Rozmowy

Masz dobry humor? Dopadła Cię chandra? To Facebook może manipulować Twoimi nastrojami

Patriotyczne lajki zwiększają liczbę punktów przyznawanych obywatelowi, ale już „polubienie” osoby krytycznie nastawionej do państwa tę liczbę obniża. Chińczycy, którzy mają wiele punktów na razie są nagradzani obsługą bez kolejki na lotnisku, ale w przyszłości będą mogli szybciej robić kariery - o roli mediów społecznościowych w naszym życiu opowiada socjolog Krzysztof Pietrowicz.

Brutalny gwałt na demokracji. Zuckerberg przeprasza

Portale społecznościowe wykorzystują intymne dane użytkowników, by wpływać na ich opinie i decyzje, także w wyborach. Powodem wcale nie są poglądy polityczne menedżerów, tylko chęć zysku.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Afera Cambridge Analytica pokazała groźną twarz Facebooka?

KRZYSZTOF PIETROWICZ:
Ujawniła raczej naszą niewiedzę. Internet bywa skutecznym narzędziem wpływu, kontroli a nawet inżynierii społecznej, co dobrze ilustruje niepokojący przykład współczesnych Chin, do którego wrócę za chwilę. W naszej kulturze także nie wszyscy bowiem zdają sobie sprawę, że funkcjonowanie sieci polega na ciągłym monitoringu i gromadzeniu danych. Każdy nasz krok w internecie jest rejestrowany przez różne podmioty: Facebooka, Googla, Amazona dostawców sieci czy telewizji. Dane te przetwarza potem tysiące firm zewnętrznych – m.in. Cambridge Analytica.

W jakim celu?

Najczęściej marketingowym. Sfera biznesu bazuje obecnie na rejestrowaniu wszystkiego, co się da, by to wykorzystać. Informatycy tworzą algorytmy, programy komputerowe zajmujące się szukaniem i katalogowaniem podobieństw w naszych decyzjach zakupowych itp. Amerykańska księgarnia Amazon jako pierwsza wprowadziła tzw. system podpowiedzi. Gdy kupujemy książkę system rejestruje, którą wybierzemy jako kolejną, i podsuwa ją innym klientom w ramach porady. Pomysł okazał się sukcesem tak dużym, że w istotnym stopniu zbudował potęgę Amazona.

Nie pytałam o marketing. Facebook nie jest przecież platformą handlową, ale forum wymiany myśli. Internauci nazywają go nawet „halą wolnych lotów w ludzkim zoo”.

„Wolnych lotów?” To chyba żart! Badania jednoznacznie pokazują, że niezwykle istotnym sposobem oddziaływania portali społecznościowych jest zamykanie poszczególnych użytkowników w przestrzeni zwanej „bańką filtrującą”. Każdego w innej. Mechanizm ten wykryto kilka lat temu w funkcjonowaniu wyszukiwarek i mediów społecznościowych.

Jak pracuje mechanizm „bańki filtrującej”?

Jego działanie oparte jest na zjawisku homofilii. Homofilia zaś to nic innego, jak typowe dla każdej społeczności ludzkiej dążenie do otaczania się osobami podobnymi do nas. Wyszukiwarki i serwisy szybko „zorientowały się”, ze szukamy „swoich”. A zatem by utrzymać użytkowników jak najdłużej na swoich stronach należy wzmacniać treści popularne w danej grupie, usuwać zaś niepożądane.

A gdybym chciała potwierdzić istnienie bańki filtrującej empirycznie?

Proszę bardzo. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce internetowej na kilku komputerach użytkowanych przez różne osoby to samo hasło a pojawią zupełne różne treści. Sądzi pani, że na facebookowym profilu treści wyświetlają się nam w sposób losowy? W żadnym razie. Widzimy tylko te wybrane przez algorytm Facebooka, jako odpowiadające naszym gustom. A zatem osobom silnie konserwatywnym na przykład, wyświetlą się profile osób o podobnych przekonaniach, inne zaś pozostaną w ukryciu. Albo będąc miłośnikami kotów odkryjemy radośnie, że nagle wszyscy wokół nas chowają wyłącznie koty, pod ziemię zapadli się zaś miłośnicy psów itd.

W Wikipedii napisano, że pojęcie bańki filtrującej wprowadził internetowy aktywista Eli Parisier. Twierdził ponoć, że to „niewidoczna autopropaganda indoktrynująca nas naszymi własnymi ideami, prowadząca do świata, w którym nie ma się już czego uczyć”.
14.01.2018
Owszem. Pływanie w bańce informacyjnej zawęża nasze horyzonty myślowe prowadząc do sytuacji, gdy rzeczywistość obserwowana w przestrzeni internetowej potwierdza nasz światopogląd czy opinię bez względu na to jaka jest. Podkreślam jednak, że istnienie banki filtrującej jest dziełem pracy działających na całym portalu algorytmów i nie oznacza szczególnej, wnikliwej inwigilacji właśnie naszego konta przez jakieś konkretne osoby.

Warto jednak z takiej bańki wyjść. Jak to zrobić?

Jedyny sposób to samodzielne, aktywne poszukiwanie informacji zamiast biernego korzystania z treści podsuwanych przez serwis. Niestety, spora część użytkowników Facebooka traktuje go jako jedyne źródło wiedzy o świecie. Docierają do nich w ten sposób wyłącznie przefiltrowane informacje z innych mediów. Fakt, że te „inne media” też są już sprofilowane, niemniej telewizja na przykład wymaga się od nas zasadniczej aktywności czyli wybrania kanału. Zakładając zaś konto na Facebooku i ustalając lubiane strony, tracimy możliwość „pstryknięcia pilotem”.

Co więcej, celem tradycyjnych mediów jest nie tylko przekazanie komentarza, ale też obiektywnej informacji, nad którą można się krytycznie zastanowić. Portale społecznościowe zaś sączą nam do głów jedynie emocjonalny komentarz, przy czym rozprzestrzeniane obrazy świata są tam skrajnie odmienne.

Zauważyłam, że przeglądanie Facebooka to emocjonalny rollercoaster. Od zdjęć bezdomnego staruszka ratującego z pożaru maleńkiego kota, po masywnego transwestytę atakującego przestraszone dziecko itd. Czy tak bardzo lubimy postrzegać świat przez emocje i metafory?

Oczywiście. Mało tego, gdy spojrzymy na kwestię bańki filtrującej z perspektywy historycznej, okaże się, że to też nic nowego. Przez całe wieki, aż do rewolucji przemysłowej większość ludzi rodziła się i umierała w tym samym miejscu. Naturalne środowisko stanowiły wtedy społeczności o jednolitych przekonaniach. Wyłamujących się zaś traktowano jak bohatera powieści Edwarda Redlińskiego „Konopielka”, który wbrew odwiecznej tradycji wyszedł do żniw nie z sierpem, a z kosą.

Powiedział pan, że dopiero masowe migracje czasów rewolucji przemysłowej wypchnęły ludzi z baniek filtrujących…

Tak było. Współcześnie zaś internet miał być kolejnym krokiem w procesie emancypacji ludzkości. W latach dziewięćdziesiątych Stany Zjednoczone intensywnie wspierały rozwój internetu wierząc, że amerykańska demokracja przyjmie się w ten sposób na całym świecie. A nikomu nie przyszło do głowy, że sieć może stać się świetnym medium dla dyktatorów i sprawowania społecznej kontroli. Ostatecznie zaś media społecznościowe na skalę masową pozamykały nas w bezpiecznych, quasi-pierwotnych wspólnotach.

W jaki sposób używa się internetu jako narzędzia kontroli?

To działanie na kilku poziomach. Umasowienie internetu umożliwiło na przykład pracodawcy kontrolę nad pracownikami, a państwu zdobywanie informacji o obywatelu. Wielu z nas ma przecież służbowy smartfon, a dodatkowo otacza nas mnóstwo urządzeń monitorujących nasze zachowania. Zmierzamy do budowy inteligentnych sieci energetycznych, w których liczniki prądu będą zdalnie raportować o zużywaniu energii w naszych domach i mieszkaniach.

Co niebezpiecznego czai się w liczniku prądu?
Strona internetowa "Cambridge Analitica". Fot. printscreen
(śmiech) Niby nic. Szybko jednak wykryje, gdy oprócz zameldowanych trojga, zamieszka tam jeszcze kilka innych osób. Jest to pokłosiem trendu, by elementy monitorujące umieszczać we wszystkich urządzeniach, łącznie ze sprzętem AGD. Ale to nie wszystko: w przestrzeni miejskiej funkcję monitorującą mogą pełnić gęsto kładzione w rozmaitych celach światłowody. Obecnie czujnik umieszczony w światłowodzie biegnącym np. przy torach wykryje próby kradzieży infrastruktury. Teoretycznie zaś w każdym światłowodzie można zamontować urządzenie rejestrujące dźwięk, by nagrywać rozmowy.

Tyle, że od 25 maja wchodzi w życie RODO czyli Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE mocno zaostrzające przepisy związane z przetwarzaniem i ochroną danych osobowych.

Problem w tym, iż ilość urządzeń monitorujących jest tak duża, że wprowadzanie RODO jest jak pudrowanie otwartej rany. Wystarczy smartfon w ręce czy użycie karty do bankomatu by każdy nasz krok mógł być monitorowany. Celnym opisem pewnej właściwości współczesnego świata jest hasło wyartykułowane w kontekście sprawy Edwarda Snowdena „Nigdzie się nie ukryjesz”.

Jasne. Tyle, że nie każdy ma powody, by ukrywać siebie czy swoje zakupy. Ale już kontrola masowych zachowań wyborczych to co innego…

To wyższy poziom kontroli. Tu wracamy do sprawy Cambridge Analytica. Mówiłem już, że spółka ta, próbując dotrzeć do danych z Facebooka, by stworzyć profile wyborcze robiła to samo, co tysiące innych firm. Nie było to włamywanie się na konta czy wykradanie haseł lecz próba masowego ściągnięcia danych upublicznianych przez użytkowników.

Przypomnę: psycholog Aleksandr Kogan stworzył aplikację która za zgodą użytkownika konta pozyskiwała informacje o nim, po cichu ściągając też dane jego znajomych. Oszukano w ten sposób 87 mln użytkowników serwisu.

Kogan złamał regulamin Facebooka. Powiem jednak z pełnym przekonaniem: mamy do czynienia ze standardem. Wiele firm żyje ze ściągania danych z mediów społecznościowych, bardzo cennych marketingowo i politycznie. W tej sprawie problem leży nie w kwestii zdobycia, lecz wykorzystania tych danych. A tu pojawia się pytanie, czy naprawdę efektywność ich użycia była bardzo wysoka.

Ma pan wątpliwości?

Owszem. Nie jestem przekonany czy Cambridge Analytica istotnie wpłynęła na zwycięstwo Donalda Trumpa lub zwolenników Brexitu. Moim zdaniem to raczej bardzo zaawansowany PR. Faktem jest, że na podstawie stworzonych profili wyborczych wykupywano reklamy, a być może docierano do tych osób też w inny sposób. Tyle, że wyświetlanie nam danego spotu wcale nie oznacza, że zareagujemy w określony sposób dając się przekonać. Mało tego, powszechnie wiadomo, że gdy kupi pani np. buty, to zaczyna się pani wyświetlać dość nachalna reklama obuwia. Kupuje pani wtedy kolejne?
Strona główna "Google". Fot. printscreen
Nie. Ale irytuje mnie wówczas ta reklama.

No właśnie. Dlatego trudno jest ocenić rzeczywistą efektywność działania tej spółki. Jeśli zaś mówimy o kontroli, a nawet inżynierii społecznej: istotną rolę pełni na tym polu dominująca obecnie strategia przedsiębiorstw typu Facebook zwana ekonomią uwagi. W uproszczeniu chodzi o to, by treść portalu była tak skonfigurowana, by jak najdłużej utrzymać nasze zainteresowanie i obecność na stronie www. Szef platformy Netflix w jednym z wywiadów ujął to bez ogródek: ludzie mają mniej spać, a więcej czasu spędzać u nas. Tymczasem z perspektywy społecznej polityka ekonomii uwagi powoduje negatywne konsekwencje.

Jakie to konsekwencje?

Najprostszą jest uzależnienie od sieci czy smartfona. Przy tym najistotniejszy kontekst jest czysto ekonomiczny. Celem Facebooka nie jest przecież utrzymanie nas we wzajemnym kontakcie, ale wygenerowanie dochodu dla udziałowców. Analogicznie: Google nie dba o nasz dostęp do informacji, ale o wysokość wpływów z reklam. Często zapominamy, że są to przedsiębiorstwa rynkowe mające generować zysk. Ale to nie wszystko. Celem inżynierii społecznej jest bowiem nie tylko przykucie uwagi, ale też sterowanie ludzkim zachowaniem.

Sądzi pan, że Facebook steruje naszym zachowaniem?

Wiemy, że potrafi. Badacze związani z Facebookiem opublikowali wyniki eksperymentów wskazujących, że ma ku temu potencjał. Celem pierwszego eksperymentu było zwiększenie odsetka osób biorących udział w wyborach do Kongresu w 2010 roku. Użyto do niego kont kilkudziesięciu milionów Amerykanów. Okazało się, że dzięki zachęcie udało się zwiększyć frekwencję, co było bardzo niepokojące.

Dlaczego?

Okazało się bowiem, że podmiot prywatny mógłby bez wysiłku zrobić to własnymi zasobami w sposób ukryty, promując konkretnego kandydata. I byłoby to niezwykle trudne do wykrycia z zewnątrz. A to zupełnie co innego, niż wykupywanie reklam, które można monitorować.

A drugie badanie?

Był to eksperyment na bańce filtrującej, przeprowadzony w 2012. Objęto nim kilkaset tysięcy użytkowników Facebooka. Na news feedzie każdej z tych osób (news feed to środkowy blok informacji widoczny po wejściu na Facebooka – red.) wyświetlano albo wyłącznie pozytywne albo negatywne informacje, manipulując przy tym treściami i algorytmem. I cóż? Okazało się, że osoby epatowane treścią pozytywną częściej niż inne deklarowały dobry nastrój, udostępniając przy tym miłe wiadomości. Inaczej w drugiej grupie: tu złe samopoczucie było o wiele częstsze.

Okazuje się zatem, że Facebook bez naszej wiedzy może podsycać czy wręcz kreować ludzkie nastroje. A to rząd dusz…
Strona portalu "Vkontakte". Fot. printscreen
Owszem, ale moim zdaniem eksperymenty te w mniejszym stopniu pokazują coś, co naprawdę się dzieje, w większym zaś potencjał Facebooka. W tym wypadku jest to możliwość manipulacji opinią publiczną w krajach Zachodu. Facebook jest bowiem fenomenem w dużym stopniu amerykańsko-europejskim. Mocno zabiega też o wpływy w Azji i Afryce m.in. próbując dostarczyć internet za pomocą dronów i innych narzędzi tam, gdzie nie opłaca się kłaść materialnej infrastruktury. Oddziaływanie Facebooka nie sięga jednak Rosji, mającej własny odpowiednik „Vkontakte” ani Chin, gdzie funkcjonuje ok 1/5 światowych internautów. Chiny są, jak wspomniałem odrębnym, zdumiewającym przypadkiem.

Co dzieje się w Chinach?

Nadzór nad internetem w Chinach jest przykładem inżynierii społecznej na skalę niespotykaną. Zatrudniono m.in. ogromną liczbę urzędników zajmujących się cenzurą i monitorowaniem pojawiających się treści. Chińczycy nie korzystają przy tym, powtórzę, z serwisów amerykańskich, które w znacznej części są zakazane. Dysponują za to wszelkimi ich odpowiednikami rodzimej produkcji. Co więcej, w Chinach wdrażany jest obecnie projekt „citizen score” .

„System punktacji obywatelskiej”?

Tak. Celem projektu jest dojście do sytuacji, w której wszelka finansowa oraz internetowa aktywność Chińczyków będzie związana z otrzymaniem bądź utratą specjalnych punktów. I tak np. kupowanie nadmiaru alkoholu spowoduje utratę obywatelskich punktów, a racjonalne gospodarowanie środkami finansowymi – ich przyrost. Ale to nie wszystko. Także „polubienie” osoby krytycznie nastawionej do Chin obniży nasz scoring, patriotyczne lajki zaś podwyższą go itd.

Trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę…

Póki co, jest to program pilotażowy. W ramach gratyfikacji osoby z wysokim scoringiem obsługiwane są na lotnisku bez kolejki itp. Docelowo jednak obywatele z niską punktacją nie będą zapewne mogli robić kariery w administracji czy wojsku ani też wyjechać za granicę. Inna sprawa, że Chiny nie są krajem odizolowanym od otoczenia. Weźmy za przykład Chińczyka, który przyjedzie do Polski studiować czy prowadzić interes. Taka osoba będzie obawiać się nawiązywania kontaktów, bo gdy jego polski znajomy polubi np.: stronę „wolny Tybet”, ilość punktów obywatelskich Chińczyka dramatycznie spadnie. Nie wieszczę, co prawda, przeniesienia tego programu do Europy, przyglądałbym się jednak bacznie próbom ewentualnego kopiowania części tego rodzaju rozwiązań.

Zostańmy zatem w Polsce. Czy sądzi pan, że portale społecznościowe istotnie wpłynęły na nasze społeczne relacje?
Strona firmy Snap Inc. Fot. printscreen
To zależy. Internetu używa w Polsce właściwie 100% osób w wieku od 13 do 24 roku życia i to niezależnie od miejsca zamieszkania. Podążając jednak wiekowo wzwyż odsetek ten zmniejsza się , stąd trudno mówić o jednolitym wpływie. Różny jest także styl korzystania z nowych technologii . Młodzież na przykład chętnie używa komunikatorów: Messengera czy Snapchata, co nie tylko przenosi sporą część relacji towarzyskich do sieci, ale też zmienia dynamikę kontaktów na częstsze i bardziej ulotne. Można mówić już o „kulturze ciągłego kontaktu”, gdzie wylogowanie się to tyle, co czas snu. Z wielu badań wynika też jednoznacznie, że dominująca część relacji utrzymywanych w sieci dotyczy osób mających też kontakt w realnym życiu.

Część psychologów boleje jednak nad zubożeniem jakości relacji międzyludzkich. Czy pan dołączy?

(śmiech) Chyba się nie skuszę. Proszę zauważyć, że przed erą internetu także bywały kontakty silne i słabe. Mało tego, zdaniem niektórych badaczy jako ludzie nie jesteśmy w stanie utrzymywać emocjonalnego kontaktu z więcej niż 150 osobami. A prawdziwe głębokie relacje jesteś my w stanie utrzymać najwyżej z kilkunastoma lecz zwykle jest ich o wiele mniej. Większa liczba istotnych relacji to tylko złudzenie. Prawdą jest, że Internet zwiększył liczbę płytkich kontaktów, nie uważam jednak by, tym samym, odciął czy zubożył te głębokie. Nie znam też badań potwierdzających taką tezę. Przypomnę za to klasyczny tekst socjologiczny „Siła słabych więzi” Marka Granovettera. Badacz podkreśla w nim korzyści z posiadania rozbudowanej sieci słabych kontaktów. Szczególnie na rynku pracy kontakty te, umożliwiają bowiem m.in. płynne wchodzenie w różne środowiska.

Dlaczego zatem polska szkoła regularnie straszy rodziców zagrożeniami płynącymi z internetu? Popularyzacja agresji, wulgaryzmów i pornografii to tylko początek…

Nie znam rzetelnych badań z których wynikałoby, że agresja u młodzieży rośnie wraz z częstością korzystania z nowych technologii, a tym, że samym pozbawienie jej dostępu do sieci sprowadzi ten problem do minimum. Owszem, przez moment głośno było o książce Nikolasa Carra zatytułowanej „Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg”. Autor dowodził , że nowe technologie pozbawią nas zdolności głębokiej analizy i jako społeczeństwo staniemy się „głupsi”. Tezy tej, nie potwierdziły jednak do tej pory żadne, przekonujące badania. Mój niepokój budzi coś innego.

Co niepokoi socjologa?

Jedna z moich studentek pisze pracę o korzystaniu z nowych technologii przez dzieci w wieku wczesnoszkolnym. I cóż? Z przeprowadzonych przez nią badań wynika, że smartfon czy tablet to dla nich codzienność. Problem w tym, że dzieci te, zapytane czy internet nie kradnie im czasu poświęconego na relacje rodzinne odpowiadają smutno, że owszem, tak. Wolałyby więcej czasu spędzać z mamą czy tatą, ale to sami rodzice wręczają im coraz to nowsze modele smartfona by zyskać „święty spokój”. Problem w dużej części leży zatem po stronie rodziców.

„Moja mama nawet jak ma czas, to robi tak, żeby nie miała” – usłyszałam ostatnio od znajomej 9-latki.

Bezczelność Marka Zuckerberga

W słowach szefa Facebooka można było usłyszeć brak szacunku nie tylko dla senatorów, ale dla znakomitej większości użytkowników serwisu społecznościowego, którzy nie rozumieją jego działania. Tych, na których Zuckerberg zarabia miliony dolarów i choćby za to winien jest im choć odrobinę poszanowania.

zobacz więcej
O to chodzi. Co ciekawe, podczas gdy my zachwycamy się nowymi technologiami, w kalifornijskiej Dolinie Krzemowej, gdzie rodzą się wszelkie innowacje w tym zakresie panuje odmienny trend. Dzieci tamtejszych elit chodzą do szkół, w których standardem jest zakaz korzystania z nowych technologii, także poza szkołą. Jeszcze nie wiemy czy jest to chwilowa moda czy odreagowanie czegoś poważniejszego. Nie wiemy też czy zapewni to dzieciom elit przewagę nad innymi.

Dzieci amerykańskich elit poradzą sobie tak samo z internetem jak i bez …

…bo są dziećmi elit. To jasne. Wracając jednak do polskich szkół: cóż z tego, że niektóre z nich zakazują używania smartfonów (słusznie, bo to narzędzie rozpraszające uwagę)? Wkrótce okaże się, że zamiast telefonów mamy już okulary powiązane z siecią albo jesteśmy do niej podłączeni bezpośrednio przez system nerwowy. Co będzie wtedy? Cały czas uczymy się funkcjonowania wśród nowych technologii i trudno nam tworzyć rozwiązania, które będą aktualne dłużej niż kilka lat.

Z punktu widzenia rodzica widzę problem jedynie w zbyt szerokim dostępie do treści. Dzieci i młodzież w zetknięciu z materiałami, których nie potrafią jeszcze zrozumieć czy ocenić, doświadczają indoktrynacji i prania mózgu, co obserwuję na co dzień. Zgadzam się, jest to problem tym bardziej, że nowe technologie to środowisko w którym młodzi ludzie pływają świetnie. O wiele lepiej od nas. Tyle, że woda z tego basenu bywa silnie trująca właśnie dla nich. Nie potrafię jednak zaproponować dobrego rozwiązania. Widzi pani, badania nad siecią pokazują, że w pewnym sensie jesteśmy niewolnikami fikcji jakoby Internet (pisany z wielkiej litery) systematycznie nas zmieniał zgodnie z jakimś schematem. I tak 30 lat korzystanie z technologii miało uczynić nas wszystkich zbuntowanymi hakerami czy też specami od informatyki o skłonnościach anarchistycznych itd. Wtedy bowiem w internecie dominowali głównie nieco aspołeczni amerykańscy studenci przedmiotów ścisłych.

Tak się jednak nie stało.

Nie. Za to na początku XXI wieku pojawiła się kolejna idea. Tym razem był to internet. 2.0, mający przekształcić społeczeństwo w aktywnych twórców kultury, budowniczych źródeł wiedzy pokroju Wikipedii itp. Tymczasem Internet umasowił się nie spełniając żadnego z tych przewidywań. Teraz z kolei jesteśmy biernymi konsumentami fake newsów i ma się to utrwalać. Ale czy tak będzie? Jeszcze nie wiemy jak nowe technologie wpłyną na wychowanie młodego pokolenia i świat jaki zbuduje ono za 20 lat. „Internety” cały czas ewoluują i trudno przewidzieć co czeka za rogiem.

– rozmawiała Ewelina Pietryga

Dr hab. Krzysztof Pietrowicz z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu specjalizuje się w socjotechnice, inżynierii społecznej i socjologii internetu.
PORTALE SPOŁECZNOŚCIOWE WPŁYWAJĄ NA NASZE SAMOPOCZUCIE
Zdjęcie główne: Fot. Shutterstock/Production Perig
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.
Rozmowy wydanie 25.10.2019 – 1.11.2019
TurboFranciszek i kryzys papiestwa
Paweł Milcarek: Stolica Apostolska staje się wszechmocną centralą, której przypisuje się, że może wszystko, także zmieniać naukę Kościoła.