Historia

Gaz na ulicach, ZOMO w akcji, granaty hukowe i sztachety w rękach. Bitwa o Dom Katolicki w Zielonej Górze

30 maja 1960 roku o 10:05 pierwszy pluton ZOMO wkracza do akcji, o 11:20 kpt. Zalewski ściąga pierwsze posiłki z Gorzowa i Świebodzina, o 11:00 na Placu Powstańców Wielkopolskich jest już 800 osób. O wpół do pierwszej na liczący dwa i pół tysiąca osób tłum rusza szturm ZOMO.

Marzec urządzili nam Sowieci

Piotr Gontarczyk: Nie ma powodów, dla których Polacy mieliby przepraszać za antyżydowską nagonkę z 1968 roku.

zobacz więcej
Sytuacji prawdziwie batalistycznych, takich, które nadawałyby się na scenę filmową, było w Zielonej Górze w maju 1960 roku niewiele: może ten moment, kiedy dwóch uczniów technikum odpala wyrwaną ZOMO-wcom rakietnicę, kierując jej wylot między szczeliny chłodnicy milicyjnego stara aż samochód stanie w ogniu?

Może to ujęcie, kiedy rozgorączkowana kawalerka, za nic już mając pohukiwania księdza proboszcza, wbiega na wieżę kościoła św. Jadwigi i zaczyna ciągnąć sznury dzwonu? To mogłoby być dobre, dynamiczne ujęcie: kamera, kołysząc się między wysokimi oknami wieży, pokazuje przez moment niską, małomiasteczkową zabudowę, czarny tłum na rynku, wir dymu, wreszcie dalekie błonia nad Odrą, przez które sunie szosą od Sulechowa stalowoniebieska kolumna ciężarówek: posiłki ZOMO z Poznania.

„Pokaż ręce, gnoju!”

Bo reszta była taka jak zawsze w pacyfikacjach, których tyle zdarzyło się w Europie Środkowej w XX wieku.

Najpierw lamenty starszych kobiet, wyciąganych pod łokcie, ale bez bicia, z Domu Katolickiego (wracają, rzucając się na kolana i drąc przy tym pończochy, więc za każdym razem wyciąganie będzie brutalniejsze). Potem krzyki „Księdza zabili!”, kiedy dwóch ZOMO-wców spuści łomot wikaremu aż ten zemdleje; potem przepychanki, „Zostawcie go!”, „Szmaty gestapowskie!” i pierwszy delikwent trafiający do milicyjnej furgonetki.

A potem to już poszło: nawoływanie się nastolatków po opłotkach, robotnicy idący murem po pierwszej zmianie z fabryki (na zdjęciach, przetartych na zgięciach, widać kaszkiety i marynarki jak na płaskorzeźbach z MDM), płyty chodnikowe tłuczone o krawężnik i brukowce wykopywane motyką, którą każdy trzyma jeszcze w obejściu, bo kartofle...



Kwaśny zapach gazu i spalenizny, wszystkie trzy miejskie karetki pogotowia jeżdżące w kółko między placem a szpitalną izbą przyjęć (stłuczenie, złamanie kości przedramienia, 23 złamane nosy i żuchwy), i wreszcie, już wieczorem, odwieczny moment wszystkich „kryteriów ulicznych” w PRL – od Poznania po Trójmiasto, Ursus i Wrocław: „Pokaż ręce, gnoju!”. Kto ma brudne od kamieni – kajdanki i na komendę. Jak ktoś cwany, usiłuje je spłukać w kałużach, które zostały po polewaczce i gaszeniu kiosków, ale paznokci w ten sposób nie domyjesz. Za brudne paznokcie trafi tej nocy do aresztu przeszło dwieście osób.

Zapomniany maj

Nota encyklopedyczna jest krótka: w poniedziałek, 30 maja 1960 roku, Wojewódzka Rada Narodowa podjęła działania zmierzające do przejęcia Domu Katolickiego w Zielonej Górze, będącego w użytkowaniu Kościoła od lata 1945 roku. Bierny opór kilkudziesięciu starszych parafian przerodził się w trwające do nocy starcia, w których wzięło udział kilka tysięcy osób. Starcia pacyfikowane przez milicję i „obstawiane” przez wojsko.
Bierny opór kilkudziesięciu starszych parafian przerodził się w trwające do nocy starcia. Fot. IPN
Na szczęście nie doszło do ofiar śmiertelnych, przed sądem stanęło jednak ostatecznie 196 osób, przed kolegiami ds. wykroczeń – drugie tyle (większość to uczniowie).

Był to prawdopodobnie największy protest społeczny w PRL między Czerwcem ‘56 a Marcem ‘68, na pewno największy wstrząs polityczny w Zielonej Górze po zakończeniu II wojny światowej i wejściu do miasta Armii Czerwonej, która na dzień dobry uprowadziła w nieznane tysiąc niemieckich cywilów. Nie może się z nim równać ani otwarcie politechniki, ani ćwierć wieku Festiwalu Piosenki Radzieckiej, ani desperackie starania o zachowanie statusu miasta wojewódzkiego w dniach reformy administracyjnej Jerzego Buzka.

A mimo to lubuski maj nie trafił do „kalendarza polskich miesięcy”; samo miasto nadrabia pamięć o nim dopiero od roku 2000, kiedy to ulicy przy Filharmonii Zielonogórskiej, jaka wyrosła na miejscu dawnego Domu Katolickiego, nadano imię 30 maja. Od tego czasu posypało się: monografie, filmy, świadkowie, odznaczenia.

Wojna o krzyże

Historycy nie są zaskoczeni, że do tego doszło: umieszczają wydarzenia z Zielonej Góry w zbiorze kilkudziesięciu starć i konfrontacji, jakie miały miejsce na przełomie lat 50. i 60., w momencie podjęcia przez władze „kontrofensywy ideowej wobec kleru” po chwilowym osłabieniu czujności w dniach Października.

Znane z podręczników Nowa Huta i Kraśnik Fabryczny, gdzie doszło do walk ulicznych w miejscu planowanej budowy kościołów parafialnych, ale też starcia w Głuchołazach i Gliwicach, szarpanina z ZOMO na jasnogórskim dziedzińcu w dniach najścia na Instytut Prymasowski (21 lipca 1958), komornik zajmujący monstrancję w Pyrzycach i kilkaset konfliktów w dniach akcji, określonej groteskowo przez PZPR mianem „dekrucyfikacji”, czyli mówiąc wprost: zdejmowania krzyży w szkołach. Trzebunia, Limanowa, Wola Gałecka…

W województwie krakowskim do starć doszło w przeszło stu szkołach, w kieleckiem – do ponad 80: we wsi Krzyształkowice grupa kilkuset demonstrantów, jak pisze prof. Antoni Dudek, rozbiła wspólne zebranie lokalnych organizacji PZPR i PSL, wtargnęła do szkoły i zawiesiła krzyże, wznosząc przy tym okrzyki „Precz z nauczycielami-komunistami!”.

Wszędzie było tak samo: starsze kobiety, matki, posterunkowy z czapką nabitą na oczy, przyjazd plutonu ZOMO, pałowanie, kolegia: w ramach „akcji dekrucyfikacyjnej” postawiono przed nimi w całej Polsce przeszło 1200 osób.
Czy to możliwe, że całe powstanie zielonogórskie było dziełem księdza proboszcza Kazimierza Michalskiego? Fot. printscreen/Gazeta Lubuska
Tyle, że – kręcą nosem historycy – tych 1200 osób skazano przede wszystkim w województwach krakowskim, rzeszowskim, białostockim i kieleckim. Czyli wiadomo: wschodnia Kongresówka i Galicja, ciemne i sklerykalizowane, ale i zorganizowane społecznie. Ale Zielona Góra?

Zapyziała prowincja

W granicach Polski dopiero od czasów konferencji w Poczdamie, w roku 1960 jeszcze pozbawiona cech wielkomiejskości, mimo średniowiecznych fortyfikacji Piastów Głogowskich (Wieża Łazienna, widniejąca na wszystkich PRL-owskich pocztówkach) i wznoszonych od końca lat 50. Zakładów Przemysłu Wełnianego, ciągle przypominała miasteczko z „Cudownej meliny” Kazimierza Orłosia.

Ta słynna, wydana w Paryżu powieść traktowała o korupcji i deprawacji lokalnych elit gomułkowskiej Polski. Choć jej pierwowzorem było Lesko, Zielona Góra w niczym mu nie ustępowała: ogródki przy domkach, rzadko rozstawione kamienice z sypiącym się tynkiem, zarośnięty żydowski cmentarz i pętla PKS. Piwo w butelkach z krachlą, lody Bambino.

I te elity władzy! Stanisław Jabłoński, stojący na czele miejscowego Urzędu ds. Wyznań, przeszedł tam prosto z Urzędu Bezpieczeństwa, za to szef miejscowej SB Bolesław Galczewski był absolwentem dwuletniego kursu KGB w Moskwie; podobnie wyglądała październikowa „odnowa” na innych stanowiskach.

Nowe reprezentował szef Wydziału Propagandy i naczelny „Gazety Zielonogórskiej”, Michał Horowicz (okulary w grubych oprawkach, absolwent poznańskiej polonistyki, wielbiciel jazzu): po 30 maja podsumuje wydarzenia na „jedynce” gazety zatwierdzonym w Warszawie, a może w Moskwie, tekstem: „Chuligani narzędziem aspołecznych planów ks. proboszcza”.

A po drugiej stronie – chłopi z okolicznych wsi, skuszeni pracą w fabryce, trochę osadników z przeludnionej Małopolski, nic nawet nie słychać o Kresowiakach, wysiedli wcześniej w repatriacyjnej podróży. Czy to możliwe, że całe powstanie zielonogórskie było dziełem księdza proboszcza Kazimierza Michalskiego?

Trafiła kosa na księdza

Ten miał okazję dać się we znaki władzom już wcześniej. Syn gnieźnieńskiej rodziny (czwarte z 11 dzieci), powołanie znajdzie w okopach I wojny światowej, gdzie służył jako poborowy w armii niemieckiej; wyświęcony przez prymasa Edmunda Dalbora, przez całą II RP służył w Wielkopolsce, II wojnę spędził w Dachau.
Od marca 1960 było już wiadomo, że Komitet Wojewódzki i Miejski w Zielonej Górze skupia swe apetyty na Domu Katolickim. Fot. IPN
Do Zielonej Góry trafił w lecie 1945, przejmując zabudowania po opustoszałej ewangelickiej parafii i po dwóch latach pseudosielanki okazał się kamieniem, na który trafiła kosa: może najbardziej od 26 października 1947, kiedy to na odczyt zorganizowany przez PPR dotarło 16 osób, a na procesję z okazji święta Chrystusa Króla – 15 tysięcy?

Wysiedlono go na dnie nocy stalinowskiej, wiosną 1953. Wrócił w chwale jesienią 1956, ale już w pół roku później zaczęło się na nowo: kolegium za zawiadomienia o jasełkach wywieszone bez zgody cenzury; mandaty za procesję Bożego Ciała. Rewizja na plebanii w październiku 1958, w trzy miesiące po najeździe MO na Jasną Górę – i konfiskata szeregu tan niebezpiecznych tytułów, jak „Gorzowskie Wiadomości Kościelne” oraz odbity na powielaczu podręcznik dla klas I-III „Jacek i Marysia w Kościele”.

29 czerwca 1958 zespół amatorski z Gorzowa chciał wystawić w Domu Katolickim „Rozdroże miłości”, miłosiernie zapomnianą dziś sztukę Jerzego Zawieyskiego; ksiądz Michalski wyraził zgodę, ale nieoczekiwana kontrola ustaliła, że zespół ścigany jest „za nielegalną działalność zarobkową”. Zatrzymano zespół, skonfiskowano rekwizyty, kolegium wymierzyło karę: takie to były zielonogóskie „Dziady”…

Nadciągają mroki obskurantyzmu

Spór o Dom Katolicki dojrzewał od końca lat 50. Parafia istotnie nie posiadała doń tytułu notarialnego: jesienią 1945 r., gdy pełnomocnikiem władz był świeżo zwolniony więzień Auschwitz, przekazano go parafii św. Jadwigi razem z innymi, mniejszymi nieruchomościami pozostałymi po ewangelikach, odmawiając zarazem notarialnego uregulowania praw. Mimo to parafia odprowadzała zań podatki i wykorzystywała, chciałoby się rzec, „na trzy zmiany”: działała tam parafialna orkiestra, Caritas (do chwili upaństwowienia), „stanowe” duszpasterstwa i apostolstwa, drużyna ministrantów, a przede wszystkim – odbywały się lekcje religii.

Dom musiał stać się kością niezgody w chwili, gdy podjęta została przez PZPR kontrofensywa, której kierunki najpełniej zdefiniowane zostały w liście Sekretariatu KC PZPR do władz partyjnych niższych szczebli z lipca 1958, autorstwa towarzyszy Artura Starewicza, Walentego Titkowa i Andrzeja Werblana.
Sytuacji prawdziwie batalistycznych było w Zielonej Górze niewiele, większość była taka jak zawsze w pacyfikacjach. Fot. IPN
Ujawniony po 1989, kilkakrotnie wydawany dokument nie pozostawia złudzeń: prócz tradycyjnej walki z „ofensywą wojującego klerykalizmu”, a zwłaszcza Wielkiej Nowenny, która jest „obłędnym programem wtrącania Polski w mroki obskurantyzmu”, prócz tradycyjnych, sprawdzonych posunięć w rodzaju odmowy meldunku dla zakonników, „dekrucyfikacji”, sabotażu pielgrzymek i zamykania przed duszpasterzami szpitali – dalsze wsparcie dla PAX, rygorystyczna cenzura, a przede wszystkim – ograniczenie nauki religii (nieopatrznie przywróconej w szkołach po 1956) i „uregulowanie stosunków własnościowych na Ziemiach Odzyskanych”.

Od marca 1960 było już wiadomo, że Komitet Wojewódzki i Miejski w Zielonej Górze skupia swe apetyty na Domu Katolickim. Mnożyły się przeczące sobie nawzajem wnioski: miał on (dwa piętra, kilkanaście wysokich pokojów) „rozwiązać problem kryzysu mieszkaniowego w Zielonej Górze”, ale też stać się siedzibą miejscowej amatorskiej orkiestry dętej. Zarazem jego przejęcie przez państwo (i trębaczy) miało przynieść ulgę okolicznym mieszkańcom, udręczonym ponoć zgiełkiem..

Ksiądz Michalski procesował się w kolejnych instancjach, parafianie słali kolejne petycje do przewodniczącego Rady Państwa (znamienne, że zebrano pod nią 1020 podpisów – znacznie mniej niż uczestników starć. Złożenie podpisu wymagało wówczas naprawdę dużej odwagi). Na próżno: ostateczną decyzję o konfiskacie podjęto 20 maja. Jej termin wyznaczono na sobotę 28 maja; ostatecznie, uznając, że „sobota nie sprzyja tego rodzaju czynności”, przesunięto ją na poniedziałek.

Osiem feralnych godzin

Przygotowano się starannie: grupa operacyjna MO i SB, „plan zabezpieczenia miasta”, sześć zakonspirowanych punktów obserwacyjnych, agenci w kościołach parafialnych, zamknięcie ruchu pieszego i kołowego, mobilizacja straży pożarnej…

A 30 maja o 9.00 rano wyszło jak zawsze. Robotnicy wyznaczeni do wynoszenia mebli „nie chcą się mieszać”, kobiety klęczą, trójka z petycją spieszy do ratusza i Komitetu Miejskiego.

O 10:05 pierwszy pluton ZOMO wkracza do akcji, o 11:20 kpt. Zalewski ściąga pierwsze posiłki z Gorzowa i Świebodzina, o 11:00 na Placu Powstańców Wielkopolskich jest już 800 osób.

W Komitecie rozpoczyna się redagowanie ulotek, które zrzucać mają samoloty (!), MO odcina kordonem dworzec PKS i szpital, zastępca komendanta głównego wysyła ZOMO z Poznania. O wpół do pierwszej na liczący już dwa i pół tysiąca osób tłum rusza szturm ZOMO, posiłkując się granatami hukowymi i gazem łzawiącym. Szyby w kościołach idą w drobny mak.
Kontratak uzbrojonych w brukowce i sztachety ludzi rozpoczyna się chwilę przed pierwszą: Plac Powstańców został odbity, KBW z ostrą bronią obstawia gmachy publiczne. Kolejny szturm ZOMO następuje dopiero około godz. 17. 00.

Zakaz sprzedaży chleba „osobom duchownym”

Rozprawy trwały do połowy czerwca 1960 roku. Na miasto nie spadła aż taka niełaska władz centralnych, jak na Radom po roku 1976 roku: rozwiązano jednak seminaria na „Ziemiach Odzyskanych”, m.in. w Gorzowie i Słupsku, w całym kraju władze powoływały do wojska alumnów z Wielkopolski, władze w niedalekim Nowym Mieście nad Pilicą wydały zakaz „sprzedaży chleba osobom duchownym” (!).

Tylko w województwie zielonogórskim do końca 1960 roku władze formalnie przejęły 232 nieruchomości w użytkowaniu Kościoła, w większości zresztą pozostawiając je w rękach dotychczasowych użytkowników.

Ks. Kazimierz Michalski pod naciskiem władz poprosił o zwolnienie ze stanowiska proboszcza parafii św. Jadwigi: przez kolejnych 15 lat, do końca życia, służył w Poznaniu.

Nadzorujący akcję I sekretarz KW PZPR, tow. Tadeusz Wieczorek, zakończył karierę jako pracownik Biura Radcy Handlowego przez Ambasadzie PRL w Albanii. W Filharmonii Zielonogórskiej, która ostatecznie przejęła parcelę po Domu Katolickim, co roku w maju wysłuchać można „Popołudnia fauna” Claude’a Debussy’ego.

– Wojciech Stanisławski
Zdjęcie główne: O 10:05 pierwszy pluton ZOMO wkracza do akcji. Posiłki ściągnięto potem jeszcze z Gorzowa, Świebodzina i Poznania. Fot. IPN
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Azyl dla opozycyjnych dziennikarzy
Maziarski, Kalabiński, Fikus, Łojek, Bratkowski, Łukasiewicz… Usunięci z państwowych mediów, znaleźli pracę w niszowym miesięczniku, pod skrzydłami partyjnego prezesa.
Historia Poprzednie wydanie
Pogromy Żydów i sowiecka intryga. Czarna legenda atamana Petlury
Morderstwo uznano za „usprawiedliwioną zemstę”. Ława przysięgłych uniewinniła zabójcę, złapanego na gorącym uczynku.
Historia Poprzednie wydanie
Przez Turcję, Syrię i Saharę. Kręta droga polskiego złota
Kiedyś myślano o budowie polskiego Fort Knox pod Warszawą. W 2002 roku NBP kupił nawet od Agencji Mienia Wojskowego Fort Zegrze.
Historia wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
26 tys. zabitych Finów, 130 tys. Sowietów. Zapomniana wojna
Osiem scen i terminów wojny zimowej, które proszą się o kamerę.
Historia wydanie 29.11.2019 – 6.12.2019
Innym razem miałam przewieźć karabiny….
Któregoś dnia naładowano dwie walizy materiałami wybuchowymi (proch, lonty, piroksylina) i wydano mi rozkaz: „Obywatelka ma to przewieźć do Lublina”.