Felietony

Satanizm dla lemingów. Czy zaspokoi religijne potrzeby klasy średniej?

Czy kobieta postanowiła poprowadzić swoich najbliższych ku piekielnej otchłani? W piątek 23 marca do kin wchodzi „Wieża. Jasny dzień” Jagody Szelc. Dyskusje na temat kontrowersyjnego filmu odbędą się w TVP Kultura: w "Tygodniku Kulturalnym" w piątek 23 marca o godz. 22 oraz w programie "Dranie w kinie" w sobotę 24 marca o godz. 18.05.

Diaboliczne dzieci, demoniczne nastolatki. Manipulują otoczeniem. Ich życie to wieczna złość i pragnienie dominacji

Kim są dzieci dopuszczające się zbrodni? Dlaczego to robią?

zobacz więcej
To będzie coś więcej niż recenzja. Bo i przedpremierowy pokaz „Wieży. Jasny dzień” Jadwigi Szelc w warszawskiej Kinotece był czymś więcej niż projekcją filmu.

Zaczęło się jednak standardowo. Obejrzałem obraz. Tyle że bardzo dziwny. Czy intrygujący? Oglądając początek filmu myślałem, że tak będzie, ale z każdą kolejną minutą rozczarowanie rosło.

Duchy czy ufoludki?

Choć napisy na początku informują widzów, że akcja toczy się w przyszłości, to jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że rzecz się dzieje w dzisiejszej Polsce.

Oto gdzieś we wsi w Sudetach żyje sobie rodzina: Mula z mężem Michałem, córką Niną i obłożnie chorą matką Adą. Zbliża się pierwsza Komunia Niny. Jakiś czas przed tą uroczystością zjawiają się goście: brat Muli Andrzej z żoną Anną oraz dziećmi: Dusią i Igorem. Towarzyszy im siostra Muli i Andrzeja – Kaja, która sześć lat wcześniej zniknęła. Okazuje się, że to ona jest biologiczną matką Niny i teraz przyjechała na jej pierwszą komunię.

Jesteśmy świadkami różnych dziwnych wydarzeń. Choćby takiego, jak to, że Ada po spotkaniu z długo nie widzianą Kają nabiera sił.

Ważnym momentem jest Msza pierwszokomunijna. Ksiądz, który ją sprawuje (czyżby to on był biologicznym ojcem Niny? – nasunęło mi się takie pytanie), zaczyna wypowiadać formuły bełkotliwie. Jego zachowanie nie jest normalne.

„Wieża…” przez większą swoją część stanowi swoistą psychodramę. Między członkami rodziny jest coraz więcej irracjonalnego napięcia. Potęguje je specyficzna gra aktorska – swoista „autentyczność” – przywołująca na myśl obraz Larsa von Triera „Idioci” i wytyczne manifestu Dogmy 95.
Do tego dochodzi mroczna, gęstniejąca atmosfera. Szczególnego znaczenia nabiera leśny krajobraz, zwłaszcza kiedy w tle słychać niepokojące dźwięki. Nasuwa się oczywista myśl, że w okalającym domostwo Muli lesie drzemią jakieś tajemnicze siły. Zastanawiamy się więc, co to takiego – może duchy, a może ufoludki. I znowu wyłaniają się filmowe tropy – przypominają się choćby produkcje M. Nighta Shyamalana.

Przybycie wiedźmy

No dobrze, ale właściwie o czym jest „Wieża. Jasny dzień”?

Tego właściwie nie wiadomo. W dość zaskakującym finale okazuje się, że Kaja – jakże różniąca się od pozostałych postaci dziwaczka – przybyła do swojej rodziny, żeby ją… no właśnie co? Czy postanowiła poprowadzić swoich najbliższych ku piekielnej otchłani? Czy celem tej kobiety było wyrządzenie im krzywdy, odegranie się na nich za coś, o czym nie wiemy albo czego możemy się domyślać? A może Kaja chciała swoją rodzinę ocalić, wskazując jej alternatywną ścieżkę zbawienia?

Zdaniem krytyka filmowego Łukasza Adamskiego, „Wieża…” opowiada o kryzysie chrześcijaństwa i inwazji bóstw pogańskich, których kapłanką jest właśnie Kaja. Okazuje się ona wiedźmą występującą przeciwko umierającej religii.

Kim jest w takim razie rodzeństwo Kai? „To ludzie «nowocześni» i «postępowi»” – pisze na łamach portalu wPolityce Adamski. „Nie potrzebują Boga. Odrzucają Go? Nie. Po prostu nie zważają na Jego istnienie. Nie jest im potrzebny. Wszystko im jedno, co córka będzie czuła podczas sakramentu. Ważne, jak fajny prezent dostanie”.

Guru lemingów

Ale miałem się odnieść do czegoś więcej niż sam film Jagody Szelc. Po pokazie w Kinotece odbyło się bowiem spotkanie z twórcami „Wieży…”. I pierwsze skrzypce należały rzecz jasna do pani reżyser. Warto zatem zrecenzować również ten jej występ.
Jagoda Szelc podczas festiwalu w Gdyni została nagrodzona za debiut reżyserski oraz scenariusz do filmu „Wieża. Jasny dzień” Fot. PAP/Adam Warżawa
Bo było to coś w rodzaju happeningu. Jagoda Szelc stroiła sobie żarty z dociekania, o czym jest jej obraz. Mówiła, że każdy, kto obejrzy „Wieżę…”, może ją interpretować na swój własny sposób. Jej zdaniem, na tym właśnie polega szacunek dla widzów – że niczego się im nie narzuca.

Brzmiało to jednak tak, jakby ona z odbiorców szydziła, bo przecież średnio rozgarnięty widz nie kupi takiej ściemy. Jeśli reżyser tworzy film z założenia o wszystkim, to znaczy, że w istocie taka produkcja jest o niczym. Robi go więc dla siebie, a nie dla widzów. Wówczas jednak w centrum nie jest już samo dzieło, lecz rozdęte ego jego twórcy. Wystąpienie Jagody Szelc przepełnione pozerstwem i pretensjonalnością mogło skłaniać do wniosku, że stanowi ona ten właśnie przypadek.

Tyle że to nie wszystko. Reżyser „Wieży…” wygłosiła pewną deklarację światopoglądową. Ów wywód Jagody Szelc można streścić następująco. W dzisiejszej Polsce ciągle się obrywa klasie średniej. Warstwę tę stanowią ludzie, którzy nie lubią, jak się coś im narzuca, i zarazem którym ich antagoniści zarzucają brak potrzeb duchowych. Tymczasem klasa średnia zasługuje na szacunek, bowiem reprezentuje ona osoby niezależne i samodzielne, a więc odrzucające zinstytucjonalizowane formy religijności.

Czyżby reżyser „Wieży…” chciała zostać guru lemingów – nowego polskiego mieszczaństwa, wobec którego liberalne środowiska opiniotwórcze jeszcze tak niedawno żywiły złudzenia, że zadowoli się ono ciepłą wodą w kranie, grillowaniem w ogródku i nierobieniem polityki? Czy Kaja to alter ego Jagody Szelc?

Odporni na ekstrawagancje

Skądinąd w „Wieży...” nie brak także aluzji politycznych pod adresem obecnej sytuacji w Polsce.

Tak jest, gdy w którymś z dialogów w rodzinie Muli pada w kpiącym tonie określenie „reżimowe media”.

Z kolei innym razem pojawia się wątek uchodźcy – zaszczutego Araba, który chce tylko, żeby pozwolono mu pójść dalej przez las. Kto go zaszczuł? Czy pałający nienawiścią do „ciapatych” Polacy katolicy? Dokąd zmierza ten człowiek? Do Niemiec, bo tam zostanie przyjaźnie przyjęty? Te pytania pozostają bez odpowiedzi.
No więc co z tymi aspiracjami Jagody Szelc wobec polskiej klasy średniej? Jeśli nawet one są, to przecież nie sposób ich zrealizować. Reżyser „Wieży...” bowiem również żywi wobec nowego polskiego mieszczaństwa złudzenia. Po pierwsze, upatruje w nim monolitu. A ono monolitem nie jest. Po drugie, wydaje jej się – a może tylko ona tak udaje – że niszowym, offowym filmem przemówi do potrzeb duchowych lemingów. Tymczasem ludzie ci w swojej masie są na artystyczne ekstrawagancje odporni.

Tylko jakie to ma znaczenie, jeśli Jagodzie Szelc chodzi wyłącznie o zgryw?

– Filip Memches
Filip Memches o filmie "Wieża. Jasny dzień"
Zdjęcie główne: Kadr z filmu "Wieża. Jasny dzień", reż Jagoda Szelc. Fot. materiały prasowe
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Żaby
Andrzej Krauze komentuje dla portalu tygodnik.tvp.pl.
Felietony Najnowsze wydanie
Wspiera Putina i Cerkiew, podtrzymuje pamięć o ZSRR. Strażnik...
Nikitę Michałkowa oburza, że Rosjan określa się mianem „okupantów”. – Okazuje się, że okupowaliśmy republiki bałtyckie, okupowaliśmy Ukrainę – grzmiał reżyser.
Felietony Najnowsze wydanie
Serena
Rysunki Piotra Młodożeńca na portalu tygodnik.tvp.pl.
Felietony Poprzednie wydanie
Dla reklamy
Andrzej Krauze komentuje dla portalu tygodnik.tvp.pl.
Felietony Poprzednie wydanie
Green
Rysunki Piotra Młodożeńca na portalu tygodnik.tvp.pl.