Historia

Nacinali im skórę za uszami, żeby krew powoli ściekała. Gotowali żywcem w gorących wulkanicznych źródłach

Hideyoshi skazał dwudziestu sześciu katolików na karę śmierci. Oficjalnym powodem nie była jednak wiara w Chrystusa, lecz szpiegostwo na rzecz Filipin.

Historia Ewangeliczna, szczególnie ta, którą przeżywamy w Wielkim Tygodniu, to nie jest tylko wspomnienie. Ona uobecnia się nieustannie w życiu chrześcijan, w życiu chrześcijańskich wspólnot, a czasem narodów. Doskonale widać to w historii ewangelizacji Japonii, której swoistą matrycą jest właśnie Wielki Tydzień.

Czas opisywany w „Milczeniu” Shūsaku Endō Chimmoku (które stało się podstawą znakomitego zresztą filmu Martina Scorsese) stanowi połączony dramat Wielkiego Piątku i późniejszej – przeżywanej w milczeniu właśnie – Wielkiej Soboty. Ale zanim do nich doszło była przecież Niedziela Palmowa, czas triumfu i radości.

Buddyjska sekta chrześcijan

Paradoksalnie tym najlepszym czasem dla chrześcijaństwa w Japonii były pierwsze lata ewangelizacji. Zaczęła się ona krótko po tym, jak do wybrzeży Japonii przybyli portugalscy kupcy. To oni poinformowali misjonarzy o istnieniu kolejnego miejsca, do którego trzeba wyruszyć, a dodatkową inspiracją był samuraj, który – po współudziale w morderstwie – zbiegł z Japonii i nawrócił się na chrześcijaństwo, by potem stać się jego wielkim propagatorem. Historia misji zaczyna się 15 sierpnia 1549 roku. To wtedy na wyspy przybyli pierwsi misjonarze, którzy błyskawicznie zaczęli odnosić sukcesy. Chrzty w wielu miejscach były masowe, a wiarę przyjmowali nie tylko chłopi, ale także – co z punktu widzenia przyszłości misji o wiele istotniejsze – samurajowie, a nawet arystokracja. Nie brakowało także książąt (a był to czas mocnego rozbicia centralnej władzy w Japonii, co oznaczało, że to oni byli tu najistotniejsi), którzy obiecywali, że na łożu śmierci przyjmą chrzest (niemal jak Konstantyn).

Ale to nie wszystko: budowano także wciąż nowe kościoły, powoływano – za sprawą jezuitów, którzy początkowo mieli monopol na misję w kraju kwitnącej wiśni – seminaria duchowne i tłumaczono święte pisma na język japoński. Wszystko wskazywało więc na to, że w krótkim czasie Japonia stanie się krajem chrześcijańskim, tak jak stały się nim Filipiny.

Nie oznacza to, że nie istniały problemy, że wszystko zawsze szło świetnie. Pierwsi tłumacze misjonarzy posługiwali się językiem, który sugerował, że chrześcijanie są jakąś nową sektą buddyjską, i m.in. dlatego tak ciepło ich przyjmowano.

Istotnym problemem - czego doświadczył choćby św. Franciszek Ksawery, gdy próbował spotkać się z cesarzem w Kioto - były także zupełnie odmienne kody kulturowe. Dla Japończyków ubóstwo, podarte szaty misjonarzy dowodziły raczej ich słabości, niż silnej wiary, i dlatego po jakimś czasie jezuici zaczęli ubierać się – przynajmniej wtedy, gdy kontaktowali się z elitami – zupełnie inaczej, co okazało się skuteczne.
XVII wieczny wizerunek św. Franciszka Ksawerego z muzeum miasta Kobe. Fot. Wikimedia
Problemem było także powiązanie misji z interesami. Dla wielu Japończyków misjonarze byli tylko przedstawicielami kupców, a to właśnie interesy były dla nich najistotniejsze. Trudno się temu zresztą dziwić, bo handel – szczególnie jeśli miejscowy feudał miał na niego monopol – był niezwykle opłacalny.

Narażenie się miejscowym bóstwom

Gdy jednak okazywało się, że misjonarzom wcale nie o handel chodzi, i gdy zaczynano opowiadać sobie o tym, że idą oni zawsze jako poprzednicy zdobywców sytuacja zaczęła się pogarszać. 24 lipca 1587 roku ówczesny realny władca Japonii Toyotomi Hideyoshi (jeden z trzech „założycieli państwa”) wydał dekret nakazujący – w terminie dwudziestu dni – opuszczenie Japonii przez wszystkich misjonarzy.

Skąd taka decyzja? Niewiele wskazuje na to, by jej powodem była wiara lub niewiara Hideyoshiego, dla którego liczyła się głównie władza i jej zdobywanie, a nie teologiczne subtelności (choć był człowiekiem niezwykle inteligentnym i potrafił rozprawiać także o teologii czy religii). Wydaje się, że u jej podstaw leżało naruszenie przez chrześcijaństwo struktury społecznej Japonii, u której podstaw leżała feudalna zależność wasala od suwerena.

Niech nas nie mylą te określenia znane z historii naszego kontynentu - w Japonii zależność ta była o wiele głębsza, niż ta, której wymagano w średniowiecznej Europie, nie kontrolowało jej bowiem żadne prawo Boże. Gdy więc owo prawo się pojawiło, gdy samurajowie zaczęli wyznawać, że to Jezus jest ich jedynym Panem, to wielu z feudałów poczuło się zagrożonych.

Można się spierać o to, czy słusznie, ale nie ulega wątpliwości, że był to istotny powód, dla którego Hideyoshi, wymagający od swoich poddanych absolutnego posłuszeństwa, mógł się obawiać Kościoła.

Ale to zapewne nie wszystko. Buddyjscy mnisi, którzy stanowili wówczas elitę społeczną i polityczną też bez szczególnej sympatii spoglądali na rodzącą się konkurencję, a jeśli wziąć pod uwagę, że gorliwi nowonawróceni arystokraci zaczynali często porządki w swoich włościach od niszczenia starszych świątyń buddyjskich i szintoistycznych, to trudno się dziwić, że Hideyoshi mógł chcieć uspokoić rodzące się problemy religijne.
Shogun Toyotomi Hideyoshi. Fot. Wikimedia
Dla wielu Japończyków oznaczało to narażenie się miejscowym bóstwom, a co za tym idzie ogromne ryzyko. Ale problemem było również rodzące się przekonanie (nie ma znaczenia, czy słuszne czy nie), że katoliccy misjonarze poprzedzają tylko zdobywców, którzy będą chcieli podporządkować sobie Japonię. Ta zaś miała podlegać władzy wyłącznie Hideyoshiego.

Dekret, o którym mowa, choć na jego skutek wyjechała z Japonii część misjonarzy, nie został jednak wprowadzony w życie, a realne prześladowania chrześcijan, od razu bardzo okrutne, zaczęły się dopiero kilka lat później.

Okrutny trzeci szogun

W 1597 roku Hideyoshi skazał dwudziestu sześciu katolików na karę śmierci. Oficjalnym powodem nie była jednak wiara w Chrystusa, lecz szpiegostwo na rzecz Filipin. Jak świadczył jeden z męczenników (czczony także w Polsce) św. Paweł Miki, rodowity Japończyk, ogromna większość z męczenników nie miała nic wspólnego z Filipinami, Portugalią czy Hiszpanią, a ich jedyną winą była katolicka wiara.

Ukrzyżowanie (a taki wyrok na nich wydano) poprzedził przymusowy, liczący ponad 700 kilometrów marsz skazańców z Kioto do Nagasaki. Miejsce kaźni też nie było przypadkowe, bo Nagasaki było wówczas określane mianem japońskiego Rzymu, a egzekucja miała przerazić chrześcijan. Miała, ale nie przeraziła, bo postawa skazańców przyciągała nowych wierzących.

Gdy dwunastoletniemu chłopcu zaproponowano zaparcie się Chrystusa w zamian za darowanie życie, skazaniec stwierdził, że nie będzie rezygnował z życia wiecznego dla doczesnego, które i tak niebawem się skończy. Niesamowite przemowy św. Pawła Mikiego, który – gdyby nie męczeństwo – stałby się pierwszym japońskim kapłanem-jezuitą, nawracały kolejnych ludzi na wiarę w Chrystusa.

A potem było już tylko gorzej. Czasem na krótko sytuacja chrześcijan się poprawiały, ale potem prześladowania się zaostrzały. Nie zmieniła tego także śmierć Hideyoshiego i przejęcie władzy przez Tokugawę (i późniejszych następców z jego rodu). Najgroźniejszy okazał się trzeci szogun Iemitsu (był realnym władcą Japonii - w tamtym czasie cesarz sprawował władzę jedynie symboliczną) z dynastii Tokugawów, który rozpoczął systematyczne prześladowanie i mordowanie chrześcijan.
Od tego momentu mamy już do czynienia z wszystkimi, tak szczegółowo pokazanymi w filmie „Milczenie” torturami: z wieszaniem ludzi na sznurach głową nad fekaliami, z naciętymi naczyniami krwionośnymi za uszami, żeby krew powoli ściekała, z krzyżowaniem, paleniem żywcem, topieniem, wymuszaniem konwersji, także na kapłanach. Nigdy nie zapomnę widoku wulkanicznych, gotujących się źródeł, w których – przed wiekami – gotowano żywcem chrześcijan.

Film Scorsese pokazuje wiele, ale rzeczywistość była o wiele gorsza.

Niepiśmienni chłopi nie piszą eposów

A jednak - choć prześladowania trwały, a posługa kapłańska była już surowo zakazana, do Japonii wciąż przybywali nowi księża i zakonnicy. Jednym z nich był Polak o. Wojciech Męciński. Polski jezuita został schwytany przez ludzi szoguna Iemitsu Tokugawy, ale nie wyrzekł się wiary - został poddany torturom, które spowodowały jego śmierć w 1643 roku.

Zdarzały się historie - takie jak z filmu Scorsese - gdy kapłan załamywał się i wyrzekał Chrystusa (co oznaczało przymusowy ślub z japońską wdową po przestępcy i mieszkanie w kontrolowanej dzielnicy, a także pisanie dzieł antychrześcijańskich), ale ogromna większość z misjonarzy - jak o. Męciński - umierała wybierając męczeństwo. Razem z nimi ginęli japońscy arystokraci, którzy nie chcieli wyrzec się Jezusa, i chłopi, którym wiara przywróciła nadzieję, i nadała godność. Śmierć ponosili także ci, którzy nie wydali sąsiadów chrześcijan, albo pomagali im w ukrywaniu się.

W 1644 roku, gdy zginął ostatni chrześcijański misjonarz zaczął się czas skrywania wiary i milczenia. Przez dwieście pięćdziesiąt lat mieszkańcy chrześcijańskich wiosek co roku musieli deptać wizerunek Jezusa czy Maryi, uczęszczać przymusowo do świątyń buddyjskich, a jeśli uznani zostali za chrześcijan, byli w okrutny sposób mordowani. Oni i ich najbliżsi.

Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że oznaczało to koniec chrześcijaństwa w Japonii. Kościół przetrwał tam w absolutnej konspiracji. Wierni brali udział w obrzędach buddyjskich, ale potem pokutowali, i w ukrytych pomieszczeniach, a czasem nawet w kapliczkach wyglądających jak buddyjskie czy szintoistyczne, odmawiali różaniec (to akurat był przedmiot „bezpieczny”, bo na sznurach modlitewnych modlą się także buddyści).

Nic wówczas nie było takie, jak się wydawało. W wielu chrześcijańskich domach czczono Marię Kannon, czyli wizerunek Boddhisatwy z buddyjskiej Szkoły Czystej Krainy jako symbol współczucia i miłosierdzia - przedstawiany jako kobieta z dzieckiem na kolanach, przypominający Najświętszą Maryję Pannę.
Maria Kannon - kobieta w dzieckiem na ręku, bóstwo buddyjskie przypominajace NMP. Tu w wersji z chińskiej porcelany. Fot. Wikimedia
Najistotniejsze jednak było to, że chrześcijanie skrywający swoją religijną tożsamość, przekazywali wiarę innym, chrzcili, uczyli modlitw (po łacinie, w języku dla Japończyków całkowicie niezrozumiałym). I tak przez dwieście pięćdziesiąt lat. Bez kapłanów, bez ludzi wykształconych, w nieustannym ukryciu.

Niewiele wiemy o tamtych latach, przetrwały szczątki wiedzy o wypędzanych z jednych do drugich miejsc ludziach, i o tym, jak nigdy nie mogli być pewni swojego losu. Niepiśmienni chłopi pozbawieni wszelkich praw nie piszą własnych eposów.

Słaby, ale fascynujący

A jednak po tym okresie zstąpienia do piekieł nadszedł czas zmartwychwstania.

Tokugawowie całkowicie zerwali relacje ze światem zewnętrznym i wprowadzili reżim prawdziwie totalitarny, nawet jak na standardy japońskie. Ale w połowie XIX wieku Japonia wychodzi (pod naciskiem Zachodu) z okresu izolacji, i do Kraju Kwitnącej Wiśni powracają misjonarze.

Tym razem nie jezuici, ale księża z Paryskiego Towarzystwa Misji Zagranicznych. I to właśnie do jednego z nich ojca Bernarda Petitjeana, który w 1865 roku wybudował w Nagasaki kościółek pod wezwaniem 26 japońskich męczenników, zgłosiła się grupa miejscowych. Zadali mu trzy pytania: czy nie ma żony, czy czci Matkę Bożą i czy jest w jedności z Białym Ojcem - aby sprawdzić czy nie jest protestanckim pastorem. Gdy wszystkie trzy odpowiedzi były twierdzące, wyznali mu, że są japońskimi katolikami, którzy przez wieki przetrwali w absolutnym osamotnieniu i izolacji.

Okazało się, że takich jak oni było w Japonii ponad 60 tysięcy. Papież Pius IX mianował o. Petitjeana wikariuszem apostolskim Japonii i biskupem tytularnym Myriophylensis. 21 października 1866 otrzymał sakrę biskupią.
o. Bernard Petitjean w roku 1866, w którym otrzymał sakrę biskupią. Fot. Wikimedia
Jednak, spośród wspomnianych 60 tys. japońskich ukrytych chrześcijan tylko połowa wróciła do katolicyzmu. Dla części z nich niezrozumiałe były zmiany, które zaszły w Kościele od czasów, gdy ich przodkowie się nawrócili.

Czy można zakończyć ten tekst optymistycznym stwierdzeniem, że krew męczenników przyniosła mocny posiew w Japonii, że udało się zrealizować to, czego pragnął św. Franciszek Ksawery? Niestety, nie byłaby to prawda. Kościół w Japonii jest słaby, obejmuje zaledwie pół procenta Japończyków.

Ale pomimo tego fascynuje. Trudno nie patrzeć z podziwem na potomków ludzi, którzy przetrwali prześladowania. Także modlitwa w miejscach, gdzie umierali męczennicy za wiarę, to uczucie szczególne. Japoński Kościół ma jeszcze swoją misję do wypełnienia. I wypełni ją, gdy przyjdzie jego czas.

– Tomasz P. Terlikowski
Zdjęcie główne: Kadr z filmu „Milczenie” , reż. Martin Scorsese. Fot materiały prasowe
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Katolickie kina i radio, a na niebie samoloty Milicji...
Jak polski święty stworzył medialne imperium. Alleluja i do przodu?
Historia Najnowsze wydanie
Wyszukana medycyna… troglodytów
Uzdrawiająca moc kamieni i tatuaży. Nasz europejski przodek – Ötzi – 5 tysięcy lat temu ze znawstwem i pieczołowicie dbał o nadwyrężone zdrowie.
Historia Najnowsze wydanie
Prawie jak jeansy, prawie jak Chanel, prawie dostępne...
„Teksasy”, „Paprykarz”, „Frania” czy „Brutal”? Kultowe wyroby PRL.
Historia Najnowsze wydanie
Spóźniony prezent dla Stalina. Jak Finowie Rosjan upokorzyli
Snajper Simo Häyhä zabił 505 sowieckich żołnierzy, zyskując przydomek „Biała Śmierć”.
Historia Najnowsze wydanie
Piłsudczycy w morzu poznańskich endeków
„Liczę serio na Paderewskiego, jest zgodny ze mną prawie we wszystkich punktach, jest nawet bardziej zaciekłym «federalistą» i on będzie Dmowskiego moderował...” – mówił Piłsudski.