Kultura

Klątwa don Kichota i polityczne science fiction. Kino dla długodystansowców

Terry Gilliam wypuścił wreszcie trailer do „The Man Who Killed Don Quixote”, który to film zaczął kręcić... 20 lat temu. Czasem produkcja musi trwać długo, bo takie są np. wymogi techniczne, jak w przypadku „Twojego Vincenta” Doroty Kobieli. A czasem filmowcom brak po prostu szczęścia, jak Andrzejowi Żuławskiemu przy „Na srebrnym globie”. Przyjrzymy się kilku takim rekordzistom.

Przygotowania, casting, kilka tygodni zdjęciowych, potem postprodukcja. W ciągu roku spokojnie da się zrobić film. Pośpiech bywa wskazany, bo wtedy wydaje się mniej pieniędzy. Tymczasem zdarza się, że 120-minutowy, góra trzygodzinny film powstaje wiele lat.

Do historii przeszły w Polsce wielkie produkcje, takie jak „Potop” w reżyserii Jerzego Hoffmana – 535 dni zdjęciowych, rozłożonych na trzy lata. Przygotowania, czyli m.in. prace scenariuszowe, zaczęły się w 1969 roku. Po wielu perypetiach – w tym m.in. po zlikwidowaniu zespołu, który film produkował – premiera odbyła się 2 września 1974 r. Wysiłek się na szczęście opłacił, bo „Potop” obejrzało 27 milinów widzów, dzięki czemu zajął trzecie miejsce wśród najchętniej oglądanych polskich filmów wszech czasów (na pierwszym są „Krzyżacy”, na drugim – „W pustyni i puszczy” z 1973 roku).



Ale mamy też inne dzieła, na które warto było czekać.

Jak malował pan van Gogh

Należy do nich pierwszy na świecie malowany film, czyli „Twój Vincent” w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchmana. Nie ustają zachwyty nad tą polsko-brytyjską koprodukcją, choć nie dostała ani amerykańskiego Oscara, ani brytyjskiej nagrody BAFTA. Ale same nominacje do tych znaczących laurów to już wielki sukces. Niezwykłą animację doceniono natomiast Europejską Nagrodą Filmową.

Obraz (film „Twój Vincent” wyjątkowo zasługuje na to miano) powstawał naprawdę długo. Pierwsze informacje o tym, że ruszają prace nad nim, pojawiły się bowiem już pod koniec 2013 roku. Premiera – według zapowiedzi – miała się odbyć na festiwalu w Cannes w maju 2015 r. Jednak ogrom pracy, który czekał na filmowców, nie pozwolił na tak szybkie zakończenie pracy.
Dorota Kobiela mówiła w ubiegłorocznych wywiadach, że do filmu przymierzała się już 10 lat temu. – „Vincent” miał trwać siedem minut i miałam go namalować w całości sama. Nie udało mi się tego zrobić, bo – jak kiedyś policzyłam – zajęłoby mi to prawie 80 lat – wyjaśniła.



Opowieść o prywatnym dochodzeniu syna przyjaciela Van Gogha, które ma wyjaśnić przyczyny śmierci malarza, składa się z 65 tysięcy ręcznie namalowanych klatek-obrazów. Wyglądają tak, jakby malował je sam holenderski mistrz, który zmarł tragicznie we Francji. W ich przygotowaniu uczestniczyło 125 malarzy z 20 krajów – 65 z Polski i 60 z zagranicy. Wybrano ich z kilku tysięcy artystów, którzy nadesłali swoje zgłoszenia. Każdy rozumie, że to przedsięwzięcie wymagało czasu.

„Największa filmowa katastrofa”

Inaczej było z ostatnią produkcją Terry'ego Gilliama. Przed laty był on jedynym Amerykaninem w składzie niezrównanej brytyjskiej grupy komediowej Monty Python i zasłynął jako filmowiec. Współpracował przy tworzeniu „Monty Pythona i Świętego Graala”, „Żywotu Briana” i „Sensu życia według Monty Pythona”. Samodzielnie wyreżyserował m.in. „Brasil” „Jabberwocky’ego”, „Fisher Kinga” i „12 małp”.

20 lat temu Gilliam zabrał się za projekt, który miał zamiar dość szybko skończyć. Chodziło o luźną adaptację XVI-wiecznego arcydzieła Miguela de Cervantesa o błędnym rycerzu. Na początku nic nie zapowiadało kłopotów. Główne role w „Człowieku, który zabił Don Kichota” mieli zagrać Johnny Depp, z którym Gilliam współpracował przy „Las Vegas Parano”, oraz francuski gwiazdor Jean Rochefort.


Pech dał o sobie szybko znać. O Gilliamie dziennikarze zaczęli pisać, że – niczym bohater Cervantesa – „walczy z wiatrakami”. Najpierw zachorował Rochefort i wycofał się z pracy. A potem nastąpiła seria kataklizmów, m.in. nieustające braki finansowe, utarczki z producentami, zmieniająca się ekipa aktorska, powódź na planie lub hałaśliwe ćwiczenia NATO nieopodal. Filmowcy byli też oskarżani m.in. o zniszczenie zabytkowego, XII-wiecznego klasztoru w portugalskiej miejscowości Tomar. Klasztor Convento de Cristo był niegdyś siedzibą templariuszy, a obecnie znajduje się na liście zabytków UNESCO.

Bohaterem historii Gilliama jest Toby, wypalony zawodowo reżyser reklam, który podczas pracy w Hiszpanii dostaje przypadkiem studencki film sprzed lat, sentymentalną adaptację utworu Cervantesa. Postanawia odszukać wioskę, gdzie ów film kręcono i wplątuje się w serię dziwnych zdarzeń. Właśnie jak don Kichot i na koniec tego łańcuszka – sam Gilliam.

Toby’ego pierwotnie miał grać Depp, potem do roli przymierzał się Ewan McGregor. Ostatecznie zagrał go Adam Driver (m.in. Kylo Ren z „Gwiezdnych wojen”). Po Rocheforcie Don Kichota mieli grać m.in. Gérard Depardieu, Michael Palin, Robert Duvall i John Hurt. Ostatecznie wcielił się w niego Jonathan Pryce.

O perypetiach na planie filmu Gilliama powstał nawet dokument pt. „Zagubiony w La Manchy” (2002). Początkowo miał być to po prostu making off, a stał się w efekcie opowieścią o – jak pisano – „największej filmowej katastrofie”.



Wydaje się, że Gilliam i don Kichot powoli dobijają do premiery. W sieci pojawił się trailer filmu, który jest już gotowy. „Człowiek, który zabił don Kichota” miał być pokazany na tegorocznym, 71. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes. Ale, uwaga, znowu pojawiły się problemy. Jeden z byłych producentów filmu, Paolo Branco twierdzi, że ma dokument potwierdzający jego prawa do filmu i żąda ich uznania. W przeciwnym razie nie dopuści do premiery.
Czeska perła

Dużo czasu wymagała też filmowa adaptacja historycznej powieści naszego południowego sąsiada.

Czechofilów jest w Polsce sporo. Nie wszyscy jednak znają film „Małgorzata, córka Łazarza” (1967 r.), który František Vláčil zrealizował na podstawie powieści Vladislava Vančury. Choć w czasach PRL wiele filmów czeskich wchodziło na ekrany naszych kin, ten nie pojawił się w szerokim rozpowszechnianiu. Teraz można go upolować na przeglądach i festiwalach, pokazywała go też TVP Kultura.

Czy warto go szukać? Niech o tym świadczy fakt, że osadzona w XIII wieku opowieść ma w Czechach status kultowej i jest wskazywana przez krytyków i filmoznawców jako najlepszy czeski film wszech czasów.

Młodziutka Magda Vášáryová, późniejsza gwiazda tamtejszego kina, zagrała w opus magnum Vláčila Małgorzatę, przeznaczoną do klasztoru pannę, którą porywają bandyci. Awanturnicza historia, podszyta wątkiem miłosnym, rozgrywa się w czasie, gdy na czeskich ziemiach pogaństwo zaczynało przegrywać z chrześcijaństwem.

Film powstawał aż siedem lat. Zdjęcia kręcono w naturalnych plenerach, w średniowiecznych zamkach i klasztorach. Dużo czasu, bo trzy lata, zajęło przygotowanie scenariusza na podstawie epopei Vančury.

Ekipa weszła na plan w 1964 r. Pracowali przez 548 dni zdjęciowych. Dekoracje i kostiumy też były czasochłonne, bo przygotowywano je z wielkim pietyzmem. Vláčil doprowadził do tego, że kostiumy szyto tak, jak to robiono w XIII wieku, a potem były odpowiednio starzone.



Efekt długiej pracy jest wręcz olśniewający. Reżyser odszedł od linearnej opowieści na rzecz artystycznych poszukiwań i eksperymentów. W jednym ujęciu zmieniają się na przykład pory roku: od słońca, po srogą zimę.

Dzieło Vláčila porównywane jest z osiągnięciami Andrieja Tarkowskiego i Siergieja Paradżanowa. Jego średniowiecze jest brudne, okrutne, filozoficzne i mocno dynamiczne, pełne bandziorów, wilków i latających strzał. Jeśli pamiętamy „Jabberwocky” Gilliama, to świat z czeskiej średniowiecznej epopei jest bardziej naturalistyczny i brudny niż tamten.
Pechowa baśń

Rekordzistą wśród najdłużej powstających filmów jest animacja „Złodziej z Bagdadu”. Jej premiera odbyła się w sierpniu 1995 roku i stało się to 29 lat po rozpoczęciu produkcji. Baśń o pięknej córce sułtana, szewczyku mającym złote serce i złoczyńcach stała się dziełem życia, jednocześnie przekleństwem i błogosławieństwem kanadyjskiego animatora Richarda Williamsa.

Wciąż zmieniali się producenci filmu, nieustannie brakowało na niego pieniędzy. W 1978 r. produkcją tej animacji zainteresował się nawet saudyjski książę, ale wycofał się, bo animatorzy nie mogli dotrzymać terminów.

Materiały do „Złodzieja z Bagdadu” obejrzeli Steven Spielberg i Robert Zemeckis. Zachwycili się i zaproponowali Williamsowi pracę przy filmie „Kto wrobił królika Rogera”, który okazał się wielkim przebojem kasowym. Razem z Kenem Ralstonem, Edem Jonsem i George’em Gibbsem w 1988 r. Richard Williams dostał Oscara za efekty specjalne do historii o perypetiach Animków.



Jednocześnie cały czas trwały prace nad „Złodziejem…”. Animacje zachwycały, były jednak kłopoty z utrzymaniem wartkiej akcji. Wśród konsultantów filmu pojawił się m.in. Terry Gilliam. Ostatecznie sprawę do końca doprowadził jednak Williams, z pomocą wytwórni Miramax. Zajęło mu to dużą część życia.
Żuławski według Żuławskiego

Dwa lata temu serwis Taste of Cinema opublikował ranking najlepszych filmów science fiction, które powstały poza Hollywood. Pierwsze miejsce przyznano „Na srebrnym globie” Andrzeja Żuławskiego. To niedokończone dzieło, które też powstawało latami, pokonało m.in. „Metropolis” Fritza Langa, „Solaris” Andrieja Tarkowskiego i „Alphaville” Jean-Luca Godarda.

W 1976 r. Andrzej Żuławski rozpoczął zdjęcia do ekranizacji powieściowej trylogii „Na srebrnym globie”, „Zwycięzca” i „Stara Ziemia”, której autorem był Jerzy Żuławski, jego stryjeczny dziadek. Wśród fanów tego cyklu był m.in. Stanisław Lem.

Była to opowieść o próbie stworzenia na innej planecie nowego, lepszego społeczeństwa. Kończy się ona klęską, gdy nowe pokolenie dawnych Ziemian wdaje się w konflikt z autochtonami. Żuławski – wizjoner podszedł do pracy z rozmachem, postanowił stworzyć świat jak z futurystycznego snu.

Film zapowiadał się na superprodukcję. Zdjęcia kręcono m.in. przez rok na wydmach w okolicach Łeby i nieopodal Lisiego Jaru. Plenery obcej planety zarejestrowano w Mongolii. Ekipa pracowała też w kopalni soli w Wieliczce, w Krakowie i na podwrocławskich bagnach. Potężne dekoracje wzniesiono we wrocławskich halach zdjęciowych. Sceny lądowania statku kosmicznego powstały z kolei na Kaukazie.

W filmie grali m.in. Iwona Bielska, Jerzy Trela, Andrzej Seweryn, Krystyna Janda, Jerzy Grałek, Leszek Długosz, Jan Frycz. Operatorem był Andrzej J. Jaroszewicz. Zdjęcia się jednak przeciągały, część ekipy zaczęła się wręcz przeciw temu buntować.

Ostateczny cios filmowi zadał ówczesny wiceminister kultury i sztuki, podsekretarz stanu ds. kinematografii Janusz Wilhelmi. Gdy obejrzał nakręcone przez Żuławskiego materiały, wpadł w gniew i kazał wstrzymać produkcję. Było to w czerwcu 1977 r.

Choć nakręcono już wtedy prawie 90 proc. zdjęć, żadne zabiegi – oficjalne ani półoficjalne – nie doprowadziły do wznowienia prac. Wilhelmi próbował wręcz zniszczyć wszystkie negatywy.

Na domiar złego Żuławski nie mógł po tej historii znaleźć żadnej pracy. Po 1,5 roku niespodziewanie pozwolono mu na zmontowanie materiału zdjęciowego, który już powstał. A potem kazano mu wyjechać z kraju.

W 1979 roku dyrektor festiwalu filmowego w Cannes chciał pokazać niedokończony film w ramach konkursu. Polskie władze nie zgodziły się jednak, by taśmy opuściły PRL.

W 1985 r. pojawiła się szansa na sfinalizowanie „Na srebrnym globie”, dzięki interwencji Jerzego Kawalerowicza. 12 maja 1988 r. film, w okrojonej formie – nie takiej, o jakiej myślał na początku Żuławski – został pokazany w sekcji pozakonkursowej w Cannes. Na krótko zawitał też do polskich kin. Stwierdzono wtedy, że gdyby miał premierę w drugiej połowie lat 70., byłby inspiracją dla George’a Lucasa i Stevena Spielberga.
Z biegiem lat, z biegiem dni

Osobny rozdział wśród najdłuższych produkcji filmowych stanowią te, które są kręcone w czasie rzeczywistym. Tak stało się w przypadku filmu „Boyhood” Richarda Linklatera.



Reżyser i scenarzysta w jednej osobie opowiada o dorastaniu chłopca o imieniu Mason. Ekipa przez 13 lat spotykała się raz w roku na kilka dni i wtedy powstawały zdjęcia. Reżyser, na wypadek swojej śmierci, wymusił na aktorze i reżyserze Ethanie Hawke’u obietnicę, że dokończy film.

„Boyhood” to impresje z codzienności. Ktoś przychodzi, ktoś odchodzi, zmienia się otoczenie, tak samo jak bohaterowie. Intrygi i tzw. dramaturgii brak, lecz efekt jest porażający.

Na początku poznajemy 6-letniego Masona (Ellar Coltrane), który razem z matką (Patricia Arquette) i starszą siostrą (Lorelei Linklater, córka reżysera) przeprowadza się do Teksasu. Ojcem rodzeństwa jest muzyk Mason Senior (Ethan Hawke), który często i na długo znika.
Premiera filmu odbyła się późnym latem 2014 roku. Dziełem Linklatera zachwycili się krytycy i publiczność. Dostało mnóstwo nagród, m.in. na festiwalu w Berlinie, BAFTA i Złote Globy za najlepszy film i reżyserię. Mimo kilku nominacji do Oscarów, obraz nie otrzymał jednak żadnej statuetki.

Na koniec warto przypomnieć niezwykłą produkcję, która jest filmową kolekcją – zestawem drobniejszych dzieł, komediowych epizodów, tworzonych co parę lat przez prawie dwie dekady.

W 1986 r. Jim Jarmusch nakręcił pierwszą etiudę filmową z cyklu „Kawa i papierosy”, do programu Saturday Night Live. Potem powstało kolejnych 10, przy różnych okazjach i na różne tematy.

Ich bohaterowie spotykają się i rozmawiają o niczym, jak większość ludzi w sytuacji towarzyskiej: o życiu, rodzinie, spiskowych teoriach, nałogach, twórczości, nauce etc. Pierwsi przy kawiarnianym stoliku zasiedli Roberto Benigni i Steven Wright. Potem byli m.in. Iggy Pop, Tom Waits, Steve Buscemi i Renee French, raperzy GZA i RZA oraz Bill Muray. Często grają sami siebie.



Wszystkie te historie łączą właściwie tylko rekwizyty: bohaterowie piją kawę, herbatę, palą. A po 17 latach połączyła je wspólna produkcja. W 2003 r. premierę miała czarna komedia firmowana przez Jarmuscha pod tytułem… „Kawa i papierosy”. Składała się z owych 11 nowel. Dużo w niej humoru, ciętych dialogów i ciekawych obserwacji. Publiczność wrażliwa na jarmuschowski styl była zachwycona.

Jak się więc okazuje, warto czekać na filmy. Nawet więcej niż kilka miesięcy.

– Beata Zatońska
Zdjęcie główne: „The Man Who Killed Don Quixote” (fot. materiały prasowe)
Zobacz więcej
Kultura Najnowsze wydanie
Kronikarz epok Gomułki i Gierka. Jerzy Gruza i jego telewizja
Wydawał mi się wieczny. A powinienem mieć świadomość, że w tych fantazyjnych szalikach, kapeluszach, nonszalanckich strojach, wiecznym być nie może.
Kultura Poprzednie wydanie
„Parasite”: dyskomfort dla liberalnych elit
Korea Południowa jawi się jako kraj Trzeciego Świata. Możliwości awansu społecznego są zablokowane.
Kultura wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Policjantka z „Blondynki”, żona policjanta w „Ojcu Mateuszu”,...
Opowieść o kobiecie porzuconej przy ołtarzu, a potem bujającej się pomiędzy nadzieją, wyznaniami spóźnionych miłości, buntem przeciw miałkości facetów, pogodzeniem się z własnym losem.
Kultura wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Żył w zmysłowym oczadzeniu. Nienasycony
W jego obrazach odnajduję nieustającą potrzebę krzesania twórczego ognia – pisze Monika Małkowska.
Kultura wydanie 31.01.2020 – 7.02.2020
Szybki Łukasz z miasta trucizny i sztyletu
W tej okrutnej epoce Kain zabijający Abla był tematem jak najbardziej naturalnym, podobnie jak Tarkwiniusz gwałcący Lukrecję.