Kultura

Kłamstwo, podstęp i komiksy. Jak amerykański showbiznes ukradł superbohatera

Superman, przybysz z planety Krypton, skończył 80 lat. W ciągu długiego życia zarobił miliony dolarów, a jego ojcowie – Jerry Siegel i Joe Shuster – zaznali nędzy. Jeden w zakładzie utylizacji odpadków zarabiał 7 tysięcy dolarów rocznie, drugi był na utrzymaniu brata. Całe życie walczyli o odzyskanie praw do herosa, którego stworzyli.

W kinach i przemyśle gier komputerowych trwa nieprzerwana moda na superbohaterów. Historie o facetach w trykotach z nadludzkimi mocami śledzą miliony ludzi na świecie. Cała ta subkultura zapewne w ogóle by nie powstała, gdyby w 1938 roku w pierwszym zeszycie „Action Comics” nie pojawił się Człowiek ze Stali – Superman.

I choć dzisiaj obrasta kurzem, a niedawne filmy Warnera („Człowiek ze Stali”, „Batman v Superman. Świt Sprawiedliwości”) nie wyszły mu na dobre, to z samego sentymentu trzeba oddać sprawiedliwość mitowi Clarka Kenta. Bez niego nie da się bowiem zrozumieć współczesnej popmitologii.

Chłopcy z Cleveland

Mit „obcego” w czerwonej pelerynie, skrywającego prawdziwą naturę pod ubraniem dziennikarza-fajtłapy, stworzyło dwóch chłopców z Cleveland.

Jerry Siegel i Joe Shuster (rocznik 1914) poznali się w szkole. Od razu przypadli sobie do gustu. Byli jak dwie krople wody – stroniące od rówieśników, wstydliwe odludki. Ponieważ nie interesowali się sportem, przyciągali uwagę szkolnych prześladowców – wyrośniętych psychopatów ze starszych klas.
Kto ukradł Supermana?
W domu nie było lepiej. W obu rodzinach dochodziło do ciągłych awantur na tle finansowym. Nad Stany Zjednoczone nadciągnął właśnie Wielki Kryzys i rodzice ledwo wiązali koniec z końcem.

Do tego dochodziły kompleksy związane z pochodzeniem. Żyjąc wśród protestantów z klasy średniej, rodziny Siegelów i Shusterów skrzętnie ukrywały swe żydowskie korzenie.

Chłopcy, niezrozumiani w szkole i w domu, uciekali w kryminały, opowiadania fantastyczne i wszelkiego rodzaju pulp fiction – tanie brukowe powieści wydawane na surowym papierze. Jak się zresztą wkrótce okaże, perypetie takich awanturników i obrońców uciśnionych, jak Zorro, Doc Savage, Shadow, Tarzan czy John Carter staną się znakomitą inspiracją dla Supermana.
Siegel lubił pisać po nocach i chować swe opowiadania do szuflady, a Shuster był zakochany w rysunkach. Szybko stało się jasne, że połączą siły. Pierwsze próby współpracy nie można zaliczyć do udanych. Przez lata bezskutecznie próbowali przebić się do świata komiksiarzy i twórców animacji, marząc o pracach na zlecenie, ale i o własnej serii przedziwnych opowieści.



Najbardziej chyba przeżyli klęskę ilustrowanego opowiadania „Rządy Supermana”, opublikowanego w styczniu 1933 roku na łamach trzeciego numeru wydawanego przez nich fanzinu „Science Fiction”. Pojawiła się w nim postać nadczłowieka, łudząco przypominająca Lexa Luthora – złoczyńcy wykorzystującego telepatyczne zdolności do zdobywania korzyści materialnych i rozgłosu.

Nieco wcześniej 2 czerwca 1932 roku w rodzinie Siegelów doszło do tragedii – ojciec Jerry’ego umiera na zawał w czasie napadu rzezimieszków na jego sklep odzieżowy w Cleveland. Jak na ironię, Siegel starszy wraz z żoną przybyli do Ameryki w 1900 roku, uciekając z terenów Litwy przed prześladowaniami Żydów przez carskie władze. Wydarzenie to wywarło głęboki wpływ na dalszy rozwój wypadków.

18-letniego Jerry’ego śmierć ojca mocno poruszyła. Zwłaszcza że sprawców napadu nigdy nie złapano, przez co nie dosięgła ich kara. Targany poczuciem krzywdy, młody Siegel dochodzi zatem do wniosku, że skoro świat jest zły i bezwzględny, to ludzie tym chętniej uciekną do rzeczywistości, w której dobro zawsze triumfuje nad złem, a każda niegodziwość zostaje pomszczona.

Superman przybywa na Ziemię

Narodziny Supermana nie były jednak łatwe. W 1933 roku Siegel i Shuster zaproponowali jednemu z wydawców prototypową serię o Supermanie. Gdy odmówił on publikacji, Siegel wpadł w taki szał, że na strzępy porwał oryginały plansz pierwszej historii o nadczłowieku. Shusterowi udało się uratować jedynie okładkę zeszytu.
„S” jak Superman, Siegiel i Shuster. Kostium Supermana ze słynnym logo, który nosił Christopher Reeve wystawiony w 2009 roku na aukcji w Melbourne. Fot. Getty Images/ Mark Dadswell
W końcu Siegel wpadł na genialny pomysł. Postanowił odwrócić porządek – skoro opowieści grozy, fantasy i pulpa przedstawiają ludzkich bohaterów działających w nieprawdopodobnych okolicznościach, to może tym razem warto opowiedzieć o „obcym” działającym w takim świecie, jaki znamy.

Siegel jako cherlawy, nieśmiały młody człowiek zawsze marzył o tym, żeby być silnym mężczyzną, odważnie realizującym swe plany i marzenia. Taki siłacz miałby moc Herkulesa, Samsona i innych strongmanów; więcej, byłby od nich wszystkich o wiele silniejszy. Uosabiałby mit imigranta, przybywającego z daleka, walczył o sprawiedliwość społeczną i skrywał się za wizerunkiem everymana. W ten sposób realizowałby amerykański sen.

Kiedy przedstawił swoją wizję Shusterowi, ten od razu wziął się do pracy. Rozrysowując nowe szkice twórcy, szybko wpadli na kolejny genialny – jak się później miało okazać – pomysł umieszczenia na piersiach bohatera czegoś w rodzaju godła. – Niech to będzie „S” jak Superman, Siegiel i Shuster – powiedzieli.

Znalezienie wydawcy, który byłby gotowy opublikować przygody Supermana zajęło im kolejne 5 lat. Postać superbohatera była całkowicie nowym pomysłem i większość redaktorów bała się wyłożyć pieniądze na świeżą inicjatywę.

Dopiero dwaj nowojorscy redaktorzy z National Allied Publications – Harry Donenfeld i Jack Liebovitz – postanowili zaryzykować. Postawili jednak jeden warunek – autorzy będą mogli zrealizować własną serie, jeśli sprzedadzą prawa do postaci za kwotę… 113 dolarów.

To była jedna z trudniejszych decyzji w życiu Siegela i Shustera. Z jednej strony, zdawali sobie sprawę, że tracą prawo własności do swojego tworu. Z drugiej strony byli już bardzo znużeni kolejnymi rozmowami z niezainteresowanymi wydawnictwami. Chcieli minimalnej stabilizacji. Ostatecznie zdecydowali się podpisać kontrowersyjny kontrakt. I to był początek kłopotów. Odtąd dla wydawnictwa byli tylko twórcami na zlecenie.

„Gwiezdne wojny”. Mity, religie, metafory

George Lucas stworzył Moc, by obudzić duchowość w młodych ludziach, którzy będą oglądać jego film.

zobacz więcej
Narodziny legendy

W 1938 roku seria o Supermanie trafiła do kiosków. I stał się cud. Supermen momentalnie został postacią kultową. Dzieci kupowały po 3 egzemplarze każdego zeszytu z jego perypetiami. Mania osiągnęła niespotykane rozmiary, także dzięki nowatorskiej, jak na owe czasy, promocji – na kanwie przygód bohatera powstało słuchowisko radiowe, postać reklamowano też na paradach miejskich.

Siegel i Shuster z dnia na dzień stali się sławni. Niczym rasowi celebryci występowali w radiowych programach publicystycznych, na wystawnych przyjęciach traktowano ich jak VIP-ów.

Pomimo blichtru i zainteresowania opinii publicznej, autorzy zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że dostają co prawda stałe wynagrodzenie, ale lwia część zysków wpływa do kieszeni redaktorów i wydawców. A gdy wreszcie dotarło do nich, jak wiele zeszytów „Action Comics” i „Supermana” jest rozsyłanych do kiosków w całej Ameryce, ich frustracja sięgnęła zenitu.
Jerry Siegel i Joe Shuster, twórcy superbohatera wszech czasów. Fot. Wikimedia
Na awanturę nie trzeba było długo czekać. Ojcowie Supermana oskarżyli wydawców, że ci niewystarczająco dzielą się z nimi zyskami ze sprzedaży. Redaktorzy zrewanżowali się, krytykując autorów serii za przesyłanie niedokończonych plansz i zbyt słabe dramaturgicznie historie. W oczach przedsiębiorczych wydawców Siegel i Shuster byli zwykłymi wyrobnikami, których zadaniem jest przynosić profity firmie. Wartość artystyczna w taśmowej produkcji komiksu schodziła na drugi plan.

Czarę goryczy przelało dopiero skierowanie do sprzedaży serii o Superboy’u - inkarnacji Supermana. O narodzinach Superboy’a Siegel dowiedział się w wojsku, dokąd trafił z poboru po wybuchu II wojny światowej. Wpadł w szał. Jego wściekłość potęgowała świadomość, że wiele lat temu to on zaproponował identyczną historię, którą wtedy wydawnictwo odrzuciło. Zirytowany opowiedział o hucpie przyjacielowi z okopów, prawnikowi Alfredowi Zugsmithowi. Ten przekonał go, że warto pozwać wydawnictwo do sądu za bezprawne czerpanie korzyści z cudzego pomysłu.

Przegrana bitwa

A więc postanowione – Siegel i Shuster pozywają koncern wydawniczy, który w latach 40. przeistoczył się w twór o nazwie DC Comics. Aby zwiększyć swe szanse w sądzie, ojcowie Supermana nakłonili Boba Kane’a, twórcę postaci Batmana, by przyłączył się do pozwu zbiorowego przeciwko wydawcy. Nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że paktują z nie lada łajdakiem i cwaniakiem.

W rzeczywistości Kane nie był jedynym twórcą Mrocznego Rycerza. Stworzył go wraz ze scenarzystą Billem Fingerem. Tyle że w trakcie podpisywania kontraktu na realizację komiksów, Billego Fingera już przy nim nie było. Mało tego, zdecydowana większość historii realizowanych przez Kane’a była wytworem zespołu artystów-widmo. Kane, jeśli cokolwiek rysował od siebie, to zazwyczaj plagiatował swe ulubione malunki z opowieści noir lub wcześniejszych komiksów Borroughsa.

Był też na tyle bezczelny, że za plecami Siegela i Shustera ostrzegł Donnefelda i Liebovitza o planowanym pozwie. Za lojalność wobec firmy oczekiwał podpisania nowego, korzystniejszego kontraktu na komiksy o Batmanie, co też się stało.



W kwietniu 1947 roku rozpoczęła się sprawa sądowa o przywrócenie prawowitym twórcom praw autorskich do Supermana. Na początku Siegel i Shuster domagali się zwrotu postaci wraz z 5 milionami dolarów zadośćuczynienia za poniesione krzywdy. Sąd orzekł jednak na korzyść wydawców DC Comics.

Wtedy prawnik autorów namówił ich, by poszli na ugodę. Postawił rzecz jasno – albo Siegel i Shuster zgodzą się na 100 tys. dolarów za prawa do Supermana i Superboya, pozostawiając DC Comics w spokoju, albo nici z pieniędzy i z ugody.

Skończyło się na ugodzie, choć pieniądze w lwiej części i tak poszły na honorarium adwokata. Siegel i Shuster zostali z niczym.

Przez następne lata Siegel będzie zwyczajnym scenarzystą Supermana. Przyjmował wprawdzie zlecenia redaktorskie, ale cały czas w wydawnictwie dotykał go ostracyzm. Z powodu narastającej frustracji, postanowił wrócić do Cleveland, gdzie zatrudnił się jako copywriter.
Komiksy wydawane przez koncern DC Comics doczekały się wystawy w Londynie, którą otwarto w lutym 2018 roku. Fot. Getty Images/Jack Taylor
Shuster, wykończony psychicznie i zrezygnowany, przeniósł się do Nowego Jorku. Latami będzie się zmagał z pogarszającym się wzrokiem i problemami ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Pozostanie na utrzymaniu brata. Z bezsilnej złości za niepowodzenia, będzie jeszcze tworzył fetyszyzujące ilustracje z Supermanem, na których Lois Lane poddaje go sadystyczno-masochistycznym torturom.

Prace te można dziś oglądać w publikacji „Secret Identity: The Fetish Art of Superman's Co-creator Joe Shuster”.

Umrze w 1992 roku w samotności i zapomnieniu.

Jerry zwycięzca

W amerykańskim prawie autorskim obowiązują ograniczenia czasowe dotyczące praw do danego tworu. Aby ustrzec się przed zapisaniem go do domeny publicznej, prawa do niego należy odnawiać co 28 lat.

Na to właśnie liczył Jerry Siegiel, który w latach 60. postanowił po raz kolejny wytoczyć DC bój o prawa do Supermana. Problem polegał jednak na tym, że wiele się w międzyczasie zmieniło. Biznes komiksowy zaczął podlegać praktykom korporacyjnym, a firmę stanowiącą dom dla Supermana i Batmana, kupił magnat prasowy Steve Ross, który później dokonał fuzji wydawnictwa z konsorcjum medialnym Warner Bros.

Kiedy Warner Bros. obiecało, że obaj ojcowie Supermana dostaną stypendium, Siegel postanowił odpuścić. Sęk w tym, że obietnica nigdy nie została dotrzymana. Aby zarobić na życie Siegel musiał zatrudnić się w biurze pocztowym zakładu utylizacji odpadów. Była to dla niego praca uwłaczająca. Była druga połowa lat 70. i Siegel przekroczył już szcześćdziesiątkę.



Warner Bros zaś postanowił uczcić połączenie sił z DC Comics filmową ekranizacją przygód Supermana w reżyserii Richarda Donnera. Scenariusz miał napisać Mario Puzo, autor słynnego „Ojca chrzestnego” oraz „Rodziny Borgiów”. Prasę obiegła wieść, że honorarium scenarzysty opiewa na 3 miliony dolarów. Siegel zarabiał w tym czasie zaledwie 7 tys. dolarów rocznie.

W akcie desperacji Siegel znowu ruszył do walki. Tym razem opisał swą batalię o prawa autorskie do Supermana, historię rozesłał do tysięcy redakcji na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Informacja o wielkiej niesprawiedliwości, jaka dotknęła twórców słynnego superbohatera, błyskawicznie obiegła kraj, wywołując medialną awanturę.

W ich obronę zaangażowali się koledzy po fachu, tacy jak Neal Adams oraz Jerry Robinson. Ten ostatni sprawował w tamtym czasie funkcję prezydenta National Cartoonists Society. Krzywda autorów Supermana go oburzyła. Pewnie jakieś znaczenie miał także fakt, że sam był poniewierany przez Boba Kane’a, gdy pracował jako artysta-widmo komiksów o Batmanie i współtwórca postaci Jokera.

W wyniku medialnej burzy Warner, by ratować dobre imię firmy, postanowił w 1975 roku ufundować Siegelowi i Shusterowi dożywotnią pensję oraz dodać ich nazwiska – jako pełnoprawnych autorów – do każdego tekstu, w jakim pojawił się Superman.
Bez Supermana nie da się zrozumieć współczesnej popmitologii. Sięgnęli po nią także marketingowcy Donalda Trumpa. Bilbordy promujące obecnego prezydenta USA zawisły w Nowym Jorku. Fot. Getty Images/Drew Angerer
Wojna o Kryptonijczyka dobiegła końca – nawet jeśli rodzina Shustera wciąż walczy o prawa do Człowieka z Stali przy każdej okazji związanej z dezaktualizacją praw autorskich i skierowaniem ich do domeny publicznej.

Jerry Siegel umiera – jako zwycięzca – otoczony przez najbliższych w 1996 roku.

Historia walki o autorstwo Supermana przypomina biblijną przypowieść o Dawidzie i Goliacie. Dwóch samotnych autorów walczy z nieuczciwym przemysłem komiksowym i rozrywkowym w ogóle. Siegel i Shuster dowiedli, że istnieje na świecie dobro, prawda i sprawiedliwość. I że warto o nie walczyć.

– Michał Chudoliński

Autor jest krytykiem komiksowym i filmowym. Prowadzi zajęcia w Collegium Civitas z zakresu amerykańskiej kultury masowej, ze szczególnym uwzględnieniem komiksów („Mitologia Batmana a kryminologia”). Pomysłodawca i redaktor prowadzący bloga „Gotham w deszczu”. Współpracował z „Polityką”, „2+3D”, „Nową Fantastyką”, „Czasem Fantastyki”, Polskim Radiem oraz magazynem „Charaktery”. Obecnie pracuje w TVP.


Przy pisaniu tekstu korzystałem: 1. Marc Tyler Nobleman, Ross MacDonald „Boys of Steel. The Creators of Superman”, 2008. Dragonfly Books. 2. Fred Van Lente, Ryan Dunlavey „Comic Book History of Comics”. DW Publishing 2012. 3. Grant Morrison „Supergods: Our World in the Age of the Superhero”. Vintage 2012. 4. Brad J. Ricca, „History: Discovering the Story of Jerry Siegel and Joe Shuster”. 5 Matthew J. Smith i Randy Duncan. „Critical Approaches to Comics. Theories and Methods”. „Routledge” 2012.
Tomasz Kaczkowski
Zdjęcie główne: Figurę Supermana z telewizyjnego serialu komediowego „Seinfeld” można było oglądać na wystawie na nowojorskim Manhattanie w 2015 roku. Fot. Reuters/ Mike Segar
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Dwaj „podstarzali fececi” znienawidzeni przez „pierwszą parę”
To był cichy protest wobec otaczającego świata, w którym twórcy nie czuli się dobrze.
Kultura Najnowsze wydanie
Piewca polsko-litewskiego Commonwealthu i hipster z PRL
Pojedynek Melchiora Wańkowicza z Mironem Białoszewskim to konfrontacja dwóch zupełnie różnych zapisów doświadczenia wojennego.
Kultura Poprzednie wydanie
Hans Kloss, agent GRU w niemieckim mundurze
„Stawka większa niż życie” ma już 50 lat. Aktorzy, którzy zagrali niemieckich oficerów, byli idolami, co szczególnie pikantne – przede wszystkim w NRD.
Kultura Poprzednie wydanie
Koniunkturalista i ideowiec – dwie kolaboracje z komunizmem
Jarosław Iwaszkiewicz i Tadeusz Konwicki dali się uwieść władzy ludowej. Ale obydwaj kierowali się różnymi pobudkami.
Kultura wydanie 28.09.2018 – 5.10.2018
Czerwony patriota i wylękniony bluźnierca
Władysław Broniewski i Julian Tuwim to poeci z życiorysami połamanymi i tragicznymi, a zarazem wzniosłymi i bohaterskimi.