Cywilizacja

Osiedla dla wierzących. Katolickie getto czy azyl dla chrześcijan?

– Katolickie osiedle w Polsce? – dziwi się Amerykanin. – Wy, Polacy, jesteście katolikami, macie wszędzie wokół siebie katolickie kościoły, katolickich sąsiadów. Jak miałoby wyglądać takie specjalne katolickie osiedle? – pyta. A jednak takich projektów nad Wisłą przybywa.

Beton lał się i w styczniu, i w lutym, dopóki nie ścisnął mróz. Kolejne domy pną się w górę. – Już widzę oczami wyobraźni jak przyjmujemy gości – cieszy się Andrzej Sobczyk pokazując pokój gościnny w rogu budującego się jeszcze domu. Razem z żoną, Sabiną, oprowadzają mnie po budowie. Wyglądają tak młodo, że ktoś kto nie wie, że to małżonkowie z dwójką dzieci pomyślałby, że dopiero co zdali maturę. Wspólnie doglądają zalanych dopiero co schodów do garażu, z ekipą budowlaną zastanawiają się czy by nie poszerzyć do niego drzwi.

Na piętrze będzie sypialnia i pokój dziecięcy, na parterze kuchnia i salon z ogromnymi oknami wychodzącymi na podwórko – wspólne, bo tu w podkrakowskiej Krzywaczce nie chodzi o stworzenie kolejnego osiedla jakich wiele w całej Polsce, ale o wspólnotę. Osiedle Fatimskie – bo tak nazywa się powstający kompleks – ma być sąsiedztwem ludzi wyznających podobne wartości, żyjących Ewangelią, polegających w swoim życiu na Bogu, albo przynajmniej poszukujących Go.

Modlitwy od Syberii po Australię

Spiritus movens budowlanego przedsięwzięcia jest właśnie Andrzej Sobczyk, współtwórca grupy Rafael, wydającej książki, tworzącej filmy oraz m.in. ewangelizacyjną gazetę „Dobre nowiny”. Jak mówi pomysł na takie osiedle kiełkował u niego od wielu lat. – Byłem chyba 16-latkiem kiedy z przyjaciółmi zacząłem rozmawiać o tym jak dobrze byłoby w przyszłości zamieszkać gdzieś wspólnie, obok fajnych ludzi, z którymi dużo nas łączy – opowiada. Życie popędziło jednak swoim torem. Po ślubie zamieszkali z żoną w niewielkim krakowskim mieszkaniu, ale myśleli o domu z dala od miejskiego gwaru. Choć, jak mówią, w okolicach Krakowa nie brakuje ziemi na sprzedaż, to na ich drodze wciąż pojawiały się jakieś trudności. – Pięciokrotnie byliśmy już zdecydowani na kupno działki, ale ciągle coś stało na przeszkodzie. A to znajomy geolog po zbadaniu ziemi odradza zakup, bo działka okazała się czynnym osuwiskiem, a to po konsultacji z pośrednikiem jedziemy ostatni raz zerknąć na teren i spotykamy tam człowieka, który kupił go dwa tygodnie wcześniej – opowiadają. Poszukiwania ziemi pod dom trwały dwa lata i spełzły na niczym.

Postanowili poprosić o modlitwę, a ponieważ Andrzej jest w kontakcie mailowym z setkami tysięcy ludzi, którym rozsyła informacje o swojej działalności ewangelizacyjnej, to do nich skierował prośbę. – Wtedy zaczęły się dziać rzeczy niesamowite – mówi. I nie chodzi tylko o to, że modlitwę deklarowali ludzie od Syberii po Australię.

– Choć pisaliśmy o budowie domu dla nas, to zaczęli się odzywać ludzie zainteresowani osiedlem, o którym myślałem jako nastolatek. Przychodziły też inne informacje od tych, którzy się za nas modlili. W jednej z nich przeczytałem, że moje marzenie o osiedlu jest również Bożym marzeniem, w innej, że mam się nie troszczyć o budowę domu, bo Bóg sam znajdzie mi robotników. I to się rzeczywiście zaczęło dziać. Nie minęło dużo czasu, a znalazła się trzyhektarowa działka oraz pieniądze na nią, i budowniczy, który podjął się budowy osiedla – opowiada.
Ktoś do mnie napisał, że moje marzenie o osiedlu jest również Bożym marzeniem - mówi Andrzej Sobczyk. Na zdjęciu z żoną Sabiną na budowie Osiedla Fatimskiego. Fot. Agnieszka Niewińska
Tak z myśli o postawieniu jednorodzinnego domu zrodził się pomysł na Osiedle Fatimskie, a do projektu dołączył Józef Dusza, który koordynuje plany architektoniczne, ekipy budowlane. Z Sobczykiem znają się od kilku lat, już wcześniej współpracowali.

Andrzej przy okazji towarzyskiego spotkania opowiedział Józefowi o perypetiach z budową i chodzącym mu po głowie pomyśle na osiedle. A Józef po prostu zaproponował, że może takie osiedle zbudować, bo choć dziś działa w branży IT, to przed blisko 20 laty założył firmę budowlaną, którą dziś kierują jego bracia. I tak nieco ponad rok od tamtej rozmowy pierwsze domy stoją już w stanie surowym.

Paciorki, czyli głazy

Kiedy siadamy do rozmowy o osiedlu na stole pojawia się gruba księga z projektem przedsięwzięcia. Osiedle Fatimskie zaplanowane zostało tak, żeby jego mieszkańcom stworzyć warunki do życia we wspólnocie, a nie w separacji. I choć teren dla bezpieczeństwa dzieci będzie ogrodzony, to domy nie będą oddzielone od siebie wysokimi płotami, które odsuną jednych od drugich.

Nie będzie systemu domofonów, które zniechęcą do tego by zapukać do sąsiada, kiedy nagle zabraknie cukru. – To koncepcja osiedla zintegrowanego. Widziałem tego typu kompleksy 20 lat temu w USA i nie sądziłem, że kiedyś takie budownictwo dotrze do Polski. Przestrzenie przed domami będą otwarte, tak aby ludzie się nie zamykali na siebie. Rodziny będą jednak miały prywatność. Z tyłu i z boku domów będą prywatne ogrody – z niskim płotkiem, bo ktoś może na przykład mieć psa – tłumaczy Dusza.

– Część przestrzeni będzie wspólna – wjazd, duży park z częścią rekreacyjną, z którego będą mogły korzystać wszystkie rodziny. Będzie tam niewielkie boisko, huśtawki, fontanna, w której dzieci będą mogły się pochlapać latem. Planujemy także kapliczkę, a w rogu parku miejsce skupienia z różańcem. Paciorki już mamy – śmieje się Józef Dusza. Przed jego domem stoją ich całe palety.

„Paciorki” to w rzeczywistości całkiem spore głazy. – Planowaliśmy ułożyć z nich różaniec przy okazji poświęcenia osiedla, które zorganizowaliśmy 13 października, w setną rocznicę ostatnich objawień fatimskich, ale pogoda nam nie pozwoliła. Pewnie odłożymy to do wiosny – mówi. – Jeśli Pan Bóg pozwoli zbudujemy także przedszkole. Miejsce jest na to przewidziane. Czy w przyszłości mogłaby powstać także szkoła? Zobaczymy, Pan Bóg jest inspirujący.
W Osiedlu Fatimskim będzie duży park z częścią rekreacyjną, z którego będą mogły korzystać wszystkie rodziny, niewielkie boisko, huśtawki, fontanna, w której dzieci będą mogły się pochlapać latem. Oraz kapliczka, a w rogu parku miejsce skupienia z różańcem. Fot. printscreen
Andrzej Sobczyk: – Rodziny muszą mieć swoją prywatność, to jasna sprawa, ale chcemy stworzyć na osiedlu takie miejsca, w których drogi mieszkańców mogłyby się krzyżować. Jeśli ktoś akurat będzie w takim momencie życia, w którym nie będzie chciał wychodzić, integrować się, to też jest ok, pełna wolność. Wyróżniać ma nas jednak to, że nasze dzieci razem skaczą na jednej trampolinie, a nie każde osobno na swojej w prywatnym ogródku, bawią się we wspólnej piaskownicy, a nie każde samo stawia babki z piasku w prywatnej, odgrodzonej przestrzeni.

Czyje to klimaty

– Wyobrażam sobie, że rodzice mogliby się zebrać i wspólnie przygotować dla dzieci przedstawienie, które będziemy wspominać latami. Marzy mi się, żeby latem na basen zabierać nie tylko swoje dzieci, ale też zaprosić sąsiadów. Na co dzień obserwuję, że ludzie w bloku choć mieszkają dwa metry od siebie w ogóle się nie znają, nie rozmawiają ze sobą. To upośledza społeczeństwo – dodaje.

Po co Osiedlu Fatimskiemu wspólnota wartości? Można sobie przecież wyobrazić dobre sąsiedzkie relacje między mieszkańcami mającymi różne poglądy: wierzącymi i niewierzącymi, konserwatystami i liberałami. – Zależy nam na tym, by stworzyć miejsce, w którym będziemy mieli dobre warunki wzrostu dla nas i dla naszych rodzin, wśród ludzi, którzy mają podobny fundament wartości. Mam nadzieję, że będą tu mieszkać ludzie, dla których myślenie według Ewangelii jest naturalnym, zwykłym sposobem życia – mówi i dodaje, że kieruje nim troska o to, by zrobić wszystko co tylko możliwe, by jego dzieci zostały zbawione.

– A stworzenie takiego osiedla jest właśnie robieniem wszystkiego tego, co tylko możliwe. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że chcę dzieciom od początku pokazywać świadków wiary, ludzi którzy żyją Ewangelią. Zależy mi, żeby dziecko tym nasiąknęło. Potem samo zdecyduje, co z tym zrobi – tłumaczy.

Czy zatem chętnych do zamieszkania na Osiedlu Fatimskim czeka ostra selekcja, rozmowy kwalifikacyjne? – Nie sądzę by było to potrzebne, nie będziemy stawiać jakiś większych barier i granic ze względu na wiarę – mówi Sobczyk. – Pan Bóg nam pomaga, prowadzi nas, w związku z tym jeśli się okaże, że na osiedlu chcą zamieszkać ludzie poszukujący, a nie ugruntowani w wierze, to pewnie nie będziemy na nich zamknięci. Zobaczymy jak to będzie. Może okaże się, że jesteśmy po prostu dobrymi sąsiadami, którzy wiedzą w co wierzą, a może pójdzie to w kierunku wspólnych spotkań formacyjnych. To będzie zależało od mieszkańców.
Pod Garwolinem zostało założone w 1996 r. miasteczko o nazwie Mariapoli Fiore na terenie posiadłości, którą hrabina Gradowska zapisała Katolickiemu Uniwersytetowi Lubelskiemu. Fot. printscreen
Józef Dusza: – Nie będziemy nikogo wykluczać, ale ci, którym przeszkadza koncepcja Osiedla Fatimskiego, sama jego nazwa, przestrzeń wspólna, różaniec w parku, sami dojdą do wniosku, że to nie ich klimaty.

Maryja pod Garwolinem

Doświadczenie mieszkania we wspólnocie, wśród ludzi wyznających te same wartości mają Nastia i Darek Szczęśni. Niespełna trzy lata temu zostawili życie w Krakowie i przenieśli się do Trzcianki obok Garwolina, nieco ponad 60 km od Warszawy. Powstało tam miasteczko dla rodzin katolickiego ruchu Focolari (z wł. focolare – ognisko) zwanego „dziełem Maryi”. Ruch powstał w 1943 r. z inicjatywy Włoszki Chiary Lubich – dziś działa w 182 krajach, skupia 2 miliony ludzi i ma na świecie 25 miasteczek dla rodzin.

To pod Garwolinem o nazwie Mariapoli Fiore zostało założone w 1996 r. na terenie posiadłości, którą hrabina Gradowska zapisała Katolickiemu Uniwersytetowi Lubelskiemu. KUL miał tam prowadzić działalność służącą katolickiemu wychowaniu młodzieży, ale że miejsce jest oddalone od uczelni o 120 kilometrów, ciężko było jej podjąć się tego zadania.

Teren w użytkowanie dostała wspólnota Focolari. Dziś w miasteczku i przyległych do niego prywatnych domach mieszka kilkadziesiąt osób – są rodziny z wielu miast Polski, ale także z zagranicy. Głównie katolicy, ale także przedstawiciele innych chrześcijańskich wyznań.

Nastia i Darek z dziećmi zamieszkali tu najpierw na dwa lata, przyjechali na formację rodzinną. Mieszkali w domu na terenie Mariapoli Fiore. – Na takiej formacji uczestniczy się w życiu miasteczka, w mszach świętych, nabożeństwach, spotkaniach cotygodniowych na tyle, na ile pozwalają na to obowiązki rodzinne. Decyzje dotyczące miasteczka zapadają wspólnie, choć oczywiście są osoby zarządzające – opowiada Nastia.

Dwa lata szybko minęły i po tym czasie wrócili do Krakowa. – Kiedy wyjechaliśmy z miasteczka nie układało się nam, w sercu była rozterka. W Krakowie, w którym mieszkaliśmy wcześniej zderzyliśmy się z zupełnie inną rzeczywistością. Przeszkadzała nam anonimowość, to że jesteśmy ze wszystkim sami. Tu poznaliśmy innych ludzi, inne środowisko i nie mówię tylko o ludziach ze wspólnoty. Wiejskie środowisko, tu w Trzciance, jest inne, ludzie są bardziej otwarci – opowiada Nastia.
Nie zastanawiali się długo, wystawili krakowskie mieszkanie na sprzedaż. Kupca znaleźli w ciągu tygodnia. Spakowali się i ruszyli z powrotem do Trzcianki. Na terenie wspólnoty poza dwoma domami dla rodzin przyjeżdżających na formację rodzinną nie ma mieszkań dla następnych chętnych, więc kupują ziemię i na własną rękę budują domy wokół dawnej posiadłości hrabiny Gradowskiej.

Szczęśni kupili 2,5 ha ziemi razem z 11 innymi rodzinami i załatwiają formalności związane z budową. Na razie wynajęli drewniany dom w środku lasu, w miejscowości oddalonej siedem kilometrów od Trzcianki.

Budka telefoniczna w kuchni

Kiedy myląc leśne drogi i pukając do różnych drzwi w końcu docieram do ich chaty pośród drzew, w ogromnej kuchni roznosi się zapach drożdżowych bułeczek z cynamonem, które Nastia właśnie wyciąga z piekarnika. Za oknem największy tej zimy mróz, ale pod ich kuchnią kaflową buzuje ogień. Framugi pomalowane są na wesoły zielony kolor, na ścianach wiszą rodzinne zdjęcia i ikony, które wyszły spod ręki Nastii.

Jest sobota, kuchnia zamieniła się w dziecięce królestwo. Najstarsi – Dominik i Janek – układają wzory z koralików. Młodsza Emilka szaleje na kanapie ćwicząc fikołki, raczkująca jeszcze Wiktoria przemierza kuchenną podłogę. O takim życiu marzy nie jeden zmęczony codzienną gonitwą mieszczuch. – W Krakowie było inaczej – ocenia sześcioletni Dominik. – Był zasięg, więc działał Internet, na dole były lody i Biedronka – wylicza, ale zaraz z malkontenta zamienia się w wizjonera i snuje opowieści o tym jak to latem przed domem stanie dmuchany basen z wodą i ile to będzie zabawy.

Rzeczywiście jedyne miejsce z zasięgiem jest w kącie kuchni. Nazywają je budką telefoniczną.– Z Internetem nie jest tu najlepiej, żeby złapać zasięg często musimy jechać z komputerem do wsi, na górkę, co trochę utrudnia nam pracę, ale jesteśmy tu tymczasowo, liczymy że szybko uda się zbudować dom w Trzciance – śmieje się Darek.

Razem z Nastią prowadzą pracownię ikony (pisze je Nastia), sklep internetowy z wyrobami religijnymi, a także firmę oferującą warsztaty edukacyjne dla dzieci, młodzieży i dorosłych – nie tylko z pisania ikon, ale także ceramiki, filcowania, zielarstwa. Praca, to ważny temat dla tych, którzy zamierzają sprowadzić się do Trzcianki. – Kiedy decydowaliśmy się na wzięcie udziału w dwuletniej formacji rodzinnej jednym z podstawowych pytań było: „z czego będziecie żyć”. W okolicy nie ma zbyt wielu możliwości pracy, więc najlepiej jest mieć zajęcie, które można wykonywać zdalnie, ale są też osoby we wspólnocie, które dojeżdżają codziennie do pracy do Warszawy, Lublina – opowiada Nastia.
Rodzina Szczęsnych wystawiła krakowskie mieszkanie na sprzedaż. Kupca znaleźli w ciągu tygodnia. Spakowali się i ruszyli do Trzcianki. Fot. Agnieszka Niewińska
Na terenie wspólnoty Focolari Darek pokazuje mi kaplicę z salą spotkań i pokojami gościnnymi, niedawno otwarte przedszkole przystosowane do potrzeb niepełnosprawnych i przeznaczone dla dzieci z okolicy. W budynku obok kaplicy powstała kawiarenka. – Po mszy świętej zwykle staliśmy na zewnątrz rozmawiając i przestępując z nogi na nogę, więc pomyśleliśmy o miejscu, w którym można usiąść, napić się czegoś, porozmawiać – opowiada.

W kawiarence stoi pianino, bo jedna z pań ze wspólnoty jest muzykiem, dzięki czemu mogą organizować spotkania z akompaniamentem instrumentu. Na terenie Focolari są także budynki, w których mieszkają kapłani, focolariny i focolarini czyli świeccy konsekrowani. Są szpalery drzew, wytyczone alejki, jest i boisko. Wokół swoje domy mają rodziny, które postanowiły sprowadzić się do Trzcianki na stałe, w jednej z uliczek mieszkają pracujący na rzecz wspólnoty wolontariusze.

Laboratorium

Ks. Roberto Saltini do Trzcianki dotarł pięć lat po powstaniu miasteczka. – Tu były sypiące się zabudowania gospodarskie. Kiedy nasza założycielka Chiara Lubich przyjechała do Trzcianki po raz pierwszy w 1996 r. , by zainaugurować miasteczko i zobaczyła rozwalone budynki zdała sobie sprawę jak wiele trzeba będzie tu zainwestować. Ogłosiła „komunię dóbr” w ruchu Focolari na całym świecie. Uzbierało się tyle funduszy, że mogliśmy ruszyć z pracami. Opatrzność Boża nam pomagała i tak udało nam się przeprowadzić wszystkie prace – opowiada ks. Saltini.

I dodaje, że pierwsi mieszkańcy nie mieli łatwo także z powodu podejrzliwości mieszkańców Trzcianki. – Byliśmy dla nich obcy. Podejrzewali, że może jesteśmy narkomanami, albo chorymi na AIDS i budujemy ośrodek dla siebie. Na początku były tu głównie kobiety, więc pojawiły się też domysły, że powstaje tu jakieś „wesołe miasteczko”. Trzeba było zdobywać zaufanie mieszkańców otwierając się na nich. Zbudowaliśmy boisko dla dzieci i młodzieży, zapraszaliśmy na niedzielną Mszę świętą. Teraz sytuacja jest dużo lepsza, zaczyna się rozwijać wspólnota, ludzie stają się przyjaźni w stosunku do siebie. Dziś wszyscy już wiedzą, że ruch Focolari jest tu dla nich.

Kapłan tłumaczy, że miasteczko ma świadczyć o tym, że budowa społeczności chrześcijańskiej nie jest utopią. – Jest trudnym zadaniem, ale możliwym na mikroskalę. A w nauce jeżeli coś można stworzyć na mikroskalę, to potem także na makroskalę. My jesteśmy takim laboratorium, które stara się budować wielopokoleniową, wielopowołaniową, międzynarodową społeczność ludzi, którzy żyjąc tutaj mają jeden wspólny fundament, nowe przykazanie Pana Jezusa: „miłujcie się wzajemnie tak jak ja Was umiłowałem”. My tak staramy się żyć.
Ks. Roberto Saltini (z lewej) do Trzcianki dotarł pięć lat po powstaniu miasteczka. Na zdjęciu z przewodniczącym Ogólnopolskiej Rady Ruchów Katolickich Adamem Schulzem. Fot. PAP/Jacek Turczyk
I dodaje: – Często jako osoby wierzące myślimy, że Pan Bóg chce być kochany przez modlitwę, przez nabożeństwa. To prawda, modlitwa i Eucharystia są fundamentem życia chrześcijańskiego, ale Bóg chce być kochany również w każdym człowieku. Okazuje się, że kiedy obok siebie żyją ludzie o takim nastawieniu ich miłość staje się wzajemna. Chrystus żyje i działa między nimi, a w ich życiu następuje skok jakości. Towarzyszy im radość, pokój, entuzjazm. To było podstawowym odkryciem założycielki naszego ruchu – tłumaczy ks. Saltini.

Nad gniewem nie zachodzi słońce

Nastię i Darka do Trzcianki przyciągnęła właśnie taka atmosfera. – Nigdy nie myślałem, że będę budował dom na mazowieckich piaskach. Większość mojego dorosłego życia spędziłem w Krakowie, podoba mi się Małopolska, kocham góry, jestem geografem, lubię wędrówki. Jednak pomimo tego, świadomie wybrałem to miejsce do zamieszkania. Takiej atmosfery jak w Trzciance nie poczuliśmy nigdzie indziej, a mamy przecież bagaż doświadczeń z innych wspólnot. To właśnie ta atmosfera jest dla nas magnesem: chce się tu wracać, chce się tu być, chce się tu mieszkać. Jak się tu pobędzie, pomieszka, pozna ludzi, to widzi się szaloną różnicę między zwykłym osiedlem, zwykłą wioską, a wspólnotą którą tu tworzymy – mówi Darek. Wartością dla niego jest to, że żyją wspólnotą na co dzień, a nie tak jak w Krakowie – raz w tygodniu, kiedy akurat przypadało spotkanie.

Nastia: – Tu nad niczyim gniewem nie zachodzi słońce. Jesteśmy ludźmi, czasem dochodzi między nami do jakiś sporów, utarczek, ale sąsiad zaraz przychodzi, wyciąga rękę na zgodę i zaczynamy od nowa. Staramy się bezwarunkowo akceptować drugiego człowieka, widzieć w nim Chrystusa.

Choć podkreślają, że zależy im na życiu w środowisku, które sprzyja wychowaniu dzieci, a nie jedynie ich odchowaniu, to przeprowadzając się do Trzcianki nie stawiali tych kwestii w centrum. – Nie myślimy wyłącznie o dzieciach, znamy wspólnoty, które działały tylko z myślą o dzieciach i te dzieci się w życiu pogubiły – mówi Nastia.

W tym, że znaleźli się w Trzciance odczytują wolę Bożą. Zwracają uwagę, że ich drogi z Focolari już wcześniej się krzyżowały. Nastia, która pochodzi z Uralu z katolickim ruchem zetknęła się w Moskwie. Darka poznała także w rosyjskiej stolicy, tam też wzięli ślub i w prezencie Focolari zaprosiło ich na rekolekcyjny wyjazd.
– Darek był trochę sceptyczny – śmieje się dziś Nastia. – Wysiedział tam chyba tylko dlatego, że któregoś dnia na telebimie można było zobaczyć spotkanie Chiary Lubich z Janem Pawłem II. Ale już wtedy podkreślał, że spodobała mu się atmosfera tej wspólnoty, ludzie byli życzliwi, uśmiechnięci. Wtedy zrodziło się w nas pragnienie by kontakt z Focolari kontynuować w Polsce. Po pięciu latach jechaliśmy do Rosji, a samochód nam się zespół właśnie tu w okolicy Trzcianki. Wiedzieliśmy, że jest tu miasteczko, mięliśmy tu zanocować, ale ponieważ naprawa trwała, to zostaliśmy nie na jeden, a na dwa dni. Pojawiła się okazja, żeby porozmawiać z ludźmi, poznać miasteczko. Pomyśleliśmy wtedy, że to jest miejsce dla nas, że chcemy tu przyjechać na formacje rodzinną.

Najbardziej rozwiniętym miasteczkiem ruchu Focolari jest powstałe w 1964 r. – jako pierwsze – Loppiano w Toskanii – niespełna 40 km od Florencji. Mieszka tam dziś 900 osób ze wszystkich kontynentów. – Przy takiej liczbie mieszkańców możliwości są dużo większe. W miasteczkach Focolari zwyczajem jest wymienianie się rzeczami, których się już nie potrzebuje. Masz dwa czajniki, zostawiasz jeden, a bierze go ktoś, kto akurat czajnika potrzebuje. W Trzciance też tak robimy, ale na razie na małą skalę, bo nie ma nas tak wielu jak w Loppiano – opowiada Nastia. W Loppiano po przeszło 50 latach od jego inauguracji działają nie tylko ośrodki formacji religijnej, ale i centra przemysłowe, naukowe, kulturalne. Są szkoły, Instytut Uniwersytecki Sophia.

Ave Maria na Florydzie

Z największym rozmachem do budowy miejsca do życia dla wierzących podszedł amerykański biznesmen Tom Monaghan, założyciel sieci pizzerii Domino’s Pizza. Był pionierem w dostarczaniu pizzy do domu i na tym zrobił ogromny majątek. Szacuje się, że przechodząc na emeryturę sprzedał 93 proc. akcji Domino’s Pizza za 1 mld dol. Jest zadeklarowanym katolikiem i od lat przeznacza znaczną część swojego majątku na filantropię. Pomagał w powstaniu wielu katolickich organizacji.

W końcu postanowił stworzyć katolicki Uniwersytet Ave Maria poświęcony Matce Bożej. Od 2007 r. uczelnia ma siedzibę na Florydzie – niespełna 200 km na wschód od Miami, a wokół niej wyrosło miasto z kościołem w jego centrum. Do Ave Maria City, bo tak nazywa się to miejsce, sprowadzają się nie tylko studenci, ale także rodziny z dziećmi, emeryci.

James Bohrer od kilku lat mieszka w Polsce, ale był jednym z pierwszych mieszkańców Ave Maria City. Do dziś ma tam zresztą swój dom. Skąd pomysł? Usłyszał o koncepcji budowy katolickiego miasta, spodobała mu się i postanowił się tam przenieść. Prowadził agencję nieruchomości, pośredniczył w sprzedaży powstających w Ave Maria domów.

Kiedy ksiądz ma żonę

Tomasz P. Terlikowski: Kościół katolicki mógłby pozwolić kapłanom zawierać małżeństwa i zakładać rodziny. Tyle że skutki tej zmiany byłyby opłakane.

zobacz więcej
– To miasto się wyróżnia. Kiedy tam jesteś dostrzegasz tę różnicę. Jest bezpieczniej i spokojniej. Właśnie dlatego przeprowadziło się tam bardzo wiele katolickich rodzin z dziećmi. Mogą tam spokojnie wysłać dziecko rowerem do sklepu. Dużą zaletą jest to, że jeśli ma się sąsiadów, z którymi dzieli się wartości bez obaw puszcza się dzieci, żeby pobawiły się z tymi mieszkającymi obok. To po prostu dobre miejsce do wychowywania młodych w konserwatywnej moralności. Poznałem tam wiele wspaniałych rodzin, dobrych, życzliwych sąsiadów – opowiada Bohrer.

Zwraca uwagę, że spokój i bezpieczeństwo Ave Maria City docenili także ludzie o liberalnym światopoglądzie i zaczęli sprowadzać się do katolickiego miasta. – W efekcie zaczęło się ono zmieniać. Tom Monaghan wykupił tylko teren pod uniwersytet i kościół, ziemia wokół nich należy do prywatnych właścicieli, którzy nie podzielają konserwatywnych poglądów Monaghana, za to im i deweloperom zależy na tym, by na mieście zarobić. Ja sprzedając dom zainteresowanym rodzinom zawsze mówiłem o tym jaki charakter ma to miasto. Oni na ten temat milczą – mówi Bohrer.

Bez pornografii i antykoncepcji

W Ave Maria City mieszka dziś około 3 tys. osób. Poza uniwersytetem działają dwa katolickie prywatne przedszkola i szkoła, ale dzieci są dowożone autobusem szkolnym także do trzech publicznych szkół oddalonych o kilkanaście minut drogi. W mieście są ośrodki sportowe, pływalnie, kluby fitness, korty tenisowe, ośrodki zdrowia. Monaghan w wywiadzie dla „Wall Street Journal” w 2005 r. powiedział, że w mieście Ave Maria nie będzie żadnej pornograficznej telewizji. - Jeśli pójdziesz do apteki i zechcesz kupić środki antykoncepcyjne, nie będziesz w stanie ich zdobyć – mówił. To wywołało krytykę środowisk liberalnych. Media rozpisywały się o budowanej przez Monaghana teokracji, twierdziły, że blokuje on otwarcie filii przez szpital w pobliskim Naples, który wykonuje aborcję.

– W Stanach Zjednoczonych takie deklaracje jak ta Monaghana kończą się pozwami. Nawet jeśli mieszkańcy zgodziliby się na brak antykoncepcji w aptekach osoby o poglądach liberalnych zgłaszają, że nie mogły tam kupić dostępnych na rynku środków – mówi Bohrer. I dziwi się, że w Polsce pojawiają się projekty budowy katolickich osiedli. – W większości jesteście katolikami, macie katolickie kościoły, katolickich sąsiadów. Jak w takim razie miałoby wyglądać katolickie osiedle? – zastanawia się.

Tymczasem projektów budowy osiedli w których mieszkaliby ludzie o podobnych wartościach nie brakuje. Andrzej Sobczyk otwiera komputer i wylicza kolejne miejscowości, z których zgłaszają się do niego ludzie budujący podobne w założeniach do Osiedla Fatimskiego kompleksy, albo dopiero robiący pierwsze kroki w tę stronę. Piszą z Warszawy, okolicy Katowic, z Pomorza… Ks. Saltini uważa, że takie projekty to po prostu odpowiedź na prowadzącą do samotności indywidualistyczną kulturę, w której żyjemy i będzie ich przybywać.

Od krytyki do hejtu

Podkrakowskie Osiedle Fatimskie na brak zainteresowania także nie może narzekać. Po miesiącu od opublikowania strony internetowej wszystkie domy z pierwszego etapu prac były już zarezerwowane, mimo, iż inwestycja nie zdążyła nawet ogłosić się w mediach, na bilbordach czy targach mieszkaniowych.
– Zainteresowanie wygenerowały drobne rzeczy: powiedziałem o projekcie na konferencji, na którą zostałem zaproszony. Ludziom, którzy się za nas modlili rozesłałem informację o tym, że osiedle już zaczęło się budować. Po tym mailu zgłosiło się do mnie 700 osób, które chciały dostać więcej informacji, 79 było zainteresowanych zamieszkaniem – mówi Sobczyk. I dodaje, że o projekcie chce nieustannie opowiadać ze względu na tych, którzy mają podobne marzenia, ale nie ośmielili się budować osiedla i nie wiedzą jak to zrobić.

Dr Anna Siudem, psycholog społeczny z UMCS w Lublinie zwraca jednak uwagę, że mieszkańcy takich osiedli muszą się liczyć z tym, że obok przychylnych czy neutralnych reakcji mogą się spotkać z tymi negatywnymi. – Stany Zjednoczone są krajem wielokulturowym, w którym jest wiele różnych grup, wspólnot, kościołów, więc Amerykanom łatwiej tego typu projekty zaakceptować. Polska nie jest tak wielkim krajem, w dodatku jednorodnym kulturowo, większość Polaków wyznaję tę samą religię, więc dziwi mnie wyodrębnianie mniejszych grup poprzez budowanie specjalnych osiedli – mówi dr Siudem.

I dodaje: – Dzielenie grup społecznych w małym kraju nie jest korzystne, psychologia społeczna pokazuje, że nie sprzyja postawom prospołecznym, prowadzi do izolacji. Kilka dekad temu w Anglii powstawały zamknięte osiedla mające chronić mieszkańców przed zagrożeniami, patologiami i szybko okazało się, że się nie sprawdziły. Doszło w nich do ostrych podziałów między mieszkańcami.

Twórcy Osiedla Fatimskiego wiedzą, że nagłośnienie projektu ściągnie na nich hejt, doświadczyli go już po pierwszym udzielonym wywiadzie. – Najłatwiej jest krytykować, my robimy swoje – mówią. Nie boją się oskarżeń o tworzenie katolickiego getta. Przyznają jednak, że nawet ci, którzy im kibicują zwracają uwagę, że nie może to iść w stronę zamykania się.

– Taka krytyka byłaby zasadna gdybyśmy chcieli się oddzielić od ludzi wysokim murem, chcieli tworzyć jakiś własny, totalnie zamknięty świat, ale o tym nie ma mowy. Chrześcijaństwo mówi nam „idźcie na cały świat”. Czy mamy więc siedzieć cały czas w Krzywaczce? Po co? Osiedle to miejsce, w którym będziemy czerpać siły, brać oddech duchowy, mieć grupę ludzi będących dla nas oparciem właśnie po to, żeby iść w świat i ten świat zawojować! – mówią Sabina i Andrzej Sobczykowie.

Chcą szydzić? Niech szydzą

W miasteczku w Trzciance też podkreślają, że nie ma mowy o zamykaniu się przed współczesnym światem. – Jesteśmy ruchem katolickim, a katolicki to znaczy powszechny. Katolik musi się otwierać – mówi ks. Saltin. – Mamy różne pomysły, ale żeby je zrealizować czekamy na osoby o różnych talentach, które chcą się tutaj przeprowadzić. Jeśli to się uda, to chcemy rozwijać plan katolickiego wychowania nowych pokoleń. Zaczęliśmy ostatnio od stworzenia integracyjnego przedszkola. Myślimy o świetlicy środowiskowej, w której moglibyśmy młodym zaoferować różne zajęcia: muzyczne, malarskie, naukę języków, sport. Chcemy, by młodzież tego ubogiego rejonu mogła spędzić wolny czas w sensowny sposób. Te aktywności mogą im pomoc się rozwinąć – mówi kapłan ruchu Focolari.

Satanizm dla lemingów. Czy zaspokoi religijne potrzeby klasy średniej?

Mroczna, gęstniejąca atmosfera. Leśny krajobraz, w tle słychać niepokojące dźwięki. Czy w okalającym domostwo lesie drzemią jakieś tajemnicze siły? Duchy, ufoludki? – zastanawia się Filip Memches

zobacz więcej
I dodaje, że miasteczko stale podejmuje różnego rodzaju inicjatywy: w lipcu organizuje Campus (rodzaj obozu) dla młodzieży, a także dwa turnusy rekolekcji. W sierpniu do Trzcianki zjeżdżą się z kolei małżonkowie z całej Europy.

Czy mieszkańcy Ave Maria City spotykają się w USA z uwagami, że mieszkają w katolickim getcie? James Bohrer odpowiada, że ludzie wierzący w ogóle nie powinni myśleć takimi kategoriami. – Ci, którzy chcą szydzić, niech szydzą. Przecież chodzi o to, żeby być szczęśliwym w miejscu, w którym się mieszka. Katolicy powinni raczej mówić: mieszkam na katolickim osiedlu i to jest świetne. Chrześcijanie nie mogą dać sobie wmówić, że są jacyś zacofani. Bóg jest przyszłością i Kościół jest przyszłością – kwituje.

– Agnieszka Niewińska
Zdjęcie główne: Katolickie miaseczko Ave Maria na Florydzie w USA założył w 2002 roku miliarder Tom Monaghan, twórca sieci restauracji Domino's Pizza. Fot. Joe Raedle/Getty Images
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Państwa, które utraciły władzę
Kto nami rządzi? Facebook i Google. MKOl. i FIFA, VISA i Mastercard. Standard & Poor’s i Moody’s.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Krychowiak na warzywach. Czy można być idolem, nie jedząc mięsa?
Władysław Komar zdobył złoty medal olimpijski w 1972 roku. Wcześniej codziennie na obiad dostawał dwukilogramowy połeć pieczonej polędwicy wołowej.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Jądra motorem ewolucji
W mosznie ukrywa się wiele niedocenianej dotąd mocy. A wszystko za sprawą mutacji.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Żołnierze siłą trzymani w wojsku, czyli „maskirowka”
Rosyjscy wojskowi i politycy ukształtowali się w sowieckiej tradycji oszukiwania wroga.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Czy James zostanie Luną? Jak zmienić 7-latkowi płeć
Jeffrey Younger alarmował, że w „przemianę” jego syna w dziewczynkę zaangażowani są wszyscy, łącznie z instytucjami.