Cywilizacja

Skrócić, co się da, uprościć, co możliwe.
Romans sportu z telewizją

Sport musiał się dostosować nie tyle do telewizji, co do innej percepcji telewidzów - coraz mniej cierpliwych, coraz bardziej wygodnych.

16 czerwca 1954 roku w Lozannie przeprowadzono pierwszą w historii transmisję telewizyjną piłkarskich mistrzostw świata. To był mecz otwarcia między Francja a Jugosławią. Rosyjski Mundial, który drużyna gospodarzy rozpoczęła spotkaniem z Arabią Saudyjską, telewizja pokazuje po raz siedemnasty. Imprezę obejrzą widzowie w 183 krajach.

Niby nic nadzwyczajnego: mówisz – sport, myślisz – telewizja i szukasz w Internecie właściwej stacji, kanału oraz godziny przekazu. Tak już mamy od wielu dekad, sport i telewizja funkcjonują w obiegu publicznym nierozłącznie, jak system naczyń połączonych i kropka. Trudno sobie wyobrazić, że może być inaczej. Lecz warto przypomnieć, że było i to zupełnie inaczej niż dziś.

Na początku były zapasy

W Anglii, uważanej za kolebkę piłki nożnej, przeprowadzono pionierskie doświadczenia z telewizją i futbolem. W 1937 roku odbyła się pierwsza transmisja, która trwała zaledwie kwadrans. Arsenal rozegrał mecz z klubowymi rezerwami. Pokaz był na tyle udany, że zachęcił pionierów do kolejnych prób.

Rok później, dokładnie 9 kwietnia 1938 na Wembley, telewizja BBC transmitowała spotkanie Anglii ze Szkocją w ramach British Home Championship. Widowisko obejrzało 10 tysięcy telewidzów, co dziś wydaje się wynikiem śmiesznym, ale takie były początki. Komentatorzy wywodzili się z radia, więc byli bardziej skupieni na walce z nawykami radiowej narracji niż na komentarzu telewizyjnym, o którym, szczerze mówiąc, nie mieli bladego pojęcia. W sumie całe przedsięwzięcie uznano jednak za sukces, a telewizję za instrument dla sportu przydatny.



Nieco wcześniej, bo podczas igrzysk olimpijskich w Berlinie w roku 1936, użyto znacznie więcej kamer telewizyjnych tyle, że nie były to transmisje na żywo. Raczej rodzaj telekina, gdyż nagrane materiały prezentowano potem w wielkich salach na publicznych pokazach.

Co do wejścia telewizji w polski sport to daty są dwie i dwie różne opinie. Jedni twierdzą, że rok 1953 i walki zapaśnicze, były początkiem telewizyjnych transmisji w kraju. Drudzy, że był to rok 1957 i mecz bokserski w warszawskiej hali Gwardii. Tak czy inaczej polski sport dołączył do telewizyjnej rodziny i dzielnie w niej pozostaje.

Pod dyktando kamer

Przez długie dziesięciolecia telewizja towarzyszyła wydarzeniom sportowym w roli bezstronnego świadka. To się zaczęło zmieniać w latach siedemdziesiątych XX wieku, bardzo zmieniać w latach osiemdziesiątych, by w kolejnej dekadzie zmienić się fundamentalnie. Ze świadka sportowych zmagań, telewizja stała się ich kreatorem, a właściwie inspiratorem, swoistym detonatorem przekształceń.

Dziś prawie każda dyscyplina sportu musi respektować potrzeby telewizji, a mówiąc precyzyjniej – wymagania oraz komfort telewidza. W tym celu powstają nowe formaty starych sportów, pod telewizję zmieniane są dawne przepisy, na rynek wchodzą nowe dyscypliny, które dobrze się „sprzedają”.

Zmiana roli telewizji w sporcie z rejestratora wydarzeń na konstruktora wydarzeń jest związana z nowym statusem sportu: odejściem od formuły amatorstwa na rzecz formuły profesjonalnej. Sport definitywnie opuścił przystań nieokreślonej misji publicznej, w której w cumował w swoich początkach i zakotwiczył w porcie show businessu z wszelkimi tego konsekwencjami.
Usain Bolt po zwycięskim biegu na 200 metrów na Stadionie Narodowym w Pekinie, sierpień 2015. Fot. REUTERS/Dylan Martinez
Takie pojęcia jak produkt, wartość handlowa, marketing czy zysk, których dawniej ze sportem nie kojarzono, stały się jego częścią. Sport zawodowy poddano prawom rynkowym. W tym obszarze telewizja funkcjonowała od lat.

Ludzi telewizji i ludzi sportu połączył zatem wspólny cel: stworzenie produktu, który będzie się dobrze sprzedawał na rynku. W praktyce oznaczało to wypracowanie maksymalnie atrakcyjnej formuły zawodów. Szybko się okazało, że konieczna będzie rekonstrukcja całej branży wyczynowej.

Nowe formaty

Jak wypracować atrakcyjną formułę zawodów? Co decyduje, że impreza jest ciekawa i chętnie oglądana? Jak budować widowiska, które wciągną telewidza i przytrzymają przed odbiornikiem? Z tymi pytaniami musiał zmierzyć się sport i telewizja. Odpowiedź była pod ręką, na ekranach telewizorów, konkretnie w nowych i modnych formatach medialnych. Takich jak reklamy, teledyski, dynamicznie montowane filmy.

Nowe formaty przykuwały uwagę, zyskiwały fanów. Nawet reklamówki miały wiernych wielbicieli i co ciekawe - w starszym pokoleniu. Krótkie komunikaty opowiadały proste historie w ujęciach, które trwały ułamki sekund. Filmowe kadry były oczywiście dłuższe, ale nie tak długie jak jeszcze w połowie XX wieku. To wszystko zmieniało percepcję odbiorcy. Telefonia komórkowa, komputery, potem Internet skrócił dystans między ludźmi, przyspieszył komunikację. Tym samym przyspieszyło nasze życie, więc i jego postrzeganie nabrało tempa. Z tej zmiany tempa wyciągnęły wniosek wszystkie media, nie tylko telewizja. Tym tropem poszły rozgłośnie radiowe i tabloidy. Generalna zasada – krótko i prosto, stawała się normą przekazów medialnych.

Tym tropem podążył także sport, który musiał się dostosować nie tyle do telewizji, co do innej percepcji telewidzów, coraz mniej cierpliwych, coraz bardziej wygodnych. Plan rekonstrukcji sportowych widowisk był więc jasny – skrócić, co się da, uprościć wszystko, co tylko możliwe.

Pieniądze i widowisko

Ciekawe, że pierwszym sportem, który poddał się telewizyjnej transformacji, była konserwatywna z natury lekkoatletyka. W latach siedemdziesiątych Primo Nebiolo, ówczesny prezydent Międzynarodowej Federacji Lekkoatletyki Amatorskiej (IAAF), wprowadził oficjalnie nowatorską formułę zawodów nazywanych mityngami.

Na mityngach płacono pieniądze za starty, co było sprzeczne w tamtym czasie zarówno z kartą olimpijską jak i nazwą federacji, ale Nebiolo tym się nie przejmował. Przejął się natomiast telewizją i tym, by jej dostarczać atrakcyjne widowiska. Zamiast raz na cztery lata na igrzyska olimpijskich telewidz mógł oglądać topowe gwiazdy dyscypliny kilkanaście razy w roku. Nie musiał na to tracić dziesięciu godzin jak na igrzyskach. Zajmowało mu to półtorej, najwyżej dwie godziny.

Tak powstało Golden Four, przekształcone potem w Golden League i ze dwieście mniejszych imprez. I był to strzał w dziesiątkę. Telewizja dostała nowy, znakomity produkt i mogła zarabiać na reklamach. IAAF zarabiała na telewizji i na sponsorach. Wszystko się spinało i pieniądze i widowisko. Tyle, że była to pierwsza i ostatnia przeróbka dyscypliny na potrzeby telewizji i telewidzów. Od tamtej pory lekkoatletyka nie wykazuje się aktywnością w pomysłach.
Kamil Stoch podczas letnich zawodów w skokach narciarskich w Klingenthal w 2011 roku. Fot. PAP/Maciej Momot
Dla odmiany Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS) została prymusem telewizyjnych przekształceń. Od fundamentów przebudowała narciarstwo klasyczne. Z tras biegowych, skąd wiało nudą i dłużyznami, wycisnęła wszystkie emocje, jakie tylko dało się wycisnąć. Do programu zawodów wprowadziła sprinty, często rozgrywane w środku miast, oblegane tłumami kibiców, obstawione licznymi kamerami, bo trasy przypomnianą stadion.

Starty wspólne w biegach długich maksymalnie upraszczają oglądanie, biegi łączone urozmaicają widowisko. Przy kombinacji norweskiej telewidz wcale nie musi kombinować. Trwa krócej o połowę niż dawniej, przebieg zmagań jest czytelny a wynik podany na tacy.

Tylko w skokach reformatorzy rozpędzili się trochę za bardzo i chyba w kierunku przeciwnym niż cała narciarska pierestrojka. Dodawanie i odejmowanie punktów za wiatr schładza widowisko, hamuje spontaniczne emocje, gdyż trzeba czekać na wynik, czasem dość długo jak Stoch w Piongczangu, co raczej komplikuje niż upraszcza konkurencję. Jednak w sumie FIS się stara, rozumie ducha czasów, a potrzeby telewizji traktuje jak własne.

Zaniechania kosztują

Zmianę przepisów w kierunku upraszczania i skracania widowisk podejmują nawet dyscypliny, w których nie trzeba specjalnie wyciskać emocji, gdyż wyzwala je naturalna, gęsta dramaturgia. Należy do nich siatkówka, piłka ręczna czy futbol.

Emocje są solą sportu, telewizyjnych transmisji, więc miarą handlowej wartości obu podmiotów - i sportu i telewizji. Jednak nie wszystkie dyscypliny podejmują wyzwania transformacji, chociaż skutki zaniechań są wiadome. One drogo kosztują outsiderów. Sporty zastygłe w starych przepisach i formach, telewizja pokazuje niechętnie i coraz rzadziej, głównie na igrzyskach olimpijskich, zatem rzadko. A kogo nie ma w telewizji na co dzień, ten znika ze sceny.



Nieprzypadkowo MKOl. rozważa reset olimpijskiej klasyki, jaką są zapasy. W pozycji zagrożonej jest szermierka, jest judo i nie ma pomysłu na boks. Zdjęcie kasków ani udział zawodowców w igrzyskach, zresztą raczej symboliczny, nie poprawiły oglądalności. A właśnie pod tym kątem MKOl. rozpatruje olimpijską przydatność każdej dyscypliny. Ten argument decyduje o wprowadzaniu nowych sportów na areny olimpijskie.

W tym zakresie Komitet często eksperymentuje, niekoniecznie zresztą sensownie. Od jazdy na deskorolce, która w Tokio zadebiutuje jako dyscyplina olimpijska, już niedaleko do cymbergaja, tańca na rurze czy rzutu beretem antenką do góry. To nie żart, wszystkie te „sporty” aplikowały o udział w igrzyskach.

Dzisiejszy MKOl. to nie to samo, co MKOl. Pierre de Coubertina. Wprawdzie ciągle głosi słuszne ideały, lecz tak naprawdę uprawia biznes. Jest olimpijską korporacją i jak każda korporacja, przede wszystkim, dba o zyski. A one wiążą się z oglądalnością, reklamami, sponsorami, gadżetami, prawami telewizyjnymi, handlową wartością logo itd., itp.

Dorzucić do pieca emocje

Nie każda dyscyplina łatwo poddaje się telewizyjnej transformacji. No bo jak przyspieszyć etap Tour de France, który mierzy 280 km? Jak sprawić, aby był atrakcyjny dla telewidza, skoro przez 230 km kolarze jadą, jedzą, piją i plotkują, co trwa pięć godzin, a zaczynają ściganie dopiero na 50 km przed metą?
Kraksa podczas wyścigu dookoła Andaluzji w 1997 r. Fot. REUTERS
Rzecz jasna można by skrócić etapy, ale wtedy nie byłby to Tour dr France ze swą tradycją, byłby to zupełnie inny wyścig. Choć już tym roku – eksperymentalnie – jeden etapów będzie bardzo krótki, 65-kilometrowy, a w dodatku kolarze wystartują nie w jednym peletonie, ale podzieleni na kilka grup, najpierw najlepsi w klasyfikacji wyścigu, potem słabsi.

Z problemem małej atrakcyjności zmaga się zresztą całe kolarstwo. Etapy układają się różnie, nie zawsze dynamicznie. Często z ekranów wieje nudą, co nie znaczy, że nic się nie dzieje. W takich momentach kolarze i trenerzy uzgadniają taktykę, sondują albo prowokują rywali. Jednak widzą to i rozumieją wyłącznie kolarscy melomani. Publiczność mniej biegła w temacie, ziewa i cierpi męki.

Tego rodzaju przestoje wykluczają zasadę, że ma być krótko i ciekawie. Działa zasada, że ma być prosto i czytelnie, bo pierwszy na mecie to zwycięzca, ale ona w kolarstwie działała od zawsze. Jednak praktyka pokazała, że i z tym da się coś zrobić. Jeżeli nie wprost to dookoła. Wyścig wieloetapowy składa się z etapów i tego nie da się zmienić. Ale można przyspieszyć końcówki, dorzucić do pieca emocje, które pozostaną w pamięci widza i zatrą wrażenie nudy. Takie chwile są pamiętane i przechodzą do historii.

Zadbał o to Czesław Lang w Tour de Pologne. Dokleił do etapu dwudziestokilometrowe finisze przez ulice miast, gdzie łatwo ustawić kamery i zrobić kolarskie show. Przez takie obejście niewygodnej przeszkody, jaką bywają kolarskie dłużyzny, Lang trafił dokładnie w potrzeby telewizji. Można? Można, gdy się wie czego się chce i czego chcą telewidzowie.



Od romansu do małżeństwa

Zaczęło się od romansu, kończy na małżeństwie. Od fazy zauroczenia telewizji sportem i sportu telewizją, narodził się związek trwały i nierozerwalny. I jak często w małżeństwach bywa, on jest głową a ona szyją. Ona małżeńskie życie inspiruje i ona nadaje mu ton. Współczesny sport bez telewizji, nie byłby tym, czym jest. Globalną sceną spontanicznej dramaturgii, spektaklem żywych emocji, który łączy miliony ludzi i przez chwilę pozwala zapomnieć, że coś nas dzieli.

W Rosji rozpoczęło się kolejne widowisko, które skupi na sobie uwagę całego świata. Na trybunach zasiądzie publiczność, liczona w setkach tysięcy. Przy telewizorach miliardy telewidzów. Ten spektakl nazywa się Mundial.

– Marek Jóźwik
Zdjęcie główne: Brazylijski napastnik Adriano Ferreira Martins z katarskiego klubu El-Jaish świętuje zdobycie bramki. 12 marca 2013 roku. Fot. REUTERS/Fadi Al-Assaad
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pizzerie na Pjonghattanie. Czego chce młody Kim?
W stolicy Korei Północnej powstaje nowoczesna dzielnica wieżowców. Pojawiły się kawiarnie, sklepy z importowaną żywnością, kobiety noszą modne stroje. Nowa elita bogaci się.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nie postanie tu noga żadnego turysty
To przez nich rosną koszty wynajmu mieszkań, na ulicach panuje tłok i hałas. Wielu mieszkańców mówi, że do białej gorączki doprowadza ich wszechobecny turkot kółek od walizek.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polacy pod koszem. Optymizm, adrenalina, dobra energia
W polskim zauroczeniu NBA i koszykówką odegrały swoją rolę wielkie pieniądze. Dlatego, że były tak wielkie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kardynałowie Franciszka
Skład kolegium przestaje odzwierciedlać rzeczywiste podziały w Kościele, a to jest niebezpieczne.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Sfrustrowani Rosjanie mają głos
To, jaki jest stan nastrojów w Rosji musiało dotrzeć na Kreml, bo w przedwyborczym tygodniu postanowiono nieco poluzować śrubę.