Cywilizacja

Jeden z ciała kolegi zrobił nadzienie do pierożków. Drugi zgwałcił 37 dziewczynek. Kolejny poderżnął gardła 19 ofiarom

Na pograniczu Europy i Azji, pośród stepów orenburskich, leży Sol-Ileck. Jak sama nazwa wskazuje, przez ponad 260 lat historii miasteczka nauczono się tu dobrze dwóch rzeczy. Po pierwsze, wydobycia soli – największego bogactwa tych ziem. Po drugie, pilnowania więźniów. Bo kolonia karna istnieje tu tylko dwa lata krócej niż samo miasto.

Mordował kobiety „rozwiązłe”. Ogłuszał siekierą, wbijał w ciało noże, dłuta, gwoździe

Ma na koncie co najmniej 81 ofiar. Największy seryjny zabójca w kraju.

zobacz więcej
Ścianę budynku zdobi plakat z błękitnooką blondynką z dzieckiem na ręku i podpisem „Czekają na Ciebie w domu”. Nie wiadomo, po co ten plakat w ogóle tam wisi. Roli edukacyjnej nie spełnia na pewno. Bo w tej kolonii siedzą głównie skazani na dożywocie. A poza tym i tak plakatu nie zobaczą, bo jeśli nawet wychodzą z budynku więziennego, to zawsze mają zasłonięte oczy.

Morski ssak w stepie

Niewielkie miasto (dwadzieścia parę tysięcy ludzi) mogłoby się chwalić uzdrowiskami nad słonymi jeziorami, których tu nie brakuje. Ale Sol-Ileck znany jest bardziej z czegoś innego. Tutaj mieści się kolonia nr 6 (IK-6) – największa wśród kilku zaledwie w Rosji kolonii karnych o specjalnym reżimie. Trafiają tutaj przestępcy skazani za szczególnie ciężkie zbrodnie. Nic dziwnego, że drugiego tak pilnie strzeżonego więzienia nie ma w całej Rosji.

Na 700 osadzonych przypada aż 900 pracowników Federalnej Służby Penitencjarnej (FSIN). To jedno z niewielu miejsc w Rosji, gdzie obowiązują surowe reguły więzienne, a nie „prawo” worów w zakonie (honorowego kodeksu bandyckiego – red.). Nieważne, czy jesteś seryjnym zabójcą, gwałcicielem małych dziewczynek czy islamskim terrorystą. Wszystkich obowiązują te same zasady.

Zdecydowana większość więźniów trafiła tu z wyrokiem dożywocia. To dlatego o IK-6 mówią, że wchodzi się tam na nogach, a wychodzi nogami do przodu. Innego sposobu na wyjście zza czerwonych murów nie ma. Stąd nie da się uciec. Choć próbowano – na przykład w 1960 roku podkopem z terenu więziennego warsztatu. W październiku 2016 r. gruchnęła zaś w rosyjskich mediach wieść, że z IK-6 w Sol-Ilecku zbiegł więzień. Pierwsza udana ucieczka w historii kolonii! Szybko okazało się, że zbieg był więźniem położonej w pobliżu filii IK-6, gdzie trzyma się drobnych przestępców.

Właściwa kolonia to otoczony murem niewielki teren z kilkoma trzypiętrowymi budynkami. Ten najważniejszy, czyli „czerwony blok”, to najstarsza budowla na terenie kolonii – pochodzi z początków XX wieku. Za masywnymi dębowymi drzwiami, zdobionymi dziwacznymi rysunkami, kryje się kolejnych kilkoro drzwi z elektromagnetycznymi zamkami.
Dziedziniec więzienia "Czarny Delfin". Fot. Wikimedia
To, co najważniejsze, znajduje się jednak na zewnątrz. Przed wejściem przybyłych witają dwie niewielkie fontanny, a w środku każdej z nich figurka… czarnego delfina. Skąd ten abstrakcyjny pomysł w środku euroazjatyckich pustkowi? Podobno to przypadek, fantazja jakiegoś więźnia. W każdym bądź razie dziś nikt nie mówi o kolonii karnej nr 6 w Sol-Ilecku inaczej niż Czarny Delfin.

Słona katorga

Wszystko zaczęło się w 1744 roku, gdy w tej okolicy osiedli pierwsi warzelnicy pozyskujący sól z okolicznych słonych jezior. Dziesięć lat później, dla ochrony przed najazdami Kazachów, zbudowano drewnianą fortecę i nazwano ją Ilecka Zaszczita.

Rok 1756 – cesarzowa Elżbieta wydaje dekret, który głosi: „Skazańców podlegających zesłaniu do Orenburga długo w więzieniach nie trzymać, a niezwłocznie odsyłać, wybierać odpowiednich na rekruta i do dowolnej pracy”. Katorżnicy trafiają między innymi do Ileckiej Zaszczity – do pracy przy wydobyciu soli.

Ale prawdziwe tłumy skazańców trafiają tutaj po stłumieniu chłopskiego powstania Pugaczowa. Dla niektórych z nich to znajome miejsce. Otóż właśnie tu, w lutym 1774 roku, powstańcy pod wodzą atamana Chłopuszy wzięli szturmem fortecę, a żołnierze i Kozacy z garnizonu przyłączyli się do buntowników. Nie mówiąc o katorżnikach.

W 1824 roku drewniany fort został zniszczony, a w jego miejscu wyrosło więzienie – aż do rewolucji październikowej służyło jako areszt tranzytowy dla skazańców wędrujących dalej na wschód.

Po zwycięstwie bolszewików w Sol-Ilecku mieścił się obóz koncentracyjny. Tutaj w 1942 roku zmarła na tyfus znana aktorka Carola Neher, muza Bertolda Brechta. Jak gwiazda kina weimarskich Niemiec trafiła w stepy południowego Uralu? Przez męża, rumuńskiego komunistę Anatola Bekkera. W 1934 roku wyjechała z nim do ZSRR. Zostali aresztowani dwa lata później. Bekkera rozstrzelano za rzekomy udział w spisku na życie Stalina. Carola Neher dostała 10 lat łagru. Nie doczekała końca wyroku – osadzona nr 59783 zmarła 26 lipca 1942.

Łagier po zakończeniu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej otrzymał status specjalnego więzienia NKWD. W 1965 roku przekształcono je z kolei w szczególną kolonię karną: dla więźniów z otwartą formą gruźlicy.

Kolonia karna nr 6, którą znamy dziś, rozpoczęła działalność parę miesięcy po zdobyciu prezydentury przez Władimira Putina. Pierwszy konwój skazanych na dożywocie trafił tutaj w listopadzie 2000 roku.

Gotowane lepsze niż smażone

Strażnicy mówią o nich krótko: „osa”. Skrót od słowa „osadzony”. Wszystko jest tu krótkie, od komend wydawanych więźniom, po spacery na wewnętrznym zadaszonym dziedzińcu. Długie są tylko wyroki, z jakimi trafiają tutaj „osy”. Najczęściej dożywocie – w wielu przypadkach orzeczone w zamian za wyrok śmierci, na którego wykonywanie wprowadzono w Federacji Rosyjskiej moratorium w 1996 roku.

Siedzi tu kilkuset najgroźniejszych i najbardziej odrażających zbrodniarzy Rosji. Kanibale, terroryści, seryjni zabójcy. Policzono, że statystycznie na jednego osadzonego przypada pięć morderstw. W ostatnich latach o skrócenie wyroku do 25 lat ubiegało się 13 skazanych na dożywocie – wszystkie wnioski odrzucono.
Każdy więzień jest pod obserwacją 24 godziny na dobę. Wszędzie są kamery monitoringu - więzień nawet naturalną potrzebę załatwia na oczach operatora siedzącego w pomieszczeniu z ekranami. Fot. National Geographic
Wszyscy siedzą tutaj za dokonanie zabójstwa – różnią się tylko liczbą ofiar. Władimir Muchankin to seryjny morderca z obwodu rostowskiego. Mówi o sobie, że jest uczniem Andrieja Czikatiły. „Rzeźnik z Rostowa” miał na koncie ponad 50 ofiar, Muchankin zdążył zamordować osiem. Czikatiło został skazany na śmierć, a wyrok wykonano strzałem w tył głowy w 1994 roku. Muchankin żyje, bo w Rosji nie wykonuje się od blisko ćwierć wieku wyroków śmierci.

Inny „osa” z Czarnego Delfina, niejaki Jerszow, to dezerter z wojska, który po ucieczce zamordował 19 osób, podrzynając im gardło.

Oleg Ryłkow z Togliatti ma na koncie „tylko” cztery ludzkie życia. Dostał dożywocie za zgwałcenie 37 dziewczynek w wieku osiem-dziewięć lat i zamordowanie czterech z nich. Pedofilem-zabójcą jest też Władimir Naumow.

Nietrudno sobie wyobrazić, co takich ludzi, jak Ryłkow czy Naumow, czekałoby w zwykłym rosyjskim więzieniu. Ale w Czarnym Delfinie są bezpieczni i traktowani tak samo, jak skazani za inne przestępstwa. Na przykład kanibale.

„Ludojad z Nowoczeboksarska” ma na koncie dwie ofiary. Zaczęło się od pijackiej libacji, podczas której Władimir Nikołajew uderzył kumpla od kieliszka butelką w głowę, po czym zasnął. Gdy się obudził stwierdził, że kolega nie żyje. Zaciągnął więc ciało do łazienki i kuchennym nożem zaczął je ćwiartować: głowa, ręce, nogi… Odezwał się głód, więc nie myśląc długo, odciął kawałek mięsa i wrzucił na patelnię. Nie posmakowało, więc je ugotował. I to było to! Wieczorem przyszli znajomi – oczywiście na picie. Na zagrychę dostali gotowane mięso. Ludzkie. Choć akurat tego Nikołajew kolegom nie powiedział.

Parę miesięcy później znów zabił człowieka. Tym razem poszedł na bazar i sprzedał jakieś pięć kilo ludzkiego mięsa. Nakupił za to denaturatu, a wieczorem na zagrychę zrobił pierożki. Z wiadomym nadzieniem…

Inny ludożerca z Czarnego Delfina, Siergiej Maslicz, był mniej wyszukany. Kiedy odsiadywał wyrok w innym więzieniu, udusił towarzysza z celi, po czym zaostrzonym elementem długopisu otworzył mu brzuch. Wyjął serce, żołądek i wątrobę. Zanim strażnicy zorientowali się – ugotował je w metalowej misce na kuchence gazowej w więziennym warsztacie.

Kaseta z nagraniem egzekucji

W Czarnym Delfinie siedzą też „zwyczajni” mordercy. Siergiej Szipiłow zabił 12 kobiet – wielu Rosjan zna go jako głównego bohatera filmu dokumentalnego „Piekielna beczka”. Michaił Iwanowcow z zazdrości zamordował brzemienną żonę. Jewgienij Nagornyj, właściciel warsztatu samochodowego, zabijał swoich klientów i rabował drogie auta. Siergiej Winogradow to były starszy śledczy prokuratury w Jekaterynburgu. Na koncie trzy zabójstwa i gwałt.

Wśród osadzonych są też „kryminalne autorytety” – jak Radik Galiakberow, ps. Radża, były lider zorganizowanej grupy przestępczej z Kazania. Z kolei Aleksiej Piczugin to były szef służby bezpieczeństwa Jukosu, skazany za organizowanie zabójstw.
Na 700 osadzonych w "Czarnym Delfinie" przypada aż 900 pracowników Federalnej Służby Penitencjarnej. Fot. National Geographic
Grupą więźniów, którym ze szczególną uwagą przygląda się administracja kolonii, są skazani za terroryzm. Oleg Kostariew zorganizował zamach na Rynku Czerkizowskim w Moskwie. Ale to Czeczeni budzą największy niepokój – wszak 20 km stąd jest już Kazachstan, a tam bardzo wpływowa czeczeńska diaspora. W Czarnym Delfinie wyroki odsiadują m.in. Achmed Ismajłow, skazany za zamach bombowy na siedzibę rządu w Groznym (zginęły 83 osoby) oraz komendant polowy Salaudin Timirbułatow ps. Traktorzysta – kiedyś w świat puścił kasetę wideo z nagraniem egzekucji rosyjskiego żołnierza, której dokonał własnymi rękami.

Telewizja po 10 latach

Więźniowie ubrani są w identyczne czarne stroje, z trzema białymi pasami. Maniacy seksualni i kanibale mają cele pojedyncze. Inni siedzą po dwóch, czterech, dobierani według właściwości psychologicznych. Przeciętna cela nie jest zbyt duża – pięć metrów kwadratowych na dwóch więźniów. Okna maleńkie, wysoko, pod sufitem. Chodzi o to, żeby więźniowie nie widzieli obszaru kolonii i nie znali położenia poszczególnych budynków. „Osy” nie mogą swobodnie poruszać się po celi – siedzą w specjalnej klatce.

Najważniejsza zasada w Czarnym Delfinie brzmi: każdy więzień jest pod obserwacją 24 godziny na dobę. Wszędzie są kamery monitoringu – więzień nawet naturalną potrzebę załatwia na oczach operatora siedzącego w pomieszczeniu z ekranami. W celi świeci się żarówka przez okrągłą dobę. Co kwadrans do celi przez wizjer zagląda strażnik. Pobudka o szóstej rano, a dokładnie szesnaście godzin później trzeba się kłaść do snu. Osadzony ma obowiązek spać głową w stronę drzwi, nie zakrywając głowy kocem. Każde odstępstwo od reguły oznacza natychmiastowe wkroczenie strażników i odpowiedzialność zbiorową dla wszystkich siedzących w celi.

W ciągu dnia „osy” albo stoją, albo spacerują, albo – na zmianę – siadają na jedynym w celi taborecie. Między 6 a 22 obowiązuje zakaz siadania na pościelonej pryczy. Raz dziennie przez pół godziny można posłuchać radia. Telewizja? Tylko jako nagroda za dobre zachowanie i nie wcześniej niż po odbyciu 10 lat wyroku.

Więźniowie rzadko opuszczają ściany celi. Każde jej otwarcie to określony w najmniejszym szczególe rytuał. Strażnik przez drzwi wydaje komendę. Osadzeni podchodzą do ściany leżącej najdalej od drzwi, stają do niej twarzą, uniesione ręce oparte o ścianę, zamknięte oczy, otwarte usta. W takiej pozycji czekają na komendę. Wtedy dopiero wchodzi strażnik.
Po korytarzach więzienia osadzeni muszą chodzić w tzw. pozycji jaskółki: ręce skute za plecami, głowa nisko opuszczona. Fot. National Geographic
Pada komenda „Do raportu!”. Starszy celi, nie zmieniając pozycji, pospiesznie recytuje: nazwisko, paragraf, kto za co został skazany i na ile. Strażnik wychodzi.

Takie raportowanie zdarza się nawet kilka razy dziennie. Po złożeniu raportu może nastąpić wyprowadzenie więźnia z celi. Na komendę osadzony musi pochylić się do przodu i wyciągnąć ręce do tyłu, rozchylając maksymalnie palce dłoni. Chodzi o pewność, że nie ukrywa między nimi czegoś ostrego. Po założeniu kajdanek może być wyprowadzony.

Spacerniak na dachu

Po korytarzach więzienia „osy” muszą chodzić w tzw. pozycji jaskółki: ręce skute za plecami, głowa nisko opuszczona. Wyjątek robi się tylko w pomieszczeniu przeznaczonym na modlitwę. Lewą rękę skazańca przykuwa się do jakiegoś stałego elementu, wolną ma tylko prawą, żeby mógł się przeżegnać. No i pod prysznicem – tutaj w ogóle zdejmuje się kajdanki, ale skazaniec kąpie się w specjalnej klatce.

Cele są regularnie kontrolowane. Więźniów wyprowadza się w kajdankach, z zamkniętymi oczami. Stają pod ścianą, gdzie są drobiazgowo przeszukiwani. Następnie, jeśli czas przeszukania celi ma być dłuższy, „osa” jest zamykany w „szklance” – masywnej klatce na środku korytarza, pomalowanej na niebiesko.

Z bloku więziennego wychodzi się tylko w dwóch przypadkach. Albo na codzienny spacer, albo do pracy. Po terenie kolonii więźniowie są przeprowadzani z zasłoniętymi oczami, w eskorcie trzech uzbrojonych ludzi i strażnika z psem. Spacerniak to zamknięty boks na dachu jednego z bloków. De facto to również cela, tylko bardzo duża – skazaniec nie ma co liczyć, że ujrzy choć skrawek nieba. Spaceruje ze skutymi na plecach rękami.



Około 400 więźniów pracuje pod okiem brygadierów w warsztatach: krawieckim i obuwniczym. Warsztaty są na parterze bloków więziennych. Praca to właściwie jedyna możliwość, by urozmaicić sobie monotonię surowego życia w IK-6.

Bóg, małżeństwo, pogrzeb

Można się też artystycznie samorealizować. Oto „osa” Andriejew, w starym życiu właściciel restauracji skazany za potrójne zabójstwo, w Czarnym Delfinie został autorem przeszło 200 pięknych ikon. Bóg jest zresztą dla wielu skazanych na dożywocie więźniów ostatnim oparciem. Rodzina i przyjaciele zwykle się od nich odwracają. Wszak szansa na wyjście na wolność, nie dość, że najwcześniej za 25 lat, i tak jest minimalna. Pozostaje wiara.

W kolonii przebywają wyznawcy praktycznie wszystkich religii. I czekają wszyscy na duchownych, którzy od czasu do czasu przyjeżdżają, by przez radio wygłaszać pogadanki i kazania.

Zdarzają się też małżeństwa. Średnio jedno na rok. Trzy razy częściej niż wesele, zdarza się tu pogrzeb. Trzy kilometry za miastem, w szczerym polu, stoją rzędy identycznych tabliczek z numerami. To więzienny cmentarz.

– Antoni Rybczyński
Zdjęcie główne: Więźniowie ubrani są w identyczne czarne stroje, z trzema białymi pasami. Fot. National Geographic
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
„In vitro” dla par lesbijskich. Liberalizm uderza w rodzinę
Politycy z partii z Emmanuela Macrona mówią wprost: „Nie ma czegoś takiego, jak prawo dziecka do ojca”.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Misterna gra Putina z Łukaszenką. Czy Rosja połknie Białoruś?
Moskwa chce wywołać w Mińsku wybuch niezadowolenia społecznego, trochę na wzór ukraińskiego Majdanu. W jakim celu?
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Tu wcześniej wojny nie było. Teraz łopaty prędko latają w...
– To jest dla mnie Trump, zwierzę! – krzyczał Dilo, odcinając najpierw jedno, a potem drugie ucho martwego zwierzęcia. Reportaż Witolda Repetowicza z kurdyjskiej Rożawy w północno-wschodniej Syrii.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
To nie jest taka prosta gra… Sędzia przestaje być „powietrzem”
Cóż to za dziwny sport? Po golu zmiana stron boiska, rzut karny z dowolnego punktu położonego 11 metrów od linii bramkowej, a bramki nie mają poprzeczek.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
„Pełzająca germanizacja” Kaliningradu
Biznes poważnie cierpi na kremlowskiej polityce wobec obwodu: militaryzacji („lotniskowiec Kaliningrad”) zamiast komercjalizacji („bałtycki Hongkong”). Ta druga droga jest dziś uważana za herezję.