Rozmowy

Pablopavo: Ja przez to miasto dostanę zawału

Warszawa ma czasem nieładne ciało, twarz, ubrana jest nowobogacko, ale pod spodem ma duszę. Jest czymś więcej niż miastem. Mam do niej bardzo emocjonalny stosunek, co pozwala mi wściekać się na to miasto, na jego władze i mieszkańców - mówi piosenkopisarz i wokalista Pablopavo czyli Paweł Sołtys, autor zbioru opowiadań „Mikrotyki”, za które na początku kwietnia otrzymał Nagrodę im. Marka Nowakowskiego.

Szczerość męskiej prozy

Łukasz Orbitowski kobiecej prozy nie czyta i nie ceni, więc obrywa mu się od recenzentów narzekających na schematyczne postaci jego bohaterek. Ale chyba lepiej pisać w ten sposób, niż babrać się w żeńskich bebechach.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Trochę pan zezgredział. Z muzyka, który grał antysystemowe ragga dla młodzieży, stał się pan hołubionym przez system literatem. Pańskim zbiorem opowiadań zachwyca się cały mainstream.

PAWEŁ SOŁTYS: Lata lecą… (Śmiech). Zupełnie tego nie planowałem. Wszystko, co się dzieje wokół „Mikrotyków”, to największe zaskoczenie mojego życia. Kiedy je pisałem i zdecydowałem, że je wydam, a raczej trochę zdecydowano za mnie…

…za pana?

Ja bym chyba nie miał śmiałości tego nikomu wysyłać. Jedynie poszczególne opowiadania pokazywałem przyjaciołom. Jeden z nich, bez mojej wiedzy, przesłał je znajomemu, który jest lektorem prozy polskiej w Wydawnictwie Czarne. I zresztą jest też moim kumplem, tylko akurat jemu bym opowiadania nie przesłał.

Bo?

Bałbym się. A tu nagle dostaje maila, że wydawnictwo jest zainteresowane. To wszystko odbyło się trochę za moimi plecami. A gdy już się na tę publikację zdecydowałem, to mówiąc szczerze, liczyłem na dwie-trzy recenzje. I myślałem sobie, że byłoby fajnie, jakby ich nie pisali koledzy. No i dobrze by sprzedać tak z 500 egzemplarzy.

To kokieteria.

Absolutnie nie. Kompletnie się nie spodziewałem, że wydarzy się coś więcej. Raczej wydanie książki traktowałem po prostu jako spełnienie swojego marzenia, tyle.

Skąd ta nieśmiałość? Jest pan znanym muzykiem, od dawna piszącym mocno poetyckie piosenki – świetnie odbierane.
Zbiór opowiadań "Mikrotyki" autorstwa Pawła Sołtysa
To jednak inna robota. Poza tym trochę bałem się tego, co się po trochu stało, na szczęście w niedużym stopniu: że to będzie postrzegane głównie jako pewna ciekawostka – grajek napisał książkę…

I pochwały w stylu, że całkiem dobra książka, jak na grajka, tak?

Różni celebryci wydają ostatnio przeróżne książki, a ja się celebrytą jakoś nie czuję. Bałem się, że wokół tej książki będzie właśnie taka narracja. Z drugiej strony, do prawdziwych pisarzy mam stosunek wręcz nabożny. Uważam, że napisanie dobrej książki to właściwie największe, co człowiek może w życiu zrobić. I zupełnie nie stawiałem się nigdy w jednym szeregu z prawdziwymi pisarzami. Stąd też te obawy. Choć oczywiście wcześniej drukowałem opowiadania w jakichś niszowych pismach literackich, ale to też głównie dlatego, że znajomi mnie namawiali.

Publikował pan pod nazwiskiem?

Tak, ale co innego dać opowiadanie do „Lampy”, która ma tysiąc czytelników, a co innego wydać książkę w poważnym wydawnictwie. Miałem swoje strachy. Ciągle mam. Jestem tego typu człowiekiem, że choć zagrałem pewnie z tysiąc koncertów, to właściwie przed każdym kolejnym mam straszną tremę. Taką mam już konstrukcję psychiczną. Ale może to nie jest takie całkiem złe, bo jeśli masz tremę przed koncertem, to chyba to znaczy, że ci jeszcze zależy, że nie przeszedłeś do frakcji „dżobersów”, którzy grają koncert tylko po to, by zarobić parę złotych i spokojnie wrócić do domu. Tylko wciąż jakaś emocja jest w tym wszystkim.

Z początku myślałem, że te opowiadania to właśnie stąd, że już trochę muzyka się panu znudziła.

Zupełnie nie. Muzyka fascynuje mnie cały czas, zwłaszcza że nieustannie szukam w niej nowych rzeczy, sprawdzam, co jeszcze mogę zrobić. Dość łatwo zauważyć, że każda moja płyta jest trochę inna. Muzyka jest tak ogromna i tak fascynująca, że trudno mi sobie wyobrazić, że może zacząć się nudzić. Chyba najbardziej mnie w niej pociąga to, że spotyka się kilka osób, każdy przynosi jakieś swoje doświadczenie, umiejętności, i nagle, jakby z niczego, powstaje coś. To zawsze robi na mnie ogromne wrażenie. Masz próbę, z początku nic nie ma, a po próbie nagle jest muzyka. I nieważne, czy jest ona bardzo dobra, czy średnia. Ale jest, zrodziła się.

W literaturze pisarz jest solistą. Nie ma tego efektu spotkania i wymiany doświadczeń.

Na pewno to dość samotnicze zajęcie. Natomiast ważnym i mocno niedocenianym etapem pracy nad książką jest praca z redaktorem. Mam swoją ukochaną panią redaktor, Magdalenę Budzińską, i moja książka naprawdę dużo jej zawdzięcza. Oczywiście, nikt za ciebie książki nie napisze, ale może ci podpowiadać pewne rzeczy. Albo się z tobą kłócić. I my się dużo kłóciliśmy! (Śmiech). Musiałem bronić jakichś swoich wyborów. Dobry redaktor jest dla książki nieoceniony.
Paweł Sołtys podczas uroczystości wręczenia Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego w Pałacu Rzeczypospolitej w Warszawie, 3 kwietnia 2018 r. Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski
I świetnie, że wydawane są teraz różne rozmowy z redaktorami, bo przecież nawet wśród znanych, wybitnych pisarzy są tacy, których książek przed redakcją nie dało się czytać. Często też wysyłam opowiadania do przyjaciół, o których mam zdanie, że się znają na literaturze. Ale nie po to, by mi je poprawiali, tylko by powiedzieli, czy mają sens.

A tak szczerze, gdy w zeszłym roku po raz pierwszy została przyznana Nagroda im. Marka Nowakowskiego – Wojciechowi Chmielewskiemu – to nie pomyślał pan: „O, fajnie, że taka nagroda jest. Wspaniale byłoby ją dostać”? W piosenkach zdradzał pan, że Nowakowski jest dla pana ważnym autorytetem.

Bardzo się ucieszyłem, że powstała ta nagroda. Renesans Nowakowskiego zdecydowanie powinien nastąpić, bo to jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy powojennych. Natomiast zupełnie nie myślałem o żadnych nagrodach. Nawet nie uwierzyłbym, że ktokolwiek mógłby pomyśleć o mnie w takim kontekście.

A tu bęc: taka nagroda od razu za debiut. I co pan na to?

Gdy dowiedziałem się, że ją dostanę, co oczywiście zdradzono mi chwilę wcześniej niż reszcie, to przypomniałem sobie, jak miałem 16-17 lat i pierwszy raz z wypiekami na twarzy czytałem „Księcia Nocy” czy „Benka Kwiaciarza”. To była jedna moich pierwszych, najsilniejszych fascynacji literackich. I to jeszcze w tym wieku, gdy wszystko się tak mocno bierze do siebie, po prostu wpada to do duszy. I gdy dowiedziałem się, że dostanę tę nagrodę, to uśmiechnąłem się do siebie – tego sprzed 20 lat.

Pana Stegny trochę przypominają Włochy lat 50. Nowakowskiego: obie dzielnice na styku Warszawy i wsi.

To oczywiście przypadek, po prostu się tam wychowałem, ale rzeczywiście przypominają. Dzisiaj Stegny są niemal w centrum, bo miasto się rozrasta, ale kiedy dorastałem, to właściwie 400 metrów od mojego bloku chodziły kury, kaczki, krowy. Normalna wieś, dale pola i las, aż do Powsina. A dziś to wszystko jest zabudowane, powstało tam wielkie osiedle i Świątynia Opatrzności Bożej. Pewnie ze względu na to, gdzie się wychowałem, zawsze mnie interesowały właśnie obrzeża.
Paweł Sołtys: "Renesans Marka Nowakowskiego zdecydowanie powinien nastąpić, bo to jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy powojennych". Na zdjęciu: Marek Nowakowski (1935-2014). Fot. PAP/Andrzej Hrechorowicz
Później, jak przez wiele lat mieszkałem na Grochowie, to najbardziej mnie pociągała sama końcówka dzielnicy, aż do Olszynki Grochowskiej. To miejsce, choć z drugiej strony Warszawy, jest trochę podobne do Stegien. Oczywiście z zupełnie innym budownictwem, bo to jednak nie blokowisko, a przedwojenne i powojenne kamienice. Ale jeśli miałbym znaleźć jakąś styczność z Markiem Nowakowskim, a staram się tego unikać, bo skala talentu nieporównywalna, to właśnie w szukaniu takich miejsc i ich mieszkańców, którzy rzadko pojawiają się w mainstreamie – nie tylko literatury, ale w ogóle popkultury.

Sięga pan też do podobnych narzędzi jak Nowakowski, do bliskiemu mu sposobowi opisywania świata, tzw. małego realizmu, czyli prostych obserwacji ludzi i ich codziennych zmagań – bez podawania wniosków na tacy, rozbudowanej refleksji.

Uważam, że dobra literatura nie ocenia, raczej pokazuje, a resztę pozostawia inteligencji czytelnika. Bardzo nie lubię książek, w których autor udaje, że wie wszystko o świecie i chce mi wszystko pokazać, wyjaśnić. Ja nie wiem wiele, ale staram się patrzeć i słuchać.

Warszawa wydaję się niewdzięcznym tematem, miastem trochę bez duszy. Z jednej strony jest tu dużo ludzi przyjezdnych, którzy szybko przemykają ulicami do pracy, a na weekendy wracają do domu. Z drugiej, ludzie mieszkający zaledwie od dwóch pokoleń często są wrogo nastawieni do tych, których nazywają „słoikami”, i w ogóle do zmian, do wszystkiego co nowe. Warszawianie lubią się przechwalać swoją warszawskością, czują się dzięki temu lepsi. To miasto wydawać się może bardzo nieprzyjazne. To tylko jakaś część prawdy o Warszawie. Też dorobiona jej gęba. Trudno przecież powiedzieć, że Londyn nie ma duszy, a też duża część jego mieszkańców to przyjezdni. Wszystkie stolice przyciągają ludzi, bo w nich jest większa szansa na karierę, pieniądze, na pracę. Ale sam też się trochę podśmiewam z „rodowitych” warszawiaków, bo wystarczy spojrzeć w roczniki statystyczne: całkiem niedawno, w połowie XIX w., to było bardzo małe miasto, a potem nagle się zrobiło 300-tysięczne. I co, nagle tak wszyscy się zaczęli rozmnażać? Raczej przyszła rewolucja przemysłowa, pojawiły się fabryki i z całego Mazowsza zaczęli tu ściągać ludzie. Potem, jeszcze przed wojną, była druga fala migracji. A później wojna, której duża część mieszkańców nie przeżyła.

Pytanie, czy przeżyło ją w ogóle miasto.

Właśnie miasto jak najbardziej przeżyło, odrodziło się, co świadczy, że duszę to ono akurat ma. Może Warszawa ma czasem nieładne ciało, twarz, ubrana jest nowobogacko, ale gdzieś pod spodem ta dusza na pewno jest, bo jakby jej nie było, to nikt by tu w 1946 r. nie wrócił i nie próbował jej podnosić z ruin. A przecież były pomysły, by przenieść stolicę do Łodzi… Zgadzam się po części z tym, do czego pan pije. Ten hejt antysłoikowy mnie śmieszy, zresztą sam od lat przywożę słoiki od teściowej, która od wielu pokoleń mieszka pod Warszawą.
Paweł Sołtys: "Irytuje mnie, że zburzono Uniwersam Grochów, który – czy był ładny, czy nieładny – to na pewno był jakiś". Na zdjęciu: Universam Grochów w roku 2012. Fot. PAP/Paweł Brzeziński
Ale, choć nie lubię górnolotnych słów, to Warszawa jest czymś więcej niż miastem. Mam do niej bardzo emocjonalny stosunek, co pozwala mi wściekać się na to miasto, na jego władze, mieszkańców. Właśnie dlatego, że jest ono dla mnie ważne. Gdyby było tylko miejscem zamieszkania, to pewnie bym się tym wszystkim nie przejmował. A ja przez to miasto dostanę kiedyś zawału.

Można odnieść wrażenie, że trochę pan nie lubi tej nowej Warszawy, tego szkła, biurowców, nowej przestrzeni.

Irytuje mnie, kiedy ta nowa przestrzeń ruguje dobrą architekturę, którą można było jeszcze uratować, a z powodów, powiedzmy, biznesowych, pozbywa się budynków eleganckich i dobrych, stawiając w ich miejsce ewidentnie gorsze. Nie mam nic przeciwko drapaczom chmur. Rozumiem, że one też są potrzebne, bo to jest stolica całkiem sporego państwa. Natomiast nie wszędzie muszą być drapacze chmur, nie wszędzie muszą być biura i nie wszędzie banki.

Na poważnie się pan zezłościł...

Irytuje mnie, że zburzono Uniwersam Grochów, który – czy był ładny, czy nieładny – to na pewno był jakiś. A postawiono w to miejsce absolutnie obrzydliwy klocek. Irytuje mnie, że zburzono Supersam, oczywiście pod pretekstem, że się zawali i że się nie da go uratować. A przecież ten nasz modernizm lat 60. był znany na całym świecie. Był, bo już go prawie nie ma, sami się go pozbywamy. A moi znajomi z Austrii, studenci architektury, specjalnie przyjechali do Warszawy obejrzeć Supersam. A teraz zamiast niego mamy kolejny klocek.

Może takie są prawa rynku.

Ale do tego klocka podobno nikt nie chodzi, a do Supersamu zawsze były kolejki, była tam choćby przepiękna kawiarnia modernistyczna.

A Hala Koszyki czy Hala Gwardii? Inwestor je odnowił i nowocześnie urządził: w środku są knajpki dla dość zamożnej klienteli, ale jest też bazarek z ekożywnością. A w zeszłym tygodniu została też na Gwardii zorganizowana pierwsza od dziesięcioleci gala bokserska. Gdyby nie odnowili jej zgodnie z prawami rynku, to boks by do tej mekki polskiego pięściarstwa nie powrócił pewnie nigdy.

Lepiej jakkolwiek odnowić, niż zburzyć – to bez wątpienia. Natomiast czy Hala Koszyki po dość radykalnym „odnowieniu” jest ciągle tą samą halą, jaką była?

Wyciągam historię z kloaki

– Kiedy pojawiają się w świecie głosy, że Polacy byli współsprawcami Holokaustu, to nie mogę pozwolić, by imię Polski było szargane – mówi Dariusz Malejonek, twórcą projektów „Panny Morowe”, „Panny Wyklęte” i teraz – „Panny Sprawiedliwe wśród Narodów Świata”.

zobacz więcej
A był pan w niej?

W tej nowej nie. Jakoś mnie nie ciągnie. Nic specjalnie tam chyba dla mnie nie ma. Za to lubiłem te stare Koszyki. Kolega sprzedawał tam płyty z drugiej ręki, używane. Często u niego bywałem. Lubię Halę Mirowską, która wciąż jakoś się trzyma. Ale niedługo będziemy grać koncert w nowej Hali Gwardii, to ją sobie obejrzę. Oczywiście najbardziej bym sobie życzył, by to była hala bokserska, ale to musielibyśmy podyskutować na temat boksu amatorskiego, który upada na całym świecie, a chyba nie mamy na to czasu.

To porozmawiajmy o tym, co dalej z pana pisarstwem. Czy ten sukces, trochę zaskakujący, jak pan mówi…

…całkiem zaskakujący…

…zmotywuje pana, by dalej brnąć w ten literacki świat, czy może przeciwnie: zdemotywuje, przerazi?

To oczywiście jest przerażające, bo gdyby miała wyjść druga książka, musiałaby udźwignąć ciężar popularności pierwszej. To jak z drugą płytą. Ktoś bardzo ładnie powiedział, że pierwszą płytę robisz całe życie, a drugą dwa lata. Przede wszystkim jestem muzykiem i najbliższe plany, jakie mam, to plany muzyczne. W październiku będzie nowa płyta Ludzików, w przyszłym roku będzie płyta z Praczasem i Anią Iwanek. Robimy też nowe utwory Vavamuffin. To moje życie i pasja.

Ale coś tam pan też pewnie pisze.

Tak, coś tam piszę na boku. Ale właściwie całe życie pisałem, tylko nikomu tego nie pokazywałem. No dobra, coś tam powstaje. Mam pomysł na nową książkę, która będzie inna. Bo tak jak w muzyce nie interesuje mnie nigdy nagrywanie tej samej płyty, tak w literaturze też nie chcę pisać drugi raz tej samej książki. Choć to pewnie byłoby najbezpieczniejsze.

Nie czuje się pan przypadkiem poetą?

Poeci piszą lepiej ode mnie. Jako autor tekstów piosenek uprawiam zawód parapoetycki. Nazywam to: piosenkopisarz. Prawdziwa poezja to powinna bronić się na papierze, a ja tak nie piszę. Moje teksty mają się bronić w połączeniu z muzyką, mają oddziaływać na słuchacza.
Paweł Sołtys: "Najbardziej bym sobie życzył, by Hala Gwardii w Warszawie była halą bokserską". Na zdjęciu: X Mistrzostwa Europy w Boksie w warszawskiej Hali Gwardii w maju 1953 roku. W narożniku polski pięściarz wagi lekkiej Aleksy Antkiewicz (zwany Bombardierem z Wybrzeża) i sekundant, trener Feliks Stamm. Fot. PAP/Zbigniew Matuszewski
Nie chciał pan wydać tekstów jako tomik wierszy?

Miałem kilka takich propozycji. Przyznam, że nawet spróbowałem spojrzeć na moje piosenki pod tym kątem. I nie, to tak nie działa. Piosenka to inna sztuka. W piosence możesz przyśpieszyć rytm, dużo dodać głosem. Sam pan jest raperem, to wie jak to jest. A w wierszu jest jednak inaczej.

Ale pisze pan wiersze?

Zdarza się. Ostatnio pewnie z częstotliwością jeden na dwa lata. Nie jestem poetą. Napisałem książkę, ale jak mawia mój ojciec: pisarzem jest ten, kto napisze dwie książki, bo jedną to każdy głupi potrafi napisać. Na razie więc jestem piosenkopisarzem i wokalistą.

– rozmawiał Michał Płociński
23.04.2018 – Paweł Sołtys
Zdjęcie główne: Paweł Sołtys czyli Pablopavo podczas koncertugrupy Vavamuffin w trakcie 13. edycji festiwalu Ostróda Reggae Festival w sierpniu 2013 roku. Fot. PAP/Tomasz Waszczuk
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
W Australii są piękne widoki, ale od polskich ciarki przechodzą
Polak, który uszył kurtki reprezentacji olimpijskiej Australii, opowiada o Polonii na antypodach i walce o utrzymanie nazwy najwyższego szczytu kontynentu Góra Kościuszki.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.