Historia

Zaremba do Zychowicza i Ziemkiewicza: Musicie się bardziej starać, panowie rewizjoniści

To pewnie nie sztuka przejmować się losami własnego narodu. Nie sztuka życzyć mu dobrze. I nawet nie sztuka wierzyć, że uniknął gruntownej kompromitacji. Gdy jednak ktoś potrafi do tego wszystkiego doprowadzić ciągiem prawie matematycznych wzorów, ma prawo na koniec odrobinę się rozkleić.

Czy publicystyka historyczna z elementami książki naukowej (z przypisami) może wzruszyć? Piotr Gursztyn już raz osiągnął ten efekt wobec mnie: pisząc o rzezi Woli. „Ribbentrop–Beck. Czy pakt Polska-Niemcy był możliwy?” to jednak inna książka, dyskurs o dyplomatycznych wyborach Polaków. Jednak w finale Gursztyn odwołał się do emocji.

„O historii należy myśleć i mówić sine ira et studio, bez gniewu i stronniczości. Poważny i spokojny namysł nad rokiem 1939 pokazuje, że nasi przodkowie nie wykazali złej woli, nie zdradzili, nie ulękli się, powstępowali odpowiedzialnie i ostrożnie, a jedynym ich «grzechem» była niechęć dobrowolnego oddania się w niewolę. Uważnie przestudiowanie ówczesnych relacji polsko-niemieckich, postawy władz – z jednej strony niemieckich, z drugiej polskich – wreszcie nastawienia społeczeństwa polskiego wskazuje, że nigdy nie było realnych przesłanek do tego aby zawrzeć układ z hitlerowską Rzeszą” – to jego konkluzja.

No i już nas macie, brązowników i lakierników jak łaskawie nazywa i autora tej książki i mnie Rafał Ziemkiewicz. Patos, sięganie po wartości w miejsce zimnego rozumowania. Nieładnie!

Warto czytać „Main Kampf”

No tak, tylko że to jest 346. strona książki. Ona i kilka sąsiednich tak właśnie wyglądają. Możliwe, że Piotr Gursztyn podejmując frontalne zwarcie z tak zwanymi rewizjonistami głoszącymi, że w roku 1939 „trzeba było iść z Hitlerem”, bardzo potrzebuje takiego a nie innego obrazu Polski i Polaków. Ba, możliwe że takie było jego wstępne założenie. A jednak żeby do takich zdań dojść, wykonał gigantyczną operację: badania źródeł, zestawiania równoległych faktów i zjawisk, zadawania pytań i mozolnego szukania odpowiedzi. Poczekał aż mu te wszystkie wstępne założenia wypadną raz jeszcze.

Nie mam wątpliwości, że kto chce jednej, objaśniającej wszystko, na dokładkę efektownej, alternatywnej superteorii, pójdzie za niewymienionym w książce ani razu z nazwiska Piotrem Zychowiczem prowadzącym Polaków i Niemców spod znaku swastyki we wspólnej wyimaginowanej wyprawie na Moskwę. Kto wie, że historii tak się nie bada i nie opowiada, doceni dłubaninę Gursztyna. Uzna, że studiowanie dziejów polega na czytaniu i dodawaniu do siebie wielu znaków czasów.

Weźmy pierwszy przykład z brzegu: tak zwany raport Hossbacha. Jest to zapis narady z 5 listopada 1937 roku, podczas której Adolf Hitler deklarował w gronie swoich doradców, że nie ma zamiaru walczyć z Polską, o ile ta zachowa neutralność w wojnie III Rzeszy z Francją. To koronny argument dla wszystkich „realistów” – od Stanisława Cata-Mackiewicza po Piotra Zychowicza, że prawdziwe intencje Hitlera wobec nas były nieszkodliwe. Trzeba było tylko zacisnąć zęby i pójść na układy.

Gursztyn przestrzega przed tego typu argumentacją. Każe zawsze spytać, co wiedzieli sanacyjni przywódcy Polski wtedy, z jakich sygnałów musieli składać przesłanki dla swoich decyzji. Intencje Hitlera oceniali na podstawie innych danych niż cytaty z jego tajnych narad.
• Piotr Zychowicz, "Pakt Ribbentrop-Beck, czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki", Wydawnictwo Rebis 2012
• Piotr Gursztyn, "Ribbentrop-Beck. Czy pakt Polska-Niemcy był możliwy?". Wydawnictwo Dolnośląskie 2018.
To skądinąd fundament jego myślenia o historii. Podstawą „rewizjonizmu” w takich kwestiach jak ocena sensu polskich decyzji z roku 1939 czy rozkazu o wywołaniu Postania Warszawskiego w roku 1944, jest faktycznie żądanie od bohaterów historii daru proroczego przewidzenia biegu zdarzeń. I na dokładkę wykazania się darem wszechwiedzy.

Tyle że Gursztyn się do tej uwagi nie ogranicza. Pyta, co oznaczałoby w istocie zgoda pozostawionej na boku konfliktu na Zachodzie Polski na własne, chwilowo bezpieczne przetrwanie. Czy nie zgodę na europejski bezalternatywny układ sił, gdzie zniknęliby jako istotny podmiot dawni sojusznicy, a Niemcy staliby się jedynymi panami sytuacji. Czy to nawet przy słodkich słówkach Hitlera, ba jego gestach, sytuacja aby na pewno bezpieczna?

Nota bene cała książka rekonstruująca bieg zdarzeń w latach 1938–1939, a do jakiegoś stopnia i później, wierna jest jednemu wątkowi: zmienności i chimeryczności wodza nazistowskich Niemiec. Nawet jego własne deklaracje w ciszy gabinetów nie gwarantowały bezpieczeństwa przed nim.

„Gdyby nie okoliczności, to 10 Piłsudskich by wolnej Polski nie wywalczyło”

Ukazała się książka Ziemkiewicza pt. „Złowrogi cień Marszałka”.

zobacz więcej
Ale idźmy dalej – coś jednak w tych deklaracjach Hitlera nosiło znamiona ciągłości. Na tej samej konferencji utrwalonej raportem Hossbacha Hitler mówi o poszukiwaniu przestrzeni życiowej, przede wszystkim „ziemi pod uprawę”, naturalnie na wschód od Niemiec. Ten wątek pojawia się od rekonstrukcji treści „Mein Kampf” po wystąpienia z czasów, kiedy relacje Polski z brunatnym Berlinem były wzorcowe. To co później jest naturalną konsekwencją, można powiedzieć, że Hitler mówiąc wiele innych rzeczy, nikogo nie oszukiwał.

Historyk stawia więc pytanie, jak ten stały motyw, realizowany potem totalnie, za wszelką cenę, był do pogodzenia z wizją suwerennej i silnej Polski. Wszak nasz kraj był po drodze tej ekspansji. Na początek musiał oddać całą swoją infrastrukturę, szlaki komunikacyjne, powiedzmy wprost: terytorium do użytku obcemu mocarstwu. Na początek, a potem?

O prawie do nie bycia wasalem

Można używać przeciw przymierzu z Niemcami przeciw Sowietom racji moralnych. One w wydaniu rewizjonistów są nieistotne. Dla Gursztyna – ważne. Ja też myślę ze wstydem o perspektywie walki u boku swastyki. Można też dowodzić, że stawka na zachodnie demokracje miała prawo się każdemu wydawać bezpieczna, a zarazem nie wymagająca naginania tylu własnych mniemań, zwyczajów i tradycji.

Jednak tu jest coś więcej. W pewnym momencie Gursztyn cytuje Edwarda Rydza Śmigłego. „Nie mogło być wątpliwości, że w razie przyjęcia niemieckich propozycji w stosunku do Rosji, po najpomyślniej nawet przeprowadzonej kampanii – wojska niemieckie przeszedłszy raz przez Polskę, nie chciałyby się wycofać co najmniej z naszych dzielnic zachodnich, a pozostała część państwa polskiego spaść by musiała do roli wasala Rzeszy”.

Nielogiczne? Zapomnijmy, że wypowiada te zdania przegrany wódz i niezbyt fortunny polityk. Tylko żarliwi germanofile i całkowici chciejcy mogą zamknąć uszy na zawartą w tych zdaniach argumentację. I powstaje pytanie: czy przywódcy polskiego państwa mieli prawo starać się oszczędzić Polsce takiego losu. Nie stając przecież wtedy przed wyborem: albo obrona suwerenności, albo miliony zabitych. To absurd. Ale nawet gdyby mieli i taki, zupełnie fantastyczny wybór, nadal pytam: czy niepodległe państwo ma prawo bronić się przed byciem wasalem?

Złośliwy cień endecji

Żadna książka, w tym naukowa, nie jest pozbawiona omyłek. Gorzej gdy mamy do czynienia z sądami, które mają „udowadniać” z góry założoną tezę – pisze historyk dr Krzysztof Kloc

zobacz więcej
W książce Gursztyna problem zachodnich sojuszników jest niemniej ważny jak w wywodach rewizjonistów. Zychowicz całe swoje założenie zbudował na skrajnie demonicznym potraktowaniu roli Anglii. Choć to Józef Piłsudski namawiał swoich współpracowników, późniejszych następców aby starali się za wszelką cenę pozyskać Londyn, w tym ujęciu przyniosło to same nieszczęścia.

Zdaniem Zychowicza (tą samą drogą idzie Ziemkiewicz) premier Chamberlain udzielając Polsce gwarancji wiosną 1939 roku chciał ją wciągnąć w pułapkę. Skierował na nią de facto niemiecką agresję zamierzając ją odwrócić od Zachodu. To teza na miarę hitlerowskiego plakatu propagandowego „Anglio, twoje dzieło” wieszanego na murach polskich miast po kampanii wrześniowej.

Ich polemista podważa ją na najbardziej elementarnym poziomie. Rząd brytyjski decydując się na gwarancje, wiedział już z danych wywiadowczych, że Hitler postanowił atak na Polskę. Można było myśleć o odwróceniu tego zagrożenia. Ale nie było to na pewno jego wywoływanie.

A w szerszym sensie – Piotr Gursztyn przypomina lustrzane tezy zachodnich rewizjonistów mających do Londynu z kolei pretensję, że w ogóle wszedł w awanturę zakończoną wojną. Patrick Buchanan pisał o błędzie. Alan J. Taylor przedstawiał prostodusznego Chamberlaina jako ofiarę chytrego ministra Becka, który wciągnął go w gwarancyjną pułapkę. Kto więc był w tej kwestii czyją ofiarą?

Warto tu przypomnieć jedną rzecz trudną do podważenia. Anglia nie musiała odwracać od siebie uwagi Hitlera podsunięciem mu Polski, bo miała cały czas ofertę koegzystencji, ba sojuszu z jego strony. Szczerą, to wynikało już z tekstu „Mein Kampf”. Dlaczego jej nie przyjęła? Temat na ogromną debatę. Ale udzielając gwarancji, weszła na wojenną ścieżkę i już z niej nie zeszła.

To prawda nie pomogła Polsce efektywnie między wrześniem 1939 i wiosną 1940, podobnie zresztą jak Francja. Ale – Gursztyn znajduje tu wiele argumentów – obie demokracje kierowane przez kiepskich liderów zaszkodziły w ten sposób również sobie skazując się na wieloletnią, rujnującą wojnę. Autor ma pretensje o to zaniechanie.

Ale między opowieścią o głupocie, a opowieścią o spisku, jest jednak różnica. Spisek przeciw światowemu pokojowi zawiązał Hitler. Od pewnego momentu dołączył się Józef Stalin. Musicie się bardziej starać, panowie rewizjoniści, żeby tę obserwację, ważną także dla oceny tego co działo się potem, podważyć.

Co to jest realizm?

W tym ujęciu wybór Józefa Becka i innych sanacyjnych polityków w 1919 roku jawi się, powtórzmy, jako w pełni racjonalny. Wystarczyłoby tylko żeby Anglicy i Francuzi podeszli sensowniej do wojennych działań, aby być może zakończył się happy endem o niezbyt wygórowanej cenie. Tego że się nie skończy nikt poza dyplomowanym prorokiem, a takich nie mieliśmy, przewidzieć nie był w stanie.

Oczywiście dochodzi szereg innych uwarunkowań przywoływanych przez Gursztyna. Opisuje on malowniczo stan nastrojów w ówczesnej Polsce. Były one długo bardziej antyniemieckie od oficjalnej ostrożnej dyplomacji sanacyjnej ekipy. Spotkały się z nią dopiero w momencie odrzucenia niemieckich ofert a potem żądań.
03.08.2014
Czy może być realistą ktoś, kto domaga się całkowitego abstrahowania od przekonań własnego narodu? Ba, kto oczekuje, że będzie to zupełnie inny naród niż ten realny? Pytanie zawisa w próżni. Gursztyn szczypie rewizjonistów formułką z wiersza Bertolda Brechta, gdzie komunistyczny sekretarz związku pisarzy domagał się od narodu pokuty, na co pojawiała się sugestia jego rozwiązania i sprawienia sobie innego.

Swoją drogą… Nie nadużywam argumentu liczby, bywało, że całe narody oczadziały. Ale czy rzeczywiście i polskie elity, złożone z wielu tak zasłużonych ludzi, i polskie masy mogły się aż tak bardzo i tak gremialnie mylić? A jeśli kierowały się zdrowym samozachowawczym instynktem. O to także pyta Gursztyn.

Nie kończy zresztą tej dysputy na kampanii wrześniowej. Podważa także wojenne mity rewizjonistów. Pokazuje jak bardzo współpraca z Hitlerem mogła podzielić polskie społeczeństwo, zatruć dusze wielu Polaków, choćby przy okazji jakiegoś współdziałania w zagładzie Żydów (Zychowicz zakłada a priori że by do niej nie doszło). No i pyta o skutki.

Czy naprawdę skutki wojny, gdybyśmy byli sojusznikiem Hitlera, okazałyby się – zakładając jego ostateczną klęskę – bezbolesne? Że Rumunia czy Węgry się wywinęły? A czy Polska leży w tym samym miejscu Europy co tamte kraje?

Nie chcę streszczać wszystkich wątków, jakie podejmuje autor. Część sporu – można by symbolicznie powiedzieć z Catem-Mackiewiczem i nie nazwanym Zychowiczem – dotyczy tak zwanego czeskiego modelu zachowania podczas okupacji, który miał się bardziej opłacać niż polski. Gursztyn stoi na stanowisku, że lwia część terroru była od początku celem polityki niemieckiej, a opór ze strony polskiego państwa podziemnego skądinąd bardzo wstrzemięźliwy, niewiele tu zmieniał. Zarazem przypomina: tacy, a nie inni po prostu byliśmy.

Jest realizmem to uszanować i uznać. Kapitalne są jego uwagi na temat natury choćby rumuńskiego komunizmu zestawionego z polskim. Wynika z nich, że na mniejszą opresyjność naszej powojennej dyktatury wpływ miały te, często pochopnie wyklinane skłonności Polaków do opierania się.

Można się rozkleić

Czy ze wszystkim się w tej książce zgadzam? Możliwe, że zbyt otwarcie objawia Piotr Gursztyn swoją fascynację piłsudczykami, na czele z ukochanym pułkownikiem Beckiem . To chwilami znosi pracę z pozycji obrony polskiego charakteru na pozycje apologii tej konkretnej ekipy.

A jego ogólne wnioski odnośnie dorobku sanacji po roku 1926 brzmią jak na moje ucho zbyt uspokajająco, optymistycznie. Pomińmy już problem logiki dyktatorskich rządów, nie sprzyjających państwowej myśli. Ale mnie bliższa jest konkluzja historyka Pawła Zaremby – o rozlicznych zaniedbaniach i straconych szansach w polityce społecznej.

Choć jestem ostatnim, kto budowałby z kolei sekciarskie rojenia o jakiejś immanentnej gorszości elity sanacyjnej wobec – powiedzmy – elity endeckiej. Wydaje się, że żaden przedwojenny obóz polityczny nie miał kadr na miarę wyzwań. A skąd miał mieć – po 123 latach niewoli?
Akcja „Burza”
Wątpliwości, czy obraz nie bywa czasem zbyt wygładzony, dotyczą także i konkluzji dotyczącej dyplomatycznego dorobku obozu Marszałka (nazywanego tu Wielkim) i jego następców. Rzecz w tym, że Gursztyn wiele razy krytykuje zachodnie elity za ślepotę i niefrasobliwość, gdy przychodziło się konfrontować z hitlerowską hydrą.

Gdy jednak dochodzi do opisu reakcji na remilitaryzację Niemiec w roku 1935, niezbyt mądra reakcja polskiego premiera Leona Kozłowskiego („rozumiemy Berlin”) nie wywołuje żadnej refleksji. A mogłaby nią być uwaga, że politycy sanacji także długo nie rozumieli natury tego reżymu, a pewnymi reakcjami czasem mu pomagali.

W książce mamy bardzo obszerny opis kryzysu monachijskiego , potem likwidacji Czechosłowacji. Jednak po akcji polskiej w sprawie Zaolzia autor także się prześlizguje. Chętnie wierzę, że nie było szans na antyniemiecki sojusz z Pragą. I przyjmuję do wiadomości, że ten zabór nie był uzgadniany z Berlinem, a w Polsce cieszył się powszechnym poparciem, także i opozycji.

Niemniej ktoś, kto był zainteresowany podtrzymaniem systemu wersalskiego, nie powinien tak ochoczo uczestniczyć w jego podmywaniu, choćby z najbardziej uzasadnionej historycznie czy etnicznie przyczyny. Możliwe, że bez Polski wszystko i tak by się skończyło podobnie. Ale tu rację miał Lech Kaczyński: to był duży błąd! Uwaga o szerokim opisie relacji polsko-czeskich i panoramy samych Czech pokazuje natomiast dodatkowy wymiar tej książki. To nie jest tylko logicznie prowadzony, pełen intelektualnej dyscypliny wywód. Także fascynująca opowieść, zwłaszcza o roku 1939, choć nie tylko. Pełna dygresyjnych anegdot, ciekawych sylwetek, dramatycznych zwrotów akcji. Po prostu czujemy na własnej skórze tempo zapadania się tamtego świata w przepaść!

Czujemy coś jeszcze: wracam do wzruszenia od którego zacząłem recenzję. To pewnie nie sztuka przejmować się losami własnego narodu. Nie sztuka życzyć mu dobrze. I nawet nie sztuka wierzyć, że uniknął gruntownej kompromitacji. Gdy jednak ktoś potrafi do tego wszystkiego doprowadzić ciągiem prawie matematycznych wzorów, ma prawo na koniec odrobinę się rozkleić. A ja rozklejam się wraz z nim.

Od próby rozszyfrowania intencji rewizjonistów się powstrzymam. Tak zresztą jak Gursztyn, który bardzo woli przestrzegać, bardzo powściągliwie, przed skutkami.

– Piotr Zaremba

"Rzeczy Wspólne", nr 25.
Powyższy tekst pochodzi z najnowszego wydania kwartalnika „Rzeczy Wspólne” pod redakcją Piotra Legutki. W 25. numerze m.in. także: Marek Wróbel o braku podmiotowości w polityce zagranicznej III RP, Andrzej Nowak o kontrofensywie pedagogiki wstydu, Aleksandra Rybińska o kryzysie egzystencjalnym Niemiec, Andrzej Waśko o zmianie systemu edukacji, która ma przywrócić polskiej szkole dawne wartości.

Pismo można kupić w salonikach prasowych oraz na stronie internetowej Fundacji Republikańskiej
Zdjęcie główne: Rafał Ziemkiewicz i Piotr Zychowicz podczas promocji ksiązki "Obłęd 44". Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Pierwsi przyjęli natarcie Armii Czerwonej. NKWD ścigało ich z...
Wielu oficerów KOP zostało rozstrzelanych w Twerze i Miednoje.
Historia Najnowsze wydanie
Mord w Mokranach, czyli marynarski Katyń
Przed zakończeniem wojny obronnej Polski, Sowieci z zimną krwią zamordowali oficerów i podoficerów Flotylli Pińskiej.
Historia Najnowsze wydanie
Myśmy na powstanie czekali. Jego wybuch wywołał euforię
My, którzy braliśmy udział w walkach w 1944 roku, nie dalibyśmy sobie tego odebrać.
Historia Poprzednie wydanie
„Koniec pewnej epoki we wschodniej części Europy”
Misję Tadeusza Mazowieckiego bacznie obserwowała polska i zagraniczna prasa, a także – co nawet w PRL niezwykłe – Służba Bezpieczeństwa.
Historia Poprzednie wydanie
„Polska jest załatwiona”. Odsiecz, która nie nadeszła
W Abbeville sojusznicy definitywnie rzucili Polskę na pastwę Hitlera i Stalina.