Kultura

Krew na palcach, stalinowska młodość i klapsy w tyłek

Lista słynnych twórców, z którymi się w życiu zetknął, byłaby bardzo długa. Na przykład u pisarza Julio Cortazara… mył szyby. Andrzej Dobosz, pisarz, krytyk literacki, postać kultowa. Dziś stały felietonista portalu tygodnik.tvp.pl i telewizyjnej „Jedynki”.

W najbliższą niedzielę o godz. 17.15 w TVP Kultura Andrzej Dobosz będzie gościem programu „Niedziela z... »Rejsem«”, a o godz. 18.10 na tej samej antenie zostanie pokazany film „Rejs” z jego udziałem.

Urodził się ostatniego dnia wakacji 1935 roku. Ma dobre pochodzenie: prapradziadek – urzędnik państwowy i właściciel kamienicy; dziadek – założyciel wielkiego zakładu stolarskiego; ojciec – pracownik Polskiego Monopolu Tytoniowego, oficer u generała Andersa, uczestnik walk pod Monte Cassino.

Mały Andrzej wojnę spędzał w Warszawie – do trzeciej klasy zdał warunkowo z poprawką z robót ręcznych. Do końca wakacji musiał wyhaftować tulipana na płótnie i nie poplamić go krwią, bo zawsze kłuł się igłą w palec i każda robótka miała czerwone ślady. Nie zdążył, wybuchło Powstanie Warszawskie.

Mały Andrzej z matką dotarł do wsi pod Płońskiem, gdzie trafił do wiejskiej szkoły – po roku zdał do szóstej klasy, okazał się wybitną jednostką. Nic dziwnego, że po powrocie ojca z wojny – po roku w Olsztynie – rodzina wróciła do stolicy. Kończył dobre szkoły: gimnazjum Ojców Marianów na Bielanach i liceum im. Stefana Batorego na Ujazdowie. Ojciec dzięki radiu przywiezionemu z Wielkiej Brytanii słuchał serwisów BBC, które później Andrzej referował w szkole na lekcjach historii w taki sposób, aby ubeckie dzieci nie zorientowały się, w czym rzecz.

Ostatni Dobosz, pierwsze skrzypce

To ojciec miał go namówić, aby zaangażował się w Związek Młodzieży Polskiej, gdzie z licealnej klasy nie zapisało się dwóch uczniów: prymus z dyplomem przodownika nauki i wolnym wstępem na wybraną uczelnię; oraz syn murarza, który nie wybierał się na żadne studia i bimbał na wszystko.

Dobosz wszedł więc do czerwonej rzeki i najwyraźniej nie żałował. – Jako człowiek gadatliwy byłem nawet kierownikiem agitacji i propagandy, ale koledzy nie mieli do mnie pretensji – przyznaje w rozmowie z portalem Ośrodka Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego.

Na Uniwersytecie Warszawskim prawie wszyscy z roku na polonistyce – poza niepartyjną bolszewiczką, wystarczająco groźną dla otoczenia – również angażowali się w działalność ZMP lub ZMS. Do tego kadrę profesorską stanowili ludzie ukąszeni przez komunizm.

Dobosz bawił się w studencki teatr, więc jego promotorem został Jan Kott, znany krytyk i jeszcze w PZPR. – Dawał nam do czytania swoje teksty. I myśmy go przekonywali, że niektóre rzeczy nie są źle napisane, tylko po prostu kłamliwie. Radykalizowaliśmy poglądy Kotta, a on wtedy zaczął pożyczać nam paryską „Kulturę”, którą otrzymywał jako wpływowy członek partii. Tak więc wspólnie radykalizowaliśmy swoje zapatrywania – opowiada Dobosz.

Pracę magisterską napisał na osiem stron. Upomniany przez Kotta, że to zbyt mało – po tygodniu przyniósł dziesięć stron. Skarcony ponownie dostarczył wprawdzie tylko dwanaście stron, lecz oprawionych w grube deski. Ten sam młodzieńczy tupet pozwalał mu także przysiadać się w kawiarni PIW-u do stolika z pisarzami i choć zwykle milczał słuchając starszych od siebie, zaskarbił sobie ich sympatię i niebawem Antoniego Słonimskiego odprowadzał do domu w Alei Róż i pobierał u niego nauki z felietonistyki stosowanej z dobrym skutkiem. Ba, w lokalu na Foksal gawędził z filozofem Jean-Paulem Sartre’em!
Kadr z filmu "Rejs" w reżyserii Marka Piwowskiego. Na zdjęciu od prawej Andrzej Dobosz, Jan Himilsbach i Zdzisław Maklakiewicz. Fot. PAP
Agnieszka Osiecka pisała o „ostatnim Doboszu”: „Odeszły fraki i atłasy / skończył się dziedzic, zmarniał proboszcz / przeszły warszawskie stare czasy / został nam tylko Andrzej Dobosz”. I trzeba przyznać: ostatni Dobosz grał pierwsze skrzypce warszawskiej bohemy – znał wszystkich świętych, a oni jego.

Z Markiem Hłaską chodził nocą przez gruzy powojennej Warszawy. – Marek potężny, większy ode mnie, w wielkim furmańskim kożuchu, mówił, że jak ktoś idzie naprzeciw nas to nie wolno się cofnąć, trzeba z impetem iść na niego. Nie dowierzając brał mnie pod rękę. Ze dwa razy zepchnęliśmy jakichś wyrostków na bok – wspomina Dobosz w rozmowie z „Teologią Polityczną”. O swoim życiu zazwyczaj opowiada jak splocie Niezwykłych Spotkań z Kimś Znanym.

Ksiądz Adam Boniecki, starszy kolega z mariańskiego gimnazjum na Bielanach, w przedmowie do „Generała w bibliotece” – zbioru felietonów Dobosza z 2001 roku – naigrywał się nieco z autora, że chętnie pisze o tym, komu i przy jakiej okazji „został przedstawiony”: „Myślałem nawet, by do tego wstępu wpleść listę owych osobistości. Doszedłem już do S (Sartre) i zaniechałem. Takie wyliczenie mogłoby przedstawić Andrzeja Dobosza w niewłaściwym świetle, sugerując choćby, że Andrzej Dobosz jest snobem. Tymczasem nie jest. To nie snobizm, ale ciekawość, najlepszej próby ciekawość intelektualna, każe mu poznawać ciekawych ludzi”.

Czy dziwi, że sam zaczął pisać? Wciąż na czerwono. Jeszcze jako uczeń debiutował w kwartalniku „Stenograf Polski” rozprawką „Praca J.W. Stalina o marksizmie w językoznawstwie i jej konsekwencje dla stenografii”. Publikował w tygodniku „Po Prostu” – cytat za samym Doboszem – „jeszcze tym strasznym stalinowskim”, gdzie recenzował książkę „Brygada ze stali” o klubie sportowym.

Jak Henry Fonda i Buster Keaton

W 1956 roku w „Nowej Kulturze” ukazał się reportaż „Szkoła życia” z obozu wojskowego w Drawsku, który przyniósł Doboszowi Warszawską Literacką Nagrodę Młodych II stopnia w wysokości 6000 złotych i spory rozgłos.

Zgłosiła się wtedy „Walka Młodych” – dwutygodnik ZMP, potem ZMS: zadurzona redaktorka periodyku – mówi Dobosz – „kupiła mnie za 1100 zł miesięcznego ryczałtu”. Tłumaczy, że przynajmniej mógł pisać, co chciał. Na przykład fabuły o obozach harcerskich: pierwszy niedaleko wsi Kasinka Mała, gdzie w 1937 roku odbył się strajk chłopski krwawo stłumiony przez sanację; drugi w wielkim mieście, gdzie dzieci skoszarowano w szkole i urządzono biuro przepustek – wyjście do ogrodu i powrót do pokoju trzeba meldować telefonicznie… Ale najwięcej pisał o teatrze.

Jednak nade wszystko kochał książki – zwłaszcza je czytać, czasem pisać o nich. Publikował recenzje w „Życiu Literackim” i „Literaturze”. Pracował w wydawnictwie Wiedza Powszechna, w Teatrze Ateneum został sekretarzem i kierownikiem literackim. Przystąpił do Związku Literatów Polski i PEN Clubu. Należał także do Klubu Krzywego Koła i Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Warszawski inteligent.

W 1966 roku rozpoczął na UW doktoranckie studia filozoficzne u profesora Leszka Kołakowskiego. Zajmował się Ferdynandem Prętowskim, filozofem i mesjanistą. W ramach praktyk przez semestr uczył historii filozofii na rodzimej polonistyce, ale wypadki marcowe oznaczały wyjazd promotora z kraju i pogrzebanie szans Dobosza na karierę filozoficzną. Ciekawe, że rozsławiła go właśnie rola Filozofa.

„Historię estetyki” napisał, gdy komuniści pozbawili go prawa nauczania, a „Historię filozofii” – w przerwach na obiad

„Na krańce świata” Normana Daviesa oraz „Wspomnienia” Anny i Władysława Tatarkiewiczów w 6. odcinku programu Andrzeja Dobosza „Spis treści”.

zobacz więcej
W książce „Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia” Andrzej Dobosz opisuje, że pewnego letniego popołudnia szedł pustą (tytułową) ulicą i zobaczył nowe pasy wymalowane na jezdni. Postanowił przejść wyłącznie po białych – jak nakazuje instrukcja obsługi. Na środku odległość między pasami była nieco większa i musiał skoczyć, ale bez trudu dotarł na drugą stronę. Tymczasem zreflektował się, że wszystkie sprawy ma do załatwienia po pierwszej stronie ulicy, więc zawrócił – znów skacząc tylko po białych pasach.

Wtedy podszedł do niego pewien pan i zapytał, czy mógłby wystąpić w jego filmie. To Marek Piwowski kompletował obsadę „Rejsu”. Dobosz przystał na propozycję i zaczął zastanawiać się – grać na wzór ukochanych Henry’ego Fondy i Bustera Keatona, czy raczej jak Jacques Tati w „Wakacjach pana Hulot”? Ukuł nawet bon mot, że to niezdecydowanie ostatecznie określiło jego styl. Dodajmy: brawurowy! Filmowe kwestie Andrzej Dobosz vel Filozof wygłasza swym charakterystycznym nosowym i monotonnym głosem wypranym z emocji. Zawsze w punkt.

Były krótkie formy: „Zgadzam się z przedmówcą. Przejdźmy od słów do czynów. Chciałem powiedzieć kilka słów” albo „Proszę pana, ja też chodzę na pokazy mody, ale nie mówię, że robię to z miłości do mojej mamy”. Były i dłuższe monologi: „Malarze holenderscy malowali ludzi starych i pokurczonych. Nie ukrywali brzydoty swoich modeli, ale pokazywali ich piękno, bo mieli dystans do swego tworzywa. W naszej piramidzie jesteśmy zarazem tworzywem i twórcami. Otóż gdyby ktoś był niedoskonały fizycznie nie wiedziałby gdzie kończy się i gdzie zaczyna się jego brzydota. I nie sposób żeby miał właściwy dystans do samego siebie. To jest powód, dla którego sądzę, że osobiście nie mogę już dłużej brać udziału w tej gimnastyce. Nie umiem znaleźć dystansu. Nie mogę być równocześnie twórcą i tworzywem. Mam chyba prawo wyboru”.

W okularach z „Doktora Żywago”

Dobosz z sympatią wspomina o „Rejsie” podczas spotkań z czytelnikami, rozmów i wywiadów, bo zawsze ktoś o to zapyta. O tym, że tak naprawdę Piwowski wystawił go do wiatru, bo najpierw kazał grać… Antoniego Słonimskiego, a przecież chodziło o samego Dobosza i jego niepodrabialną vis comica.

O scenie siarczystych klapsów w tyłek, gdy przy barierce statku Kaowiec uderzał Filozofa zbyt mocno, za co potem Stanisław Tym przy różnych okazjach nieustannie go przepraszał. O wchodzeniu do jeziora podczas wygłaszania dyskursu o „nowej koncepcji sztuki”, którą kręcono we wrześniu w zimnej wodzie, więc po kilku dublach zziębnięty Dobosz dodatkowo zsiniał i marynarze musieli poić go spirytusem.

W „Rejsie” Dobosz grał w okularach bolszewickiego komisarza z filmu „Doktor Żywago”, które dostał od Elżbiety Czyżewskiej i w białym kapeluszu podarowanym mu przez oficera armii izraelskiej. Występował we własnym ubraniu i wynegocjował z ekipą filmową, żeby dostało ono status kostiumu, za co też należało się honorarium.

Swoje dochody uzupełniał podczas przystanków w rejsie zbierając na brzegu Wisły krwawnik lekarski – małe, białe kwiatki. Na dachu statku znalazł miejsce do ich suszenia, by w następnym porcie sprzedawać towar w centrali zielarskiej. W ten sposób dochody Dobosza z planu „Rejsu” podwoiły się. Za wypłatę kupił maszynę do pisania.
Wspomnienie kawiarni Państwowego Instytutu Wydawniczego
Ciekawe, że mogło być go więcej na ekranie, bo wiele ujęć improwizowano, ale po zaliczeniu dnia zdjęciowego – choćby mignięciu twarzy w scenie zbiorowej – zwykł zaszywać się z ulubioną lekturą.

Dobosz po „Rejsie” występował jeszcze w epizodach w „Trzeba zabić tę miłość”, „Trzecia część nocy”, „Stawiam na Tolka Banana”. U Jana Łomnickiego grał rannego żołnierza: zdjęcia kręcono w Radomiu, skąd wracał autostopem z zabandażowaną głową i przerażonemu kierowcy opowiadał, że napadli go bandyci i jedzie do lekarza na zmianę opatrunku – podając przy tym swój adres domowy.

Skąd ta maskarada? W tym czasie złożył podanie o paszport i na zdjęciu w formularzu miał długie włosy (sic!), których nie wolno było ściąć, aby nie zmieniać wyglądu, dlatego postawił warunek na planie, że fryzura zostaje nienaruszona i mogą mu obandażować całą głowę…

W latach sześćdziesiątych, przy okazji inwigilacji Antoniego Słonimskiego, sam trafił pod obserwację SB. Figurantowi nadano wówczas pseudonim „Smentek”, z czego Dobosz po latach drwił, że przecież ma takie wesołe usposobienie! W 2005 roku otrzymał od IPN status osoby represjonowanej przez system komunistyczny.

Ceni naturalne materiały: jedwab, aksamit, kaszmir; nade wszystko lubi dobrze się ubrać – jeden z rozdziałów z książki „Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia” poświęcił „wyglądowi zewnętrznemu”. Na początku lat siedemdziesiątych, z braku lepszych pomysłów na życie, wymarzył sobie karierę krawca damskiego i kreatora mody. Założył więc „Firmę Dobosz” szyjącą „spódnice fantazyjne” i peleryny – nic z rękawami, bo krawieckie umiejętności nie obejmowały szycia rękawów.

Paryska księgarnia

Z kolekcją konfekcji chciał pojechać do Paryża, aby pokazać się w tym mieście – i stąd podanie o paszport. Choć legenda mówi, że wybrał się po kapelusz, bo zbiera je namiętnie (podobnie jak erraty do książek). Tymczasem formalnym powodem pobytu były studia w École Pratique des Hautes Études, uczelni szykującej naukowców do pracy badawczej, gdzie miał spędzić trzy miesiące w 1974 roku.

A może – jak zawsze – chodziło o książki? Dobosz opowiada portalowi obnt.pl: – Wiedziałem, że jak przychodzi się do księgarni „Libella” pana Kazimierza Romanowicza, to człowiek z kraju może dostać dwie książki i „Kulturę”. No więc poszedłem i dostałem pierwszy tom „Gułagu” Sołżenicyna oraz „Varia” Gombrowicza. Pojawił się poeta i eseista Witold Wirpsza, świetny tłumacz z języka niemieckiego. I zaczął mnie pytać o wspólnych znajomych, głównie o Woroszylskiego, ja odpowiadałem – a pan Romanowicz co dziesięć minut dorzucał mi kolejny tom i tak wyszedłem obładowany książkami. Potem poszedłem do Jana Lebensteina, z którym przyjaźniłem się jeszcze w Polsce. Lebenstein zadzwonił i przyjechał Zygmunt Hertz, który zaprosił mnie do redakcji «Kultury». Po kolacji i rozmowie redaktor usiadł do rękopisów, Hertzowa do korekt, ja następnie z Zygmuntem umyłem naczynia w kuchni i znowu otrzymałem paczkę książek. Kiedy wróciłem do Ani Prucnal, u której mieszkałem, powiedziała, że nie mogę tego wszystkiego zabrać do kraju: «Skonfiskują ci i już nigdy nie dostaniesz paszportu. Musisz czytać na miejscu». Zanim przeczytałem wszystkie książki, wyszły kolejne.
Kadr z serialu "Stawiam na Tolka Banana" w reżyserii. Stanisława Jędryki. Na zdjęciu od prawej: Andrzej Dobosz (pacjent u dentysty) i Agata Siecinska (Karioka). Fot. Archiwum TVP
W Paryżu Dobosz chodził do Biblioteki Polskiej i księgarni Libella, ale kolejne książkowe zakupy wymagały coraz więcej pieniędzy, więc zatrudnił się w paryskich delikatesach przy rozwożeniu zakupów. Pracował od 7:00 do 19:00, z dwugodzinną przerwą na obiad, przez sześć dni w tygodniu – jedynie w środy do obiadu miał wolne, by studiować w École Pratique des Hautes Études. Pobytu w Paryżu zaplanowany na trzy miesiące postanowił przedłużyć, ale to oznaczało podjęcie pracy.

Imał się różnych zajęć, z których wspomina zwłaszcza mycie szyb w wielu mieszkaniach – w tym u pisarza Julio Cortazara! Przy okazji zorientował, że życie w Paryżu jest na swój sposób proste, bo miejscowi bogacze wciąż wyjeżdżają na wakacje zimowe, wiosenne lub letnie, by na ten czas zostawiać dom bez opieki – tymczasem w Paryżu zdarzało się 25 tysięcy włamań rocznie! I Dobosz pilnował domów w zamian za możliwość mieszkania w nich. Można?

Poniekąd Dobosz stał się też dyktatorem mody: pewnego dnia szedł we własnoręcznie uszytym poncho i ktoś zagadnął jakiego obrządku jest kapłanem.

Miał ponad 50 lat, gdy poślubił Danutę. Pojawił się syn Michał. Potrzeba stabilizacji ziściła się przy rue de la Bûcherie 7 – w dzielnicy łacińskiej niedaleko katedry Notre-Dame – w „Librairie Dobosz”. Pomógł przypadek, bo Kazimierz Romanowicz, księgarz z wyspy świętego Ludwika, przeszedł na emeryturę i sprzedawał zbiory „Libelli”. Dobosz brał je partiami, aż zebrał wszystkie zasoby.

Jak czytać? W łóżku czy na stojąco

Tak powstała autorska księgarnia, bo asortyment był dobierany według doboszowego klucza: na półkach leżał Herling-Grudziński, Herbert, Miłosz; dalej prace krytyków, encyklopedie i słowniki; trochę literatury francuskiej w polskich przekładach, w centralnym miejscu kilka numerów „Kultury” (tam pisał), z lewej stos „Tygodników Powszechnych”.

Handlował tym, co przeczytał i poleca, ale gdy ktoś zamówił „Tarot paryski” Manueli Gretkowskiej – skrzywił się i dzieło ściągnął, choć autorki nie cierpi za „niezdolność rozwinięcia fabuły” i „pokrywanie niedostatków fabularnych pozorami wiedzy”, ale biznes to biznes. Księgarz Dobosz miał sukcesy: miło wspomnieć spotkanie z Jerzym Giedroyciem w 2006 roku, gdy ukazała się jego autobiografia. Efekt? 120 sprzedanych egzemplarzy i kolejka po autograf Księcia z Maison Laffitte wijąca się po rue de la Bûcherie.

Dobosz to człowiek przedwojenny, w XX wieku dopadły go kłopoty. Dlatego do księgarni oprócz książek sprowadzał kolorowe ołówki i kryształy, żeby zainteresować klientów. Nic to. Z żalem opowiada, że liczni turyści z Polski zaglądali do księgarni tylko po to, by zobaczyć słynnego gospodarza – pozował im wówczas w pustej ramie trzymanej na takie okazje, co jednak nie przynosiło zysków.

„Uwielbiali wpaść na rozmowę, ale kupowali książek mniej niż w poprzednim tysiącleciu” - cytowała słowa Dobosza depesza PAP z 31 lipca 2008 roku, która informowała, że właścicielka kamienicy przy rue de la Bûcherie dwukrotnie podniosła czynsz i po czternastu latach księgarnia przestaje istnieć.
Rejs
Nie będzie więc już codziennego rytuału odsłaniania okiennic, podnoszenia krat i zasiadania z książką w ręku w przytulnym środku „Librairie Dobosz”. – Będę miał teraz więcej czasu na pisanie książek, rozmowy i spacerowanie po Paryżu – komentował Dobosz z nadzieją. Zapowiadał otwarcie witryny internetowej, gdzie będzie można nabyć książki, ale ten plan nie ziścił się. Postanowił wrócić z Paryża do Warszawy.

Ciągnęło go w różne strony. „Chciałbym być hurtownikiem w handlu drzewem. Znaczną część dzieciństwa spędzałem w warsztacie dziadka po kądzieli, wielkiego, warszawskiego stolarza. Kocham dotyk drewna, znam się na gatunkach. To bym umiał robić” zwierzał się w radiowej audycji „Kwestionariusz Prousta”.

W roku akademickim 2011/2012 w Akademii Sztuk Pięknych został wykładowcą wizytującym na wydziale architektury wnętrz. Ale przede wszystkim wciąż pisał – najpierw w „Tygodniku Powszechnym”, potem w „Rzeczpospolitej” – wciąż dowodząc, że w felietonie czuje się jak niegdyś na pasach przy Krakowskim Przedmieściu.

Chciał napisać coś wielkiego i szukał opus magnum: rozpoczął pracę nad dziełem o budowie pierwszej w Europie kolei żelaznej, miał plany związane z monumentalną książką o 1840 roku, co przynosiło kolejne felietony poświęcone aspektom XIX-wiecznego życia, ale książka się nie ziściła. Najwięcej i najlepiej pisał o literaturze, na czym zna się wybornie i potrafi zaskakująco recenzować książki dociekając, gdzie czyta się lepiej: w łóżku, siedząc, stojąc? Może przy biurku albo w podróży?

Za dużo Baumana

Wydał zbiory felietonów „Pustelnik z Krakowskiego Przedmieścia” (teksty 1951- 2010), „Generał w bibliotece”, „Ogrody i śmietniki”, „Z różnych półek”. Ostatnią pozycję sygnowano na okładce „Dobosz. Ten z Rejsu”, co pokazuje ciężar gęby Filozofa wleczonej przez życie, bo zwyczajowym sztafażem jest statek na Wiśle – spotkanie w Domu Dziennikarza promujące książkę rozpoczęto fragmentem „Rejsu”. Autor czarował jak zawsze, że „pisuje o tych książkach, które zdołał doczytać do końca”. – Zaczynam od indeksu nazwisk. Jeśli jest tam więcej niż jedno odniesienie do Zygmunta Baumana, to patrzę, czy jest to żart, krytyka czy na serio. I wtedy wezmę lub odłożę, bo jak Baumana jest za dużo, to książka zostaje na ladzie – kokietował. Metoda nie jest niezawodna, bo w ostatniej książce Dobosza odniesienia do Baumana są trzy!

Co sam czyta? Podczas spotkania z czytelnikami mówił, że na bezludną wyspę dla siebie zabrałby eseje Zbigniewa Herberta; zaś dla celów dydaktycznych i pokazania ewentualnym przybyszom – Jerzego Stempowskiego. W wywiadzie dla telewizji „Republika” wymienił ulubione książki – „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, „Lalkę” Prusa, „Złego” Tyrmanda oraz „Czerwone i czarne” Stendhala. Kiedy indziej wymienił „Polski słownik biograficzny”.
Filozof wciąż filozofuje. W 2014 roku wydanie „Z różnych półek” dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dwa lata później autor został laureatem nagrody ministra za całokształt twórczości. Mateusz Matyszkowicz, miłośnik doboszowej twórczości, najpierw zaprosił pisarza do „Chuliagana Lierackiego”, a potem na stałe do TVP - w każdy piątek po godz. 18.00 felietony Dobosza z cyklu „Spis treści” (literacki) i „Z pamięci” (wspomnieniowy) pojawiają się przedpremierowo na portalu tygodnik.tvp.pl, a potem w weekendy w telewizyjnej „Jedynce”. Filozof wciąż jest w formie i ani myśli o sekcji gimnastycznej.

– Jakub Kowalski
Andrzej Dobosz, cz. 1
Zdjęcie główne: Grudzień 2009, uroczystość wręczenia Andrzejowi Doboszowi nagrody im. Andrzeja Kijowskiego za książkę "Ogrody i śmietniki". Fot. PAP/Andrzej Rybczyński
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.