Historia

Amerykańskie obozy koncentracyjne? USA musiały zapłacić 1,6 miliarda dolarów odszkodowań

„Sam fakt, że do tej pory nie doszło do sabotażu jest niepokojącą wskazówką, która potwierdza, że takie działania zostaną kiedyś podjęte” - przekonywał amerykańskich polityków jeden z generałów.

Sześć japońskich torped i dwie bomby poważnie uszkodziły amerykański pancernik USS West Virginia podczas ataku na Pearl Harbour. Fot. Wikimedia
Eddie Sakamoto miał 17 lat, gdy wyjechał z Japonii do Stanów Zjednoczonych. Do opuszczenia ojczystego kraju namówili go rodzice, którzy od pewnego czasu mieszkali w Kalifornii. Tam urodzili się jego dwaj bracia, George i Dick. Eddie wierzył, że w USA czeka go lepsza przyszłość. Po kilku latach spędzonych w nowym otoczeniu zaczął jednak tęsknić za domem. Z powodu pogłębiającej się depresji porzucił studia na uniwersytecie.

Następnie Eddie pomagał rodzicom prowadzić stoisko z owocami, a niedługo potem otworzył własny sklep w zachodniej dzielnicy Los Angeles. Powodziło mu się dobrze i coraz bardziej przyzwyczajał się do Ameryki. Ożenił się i miał trójkę dzieci. Jego sielankowe życie miało zmienić się pewnej pamiętnej niedzieli.

„Jakiś biały mężczyzna powiedział, że Japończycy zbombardowali Hawaje. Mówił, że właśnie rozpoczęła się wojna. Nie mogłem w to uwierzyć. Z Japonią nie wiązały mnie już wtedy silne uczucia. Chodziłem przez kilka lat do szkoły w Japonii, ale uczęszczałem także do szkoły tutaj, dlatego uważałem, że powinienem być lojalny wobec Stanów Zjednoczonych” - opowiadał Eddie po latach.

Jeszcze tego samego dnia policja zabrała jego ojca. Rodzina dowiedziała się później, że była to „ewakuacja” związana ze zbliżającą się wojną. W rzeczywistości ojciec Eddiego był jednym z ponad 2 tys. japońskich imigrantów, którzy zostali internowani, ponieważ agenci FBI uznali ich za zagrożenie dla USA.

Strach przed piątą kolumną

Dzień po japońskim bombardowaniu prezydent Franklin D. Roosevelt wygłosił orędzie do narodu. „Wczoraj, 7 grudnia 1941 roku – w dniu hańby – Stany Zjednoczone Ameryki zostały w niesprowokowanym i tchórzliwym ataku z premedytacją zaatakowane przez morskie i lotnicze siły Cesarstwa Japonii. Z żalem zawiadamiam was, że wielu Amerykanów straciło życie. Wobec tego zwracam się do Kongresu, aby ogłosił stan wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a Japonią” - mówił 8 grudnia 1941 r. prezydent Franklin D. Roosevelt w orędziu do narodu.

Kongres przychylił się do jego prośby. Dalsze wypadki potoczyły się bardzo szybko. Trzy dni po przemówieniu prezydenta Stany Zjednoczone były już w stanie wojny z europejskimi sojusznikami Japonii - Włochami i III Rzeszą.

Pierwsze meldunki wojskowe sugerujące, że Japończycy planują atak na Zachodnie Wybrzeże pojawiły się w grudniu 1941. Dziś wiemy, że możliwości militarne Państw Osi nie pozwalały im przeprowadzić skutecznej inwazji na wybrzeża USA, jednak wówczas wielu Amerykanów szczerze obawiało się o swoje bezpieczeństwo.
Na ulicach amerykańskich miast pojawiły się antyjapońskie plakaty. Fot. Wikimedia

Nacinali im skórę za uszami, żeby krew powoli ściekała. Gotowali żywcem w gorących wulkanicznych źródłach

Zadali mu trzy pytania: czy nie ma żony, czy czci Matkę Bożą i czy jest w jedności z Białym Ojcem.

zobacz więcej
Na ten stan rzeczy wpływały w dużej mierze szybkie sukcesy japońskiej armii, jak również ponure przekazy medialne. Jeden z najczarniejszych scenariuszy ukazał się 2 marca 1942 r. w artykule pt. „USA musi teraz walczyć o życie”, opublikowanym na łamach magazynu „Life”. Za pomocą sześciu map zaprezentowano w nim apokaliptyczne wizje ataku Niemiec, Włoch i Japonii na Stany Zjednoczone.

W tej sytuacji niektórzy przedstawiciele amerykańskiej generalicji oraz władz lokalnych uznali za potencjalnych wrogów wszystkie osoby pochodzenia japońskiego, włoskiego i niemieckiego zamieszkujące Zachodnie Wybrzeże. Wojskowi obawiali się, że w przypadku ewentualnej inwazji nieprzyjaciela Nikkei (członkowie społeczności japońskiej) odwrócą się od Ameryki i rozpoczną działania wywrotowe.

Te obawy podzielali też zwykli Amerykanie - zwłaszcza mieszkańcy Kalifornii. Oraz wielkie koncerny medialne. Dość wspomnieć, że we wzmiankowanym artykule z „Life” aż pięć map przedstawiało desant Państw Osi przy wsparciu wrogów wewnętrznych - tzw. piątej kolumny.

Brak sabotażu to zapowiedź sabotażu

Antyjapońskie nastroje były na rękę administracji Roosevelta, która starała się przekonać opinię publiczną o słuszności przystąpienia USA do wojny. 19 lutego 1942 r. prezydent wydał dekret nr 9066, nadający dowódcom wojskowym prawo do wyznaczenia specjalnych stref militarnych. Zgodnie z tym dokumentem gen. John Lesesne DeWitt, dowódca generalny Western Defense Command (WDC), mógł usunąć z danego terenu każdego wskazanego przez siebie obywatela.

Dekret nie wymieniał wprawdzie konkretnych obszarów oraz grup ludzi, jednak poglądy gen. DeWitta pozwalały przypuszczać, że planowane działania dotkną właśnie japońskich imigrantów z Zachodniego Wybrzeża. „Sam fakt, że do tej pory nie doszło do sabotażu jest niepokojącą wskazówką, która potwierdza, że takie działania zostaną kiedyś podjęte”- pisał dowódca WDC w liście do amerykańskich polityków. Wojskowy podkreślał również, że obywatele o japońskim rodowodzie są niebezpiecznym elementem, ponieważ nie istnieje żaden sposób, który pozwoliłyby określić ich lojalność wobec USA.

Z raportów wojskowych wynikało jednak, że spora część amerykańskich Japończyków jest godna zaufania. Co więcej, w jednym z dokumentów znalazła się wzmianka, że pracownicy japońskiego konsulatu w USA uważają japońskich imigrantów za narodowych zdrajców, ponieważ są oni bardziej oddani wobec Ameryki niż ojczystego kraju.

Mimo to gabinet Roosevelta zgodził się na podjęcie radykalnych środków, zaproponowanych przez gen. DeWitta. Dużą rolę w przeforsowaniu argumentów dowódcy WDC odegrał świeżo mianowany gubernator stanu Kalifornia, Earl Warren. Przekonywał on członków komisji Kongresu, że brak sabotażu ze strony społeczności japońskiej jest „złowieszczym znakiem”, który każe wierzyć, iż działania piątej kolumny – podobnie jak atak na Pearl Harbor – będą skoordynowane i zostaną przeprowadzone w określonym czasie.
Mali Amerykanie japońskiego pochodzenia ślubują wierność Stanom Zjednoczonym. Rok 1942. Fot. Wikimedia
Dziesięć obozów

Początkowo władze umożliwiły osobom pochodzenia japońskiego „dobrowolne” opuszczenie dotychczasowych miejsc zamieszkania. Na mocy tego prawa ok. 5 tys. obywateli przeniosło się wówczas w głąb kraju. Gubernatorzy stanów, do których przybywali migranci, nie ukrywali jednak, że Japończycy nie są u nich mile widziani. W konsekwencji gen. DeWitt wydał 11 marca 1942 r. zarządzenie nr 35 o utworzeniu agencji Wartime Civil Control Administration (WCCA), której miało podlegać 17 tymczasowych centrów ewakuacyjnych.

Tydzień później prezydent Roosevelt powołał cywilną agencję War Relocation Authority (WRA). Jej zadanie polegało na zarządzaniu stałymi miejscami przesiedleń - obozami internowania. Ze względu na dużą liczbę osób przeznaczonych od „ewakuacji”, tymczasowe centra zamknięto jednak dopiero pod koniec października 1942 r.

Pierwszy obóz założono w Manzanar w Kalifornii. 28 kwietnia 1942 r. trafił tam wraz z rodziną wspomniany już Eddie Sakamoto. Podczas konfliktu z Japonią Amerykanie mieli wybudować jeszcze dziewięć podobnych obiektów – drugi w Kalifornii, po jednym w Utah, Wyoming, Kolorado i Idaho oraz po dwa w Arkansas i Arizonie. Łącznie przez obozy internowania przeszło ok. 110 tys. obywateli o japońskich korzeniach. Część „szczególnie niebezpiecznych” osób pochodzenia włoskiego i niemieckiego przetrzymywano natomiast w istniejących już wcześniej obozach wojskowych. Oczywiście niektórzy amerykańscy Japończycy próbowali się buntować. Do historii przeszło ikoniczne zdjęcie autorstwa słynnej fotografki Dorothei Lange. Widać na nim sklep należący do mężczyzny pochodzenia japońskiego oraz wywieszony w witrynie afisz z napisem: „Jestem Amerykaninem”. Fotografia została wykonana tuż przed wysłaniem właściciela sklepu do obozu.

Samorząd za drutami

Amerykańskie obozy internowania były otoczone drutami kolczastymi i posiadały wieże wartownicze. Panujące w nich warunki pozostawiały wiele do życzenia: w barakach brakowało bieżącej wody, a wyposażenie kwater składało się jedynie z kilku łóżek polowych oraz koców. Wraz z nadejściem zimy internowani dostawali dodatkowo małe piecyki. Zarówno w „mieszkaniach”, jak i latrynach nie było mowy o jakiejkolwiek prywatności.

Nie bez znaczenia był także fakt, że wiele obozów założono na terenach pustynnych, gdzie panowały surowe warunki klimatyczne. Jak wspominała jedna z internowanych, Mary Matsuda Gruenewald: „Upał, przenikliwe zimno i burze piaskowe – to wszystko mówiło mi, że Ameryka znalazła dla nas specjalne piekło”.

Więźniowie otrzymywali kiepskiej jakości pożywienie, które dopiero później zostało wzbogacone o płody rolne pochodzące ze znajdujących się poza obozami farm. Prace na roli wykonywali z reguły sami internowani. Agencja WRA – w ramach „amerykanizacji” więźniów – wprowadziła też z czasem namiastkę samorządów.
Internowani wykonywali prace na roli (na zdjęciu: zbiory szpinaku w obozie w Tule Lake w Kaliforni), z czasem także znaleźli pracę w utworzonych w obozach szpitalach, straży pożarnej, redakcjach gazet oraz w policji. Fot. Wikimedia
W obozach powstały miejsca pracy dla osadzonych – szpitale, straż pożarna, redakcje gazet oraz policja. 30 tys. internowanych stanowiły dzieci w wieku szkolnym, dlatego zorganizowano dla nich placówki oświatowe. Wraz z rozwojem obozów warunki bytowe osadzonych poprawiły się na tyle, że część z nich – zwłaszcza ludzie, którzy przed przesiedleniem musieli ciężko pracować – dobrze wspominała czas spędzony za drutami.

Jak na ironię, wśród społeczności obozowej prowadzono także sporadycznie rekrutacje do armii. W 1943 r. wizytę w kilku obozach złożył Ben Kuroki – amerykański Japończyk służący w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Na prośbę przełożonych próbował przekonać zdrowych i silnych mężczyzn, aby wzięli udział w walkach po stronie USA.

Przypadek Kurokiego pokazywał przy okazji, że nawet służba w armii nie chroniła podobnych mu osób przed dyskryminacją. „Musiałem walczyć jak diabli o prawo do obrony własnego kraju”- przyznawał Kuroki po wojnie. Ostatecznie udało mu się przełamać panujące w wojsku stereotypy, jednak musiało minąć trochę czasu, zanim dowódcy zaczęli traktować go na równi z pozostałymi żołnierzami.

Każdemu po 20 tys. dolarów

Większość internowanych wypuszczono z prawem powrotu na Zachodnie Wybrzeże w 1945 r., jednak ostatni obóz – Tule Lake w Kalifornii – funkcjonował jeszcze do marca 1946 r. Przetrzymywano w nim osoby uważane za wyjątkowo groźne – wnikliwa obserwacja miała ustalić, czy pozostaną one w kraju, czy też należy deportować je do Japonii.

Losy amerykańskich Japończyków podczas II wojny światowej przez lata były wypierane ze świadomości zbiorowej. Tematu unikali zarówno historycy, jak i sami internowani. Dopiero w 1976 r. prezydent Gerald Ford przeprosił wszystkich prześladowanych, a 12 lat później wydano pierwszy zbiór wywiadów z osobami, które przeszły przez amerykańskie obozy.

Prawie dwie dekady trwała dyskusja o zadośćuczynieniach. Japanese American Citizens League, jedna z najstarszych organizacji reprezentujących społeczność japońską w USA, domagała się wypłacenia każdemu żyjącemu internowanemu 25 tys. dolarów. W rezultacie prezydent Ronald Reagan i Kongres powołali w tej sprawie specjalną komisję.

W wyniku jej prac ustalono w 1988 r., że każdy poszkodowany otrzyma od państwa 20 tys. dolarów rekompensaty. Suma wszystkich wypłaconych odszkodowań wyniosła 1,6 mld dolarów.
Prezydent Ronald Reagan w 1988 roku podpisał Ustawę o Swobodach Obywatelskich gwarantującą odszkodowania Amerykanom pochodzenia japońskiego, którzy w czasie II wojny światowej zostali internowani. Fot. Wikimedia
Z czasem powstały też projekty edukacyjne, mające przypominać o tym wstydliwym epizodzie w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych. Jednym z największych przedsięwzięć tego typu jest założona w 1996 r. organizacja Densho (jej nazwa wywodzi się od japońskiego terminu, który znaczy dosłownie: „przekazać przyszłemu pokoleniu”). W internetowych zbiorach Densho można znaleźć ponad 700 godzin wywiadów z internowanymi oraz ok. 10 tys. zdjęć i dokumentów.

Uderzenie w fundamenty

Wciąż problematyczna pozostaje natomiast kwestia nazewnictwa amerykańskich obozów. W czasie konfliktu z Japonią zwano je eufemistycznie „wojennymi miejscami przesiedlenia”. Obecnie najczęściej spotykanymi terminami są „obozy internowania”, choć niektórzy piszą także o „obozach koncentracyjnych”.

Ostatniego z tych pojęć używał sam prezydent Roosevelt, a po latach, w 1989 r., do amerykańskiej literatury naukowej wprowadził je historyk Roger Daniels. Nazwa ta jest dziś krytykowana z powodu skojarzeń z Holokaustem. Można jednak szukać pewnych podobieństw do niemieckich obozów koncentracyjnych, bo także w amerykańskich „miejscach przesiedlenia” tysiące ludzi było przetrzymywanych pod przymusem i ścisłym nadzorem wyłącznie z powodu pochodzenia.

Niewątpliwie akcje przesiedleńcze uderzyły w fundamenty amerykańskiej demokracji, która w obliczu poważnego kryzysu nie zdołała zagwarantować równych praw wszystkim obywatelom.

– Adam Gaafar
Zdjęcie główne: Na słynnym zdjęciu autorstwa fotografki Dorothei Lange widać sklep należący do amerykańskiego Japończyka z wywieszonym w witrynie napisem: „Jestem Amerykaninem”. Fot. Wikimedia
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
„We the People”. Człowiek, którego głosem przemówił Wałęsa
Zatrzymał się na środku Marienplatzu i zaczął się rozglądać z zadumą. – Wiesz, tylu ludzi się tu kręci, a nie spotkałem ani jednego Murzyna – rzucił.
Historia Poprzednie wydanie
Posełki w pierwszym Sejmie niepodległej Polski
50 parlamentarzystek II RP – nie stały się czarownicami i powychodziły za mąż.
Historia Poprzednie wydanie
Zapomniany gigant z Domu pod Gigantami
Był jednym z największych darczyńców w dziejach Polski, hojniejszym od najbogatszych magnatów. Jego dzieła zna niemal każdy Polak, choć prawie nikt nie wie, jak się nazywał.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Jak zabić czerwonego cara. Stalin na celowniku
Ribbentrop zaproponował Hitlerowi, że zaaranżuje konferencję z udziałem sowieckiego satrapy, podczas której osobiście zastrzeli go ze specjalnego długopisu pistoletu.
Historia wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Seks w służbie proletariatu
Ulicami przejeżdżały parady miłości, ich uczestnicy poprzebierani byli za duchownych, jedni całowali się i obmacywali, inni wykonywali sprośne gesty. Po rewolucji bolszewickiej w Rosji wybuchła rewolucja seksualna.