Cywilizacja

Jak wsłuchać się w głos ludu. Od wódki i koki po przymus odwiedzania rodziców

W Korei Południowej specjalna ustawa zakazuje osobom poniżej 16 roku życia grać w internecie pomiędzy północą a szóstą rano. Państwo, w imieniu rodziców, troszczy się o szczęście młodego pokolenia.

Brutalny gwałt na demokracji. Zuckerberg przeprasza

Portale społecznościowe wykorzystują intymne dane użytkowników, by wpływać na ich opinie i decyzje, także w wyborach. Powodem wcale nie są poglądy polityczne menedżerów, tylko chęć zysku.

zobacz więcej
Populizm to worek, do którego można wrzucić niemal każdego. Populistą był nie tylko Oktawian August, za którego rządów rozdawano pospólstwu chleb i pieniądze, ale także Ludwik Andegaweński, który w zamian za tron obniżył podatki polskiej szlachcie.

Populistą był nawet sam Władysław Jagiełło objeżdżający z obietnicami sejmiki ziemskie wyłącznie po to, aby jego synowie mogli po jego śmierci nałożyć polską koronę. Populizm Jagiełły był uczciwy, bo zakładał obopólny interes władcy i poddanych.

Dziś bywa z tym różnie. Czasem chodzi o to, aby zadowolić społeczeństwo, wysłuchać głosu ludu i spełnić jego postulaty lub wyrównać jakieś krzywdy, ale czasem jedynie o to, aby je otumanić i wykorzystać do własnych celów.

Wolność dla koki

Otumanić jest najłatwiej przy pomocy substancji psychoaktywnych, zwłaszcza jeśli społeczeństwo samo się tego domaga. Doświadczył tego w latach 90. Borys Jelcyn, który mimo, że był miłośnikiem mocnych trunków, popadł w tarapaty, gdy podjęto decyzję o uwolnieniu cen na produkty podstawowej potrzeby (czyli chleb, mleko i wódkę). Ostatecznie rosyjski rząd zrozumiał, że istnieją nieprzekraczalne granice ludzkich wyrzeczeń i wycofał się z tego nieprzemyślanego kroku.

W przeciwną stronę podążył natomiast – i to z pełnym sukcesem – prezydent Boliwii. Evo Morales, szef Ruchu na Rzecz Socjalizmu, uważający się przy tym za spadkobiercę prekolumbijskich Indian, znacząco zwiększył powierzchnię legalnych upraw koki. Liście koki są jak najbardziej przedkolumbijskie, od setek lat są zaparzane lub przeżuwane i działają przy tym terapeutycznie w przypadku choroby wysokogórskiej, która w położonej wysoko w Andach Boliwii występuje dość powszechnie.

Jednak nie da się ukryć, że z liści koki można wytwarzać również kokainę, a jej produkcja – choć pozostaje nielegalna – stała się znacznie łatwiejsza po szerokim zalegalizowaniu upraw. Zyski z jej wyrobu, zwłaszcza w tak ubogim kraju jak Boliwia z pewnością warte są ryzyka. Nic więc dziwnego, że dumni wojownicy z plemienia Keczua wiernie głosują na swojego prezydenta już od 13 lat.

Evo Morales to jedna z najlepiej znanych twarzy współczesnej latynoskiej lewicy, nazwanej „socjalizmem boliwariańskim” Nazwa nurtu rozpropagowanego w Wenezueli, choć znanego w różnych odsłonach już wcześniej, pochodzi od Simona Bolivara – przywódcy ruchu niepodległościowego w Ameryce Południowej. Bolivar walczył z hiszpańską koroną, dziś jej miejsce, jako eksploatatora Latynosów – w ocenie wielu – zajmują Stany Zjednoczone.

Morales, legalizując uprawy koki, z pewnością kierował się nie tylko szacunkiem dla pradawnych zwyczajów andyjskich Indian, ale także całkiem współczesną polityką. Koka to słowo, na które w Ameryce reaguje się natychmiastową ekspedycją uzbrojonej po zęby brygady antynarkotykowej, zatem Morales – najwyraźniej nic sobie z tego nie robiąc – może uchodzić dziś – jak Bolivar – za bohatera walki narodowowyzwoleńczej.
Simon Bolivar na wenezuelskim banknocie. Fot. REUTERS/Marco Bello
Walka z Amerykanami to jednak przede wszystkim walka z ich kapitałem, który przez dziesiątki lat odgrywał w Ameryce Południowej kluczową rolę, przy czym – co trzeba podkreślić – zyski z jego działalności transferowane były niemal w całości do centrali, a pozostałymi na miejscu resztkami zaspokajała się uprzywilejowana mniejszość. Stąd też najlepszą formą powstrzymania wycieku pieniędzy w pozbawionych własnego kapitału peryferyjnych krajach latynoskich wydawała się nacjonalizacja.

Tak też uczynił Evo Morales, przejmując na rzecz państwa bogate złoża gazu ziemnego i nakładając na działające w branży gazowo-naftowej zagraniczne koncerny podatek w wysokości 82 proc. Niestety, nie zapewniło to środków na eksploatację złóż, niezbędna byłaby też budowa infrastruktury przesyłającej gaz do chilijskich portów. W rezultacie Boliwia nie tylko nie jest w stanie sprzedać wydobywanych surowców, ale wręcz musi je nadal importować.

Zakaz czytania

Problemem bywa zresztą nie tylko infrastruktura, ale także gwałtowne wahania cen na światowych rynkach. Szczególnie dotkliwie odczuła to rządzona przez Hugo Chaveza Wenezuela. Wprawdzie dzięki znacjonalizowaniu bogatych złóż ropy naftowej udało się Chavezowi sfinansować szczodre programy socjalne i gwałtownie ograniczyć wpływy obcego kapitału, ale kryzys 2008 roku, ograniczenie importu ropy przez Stany Zjednoczone, a w ostatnich dwóch latach ostry spadek cen doprowadziły gospodarkę wenezuelską na krawędź załamania.

Próby eksportu ropy do zaprzyjaźnionej Białorusi po przeliczeniu kosztów transportu okazały się – co raczej nie zaskakuje – kompletnie nieopłacalne.

Nicolas Maduro, który zastąpił na stanowisku prezydenta zmarłego Chaveza, próbuje dziś ratować co się da przy pomocy administracyjnych decyzji i rozporządzeń. Jego rząd zadekretował oszczędności i walkę z marnotrawstwem. Zalecono nawet rezygnację z używania suszarek do włosów (chodzi o oszczędność energii) oraz ustalono, że 90 proc. ziarna pszenicy w każdej piekarni musi być wykorzystywane do produkcji chleba (a więc żadnych ciasteczek).

Jednak aby zapewnić dostawy pszenicy Maduro musiał nakazać wszystkim przedsiębiorstwom publicznym i prywatnym skierowanie części swojego personelu do dwumiesięcznych prac na wsi. Na razie brak jest informacji o rezultatach tych przymusowych praktyk rolniczych.

Przykład Wenezueli pokazuje, że autarkia we współczesnej zglobalizowanej gospodarce prowadzi na manowce. Czym innym jednak jest autarkia intelektualna, przekonanie, że najlepiej będzie odseparować społeczeństwo od światowej wymiany informacji. Nic w tym nowego. Cenzura w rozmaitej formie jest powszechna nawet w oświeconej Europie i Ameryce, gdzie ukrywa się dziś pod hasłem walki z „mową nienawiści”.
Mural z wizerunkiem zmarłego prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza w mieście Elorza. Fot. REUTERS/Marco Bello
Gwinea Równikowa zdecydowała się jednak odważnie posunąć się na tej drodze naprzód. Dlatego zakazane jest tam sprowadzanie i czytanie zagranicznych książek. Innych zresztą praktycznie nie ma, bo w tym afrykańskim kraju trudno znaleźć jakąkolwiek działającą księgarnię. Gazety są oczywiście cenzurowane.

Ktoś powie dyktatura, a nie populizm. Ja jednak sądzę, że zakaz czytania ma charakter wybitnie populistyczny. Uwalnia ludność od cierpienia, jakie wywołuje przyswajanie wiedzy i kieruje jego uwagę ku bardziej przyziemnym niż nauka sprawom, a przecież tej przyziemności najbardziej chcą podobno populiści.

Istnieje – rzecz jasna – ryzyko, że zamiast książki ktoś sięgnie po smartfona. Ten problem już rozwiązano – na razie wśród dzieci – w Korei Południowej. Specjalna ustawa zakazuje osobom poniżej 16 roku życia grać w internecie pomiędzy północą a szóstą rano. W ten sposób państwo, w imieniu rodziców, troszczy się również o to, aby młode pokolenie nie uzależniło się od gier.

Chleb i igrzyska

Podobną troskę, tyle że o starsze pokolenie, przejawiają władze chińskie. Wedle uchwalonej w 2013 roku ustawy, dorośli posiadający żyjących rodziców w podeszłym wieku muszą „często” ich odwiedzać. Jeśli sąd uzna, że odwiedziny nie były odpowiednio „częste” może zmusić winowajców do odwiedzania rodziców w konkretne dni. Otwarte pozostaje jednak pytanie, czy ten deficyt kontaktów między rodzicami i ich dziećmi nie wynika przypadkiem z dziedzictwa polityki społecznej uprawianej onegdaj w komunistycznych Chinach.

Uszczęśliwianie ludzi nie musi więc – jak widać – polegać wyłącznie na ich przekupywaniu. Tym bardziej, że igrzyska z prawdziwego zdarzenia, to bardzo kosztowna impreza. Przekonały się o tym polskie firmy budowlane stawiające stadiony na Euro 2012 i budujące autostrady. Stadiony i autostrady trzymają się nie najgorzej, ale wielu firm już nie ma. Nie doczekały się na należne im pieniądze. Lepiej więc unikać wielkich igrzysk, gdy brakuje własnego kapitału.

Dużo do myślenia powinien dawać przykład Grecji, gdzie też zorganizowano igrzyska (i to olimpijskie w 2004 roku), tyle że – jak się potem okazało – za pożyczone pieniądze. Grekom bardzo zależało, aby jak najszybciej doszlusować do zachodnich standardów. Imponowała im potęga wielkiego kapitału i życie na tamtejszym poziomie. Nic więc dziwnego, że zapragnęli tego samego dla siebie.

Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby nie to, że uwierzyli, iż można to osiągnąć z marszu. A rząd rozbudzał te aspiracje, sypiąc nie swoją gotówką (inna rzecz, że Niemcy chętnie ją Grekom pożyczali).
W Korei Południowej specjalna ustawa zakazuje osobom poniżej 16 roku życia grać w internecie pomiędzy północą a szóstą rano. Fot. Getty Images/Chung Sung-Jun
I pod koniec poprzedniej dekady wydawało się, że grecki sen o potędze właśnie się spełnił. Tamtejszy system emerytalny należał do czołówki najbardziej szczodrych (wedle OECD) – comiesięczne świadczenia mogły sięgnąć powyżej 90 procent ostatniej pensji. A pensje też były na odpowiednim poziomie (około trzy razy tyle co w Polsce) i to nie tylko w miastach. Rolnicy zdołali bowiem zapewnić sobie dotacje rządowe idące w setki milionów euro.

Gdy w końcu nadszedł kryzys finansowy i zachwiała się strefa euro, wyszło na jaw, że nie da się zbudować potęgi na kredyt. Grekom trudno było pogodzić się z tym, że byli przez cały czas oszukiwani.

Dziś łatwo jest potępiać Greków lub zaśmiewać się z cenzurowania informacji w Afryce, ale czy jesteśmy stuprocentowo pewni, że w podobnej sytuacji sami nie dalibyśmy się wyprowadzić w pole?

- Konrad Kołodziejski
Autor jest publicystą Tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl.
Zdjęcie główne: Prezydent Boliwii Evo Morales (z prawej) wraz miejscowym szamanem podczas uroczystości "Dnia Koki" w La Paz. Styczeń 2018. Fot. REUTERS/David Mercado
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Państwa, które utraciły władzę
Kto nami rządzi? Facebook i Google. MKOl. i FIFA, VISA i Mastercard. Standard & Poor’s i Moody’s.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Krychowiak na warzywach. Czy można być idolem, nie jedząc mięsa?
Władysław Komar zdobył złoty medal olimpijski w 1972 roku. Wcześniej codziennie na obiad dostawał dwukilogramowy połeć pieczonej polędwicy wołowej.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jądra motorem ewolucji
W mosznie ukrywa się wiele niedocenianej dotąd mocy. A wszystko za sprawą mutacji.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Żołnierze siłą trzymani w wojsku, czyli „maskirowka”
Rosyjscy wojskowi i politycy ukształtowali się w sowieckiej tradycji oszukiwania wroga.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy James zostanie Luną? Jak zmienić 7-latkowi płeć
Jeffrey Younger alarmował, że w „przemianę” jego syna w dziewczynkę zaangażowani są wszyscy, łącznie z instytucjami.