckich u ujścia tej rzeki stwarza przy pomocy siły fal morza szklane belki, tafle, skarpy, przyciesie, czopy (…) Piasek stał się najcenniejszym skarbem, dającym wszystkobudujące szkło: piękne szklane domy rolników, ze szklanemi meblami i sprzętami, kolorowe siedliska nowej, ze szkła powstałej sztuki, — siedliska zdrowia, w których zniszczone zostały choroby — szkarlatyna, ospa, tyfus, zimnica”.

Pisarz roztacza wizję wiejskich gościńców, wybrukowanych szklanymi taflami, szklanych stajni, obór i chlewów. No cóż, nie da się ukryć, że zdecydowana większość Polaków żyła wtedy na wsi.

W „Przedwiośniu”, wydanym w 1924 roku, Żeromski dał jeszcze większy upust fantazji. Domy – „istne gablotki” – wznoszone są tu w cztery dni z części, wyprodukowanych w fabryce, która jest kooperatywną własnością pracowników, techników i artystów. Nie ima się ich ogień ani pioruny. Podobnie jak u Scheebarta, futurystyczne konstrukcje mienią się feerią barw: „na tle okolic leśnych domy śnieżnie białe, w równinach — różowe, w pagórach — jasnozielone, z odcieniem fioletu, albo koloru nasturcji”.

Skąd brały się takie pomysły? Z Londynu i z Paryża. Autora „Syzyfowych prac” nie było jeszcze na świecie, gdy w stolicy dumnego Albionu wyrósł Pałac Kryształowy. Konstrukcja, zaprojektowana przez ogrodnika, przypominała gigantyczną oranżerię i zajmowała powierzchnię cztery razy większą niż rzymska bazylika świętego Piotra. Miała żeliwno-drewniany szkielet, ale bardziej rzucały się w oczy szklane płyty, w których przeglądały się błękit nieba i zieleń Hyde Parku. Crystal Palace zdawał unosić się nad ziemią. Jedna z najbardziej inspirujących budowli w dziejach ludzkości składała się z prefabrykowanych elementów. Można ją było łatwo rozebrać i złożyć w nowym miejscu, co też uczyniono po zamknięciu Wystawy Światowej, bez której pałac nigdy by nie powstał.
Mediolańska Galleria Vittorio Emanuele II zapierała dech w piersiach. Fot.PAP/DPA/Daniel Kalker
Odtąd, powiększony o dwie wieże, służył londyńczykom jako muzeum osobliwości, sala koncertowa i wesołe miasteczko. Konstrukcja, pomyślana jako tymczasowa, wrosła w krajobraz miasta, stała się jedną z jego ikon i atrakcją turystyczną. Każdy goszczący nad Tamizą cudzoziemiec czuł się w obowiązku ogarnąć spojrzeniem 84 tysiące metrów kwadratowych szkła.

Francuzi nie chcieli być gorsi. Na Wystawę Światową 1889 roku oprócz Wieży Eiffela wznieśli na Polach Marsowych Galerie de Machines. Mamucia halę długa na 420 metrów i na 150 szeroka, miała szkielet ze stali. Jej ogrom zachwycał i zarazem przerażał Gabrielę Zapolską. „Przychodzi mi na myśl, że jakiś niewidzialny potwór podtrzymuje na swych skrzydłach sufit Pałacu” – zwierzała się na łamach „Przeglądu Tygodniowego” .

Polka, Rosjanka, Żydówka. Miała słabość do pań i panów. Ale przede wszystkim – do sztuki

Żartowano, że gdyby spisała Biblię na nowo, byłaby ona lepsza od oryginału.

zobacz więcej
Konstrukcje, zwiastujące nadejście nowej, szklanej ery z miejsca stały się przedmiotem ideologicznych polemik. Postępowiec Nikołaj Czernyszewski siedząc w więzieniu, napisał książkę „Co robić?” Kryształowy Pałac pojawia się w niej jako element społecznej utopii, snu o nowej, sprawiedliwej Rosji. Fiodor Dostojewski uznał londyńską halę za projekt bezbożny, symbolizujący materializm i hipokryzję Zachodu.

Z powodu technologicznych ograniczeń przezroczyste domy pozostawały wciąż w sferze marzeń. Wznoszono jedynie pasaże handlowe ze szklanymi dachami i kopułami, będące przodkami dzisiejszych supermarketów. Mediolańska Galleria Vittorio Emanuele II zapierała dech w piersiach, lecz fantaści pożądali kryształowej metropolii i wymyślali dla niej efektowne lokalizacje. Wszystkich zakasował węgierski pisarz Mor Jokai umieszczając miasto przyszłości na biegunie północnym.

Symbol nowej wiary

Pod koniec XIX w. wizja wieżowców ze szkła i metalu zmaterializowała się w Ameryce za sprawą architektów ze szkoły chicagowskiej. Europa chciała czegoś więcej. Gwiazdą wystawy Werkbundu w Kolonii z 1914 roku był Bruno Taut, autor słynnego pawilonu szkła, wyglądającego jak świątynia nowoczesności.

Ojcem chrzestnym prototypowej budowli był nie kto inny, jak Paul Scheebart, który ułożył na tę okazję wierszowane aforyzmy typu „kolorowe szkło zniszczy nienawiść”, „kultura cegły wzbudza w nas litość” czy „w szklanym domu nie lęgnie się robactwo”.

Utopista Taut oczami wyobraźni widział już konstrukcje z żelaza, betonu i kryształu, wypełniające alpejskie doliny. Z tych ambitnych planów oczywiście nic nie wyszło. Większy wpływ na kształt architektury przyszłości wywarł Ludwig Mies, który w konkursie na biurowiec dla Berlina zabłysnął projektem 20-piętrowego drapacza chmur z kurtynową szklaną ścianą. Jednak najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Projekt pozostał na papierze, bo jego autor miał w Niemczech opinię teoretyka. Mies utrzymywał się z projektowania mebli. Rozwinął skrzydła dopiero w Stanach Zjednoczonych, gdzie stał się arcykapłanem najbardziej ascetycznej i bezdusznej wersji modernizmu.

Mistrz Morawieckiego, idol Miłoszewskiego. Wicepremier wraca do gry

Powinien być patronem studiów MBA, wzorem dla twórców startupów, przykładem dla polskich inwestorów.


zobacz więcej
W międzywojennej Europie przeważał pogląd, że architektura powinna być instrumentem estetycznej, moralnej i społecznej rewolucji. Dyrektor Bauhausu Walter Gropius marzył „o nowych budowlach przyszłości, które pewnego dnia zostaną wzniesione ku niebu rękami milionów robotników jako kryształowy symbol nowej wiary”.

Z demonami przeszłości chciano się rozprawić w sposób radykalny. Le Corbusier przedstawił plan, zakładający wyburzenie Marais, najbardziej zabytkowej, lecz zaniedbanej dzielnicy Paryża. Na gruzach feudalizmu miało wyrosnąć 18 szklanych wieżowców, po 60 pięter każdy. Był to nierealny projekt, lecz spełnił swoje zadanie – zapewnił Szwajcarowi status demiurga.

Modernistyczne wizje przebudowy rzeczywistości swój rozmach w dużym stopniu zawdzięczały hipnotyzującemu wpływowi, jaki wywierał na umysły Europejczyków bolszewicki eksperyment. Panowało przekonanie, że Lenin i spółka hołubią artystyczną awangardę, że dzięki wsparciu państwa na wschodzie zostaną zrealizowane pomysły, na zachodzie uznane za ryzykowne, lub wręcz szalone. Kreślarzy, zmuszanych do uwzględniania mieszczańskich gustów zastąpią urbaniści, lansujący estetykę klocków, pudełek i linii prostych. „Piękno to organizacja przestrzeni, a nie chaos zbytecznych ozdób” — głosiła grupa Praesens, polski odpowiednik Bauhausu.

Przyszłość była inna

Zdominowane przez sympatyków lewicy kongresy architektów apelowały, by zamiast reprezentacyjnych gmachów projektować osiedla mieszkaniowe dla ludzi pracy. Kuzyn Baryki, który „nie chciał stawiać nic innego w miastach i na wsiach, oprócz domów robotniczych, szpitali, muzeów, domów dla pracującej inteligencji, dla przeciętnych, szarych ludzi” czułby się swojsko w tym towarzystwie.

W 2008 roku Muzeum Historii Polski urządziło wystawę „Oblicza nowoczesności”, będącą w kontrze do narzucanego przez komunistyczną propagandę wizerunku II RP – państwa biednego i zacofanego. Czarna legenda trafiła do lamusa, lecz w konsekwencji popadliśmy w drugą skrajność. Coraz częściej przedstawia się ówczesną Polskę jako kraj mlekiem i miodem płynący. Tymczasem specjaliści są dość wstrzemięźliwi w ocenach gospodarczego dorobku międzywojnia. Wydaje się, że – podobnie jak w polityce – ambicje były większe niż możliwości.



Przy okazji odżył spór, kto przed 1939 rokiem wyżej niósł sztandar modernizacji. Etatyści spod znaku Eugeniusza Kwiatkowskiego czy odwołująca się do utopii Żeromskiego lewica? Twórcy wystawy „Przyszłość będzie inna”, pokazywanej niedawno w warszawskiej Zachęcie, nie mieli w tej kwestii wątpliwości. Zignorowali COP, Gdynię oraz lukstorpedę, przewożącą amatorów nart i brydża z Warszawy do Zakopanego, skupiając się na dokonaniach grupy młodych architektów. Stanisław Tołwiński, Helena i Szymon Syrkusowie czy Barbara i Stanisław Brukalscy byli dziećmi swojej epoki, skażonej doktrynerstwem. Nie wystarczało im projektowanie domów, chcieli projektować także życie ich mieszkańców.
Miłość do kolektywizmu oraz wiara w skuteczność inżynierii społecznej stały się wianem, jakie środowisko WSM wniosło do Polski Ludowej. W 1947 roku WSM zaczęła na Żoliborzu przy ulicy Stołecznej (obecnie Popiełuszki) budowę XI kolonii. Fot. PAP/Stanisław Dąbrowiecki
Lokale były skromne, lecz miały dobre oświetlenie i wentylację, co pewnie podobałoby się Żeromskiemu. Spółdzielcy wzięli zmarłego pisarza na patrona, chętnie też używali terminu „szklane domy”, choć po prawdzie budynki, wznoszone nad Wisłą nie bardzo zasługiwały na to miano. Nawet w kręgach inteligenckich estetyka modernizmu (nazywanego u nas funkcjonalizmem) napotykała opór. Jej wrogami byli Jarosław Iwaszkiewicz i Witold Gombrowicz. Dla poety Jerzego Zagórskiego nowoczesny dom zbudowany na Żoliborzu był „okrutnym pudłem rezonansowym na wszelkie nieskoordynowane dźwięki demokratycznej, z lekka totalizowanej psią kostką ulicy”.

Miłość do kolektywizmu oraz wiara w skuteczność inżynierii społecznej stały się wianem, jakie środowisko WSM wniosło do Polski Ludowej. Władza jednak nie do końca ufała lewicowym architektom. Przywłaszczyła sobie ich koncepcje, by zamieć je w karykaturę i skompromitować. W grzebaniu idei samorządności wzięło udział wielu przedwojennych działaczy. Uznali, że to cena, jaką warto zapłacić za dopuszczenie do projektowania szczęśliwego jutra ludzkości po nieuniknionym zwycięstwie komunizmu.

Przeżyli trudne chwile, gdy modernizm zaczął być kojarzony z Ameryką, jednak po śmierci Stalina nic już nie stało na przeszkodzie, by szklane domy wznosić od Tatr aż po Bałtyk. Co z tego wynikło, pamiętamy.

Nowy, wspaniały świat

Sprinterskie tempo, w którym nasi architekci przebyli drogę od awangardy do socrealizmu i z powrotem to świetny temat na wystawę, którą – mam nadzieję – Zachęta wkrótce zorganizuje. Wielce pouczająca byłaby też ekspozycja traktująca o estetycznej degradacji polskiej wsi. Elity, zarówno przed- jak i powojenne, zajęte tworzeniem wysp nowoczesności w dużych miastach, nie miały pomysłu na prowincję. I tak zostało do dziś.

Gmina Ciekoty przy wsparciu Ministerstwa Kultury i Unii Europejskiej zafundowała sobie ostatnio kopię drewnianego dworku, w którym wychował się Żeromski. Oryginał ponad sto lat temu padł pastwą płomieni, żadne plany się nie zachowały, więc wzorowano się na opisie z „Urody życia”. Po sąsiedzku wyrosło pokraczne Centrum Edukacyjne, nazwane – a jakże – Szklanym Domem.

A co stało się z symbolami nowej, wspaniałej ery? Francuzi rozebrali Galerie de Machines już w 1910 roku. Londyński Crystal Palace spłonął 26 lat później. Co jakiś czas powraca pomysł jego odbudowania. Niedawno znalazł się nawet chętny chiński inwestor, lecz Brytyjczycy zareagowali bez entuzjazmu. Może dlatego, że nad Tamizą wciąż powstają konstrukcje, aspirujące do miana architektonicznych ikon? Hala Millenium Dome, wieżowiec 30 St Mary Axe (bardziej znany jako „ogórek”) czy wspomniany na początku The Shard zdają się całkowicie zaspakajać ambicję Wyspiarzy.
Nie o takich konstrukcjach marzyli Żeromski, Taut i Czernyszewski. Panorama Warszawy widziana z 38. piętra Warsaw Spire. Fot. PAP/Marcin Obara
Polska też nie wlecze się już w ogonie postępu. Po Brexicie „odłamek” przestanie być najwyższym budynkiem Unii Europejskiej. Być może jego miejsce w rankingach zajmie Varso, szklany biurowiec, budowany w sąsiedztwie stołecznego Pałacu Kultury i Nauki. Nie o takich konstrukcjach marzyli Żeromski, Taut i Czernyszewski. Modernizm, najbardziej bezduszny styl w dziejach ludzkości, powraca w nowym, skomputeryzowanym i pseudoekologicznym wcieleniu.

Jedynym człowiekiem, który zamieszkał w szklanym domu jest niemiecki architekt Werner Sobek. W 2000 roku zbudował w Stuttgarcie dla siebie i swojej rodziny czteropoziomową willę, w której tylko toaleta jest nieprzezroczysta. Włoscy designerzy działający pod szyldem Santambrogio, chwalą się z kolei projektem budynku w całości wykonanego z „magicznego surowca”. Oferują też szklane wyposażenie apartamentów: od mebli po lampy, piecyk gazowy, wannę i zlew. Efekt psują nieco śruby ze stali nierdzewnej.

Projekt zapewnił Włochom rozgłos i o to chyba tylko chodziło. W szklanych boksach od biedy da się pracować, ale żyć w nich nie sposób.

„Sądzę, że architektura ma niewiele, albo i nic wspólnego z wymyślaniem ciekawych form czy osobistymi upodobaniami. Prawdziwa architektura jest zawsze obiektywna i jest wyrazem wewnętrznej struktury czasów, z której się rodzi” – twierdził Mies van der Rohe. Co mówią o naszej epoce wieżowce Dubaju i Szklany Dom z Ciekot?

– Wiesław Chełminiak
Hala Ludowa i gmach Sejmu Śląskiego
Zdjęcie główne: Co mówią o naszej epoce wieżowce Dubaju? Fot. PAP/DPA/Jürgen Effner
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.