Rozmowy

Cenzorzy chamstwa nie przepuszczali

Stefan Kisielewski szarpał się z nimi przez całe życie i uważał, że wszystko, co napisał, zostało wykoślawione – o tym, jak w PRL twórcy radzili sobie z cenzurą i cenzorami, opowiada prof. Zbigniew Romek.

Dzwonki do drzwi. Domokrążcy czasów PRL

Chłoporobotnicy zbierali suchy chleb dla konia. Cyganki wróżyły, Cyganie sprzedawali patelnie. Kominiarze składali życzenia. Kobiety ze wsi przywoziły nabiał i mięso. Sąsiedzi pożyczali maszynkę do mielenia kawy.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Komuniści uważali, że słowo obala trony. Czy dlatego w PRL cenzurowano wszystko: od gazet i książek po instrukcje obsługi maszyn i etykiety na słoikach z dżemem?

ZBIGNIEW ROMEK:
Ustrój totalitarny skrajnie traktuje wolne słowo i w takich drobiazgach może się dopatrywać walki z władzą. Obawiano się, że także na etykietce coś takiego się znajdzie. Słowo obala trony, bo najczęściej te trony królują w systemie autorytarnym w oparciu o kłamstwo, o oszustwo. To jest narzędzie sprawowania władzy.

Walka toczyła się o to, co przeniknie do opinii publicznej, ale sit cenzury było wiele. Dominowały: autocenzura, cenzura wewnątrz redakcji, wydawnictwa czy zespołu filmowego. Widać nie wystarczyło to władzy, skoro potrzebowała jeszcze Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk...

Urząd spełniał specjalną rolę - superkontroli. Na niższych poziomach, na dole, wolność słowa miała być ograniczana, ale wymagała jeszcze specjalnej kontroli jakości jak w fabryce telewizorów czy aut. To był dodatkowy nadzór nad tym, aby do przestrzeni publicznej nie przedostały się „wybrakowane” elementy treści. Tym bardziej, że na dole nie zawsze było wiadomo, jaka aktualnie polityka jest w propagandzie, na co należy zwracać większą uwagę. Niuanse wychodziły na poziomie urzędu, bo cenzorzy dostawali bezpośrednie instrukcje od najwyższych władz Komitetu Centralnego PZPR, wydziałów propagandy czy ministerstw. Na bieżąco byli informowani i szkoleni co do szczegółów. Na niższe poziomy niekoniecznie ta wiedza tak szybko docierała.
prof. Zbigniew Romek. Fot. Marcin Żegliński, "Tygodnik Solidarność"
W Bułgarii czy NRD nie było urzędów cenzury. Czyżby polscy komuniści nie mieli zaufania do twórców?

Może tak, a może tamte systemy były bardziej totalitarne, aniżeli u nas? Polska natura, tradycje demokracji i wolności, złotej wolności szlacheckiej, kpiący stosunek do Związku Sowieckiego, do sowieckiego systemu wprowadzanego w Polsce wymagały dodatkowego zabezpieczenia. Z Wielkiego Brata wyśmiewał się nie tylko naród. Sam I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka krytykował kołchozy i uparł się, aby ocalić rolnictwo indywidualne. Nawet u polskich komunistów były odstępstwa niedopuszczalne w NRD czy Czechosłowacji. Urząd cenzury był więc dodatkowym bezpiecznikiem.

A może cenzorom chodziło o to – co wielokrotnie podkreślali – aby stać na straży wysokiego poziomu literatury, sztuki, nauki? Jeden z nich pouczał autora: „ Ja panu nie pozwolę kłamać w tym, co pan pisze. Tak musimy zmienić, aby to nie było kłamstwo. Musimy razem spotkać się na wierzchołku góry, która nazywa się prawdą”.

To jest prowokacja z pańskiej strony.
odc.12, Przeciwko cenzurze
Ś.p. Grzegorz Królikiewicz mówił mi w książce „Knebel. Cenzura w PRL–u”: „Gdyby nie było cenzorów nie doszedłbym do żadnych rezultatów! Oni, durnie, nawet nie wiedzieli, jak krzepią mnie swoją obecnością”.

(śmiech) To wyraz przekory artystycznej. Raczej przychylam się do zdania Stefana Kisielewskiego, że cenzura zniszczyła mu w 90 proc. to, co chciał opublikować. Chciał być publicystą politycznym, na co mu, rzecz jasna, nie pozwolono. Szarpał się przez całe życie i uważa, że wszystko, co napisał, zostało wykoślawione przez cenzurę.

Oczywiście cenzura, jeśli twórca chciał z nią walczyć – a nie wszyscy chcieli! – prowokowała do szukania różnych metod i sposobów jej obejścia. Wyrażało się to w aluzji czy języku ezopowym, mruganiu okiem, szukaniu zastępczych słów, ale nie wydaje mi się, aby oznaczało wyższy poziom. To była gra.

Na szkoleniach tępiono ambicje, zapędy cenzorów do poprawiania stylu literackiego. Byli przecież wśród nich ludzie wykształceni, także po polonistyce, filozofii, historii. A jednak instruowano ich: „Nie jesteście od tego, aby poprawiać styl!”. Cenzura nie była więc nastawiona na poprawianie. Takiego zamiaru urząd cenzorski nie miał. Cenzorzy nie podnosili poziomu! Nie.
Metafora, porównanie, aluzja są naturalnymi środkami artystycznych wypowiedzi. Sądzi pan, że Zbigniew Herbert w „Powrocie prokonsula” zastosował poetykę maski, aby obejść cenzurę? Współczesne mu aluzje?

Nie wiemy. Trzeba by Herberta o to zapytać. Dzisiaj razi nas prymitywizm satyry, aluzji politycznej, brutalność, wręcz chamskość języka. Cenzura chamstwa nie przepuszczała. Nie można było publicznie używać wulgarnych słów, np. w teatrze czy w telewizji. Ale taki też był standard zachowań ówczesnego pokolenia. Ludzie wiedzieli, że przekleństw należy unikać. Że są one poniżej poziomu. Że człowiek kulturalny nie przeklina, a rękę podaje nawet swojemu wrogowi. Inaczej zachować się nie wypadało. Czy cenzura miała na to wpływ? Raczej kultura tamtego czasu. Odmienna od dzisiejszej, szokującej różnymi zachowaniami.



Mówi pan: „zapytać Herberta”. Ale czy to, co dzisiaj przypisujemy pisarzowi, artyście, reżyserowi czy poecie nie było naturalnym procesem twórczym? Wznoszeniem się ponad czas i przestrzeń?

Możliwe, że tak było. Trudno z perspektywy czasu rozsądzić. Myślę, że osoby żyjące i tworzące w tamtych czasach trochę nas dzisiaj zwodzą, kokietują ówczesną odwagą, walką z systemem, opozycyjnością. Tymczasem mogło chodzić po prostu o to, o czym pan mówi: o poziom artystyczny. I pan ma rację, i ja. Trzeba by jednak wniknąć w intencje autora. Czy dzisiaj szczerze o nich powie?
Wspomniany przez pana Stefan Kisielewski, pytany o poziom dziennikarstwa i literatury w PRL powiadał, że pies trzymany pod szafą zawsze pozostanie jamnikiem. Ale przecież w peerelowskiej sztuce nie hodowano wyłącznie jamników!

Spis jamników, czyli osób, które zajmowały się aktywnie propagandą w PRL, znajduje się w świetnym felietonie Kisiela „Moje typy”. Wymienia w nim tylko imiona i nazwiska. Warto o nich pamiętać, bo niektóre z tych „jamników” po latach kreują się na buldogi.

Myślę, że każdy z twórców i dziennikarzy miał różne okresy w PRL: podporządkowania, wiary w system, wojowniczość. Sam Kisielewski po październiku 1956 roku na spotkaniu z pracownikami Radia Wolna Europa zapewniał Jana Nowaka Jeziorańskiego, że nie należy atakować rządów Gomułki, bo przyjdzie do władzy ktoś gorszy, partyjny beton. Nie przewidział, że Gomułka się cofnie. Kisiel w roli cenzora? Karol Małcużyński, który miał odważne wypowiedzi w Sejmie posolidarnościowym, wcześniej - zapamiętałem ten wywiad - opowiadał w Dzienniku telewizyjnym, że dziennikarz nie jest po to, aby informować. Jest po to, aby kształtować odbiorców, społeczeństwo. Takie ma zadanie do spełnienia. Tą wypowiedzią Małcużyński usprawiedliwiał kłamstwo.

Dziennikarze mieli świadomość, że pracują w propagandzie. Ale twórcy – pisarze czy reżyserzy – niejednokrotnie wznosili się ponad nią. Andrzej Wajda dostał nominację do Oskara za „Ziemię Obiecaną” , a Jerzy Kawalerowicz za „Faraona”.

Wartościowe dzieła oczywiście w PRL także powstawały, jeśli były jak najdalej od polityki. Moja polonistka pani Wanda Jeleniewska omawiając romantyzm, powtarzała: „Kochajcie Polskę. Nie socjalistyczną, nie kapitalistyczną. Po prostu Polskę”. Niezależnie od ustroju uczyła nas patriotyzmu. Cenzura tępiła takie wypowiedzi, bo dla niej patriotyzm bez socjalizmu oznaczał krytykę systemu. Kiedy Wojciech Młynarski skomponował piosenkę „Róbmy swoje” w cenzurze powiedziano mu, że namawia do obalenia socjalizmu.

– rozmawiał Błażej Torański

Dr hab. Zbigniew Romek jest historykiem historiografii i dziejów myśli społecznej XX wieku, prof. Polskiej Akademii Nauk.
Zdjęcie główne: Spis jamników, czyli osób, które zajmowały się aktywnie propagandą w PRL, znajduje się w świetnym felietonie Kisiela „Moje typy”. Fot. PAP/Witold Rozmysłowicz
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W Australii są piękne widoki, ale od polskich ciarki przechodzą
Polak, który uszył kurtki reprezentacji olimpijskiej Australii, opowiada o Polonii na antypodach i walce o utrzymanie nazwy najwyższego szczytu kontynentu Góra Kościuszki.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.