Historia

Katyń – bez przebaczenia

Po tym, co zobaczył, Henryk Troszczyński zaczął się bać o własne życie. – Zdawałem sobie sprawę, że nastąpi ofensywa radziecka, a Niemcy nie pójdą już dalej, bo front na kilka miesięcy zatrzymał się pod Smoleńskiem. Jeśli wpadlibyśmy w ręce Sowietów, to rozstrzelaliby nas wszystkich – wspomina.

Raz, dwa, trzy – antysemitą jesteś ty!

Tajemnicza jest droga i niejasny sposób, w jaki nasz Marszałek Senatu został nie tylko antysemitą, ale w dodatku znanym. Jest jeden trop – pogląd, że wszyscy Polacy są antysemitami. Po synapsach w wielu amerykańskich mózgach snuje się siwy dym zamiast serotoniny.

zobacz więcej
Dom kombatanta na warszawskich Jelonkach. Pan Henryk ma prawie 95 lat, ale wita mnie mocnym uściskiem dłoni. Jest w mundurze, ordery wiszą na jego piersi. Po rozmowie że mną ma spotkać się z dziećmi, którym opowie o Powstaniu Warszawskim.

– Żywy świadek historii? – pytam go, trzymając w ręku książkę „Chłopak z Katynia” Jerzego Wlazły, która opowiada o jego losach. – Potwierdzam, według mojej wiedzy, jestem ostatnim żyjącym świadkiem tej zbrodni – odpowiada.

Kurczaki, ser, pierogi

Od zawsze związany był z Warszawą, gdzie urodził się 28 lipca 1923 roku. Pamięta wczesne dzieciństwo, spędzone głównie na Woli: zabawy na podwórku z dziećmi oraz polski sterowiec „Lech” francuskiej konstrukcji, który pojawił się nad stolicą w 1926 roku. Podziwiał go wraz z ojcem, Józefem Troszczyńskim, który był murarzem i pracował przy fasadach budynków stolicy. Matka Berta zajmowała się domem, bowiem państwo Troszczyńscy mieli jeszcze syna Józefa, starszego od Henryka, a także dwie najmłodsze córki Alfredę i Marię.
Henryk Troszczyński. Fot. materiały prasowe
Mały Heniek często odwiedzał ojca w pracy, biegając do niego z obiadem. Spotykał ludzi, którzy już za życia przeszli do historii Warszawy. Poznał m.in. Ala Capone’a ówczesnej stolicy, znanego jako „Tata Tasiemka”. Na Kercelaku, popularnym bazarze, nieraz spotykał zapaśnika Aleksandra Garkowienkę, a gdy ze szkolną wycieczką odwiedził Belweder, osobiście zetknął się z marszałkiem Józefem Piłsudskim.

W chwili wybuchu wojny miał 16 lat. Wkroczenie wojsk niemieckich na Wolę zrobiło na nim ogromne wrażenie. Obserwował je stojąc w bramie kamienicy. – Pierwszy na białym koniu jechał wysokiej rangi oficer niemiecki. Koń tak stawiał kopyta po dźwięczącej kostce bazaltowej, jakby był wytresowany. Za nim szła piechota, a hełmy trzęsły się im na głowach w jeden rytm. Następnie wkraczały czołgi, a później jechały samochody pancerne – wspomina.

Z czasów okupacji pamięta łapanki, aresztowania, terror oraz wywózkę do obozów. Sam, jako młody chłopak, podjął się pierwszej pracy w niemieckiej firmie na lotnisku Okęcie.

Z konspiracją zetknął się zimą 1942 roku. Do Armii Krajowej wciągnął go kolega. – Zaprowadził mnie do dowódcy i po pewnym czasie przed kapitanem Wacławem „Halem” Stykowskim odbyła się przysięga na wierność AK – wspomina Troszczyński. W ramach przeszkolenia nauczył się, jak obsługiwać broń: ładować i rozładowywać.

Ale już w grudniu tego samego roku dowiedział się, że Niemcy wysyłają go na roboty na zaplecze frontu wschodniego – do Smoleńska. – Straszono nas, że kto nie podpisze zgody, to zostanie wysłany do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu – wspomina. Podpisał więc i znalazł się wiele kilometrów od domu. Na miejsce dotarł wojskowym pociągiem z żołnierzami III Rzeszy jadącymi na wschodni front.
Fotografie z archiwum rodzinnego Henryka Troszczyńskiego. Fot. Adam Cissowski
Początkowo pracował przy remoncie dworca kolejowego, który został zniszczony w czasie działań wojennych. Następnie przeniesiono go do miejscowości Kozie Górki w okolice Katynia. Polacy w największym mrozie budowali tam baraki w lesie, ponieważ Niemcy zamierzali tam utworzyć ośrodek dla żołnierzy wracających z frontu wschodniego.

Na miejscu szybko znalazł wspólny język z okolicznymi mieszkańcami. – Kuchnia niemiecka wydawała dla nas obiady, ale w pobliskich chałupach dokupowaliśmy sobie kurczaki, sery czy pierogi ruskie – wylicza.

Dwa drewniane krzyże

Wspólne degustacje samogonu, czyli gorzałki produkowanej na własne potrzeby, skutecznie rozwiązały miejscowym języki. Chłopi wspominali, że do ich domów dniami i nocami dochodziły odgłosy strzałów. Doskonale zdawali sobie sprawę, że stała za tym radziecka NKWD.

– Mówili, że przyjeżdżały pociągi do stacji Gniezdowo, a następnie samochodami przywożono do Katynia więźniów. Niedługo potem było słychać strzały, jeden po drugim, oraz krzyki i jęki mordowanych ludzi – opowiada Troszczyński.

Miejscowi nie ukrywali, że rozstrzeliwanymi więźniami byli polscy oficerowie. Wiedzieli, że ich zwłoki zakopano w lesie. Henryk zamierzał sprawdzić, czy to prawda. Zwołał kolegów, zabrali łopaty i poszli zbadać wskazane przez Rosjan miejsce.

– Gdy dokopaliśmy się do pierwszych zwłok, zobaczyliśmy poszarpany oficerski płaszcz i oberwane guziki. Wszystkich grobów nie rozkopywaliśmy, bo było ich tam tysiące – podkreśla. Po czym ze wzburzeniem dodaje: – Jaka podli byli ci bolszewicy, że zamordowali tysiące polskich oficerów!

Polscy robotnicy na miejscu postawili dwa drewniane krzyże i o dokonanym odkryciu powiadomili Niemców. – Nie było innego sposobu, by ta sprawa wyszła na światło dzienne, by świat się o tym dowiedział – uznał Troszczyński.
Masowy grób podczas ekshumacji w Katyniu w 1943 roku. Fot. Wikimedia
Żołnierze niemieccy przekazali raport o grobach katyńskich wraz z plikiem zdjęć do Berlina. – Powołano międzynarodową komisję, składającą się z oficerów wyższej rangi, którzy byli jeńcami: Amerykanów, Anglików, Polaków – opowiada Henryk Troszczyński.

On sam był obecny przy pierwszej ekshumacji. Odkryto wtedy m.in. ciało jedynej kobiety zamordowanej w Katyniu – Janiny Lewandowskiej, córki gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego. – Widziałem zwłoki kobiety-pilota, a przy niej ciało chłopca. Początkowo myślałem, że to matka z synem, ale tego historia nie odnotowuje – zauważa świadek wydarzeń.

Zwłoki wywozili rosyjscy jeńcy na specjalnych taczkach z płaskimi podestami. – Często tam chodziłem i się przyglądałem. Widziałem, jak wyjmowano zwłoki, a następnie układano je na ziemi przed stołami komisji, gdzie były szczegółowo badane. U każdego stwierdzono, że przyczyną śmierci był strzał w tył głowy – wspomina weteran.

Pamięta, że wszyscy polscy oficerowie mieli ręce związane z tyłu sznurkiem, a niektórzy nawet drutem. – Badano również zawartość kieszeni, wyjmowano dokumenty, różne przedmioty i wkładano do kopert, które były numerowane – dodaje. Po tym, co zobaczył, zaczął się bać o własne życie. – Zdawałem sobie sprawę, że nastąpi ofensywa radziecka, a Niemcy nie pójdą już dalej, bo front na kilka miesięcy zatrzymał się pod Smoleńskiem. Jeśli wpadlibyśmy w ręce Sowietów, to rozstrzelaliby nas wszystkich – stwierdza. Postanowił więc uciec.

Musimy was ukształtować

Swojego planu jednak nie zdążył zrealizować. Ojciec go wykupił i Henryk wrócił do Warszawy już w czerwcu 1943 roku. Reszta polskich kolegów została na miejscu i do dziś nie wiadomo, co się z nimi stało. Już po jego wyjeździe, w Katyniu odkrywane były kolejne groby.

W Warszawie Troszczyński ponownie nawiązał kontakt z Armią Krajową. Niebawem zaczęto się przygotowywać do powstania, pomagał więc w gromadzeniu broni i żywności. – O tym, że powstanie wybuchnie o godzinie 17, dowiedziałem się od mojego dowódcy Jana Kota już 1 sierpnia rano. Dla nas, młodych ludzi, to był dzień pełen radości, wreszcie wierzyliśmy w zwycięstwo – wspomina.
Radiotelegrafista Henryk Troszczyński. Fot. archiwum rodzinne
W Powstaniu Warszawskim walczył pod pseudonimem „Murarz”. Brał udział w działaniach na Woli, w zgrupowaniu „Waligóra”. Jego pluton liczył 17 osób, miał tylko dwa pistolety maszynowe „Błyskawica” i jeden karabin. Dodatkowo każdy dostał po dwa ręczne granaty, zwane „filipinkami”. – Byliśmy bardzo słabo uzbrojeni. Ja byłem ładowniczym karabinu i miałem do niego dwa zapasowe magazynki oraz amunicję w tekturowych pudełkach – opowiada.

Trafił jednak do niewoli. Był w obozach w Pruszkowie, Namysłowie i we Wrocławiu. Tam zastało go sowieckie oblężenie Festung Breslau.

7 lutego 1945 roku wrócił do wyzwolonej Warszawy. – Po powrocie, 18 marca zostałem zmobilizowany do Wojska Polskiego. Ponieważ znałem radiotechnikę, przydzielili mnie do łączności i z miejsca wysłali na kurs radiotelegrafistów. Po półrocznym kursie pracowałem już na dużej stacji radiotelegraficznej – wspomina pierwsze powojenne dni.

Nie ukrywał, że był w AK i walczył w powstaniu. – Dostaliśmy ankiety do wypełnienia, gdzie kto i co robił w czasie okupacji. Wszystkie rubryki wypełniłem i napisałem również, że byłem w Armii Krajowej – mówi z dumą. Nie spotkały go za to żadne represje, ponieważ właściwie wszyscy zmobilizowani mieli konspiracyjną przeszłość. – Oficerowie przemawiając do nas mówili: „my wszystko o was wiemy, że byliście w AK i walczyliście w powstaniu, ale nie dostaliśmy innego elementu, jak wasz. Musimy was ukształtować” – cytuje. Represje ostatecznie były, ale objęły oficerów, a nie szeregowych żołnierzy, jak Troszczyński.

Pierwszy taki proces: czy Rosja osądzi stalinowskich zbrodniarzy?

– Mossad jeszcze na początku lat 60. rozprawił się z Adolfem Eichmannem i innymi zwyrodnialcami. Ja to samo chcę zrobić z NKWD-owskimi katami. I dopnę swego – zapowiada młody Rosjanin.

zobacz więcej
Ale o tym, że w 1943 roku był w Katyniu, milczał. Przez prawie 50 lat. Nawet jego dzieci o tym nie wiedziały. – Obawiałem się, że postawią mnie pod sąd i wsadzą do więzienia za to, co wiem. Dlatego mówiłem o tym tylko żonie i wiernym przyjaciołom – tłumaczy.

Bez przebaczenia

Po upadku komunizmu i powstaniu Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie w 1991 roku zgłosił się do biura na ulicę Kruczą w Warszawie. Wypełnił wniosek o odszkodowanie za pracę przymusową w czasie II wojny światowej, w formularzu wpisał nazwy miejscowości nieopodal Katynia, w których pracował.

Gdy wezwano go na rozmowę, dawny strach powrócił. – Pan był w Katyniu? – zapytał urzędnik. – Tak napisałem – odpowiedział niepewnie Troszczyński. Skierowano do pułkownika, który… okazał się kustoszem Muzeum Katyńskiego.

Czy po tym wszystkim, co przeżył, pan Henryk ma żal, czy odczuwa nienawiść do Niemców i Rosjan? Odpowiada spokojnie, że choć religia nakazuje wybaczać, on tego nie potrafi: – Czym innym jest walka na froncie, kiedy żołnierze strzelają, a Pan Bóg kule nosi, a czym innym masowe rozstrzeliwanie z premedytacją, gdy trzyma się człowieka za głowę i strzela mu prosto w kark. Nigdy nie przebaczę takim ludziom. Ci, którzy popełnili takie masowe zbrodnie powinni być wytępieni, powinno ich spotkać to samo.

– Adam Cissowski
Zdjęcie główne: Jersey City, 2013 rok. Pomnik Katyński, odslónięty w 19991 roku, w tle panorama Nowego Jorku z World Trade Center – jednym z wieżowców stanowiących część nowego kompleksu, który powstał w miejscu biurowców WTC, zniszczonych w zamachu terrorystycznym 11 września 2001. Fot. Shutterstock
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
SLD-PSL: koalicja z wrogiem
Postkomuniści i ludowcy po 1989 roku już razem tworzyli wspólne rządy. Ale nie było to współpraca łatwa.
Historia Najnowsze wydanie
Pół wieku na Woronicza. Kultowe miejsca, pamiętne programy
Jedna z pierwszych telewizyjnych emisji zakończyła się podtruciem artystów i ekipy. Dlaczego? Bo studia szykowane w pośpiechu na 25-lecie PRL miały podłogi z klejem nieprzystosowanym do wysokiej temperatury lamp.
Historia Najnowsze wydanie
Telewizyjna kronika agonii
Trudno w najnowszej historii znaleźć przykład konfliktu lepiej udokumentowanego audiowizualnie niż rozpad Jugosławii.
Historia Najnowsze wydanie
Granice II RP podpaliły mniejszości narodowe. Dwie V kolumny
W przeciwieństwie do zachodnich rejonów kraju, na wschodzie trudniej mówić o wyszkolonych karnych oddziałach dywersantów.
Historia Poprzednie wydanie
Tomasz Kot w roli „Władcy piorunów”. Kim był Nikola Tesla?
Syn popa i popadii, wynalazca prądu zmiennego. Bez niego nie byłoby kart zbliżeniowych, bezprzewodowych ładowarek i dronów.