Cywilizacja

Ludzkie śmieci widać z kosmosu wyraźniej niż Wielki Mur Chiński. Zabija nas „toksyczna zupa”

Właściwe sortowanie śmieci jest tak skomplikowane, że powstają specjalne aplikacje identyfikujące odpady. Wskazują, do jakiego koloru pojemnika mają być wrzucone. Takie rozwiązanie, stworzone przez studentów Polsko Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, wygrało kilka dni temu konkurs Smart City. Być może dzięki temu wkrótce powstanie polski startup, produkujący kosze na śmieci wyposażone w takie detektory.

Wrzucanie posegregowanych odpadów do kolorowych pojemników to naiwny sposób, w jaki codziennie rozgrzeszamy się z zaśmiecania świata. Recykling w Polsce i Europie to mit. Za bezmyślną produkcję odpadów z tworzyw sztucznych zapłacą nasze wnuki i prawnuki. W przypadający 22 kwietnia Światowy Dzień Ziemi zróbmy rachunek sumienia.

Jednorazówka – symbol obecności człowieka na Ziemi

Przyjemnie jest się golić potrójnym ostrzem, precyzyjnym jak atomowe uderzenia napastnika naszej reprezentacji Roberta Lewandowskiego. Ale czy najbardziej znany na świecie polski sportowiec, idol młodzieży, miał świadomość, że reklamuje produkt, który jest wręcz symbolem bezmyślności współczesnej gospodarki?



Rynek i producenci dóbr wychowują kolejne pokolenie konsumentów towarów, które stają się śmieciem już po jednym ich użyciu. Warto się zastanowić, co się dzieje się z plastikowymi produktami jednorazowego użytku, zwłaszcza, jeśli w duchu ekologicznej odpowiedzialności wrzucamy je do kolorowego pojemnika na sortowane odpady.

Zdjęcia gigantycznej śmieciowej wyspy na Pacyfiku, które obiegają światowe media, w Polsce są odbierane bez większych emocji. Ekologiczny problem z drugiej strony planety, który nas nie dotyczy? Owszem, jesteśmy bezpieczni, bo obiekt pływający o powierzchni 1,6 miliona kilometrów kwadratowych – a zatem większy niż obszar Niemiec, Francji, Hiszpanii razem wziętych – raczej nie wpłynie na wody Bałtyku. Jest jednak gigantycznym wyrzutem sumienia społeczeństw zużywających tony rzeczy, w tym opakowań z plastiku.
Skład wyspy to w 99,9 procentach tworzywa sztuczne, głównie te nieulegające rozkładowi tylko rozpadające się na pył, tworzący zawiesinę o masie 129 tysięcy ton, dryfującą między Hawajami a Kalifornią. Obiekt jest z pewnością lepiej widziany z kosmosu niż Wielki Mur Chiński, to prawdziwy symbol naszej obecności na Ziemi.

Słynny brytyjski dokumentalista sir David Attenborough ostrzega w przyrodniczej produkcji BBC Blue Planet II, że 8 milionów ton tworzyw lądujących rocznie w ocenach tworzy „toksyczną zupę”, która powoduje masową śmierć zwierząt, mylących kawałki plastiku z pożywieniem. Wynaleziony 100 lat temu plastik stał się integralną częścią współczesnego życia. Tymczasem naukowcy szacują, że w roku 2050 masa odpadów w oceanach przekroczy masę ryb.



Ludzie Zachodu są przekonani, że plastik w oceanach to efekt braku regulacji i poszanowania przyrody w krajach Trzeciego Świata. Okazuje się jednak, że pływające tam odpady mają… europejskie etykietki.

Przez lata śmieci z Europy Zachodniej były eksportowane do Chin czy Indonezji, a znaczna część plastiku — szacuje się, że około 1 mln ton — spływała co roku Rzeką Żółtą do oceanu. Tworzywa tylko częściowo były przetwarzane na nowe plastikowe artykuły, wracające do UE m.in jako asortyment tzw. chińskich sklepów. Duża jego część magicznie niby rozpływała się w przyrodzie – na gigantycznych składowiskach, w spalarniach i właśnie w oceanie.

Utylizacja śmieci to olbrzymi problem Polski. Poziom świadomości ekologicznej społeczeństwa jest niski, więc śmieci uznaje ono za cenny towar grzewczy. Spalanie „nabojów”, czyli butelek PET wypełnionych śmieciami nasączonymi olejem napędowym, starych ubrań czy wszelkich innych opakowań powoduje powstawanie toksycznego smogu, zmory ekologicznej wielu polskich miast.

Rzymian wykończył ołów, nas zabiją tworzywa?

Żyjemy w świecie zdominowanym przez konsumpcję: nowe kolekcje ubrań, modele sprzętu elektronicznego, produkcja pakowanej, przetworzonej żywności. Plastik – zdaniem specjalistów od gospodarowania odpadami – to toksyczny spadek, który nasze pokolenie zostawia swoim dzieciom, wnukom i prawnukom. Będą miały wielki problem do rozwiązania.
Ogłoszona 30 lat temu teoria archeologiczna profesora Jerome’a Nriagu mówiła, że do upadku Cesarstwa Rzymskiego przyczyniły się kłopoty zdrowotne mieszkańców imperium – masowe choroby i bezpłodność – spowodowane zatruciem ich organizmów przez ołowiem. Winne były temu ołowiane rury akweduktów doprowadzających wodę pitną do siedzib ludzkich. A także ołowiane naczynia, w których przyrządzano ulubiony winogronowy syrop, pełniący dla potomków Romulusa i Remusa tą samą rolę, co dla nas rafinowany cukier.

Dziś oczywiście nie delektujemy się cząsteczkami ołowiu, ale kawałkami tworzyw sztucznych, które znajdują się i w kosmetykach, i w produktach spożywczych, i w wodzie pitnej. Cząsteczki mikroplastiku zajmują coraz większą część oceanów i mórz, przedostają się do organizmów ryb, które następnie zjada człowiek.

W tym kontekście wyjątkowo można uznać, że na szczęście konsumpcja ryb i owoców morza w naszym kraju jest jedną z niższych w Europie. Ale czy to oznacza, że jesteśmy mniej narażeni na zjadanie szkodliwych związków? Nie. Okazuje się, że problem nie dotyczy tylko fauny mórz i oceanów, ale także lokalnego rolnictwa.

Analizy niemieckiego ośrodka Leibniz-Institute of Freshwater Ecology and Inland Fisheries, na które powołuje się Organizacja Narodów Zjednoczonych, mówią, iż rozkładające się cząsteczki plastiku zanieczyszczają gleby uprawne. Zaś chemikalia powstałe z „biodegradowalnych” torebek foliowych stanowią coraz większy, toksyczny element ekosystemu.

Najgroźniejszym związkiem znajdującym się w tonach plastiku produkowanych codziennie przez światową gospodarkę jest Bisfenol A, stosowany do wytwarzania różnego rodzaju opakowań do przechowywania żywności. Badania prowadzone na University of Exeter wykazały podwyższony poziom tego związku w organizmach ponad 80 procent brytyjskich nastolatków.

BPA wpływa na gospodarkę hormonalną człowieka. Coraz częściej mówi się o tym, że otyłość i cukrzyca dzieci i nastolatków w krajach rozwiniętych jest spowodowana nie tylko wysokokalorycznymi produktami spożywczymi, ale tym w co są pakowane. Zresztą bisfenol towarzyszy im już od narodzin. Przez lata znajdował się w plastikowych butelkach, którymi karmione były pokolenia niemowląt. Na razie jedynie nieliczne kraje, takie jak Kanada, zdecydowały się zakazać sprzedaży produktów zawierających ten związek.
Infografika: Ellen MacArthur Foundation/Cezary Korycki
Innym poważnym problemem dla środowiska – i przede wszystkim przyszłych pokoleń mieszkańców planety – są mikrogranulki tworzyw sztucznych, jakie znajdują się w kosmetykach. Przez lata przemysł kosmetyczny lansował nowe linie produktów higieny osobistej, rozmaite mikrogranulki zawierające mikroskopijne cząsteczki. Niestety, nie były to składniki naturalne lub minerały, a np. polietylen, który obecnie także odpowiada za zanieczyszczanie wody pitnej.

Problem ma tak dużą skalę, iż kolejne kraje zakazują sprzedaży kosmetyków, które w Polsce kupujemy wciąż w każdym supermarkecie. Popularne kobiece portale w naszym kraju jednak omijają ten temat na swoich łamach.

Mity recyklingu

„Ekologicznie świadomi” Europejczycy od lat szczycą się odpowiedzialnym podejściem do konsumpcji. W wielu krajach tzw. starej UE pieczywo podawane jest w modnych, papierowych opakowaniach, mamy ekoprzyjazne kubki, coraz częściej symbolicznie płacimy za polietylenowe torebki. W sieciach supermarketów funkcjonujących w Polsce możemy zaś pakować produkty w szare torebki tylko imitujące te naturalne, bo w składzie tych nadal jest więcej folii niż papieru. Zresztą wszelkie proekologiczne gadżety dla ludności nie zmieniają na razie funkcjonowania całej gospodarki, opartej na pakowaniu wszystkiego w tworzywa sztuczne.

Europa chwali się rzekomo wysokim współczynnikiem recyklingu, ale tak naprawdę uprawia kreatywne statystyki, m.in. zaliczając do zutylizowanych odpadów te wysyłane do Azji. Składowanie śmieci na Starym Kontynencie jest dużo droższe niż transportowanie ich na drugi koniec świata, gdzie albo się je częściowo przetwarza, albo składuje, spala czy wyrzuca „do lasu” i – znając naturę człowieka — ten gwałt na środowisku popełnia się znacznie częściej.

Przez lata problem śmieci był zamiatany pod dywan, gdyż udawało się je w miarę niedrogo wywozić do Chin, a – jak pokazał ostatni dokument telewizji Sky – częściowo także do Polski.

Europa w tym roku będzie musiała zmierzyć się z ogromnym wyzwaniem. Chiny kilka miesięcy temu zdecydowały, że zamykają granice dla odpadów z innych krajów. Ta blokada ze strony Państwa Środka to szokowa terapia dla krajów europejskich. Najbardziej „cywilizowany” kontynent zostanie z tonami śmieci, bez odpowiednich systemów ich zagospodarowania.

Na szczęście statystyczny Polak wytwarza o połowę mniej odpadów niż Niemiec czy Brytyjczyk. Choć wynika to z niezbyt radosnego faktu: po prostu siła nabywcza naszych obywateli jest sporo mniejsza od tej, jaką mają mieszkańcy Europy Zachodniej. Zmniejsza to liczbę tworzyw sztucznych kupowanych nad Wisłą i w efekcie – „produkcję” śmieci.

Toteż polskie statystyki – i nam podobnych krajów – znacznie zaniżają średnią, którą chwali się Unia Europejska. Każda osoba w UE wyrzuca średnio co roku 25 kilogramów plastiku. Możemy więc szacować, że w zamożniejszych państwach każdy mieszkaniec wytwarza rocznie ponad 35 kg odpadów ze sztucznych tworzyw.

Wprowadzony w Polsce zakaz wydawania przy sklepowych kasach bezpłatnych torebek foliowych na zakupy, został odebrany jako ekologiczna rewolucja, która zbliża nas do cywilizowanych standardów. Ale przecież nadal owe torebeczki – wszędzie na świecie – są dostępne za naprawdę minimalną opłatą, a po zużyciu, niepotrzebne, i tak lądują na śmietniku. Co więcej, na stoiskach owocowo-warzywnych w supermarketach można pakować wszystko bez ograniczeń do udostępnionych tam toreb. A ponadto foliówki stanowią mniej niż 5 proc. opakowań plastikowych, które przynoszą Polacy ze sklepu. To co się dzieje na Zachodzie?! Z matematycznego punktu widzenia, takie proekologiczne rozwiązania to zatem działania pozorne.
A teraz chyba najgorsze dla wszystkich tych, którzy usiłują robić coś dobrego dla środowiska. Otóż miejskie legendy mówiące o tym, że śmieci z segregacyjnych pojemników i tak finalnie trafiają na jedną linię sortowniczą, są prawdziwe. Ale spokojnie: nie wynika to z oszustwa, tylko wręcz odwrotnie – z prób poddania naszych brudów recyklingowi.

Sprawcą tego zamieszania jest skomplikowany system dzielenia odpadów. W minionym roku w niektórych polskich śmietnikach pojawiło się aż sześć kolorów pojemników: na papier – niebieski, plastik i metal – żółty, na szkło – biały i zielony (w zależności od barwy butelek), odpady organiczne – brązowy, a czarny na śmieci pozostałe. Jeśli jeszcze gdzieś ich nie ma, to znaczy, że trwa tam nadal pięcioletni okres przejściowy. Ministerstwo Środowiska przygotowało nawet specjalną instrukcję sortowania śmieci dla gospodarstw domowych, ale sprawy ona nie upraszcza: ma aż 62 punkty i nawet świadomi ekologicznie obywatele mogą nie wiedzieć, do którego pojemnika wrzucić karton po napojach, gdzie papierową torbę z kolorowym nadrukiem, a co zrobić z foliowo-papierową torebkę na pieczywo lub zużytą chusteczką higieniczną.

Trudno wierzyć w skuteczność tak zawiłego systemu, przynajmniej póki społeczeństwo się go nie wykuje. Wiele śmieci trafia więc i tak do niewłaściwych koszy i to właśnie zmusza firmy zajmujące się gospodarką odpadami do finalnego wyrzucania zawartości pojemników na wspólną linię ich sortowania. A potem – do pracochłonnego oddzielania odpadów, które mogą być poddane skutecznemu recyklingowi.

– Trudno nam zapamiętać i stosować 10 przykazań bożych, a co dopiero aż 62 punkty odpowiedniego traktowania odpadów – żartobliwie ujmuje sytuację Michał Paca, przedsiębiorca i ekspert w dziedzinie gospodarowania odpadami. – Bardziej efektywne byłoby uświadomienie i zmobilizowanie społeczeństwa do dzielenia śmieci na dwie kategorie: odpady organiczne oraz cała reszta czystych, suchych odpadów z potencjałem na przetworzenie, a zatem metal, szkło, częściowo plastik – uważa.


Może się to wydawać zbyt proste i ogólne, lecz ma sens. Problem właściwego sortowania jest bowiem tak skomplikowany, że tworzone są specjalne aplikacje identyfikujące odpady. Kwalifikują każdy z osobna do odpowiedniej grupy i wskazują, do jakiego koloru pojemnika mają być wrzucone. Takie rozwiązanie, stworzone przez studentów Polsko Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, wygrało kilka dni temu konkurs Smart City. Być może dzięki temu wkrótce powstanie polski startup, produkujący kosze na śmieci wyposażone w takie detektory. Innowatorzy chcą też stworzyć aplikację mobilną dla dzieci, w formie gry, w której zbiera się punkty za właściwe sortowanie.

Dokładne sortowanie śmieci jest kluczem do pozbywania się zanieczyszczeń. Eksperci od gospodarowania odpadami alarmują, że z jednej strony wyrzucamy tworzywa zanieczyszczone organicznie, np. tłuszczem czy resztkami jedzenia, a z drugiej nie potrafimy zbierać i oddzielać odpadów organicznych. Tymczasem przetwarzanie resztek jedzenia to doskonały sposób produkowania naturalnego nawozu dla rolnictwa. Śmieci, które uznajemy za najmniej wartościowe, dobrze posortowane i oddzielone od sztucznych zanieczyszczeń mogą też być źródłem metanu.

– Polskie pola od kilkudziesięciu lat są systematycznie wyjałowione przez nawożenie chemikaliami, tracą warstwę próchniczą. Wyjałowiona ziemia nie zatrzymuje wody, więc potęguje raz dolegliwość suszy, innym razem powodzi – mówi Michał Paca. – Powinniśmy oddzielać odpady organiczne, czyli niewykorzystaną żywność. To z nich możemy wytwarzać kompost, który następnie przetwarzany jest w naturalny nawóz – zachęca, by powracać do dawnych zwyczajów.

Bez owijania w plastik

Wykorzystywanie odpadów organicznych to modny trend w „biznesie śmieciowym”. Dziś już nie tylko podmiejskie i wiejskie gospodarstwa pamiętają tradycję tworzenia z własnych odpadów nawozów dla domowych upraw owoców i warzyw. Kompostowniki zakładają też miejscy zjadacze chleba (oczywiście pakowanego w folie), pod swoje balkonowe, zdrowsze uprawy.

Rozwijają idee, które powstały dawno temu i te dużo bliższe, jak np. ruchu Zero Waste (zero śmieci), który narodził się w latach 70. w Kalifornii. Nie stały za nim „dzieci kwiaty”, a Paul Palmer, naukowiec z Oakland, który założył firmę zbierającą nadmiar chemikaliów wykorzystywanych w przemyśle i sprzedającą je za pół ceny detalicznym klientom. Dopiero później ideologia rozszerzyła się na inne sfery gospodarowania i stała się przesłaniem nowego ruchu konsumenckiego.

Dziś najbardziej znaną rzeczniczką tego ruchu jest Bea Johnson, która na przykładzie własnej czteroosobowej rodziny dowodzi, że ograniczenie produkcji odpadów może oznaczać zredukowanie ich do... jednego słoika rocznie. Ta amerykańska familia sama wytwarza środki czystości, naturalne, a będące równie skuteczne i mniej szkodliwe niż te przemysłowe. Kupując produkty pakuje je tylko do własnych pojemników, nie używa przedmiotów jednorazowych i przede wszystkim kompostuje odpady organiczne.

Podobna idea powstała u naszych południowych sąsiadów. Organizacja „Bezobalu” (w dosłownym tłumaczeniu: „bez opakowania”, ale może to też znaczyć tyle, co „bez owijania w bawełnę”) prowadzi sieć delikatesów, w których sprzedaje towary bez opakowań.



– Sposób życia Zero Waste to nie jest tylko modna ideologia wielkomiejskiej klasy średniej, ale przede wszystkim sposób na bardziej świadomą, zdrowszą i często tańszą konsumpcję. W Polsce społeczność gospodarująca w ten sposób liczy kilkanaście tysięcy osób, wnosząc po popularności grup na Facebooku. Przy odrobinie chęci i wiedzy, rezygnacja z pakowanych produktów, plastikowych butelek czy przemysłowych środków chemicznych jest naprawdę możliwa – zapewnia Katarzyna Wągrowska, autorka książki „Życie zero waste”.

Sama zna przynajmniej kilka domowych sposobów na produkcję pasty do zębów z eterycznymi olejkami i uważa, że Zero Waste to także sposób na efektywne prowadzenia gospodarstwa domowego z dziećmi. – Czas, żeby osoby śmiecące mniej, były w społeczeństwie w jakiś sposób premiowane – apeluje autorka bloga ograniczamsie.com.

Siedem żyć smartfona

Dzisiejsi 40-latkowie pamiętają, jak w czasach PRL uczniowie musieli zbierać makulaturę, śmieci wyrzucało się do pojemników wprost z kubła a nie w foliowych workach, zaś aluminiowe puszki po zachodnich produktach nie lądowały na śmietnikach, tylko były z dumą wykorzystywane do przechowywania różnych rzeczy. Działało mnóstwo zakładów naprawczych, bo nie kupowało się rzeczy nowych, tylko reperowało stare. Gdyby nie fakt, że w żadnym calu nie było to powodowane dbałością o środowisko, lecz gospodarką poważnego niedoboru, to ekolodzy mogliby wspominać minione lata z sentymentem.
Tym bardziej, że dziś większość sprzętu elektronicznego produkowanego w Azji posiada nity (plastikowe śruby bez gwintu), uniemożliwiające rozebranie uszkodzonego urządzenia i jego naprawę. Że koncerny są oskarżane o celowe programowanie awarii, by sprzęt psuł się zaraz po zakończeniu gwarancji i zmuszał nas do kupna nowego.



Jesteśmy nauczeni kupowania kolejnych, nowszych modeli przedmiotów. Weźmy choćby wielki wynalazek naszych czasów – smartfon. Konsument używa jednego egzemplarza średnio przez 2 lata. 7 miliardów smartfonów będących obecnie w rękach ludzi czeka na wymianę. Bez końca pożądamy coraz to funkcjonalniejszych urządzeń, a gdzie znajduje model, który był krzykiem poprzedniego sezonu, nawet się nie zastanawiamy. Jest bezużytecznym śmieciem. Z nim, tą wręcz ikoną cywilizacji plastiku, też trzeba coś zrobić.

Gospodarka stawia opór zasadom Zero Waste, bo dla niej oznaczają one poważne problemy. Choćby w produkcji spożywczej, która bazuje na opakowaniach z plastiku. Transport żywności w opakowaniach plastikowych jest tańszy i nie naraża towarów na potłuczenie. A konsekwencje swej działalności, czyli koszty utylizacji tworzyw, wielkie sieci producentów i handlu mogą dziś przerzucać na społeczeństwo.

Ale że ludzie zaczęli zauważać zagrożenia, musi powstać także nowa organizacja produkcji przemysłowej – Gospodarka o obiegu zamkniętym (GOZ). Ma być sposobem na zmianę oblicza planety, a zwłaszcza uchronienie przyszłych pokoleń przed śmieciową apokalipsą. Od wynalezienia tworzyw sztucznych aż do dziś cykl produkcyjny był bowiem otwarty i masowego wytwórcy nie interesowało, co dzieje się z produktem, gdy już został przez konsumenta zużyty. Regulacje GOZ mają to zmienić.

– Nowoczesne gospodarki odchodzą od modelu, w którym ktoś pozyskuje surowce, produkuje z nich artykuły, sprzedaje i nie zastanawia się, co z nim dalej będzie. Coraz częściej tok produkcji przypomina koło, w którym surowce są wielokrotnie wykorzystywane. W przemyśle zaczyna także funkcjonować pojęcie odpowiedzialnego „ekodesignu” artykułu, czyli projektowania pod kątem trwałości, dalszego cyklu życia produktu i jego elementów składowych – tłumaczy Maciej Krzyczkowski z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, ekspert w dziedzinie zrównoważonego rozwoju.

Walka z obecną logiką masowej produkcji może jednak zająć całe pokolenia. Zwolenników bardziej odpowiedzialnej gospodarki czekają batalie z niechętnymi zmianom producentami, potem o nowe regulacje i zmiany linii produkcyjnych. Oznaczać to będzie także ograniczenia w wydobywaniu surowców, będzie się odbywało na mniejszą skalę. Za to będą pozyskiwane w inny sposób, z recyklingu – tak w Polsce powstają syntetyczne płyty kartonowo-gipsowe, z surowca uzyskanego z odsiarczania spalin w elektrowni.

GOZ to dziś idea ważna dla Komisji Europejskiej. Nie została jeszcze ubrana w dyrektywy, ale pojawiła się już np. deklaracja KE dotycząca recyklingu odpadów komunalnych: jego poziom ma wzrosnąć z obecnych 45 procent (w Polsce około 30) do 65 proc. w roku 2035. Nad Wisłą powstał projekt tzw. mapy drogowej transformacji gospodarki, czyli dojścia do tej o obiegu zamkniętym. Jednym z jej etapów jest tworzenie warunków dla inicjatyw obywatelskich, opartych na koncepcjach GOZ czy Zero Waste. Firmy funkcjonujące na takich zasadach mogą zostać kiedyś uprzywilejowane, na przykład tak, jak organizacje pożytku publicznego, którym wolno przepisywać 1 proc. naszych podatków.

Czy świat tworzyw sztucznych za kilkadziesiąt lat będzie jedynie mroczną przeszłością, a kupowanie produktów opakowanych w plastik traktowane jako czasy wręcz pogańskie? Być może jednorazowa maszynka do golenia przejdzie pozycje podobne do tych, jakie dziś zajmuje palenie w miejscu pracy lub przy dzieciach – kiedyś zakazywanie tego było co najmniej dziwne, dziś dziwi nas, że takie mieliśmy normy. Zostaną jednak te miliony ton tworzyw, którymi nasza cywilizacja już zaśmieciła Ziemię.

– Cezary Korycki
Zdjęcie główne: Anglia, 2009 r. Buldożer pakuje świeżo wyrzucone śmieci na składowisku w Gloucester. Fot. Matt Cardy/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pożegnanie z sutanną. Suspensa, wydalenie z zakonu, ekskomunika…
Po okresie pierwszej fascynacji partnerki zakonników często orientują się, że ich wybranek nie umie robić nic, poza głoszeniem kazań i spowiadaniem. Panie szybko wystawiają walizki takich duchownych za drzwi, a oni pukają ponownie do bram klasztorów.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Elity III RP utraciły kontrolę nad rzeczywistością
Ugryziony w tyłek żubr, jak napisał swego czasu Jarosław Marek Rymkiewicz, przebudził się i pędzi w niewiadomym kierunku.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Wierzą w parytety, przywileje dla gejów i cenzurę myśli....
„Czy ktoś może jeszcze sądzić, że partia torysów jest partią konserwatywną?” – pytał na łamach „Mail on Sunday” brytyjski publicysta.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Ulubiony klub premiera Izraela
Tytuł „najbardziej rasistowskiego klubu świata” dzierży Beitar Jerozolima, w którym – jak deklarują kibice – żaden Arab nigdy nie zagra.
Cywilizacja wydanie 31.05.2019 – 7.06.2019
Były szef Facebooka:
Co my robimy z mózgami dzieci...
Młodzi ludzie zastępują stare używki nowymi — psychologicznymi. Emocjami, które uruchamiają, wodząc palcem po ekranie smartfona.