Kultura

Kapłan, który opowiadał o szatanie i urzędnikach

Robert Brylewski miał własną gębę: zawadiaki, sowizdrzała, rockmana, szydercy. Pozostał kontrkulturowym błaznem. Może to dziwne, ale dostrzegam, że konserwatyści często lubią takie niespokojne duchy.

Skandalizujący performer, ofiara sekty, artysta totalny

To on, wraz z żoną Kacmajora, przejął ster kierowania „Niebem”. Radził sobie bardzo dobrze, poranne sprawdzanie widzeń, wieczorne spotkania, omawianie spraw. Wziął na serio kierowanie zborem.

zobacz więcej
Urodzeni pod koniec lat 70., mieli za mało czasu, żeby w najgorętszy czas nastoletnich i studenckich lat zachłysnąć się kontrkulturą lat 80. Dla nas było Radio Dzieciom i Natalia Kukulska dociekająca, co powie tata. Gdy czytam w tych dniach poświęcone Robertowi Brylewskiemu wpisy na Twitterze Piotra Semki czy Sławomira Cenkiewicza, urodzonych dość wcześnie, żeby chłonąć wszystkimi porami skóry całą dziwaczność lat 80.tych, mocno im zazdroszczę.

Armia. Na początku lat 90. Tomek Budzyński, mężczyzna w błazeńskiej czapce, budził szczery zachwyt. Czytałem o nim w „Magazynie Muzycznym” i w „Teraz Rocku”, a po chwili pampersi zaczęli pokazywać go w telewizji publicznej. To było dziwne: ani to Prońko lub Szczepanik, ani Opole, ani Sopot. Ta piosenka nie szła też do wojska. Raczej z niego spierniczała. Nie był to też ostry, językowo wówczas tylko szczątkowo zrozumiały, thrash metal z Bay Area, którym się zachwyciła niemała część nas, szczeniaków.

Błazen śpiewał po polsku. „Każdy bawić się chce / każdy cieszyć się chce / kto ma płakać więc? / Nie dostrzega się łez”. I te nawiązania do chrześcijaństwa, w których była jakaś nieoczywistość; coś, co na różne sposoby uciekało pieśniom z majowych nabożeństw, które jako dzieci śpiewaliśmy na wsi, z których urywaliśmy się dojrzewając, żeby w kilku krztusić się „Popularnym”. Później okazało się, że to gnostycyzm, synkretyzm religijny.

W tamtym czasie wszelkie kulturowe przenikanie metafizyki do rzeczywistości było czymś niesamowitym. Dalszy ciąg tej historii dobrze znamy. „Triodante” trawiłem już jako uczeń katolickiego liceum w Poznaniu, w którym czasem odwiedzał nas Robert „Litza” Frierdrich. Ta historia biegła w stronę kapeli 2Tm2,3 i książki „Radykalni”, która w okolicach Millenium podsumowała historię muzyków nawróconych na chrześcijaństwo/katolicyzm. Błazen stał się kapłanem.

Szybko odkryłem, że jest jeszcze ktoś inny. Ale w tamtych czasach, łóżek polowych i azjatyckiego sprzętu krótko-grającego, znanego jako jamniki, trzeba było pofatygować się do księgarni muzycznej po prasę, mieć dobry dostęp do kaset i winyli od starszych znajomych i krewnych, nasłuchiwać Rozgłośni Harcerskiej.
Robert Brylewski i zespół Izrael podczas koncertu na Festivalu Róbrege w październiku 2013 r. Fot. PAP/Jakub Kamiński
Okazało się, że ten inny z Armii to Robert Brylewski. Tu nie było metafizyki, była obserwacja społeczna, która komponowała się ze słoikami z fasolką po bretońską, dźwiganymi przez rodziców z wielkiego miasta na wieś w epoce jedynie słusznych socjalistycznych niedoborów. „Ciągle krzyczysz na mnie / Wszędzie ciasno jest / Nie można oddychać swobodnie / Nie można umrzeć godnie”.

Nie wszystko rozumiałem. „Politycy wywołują wojny / urzędnicy wywołują wojny / czynią to na rozkaz szatana / oni czynią to na rozkaz szatana”. Bo co ma szatan wspólnego z urzędnikami agnostycznej ludowej ojczyzny? To są dwa różne systemy walutowe, nie należy ich mieszać – myślałem. Ale w początku lat 90., dziennikarze wykłócali się w radiowej Trójce o stosunek do służby wojskowej, o sedno i przejawy wolności obywatelskich, o wpływ państwa na jednostkę. I rzecz stawała się jasna, a wraz z nią – filozofia jaka stała za reggae. Bo tak naprawdę sporą część lekcji z wiedzy o społeczeństwie moje pokolenie odebrało za pośrednictwem muzyki tamtych lat. Gdy później poznałem w Krakowie Marka Kurzyńca z Ruchu Wolność i Pokój, dobrze już wiedziałem, o czym śpiewał Izrael, w co nie wierzył, a w co chyba wierzył Brylewski. I przez wszystkie upływające lata to on był wciąż kontrkulturą, gdy wielu przerobiło się na męskie pogrywanie, sacrosongi w pięknych okolicznościach przyrody, dni miasta z ochlajem i wyżerką.

Brylewski miał gębę; nie, nie taką dorobioną i przyprawioną; miał własną gębę: zawadiaki, sowizdrzała, rockmana, szydercy. Pozostał kontrkulturowym błaznem, jednym z tych, których Pink Floyd sportretowali w „Outside the Wall”, wieńczącym „The Wall”. Może to dziwne, ale dostrzegam, że konserwatyści często lubią takie niespokojne duchy, jeśli widzą w nich szczerość. Bo są jak przypowieść o dziwności życia, bez jego ideologizacji, bez doktrynerstwa.

Jeden błazen stał się kapłanem. Drugi błazen odszedł, pobity. „Czas spadł, dzyń” – pożyczmy frazę od kapłana. Dzwonią dzwoneczki, dzwonią głośno, na różne melodie, różnymi słowami. Panie Brylewski, to cholernie smutne, że już tak pana nie będzie i nie będzie.

– Krzysztof Wołodźko
Robert Brylewski
Zdjęcie główne: Robert Brylewski, sesja fotograficzna z listopada 2009. Fot PAP/Marcin Kalinski
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.