Rozmowy

Wydziedziczono baców. Mówiono, że owce niszczą góry. Teraz wracamy!

– Sygnały różnej treści niosły się z hali na halę. Grałem w Bukowinie Tatrzańskiej, a słychać mnie było w Nowym Targu – wspomina Andrzej Budz, przewodnik tatrzański, regionalista, muzykant i twórca ludowy. Opowiada o góralskiej tożsamości, robieniu pucier i gieletów, pierwszej kobiecie – bacy, odczynianiu uroków oraz o polsko-słowackich warsztatach budowy instrumentów pasterskich (ta część zakończyła się 16 marca na Słowacji) i nauki grania na nich (ruszy w kwietniu w Polsce). Projekt koordynuje gmina Czorsztyn.

Kogo mleko zabija, kogo uzdrawia? Komu szkodzi - i dlaczego są to Azjaci, Afrykańczycy, Latynosi oraz... Finowie

Fermentowanie mleka pozwala je lepiej trawić. A to nasi praprzodkowie dali tę technologię światu! Na Kujawach wytwarzano ser już 6 tys. lat temu.

zobacz więcej
TYGODNIK.TVP.PL: Pochodzi pan z góralskiej rodziny pasterskiej. Dziś pasterzy jest już niewielu, ale te tradycje chyba są w panu silnie zakorzenione?

ANDRZEJ BUDZ:
Jeszcze w latach 50-tych w Tatrach pasło się około 30 tysięcy owiec. Ale kiedy założono Tatrzański Park Narodowy, w 1954 roku, wydziedziczono baców z ich własności. Mówiono, że owce niszczą przyrodę, zadeptują łąki czy lasy. I na halach po juhasach pozostały już tylko szałasy. A dawniej Dolina Małej Łąki tętniła życiem!

Moi dziadkowie paśli tam owce. Dziadek zaczął pracę na hali w wieku 14 lat. Jak stryjowie zrobili sery, to wysyłali go na szlak, żeby sprzedawał je turystom. Tak uczyli go zaradności.

Pasterz musiał mieć twardy charakter, umieć zrobić wszystko. I tak było. Był samowystarczalny, umiał radzić sobie w każdej sytuacji w życiu. W lecie pasł owce, w zimie zaś robił różne narzędzia, puciery, czyli drewniane naczynia ze świerka, w których ścinało się mleko na ser, czy gielety – wiadra, do których doiło się owce. Robił też instrumenty pasterskie.

Obserwując moich dziadków, nauczyłem się, że aby mieć coś w życiu, trzeba przede wszystkim ciężko pracować.
Andrzej Budz, zdjęcie z archiwum prywatnego

Dzikie stoły

Gruszczanka, kiesełyca czy mastyło powstały z tego, co dała ludziom uboga ziemia na Łemkowszczyźnie.

zobacz więcej
Chciałby pan, by tamte czasy wróciły?

Bardzo. Chciałbym się przenieść do tamtych czasów. Jak gram na instrumencie, zamykam oczy i próbuję sobie wyobrażać, jak to wtedy było. Widzę ten starodawny świat, gdy ludzie byli blisko natury i trzymali się razem. Przyroda kształtowała charakter pasterza. Jeden drugiemu pomagał, by można było przetrwać.

A dziś jest odwrotnie. Człowiek człowiekowi wilkiem. Jest więcej zazdrości i zawiści. Dziś człowiek jest niewolnikiem prądu, telefonu komórkowego, wody, ścieków. Rządzi nim pieniądz. A dawniej ludzie radzili sobie bez tych rzeczy. Nie było pośpiechu, życie było prostsze, zaś teraz człowiek musi pędzić, żeby ze wszystkim zdążyć. Podczas grania myślę, co można by było poprawić w życiu.

Na szczęście pasterstwo powoli wraca do łask. Między innymi dzięki takim projektom, jak choćby wypas kulturowy owiec. Obecnie na Spiszu, Podhalu, w Pieninach czy Gorcach jest około trzydziestu baców, którzy pasą owce, wyrabiają oscypki, przypominają turystom dawne tradycje góralskie. W moim domu wyrabiano też oscypki z krowiego mleka. Teraz jest to wszystko usystematyzowane, opatentowane, oscypek musi spełniać odpowiednie wymogi.

Mamy też pierwszą kobietę, która została bacą. Wcześniej byłoby to nie do pomyślenia.



Baca, jako starszy i doświadczony pasterz, był kiedyś uważany za szafarza porządku ludzkiego i boskiego…

Baca pomagał ludziom, potrafił na przykład odczynić urok. To były takie dawne zabobony przekazywane z dziada pradziada. Jak ktoś był zły na kogoś, to rzucał na tę osobę urok. Sam byłem świadkiem takiej sytuacji. Pewna znajoma wróciła z wczasów pięknie opalona. Na jej widok starsza pani, zajmująca się takimi czarami, powiedziała coś o tej opaleniźnie i w tym momencie moja znajoma się przewróciła. Gdy doszła do siebie, trzeba było odczynić urok. W tym celu paliło się odpowiednio zapałki i wrzucało je do wody. Albo lewą stroną podkoszulki przecierało się twarz w odwrotną stronę do słońca i urok zrzucało się na ziemię. Zapewne było to sprzeczne z naszą katolicką wiarą, ale jeśli pomagało, to czemu tego nie robić?
Szczawnica, 20 lipca 2008 roku. Podczas odbywającego się XXVII Redyku w Jaworkach turyści mogli przyjrzeć się bliżej obrzędom pasterskim. Przy udziale publiczności górale strzygli owce, odbył się też pokaz wyrobu oscypka. Fot. PAP/Grzegorz Momot
Potrafił też baca leczyć naturalnymi metodami. Był taki słynny baca Bulanda z Gorców, któremu zachorowała żona. Poprosił o poradę znachora ze słowackiej Lewoczy. Ten wyleczył kobietę ziołami i góral postanowił nauczyć się od tego znachora ziołolecznictwa. Potem pomagał ludziom w ich dolegliwościach. Szczególną sławę posiadł po tym, jak wyleczył zwierzęta księdzu proboszczowi w Niedźwiedziu.

Pasterstwo zawsze tu u nas było i będzie. To nasza tożsamość, nasze dziedzictwo, które trzeba przekazywać następnym pokoleniom. Pokazywać światu, bo w tym tkwi piękno. To należy się naszym przodkom. Trzeba wrócić do korzeni, wtedy będziemy żyć prawdziwie.

Góra sama decyduje, kogo chce przyjąć

Marcin Kaczkan, himalaista: Nie mam zamiaru przekonywać ludzi, że nasza wspinaczka na K2 ma sens.

zobacz więcej
Wracacie do korzeni między innymi organizując warsztaty budowy instrumentów muzycznych. Wspomniał pan, że pasterze sami je kiedyś robili. Były ich atrybutem, towarzyszyły im zawsze podczas wypasu owiec na karpackich polanach. A teraz trzeba się specjalnie starać o zachowanie ich znaczenia, a właściwie istnienia w ogóle?

Dawniej w użyciu były tylko instrumenty pasterskie, ale zostały zapomniane, bo teraz gra się na skrzypcach po góralsku. I ta muzyka skrzypcowa je wyparła.

Z roku na rok było też coraz mniej ludzi, którzy robili instrumenty pasterskie. Kiedyś był na przykład baca Galica z Olczy i on robił dudy. Tomasz Skupień, którego pamiętam, mieszkał w Kuźnicach i też robił dudy. A Bolesław Trzmiel robił i dudy, i piszczałki, ale to są naprawdę jednostki. Nie ma przekazów, jakichś zapisków, jak je dokładnie wykonywali. Na szczęście zostały instrumenty i można podpatrzeć, jaką mają budowę. No i takie warsztaty, w których biorę udział, są w tym bardzo pomocne. A resztę trzeba samemu wypracować. Bo instrumenty pasterskie wracają. Znów zaczynają być używane i coraz więcej się ich pokazuje.
Środkowe zdjęcie: Dudziarz Józef Galica oraz mistrz w grze na harmonii i listku bluszczowym Michał Piksa (trzyma ciupagę) na dachu Pałacu Prasy w Krakowie, 1935 r. Po prawej: Juhas Jan Murzański ze wsi Gronie ze stadem owiec i piszczałką, Tatry Wysokie, dolina Morskiego Oka w 1947 r. Widoczne szczyty Żabiej Grani. Po lewej: u góry dudziarz huculski Koźma-Michaluk (1933 r.), na dole muzyk ludowy z Nowosądecczyzny (1936). Fot. PAP/NAC/IKC
Początkowo pasterze grali na listku albo słomie, czemu zresztą Monika Kurzeja, wnuczka słynnego skrzypka z Kiczni pod Łąckiem Franciszka Kurzei, poświęciła swoją pracę dyplomową i który to listek wraca do muzykowania kapel ludowych. Później pojawiły się pierwsze drewniane piszczałki. Z czego pasterze robili swoje instrumenty?

Do ich wykonania wybierali materiały, które mieli pod ręką, wdzięczne do obróbki. Mógł być to czarny bez, sosna czy świerk. Chodziło o to, żeby drewno było lekkie, ale niezbyt miękkie, bo wtedy nie rezonuje, to znaczy fala dźwiękowa nie odbija się od ścianek.

Podczas warsztatów wykonaliśmy najbardziej prymitywne instrumenty, które dały początek muzyce góralskiej. Czyli właśnie piszczałkę. Jest łatwa do wykonania: to po prostu rurka, a w niej gwizdek. Pokrywa się ją jeszcze olejem lnianym, żeby zabezpieczyć przed wilgocią.



Piszczałki zazwyczaj robiono z czarnego bzu, ponieważ on ma dość miękki miąższ, podobny do waty. Dawniej na hali pasterz zwyczajnie wypalał środek cienką gałęzią, przy ognisku. Jeżeli piszczałka jest dobrze wypalona czy wygładzona przez specjalne wiertło, wtedy powietrze dobrze rezonuje w środku, nie ma zawirowań. Dźwięk jest subtelny, dlatego na tym instrumencie przygrywano tylko w Wielkim Poście. Stąd wzięła się jego nazwa: piszczałka wielkopostna. Ale ma też dwie inne nazwy: piszczałka bezotworowa i końcówka.

To najprostszy instrument pasterski, ale były też inne.

Jest też piszczałka sześciootworowa, którą współcześnie nazywa się flażoletem. Te otwory można wydrążyć w drewnie specjalnym wiertłem. Jak połączymy piszczałkę bezotworową z sześciootworową, to mamy z kolei piszczałkę dubeltową, czyli tak zwaną dwojnicę. Wydobywa się z niej taki archaiczny dwugłos.

Kolejna to piszczałka palica, która ma trzy otwory. XIX-wieczną wersję tego instrumentu można oglądać w Muzeum Tatrzańskim. Wiąże się z nim pewna historia. W Dolinie Chochołowskiej, w rejonie Siwej Polany, pod jaworami jest krzyż z napisem „Anno Domini 1809”. Ustawiono go tam, bowiem w owym roku doszło do starcia między zbójnikami a pracownikami lasu.
Austriacki, cesarsko-królewski urzędnik Ignatz Franz Gärtler de Blumenfeld, jako leśniczy nowotarski pilnował lasów w Galicji, ścigał kradnących drewno górali, zbójników i dezerterów. Wytropił grupę zbójów i zanim ich zaatakowano, narysował, jak bawią się przed szałasem. Dokładnie opisał rysunek i dzięki temu wiemy, że na kozie gra nieznany z nazwiska Tomasz, a Jan Maciata na piszczałce. Podczas potyczki jeden ze zbójników, Józef Łuszczek, zginął. Zaś starą teczkę z niemieckimi napisami, w której były rysunki cesarskiego leśniczego, odnalazł kilkanaście lat temu w swoim krakowskim mieszkaniu 98-letni profesor Akademii Sztuk Pięknych Eugeniusz Waniek. Okazało się że pierwsza żona jego ojca była wnuczką Blumenfelda.

Wśród innych instrumentów wykonanych podczas warsztatów mamy też fujarę. Słowacy wpisali ją na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako największy flet świata. Ma nawet dwa metry długości.

No i jest jeszcze trombita, czyli instrument sygnalizacyjny znany w całych Karpatach. Trombita musi być szczelna, żeby dawała donośny dźwięk, słyszalny nawet na parę kilometrów. Jak grałem na niej kiedyś w Bukowinie Tatrzańskiej, można mnie było usłyszeć w Nowym Targu (śmiech).

Brzmienie większości górskich instrumentów pasterskich porównuje się do ludzkiego głosu, śpiewu ptaków, szumu wody czy lasu.

Wszystko, co jest związane z pasterstwem, łączy się z przyrodą, z przestrzenią. Pasterze byli zjednoczeni ze wszystkim, co ich otaczało. Korzystali z tego. Ich instrumenty nawiązywały więc do dźwięków natury, a zatem brzmią delikatnie, subtelnie, wydobywa się z nich liryczny dźwięk, jak choćby w przypadku dwojnicy. Można było na nich grać w zaciszu, uspokoić się, wejść z zadumę. Choć, jak się dmuchnie w instrument z dużą siłą, to można też uzyskać dźwięk ostrzejszy, z pazurem. To wszystko zależy od nastroju. Każdy z tych instrumentów jest unikatowy, ma swoją odrębną melodię. Człowiek, który gra na czymś jest wrażliwy, maluje świat dźwiękiem, opowiada melodią o życiu, o sobie, bliskich. Kocham te instrumenty, mają duszę.



One chyba nie tylko uprzyjemniały pasterzom czas, lecz służyły także do ostrzegania przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, czy choćby załamaniem się pogody?

Tak, to prawda. Podczas wypasu owiec baca wychodził przed szałas i obserwował, gdzie pada cień. Jeśli była odpowiednia godzina do dojenia owiec, grał na trombicie i pasterze zganiali zwierzęta z gór do specjalnej zagrody. To była zresztą niełatwa praca, trzeba było wydoić nawet tysiąc owiec. Jak było czterech pasterzy, schodziło na to około dwóch godzin. A w porze wiosennej dojono zwierzęta trzy razy: o piątej rano, koło południa i wieczorem. Później, jesienią, dwa albo raz dziennie, bo w tym czasie jest coraz mniej trawy, a owce zachodzą w ciążę i mają coraz mniej mleka.

Trombita sygnalizował także pożary we wsi i ostrzegał przed zagrożeniem. Jest związana z tym legenda. Kiedyś na św. Jacka juhasi poszli na sumę do kościoła w Chochołowie, a na bacę, który został sam na hali, napadli słowaccy zbójnicy. Okradali go i na koniec chcieli ugotować w kotle. Baca poprosił ich, by pozwolili mu ostatni raz przed śmiercią zagrać na trombicie. A jak zagrał, to pasterze w dolinie usłyszeli sygnał, natychmiast przybiegli i przepędzili zbójników.

Instrumenty służyły zresztą do codziennej komunikacji między pasterzami. Gdy czegoś potrzebowali, przekazywali sobie przez trombitę sygnały różnej treści, z hali na halę. Na przykład: „Jak będziesz schodził do doliny, kup mi sól”. W dawnych czasach sól była na wagę złota.

Piszczałki to były z kolei instrumenty wielofunkcyjne: można się było nimi podeprzeć, zagonić owce do zagrody, czy przemówić komuś do rozumu, wysyłając odpowiedni „sms” (czyli uderzając piszczałką w głowę – red.). Używano ich też do odstraszania wilków. Trzeba było być czujnym, szczególnie w nocy, kiedy do szałasów podchodziły nie tylko wilki, ale też niedźwiedzie. Wtedy dzikie zwierzęta trzeba było odstraszać ogniem.



Niestety instrumenty zatraciły swoje pierwotne funkcje. Teraz głównie je pokazujemy na scenie podczas występów. Na przykłąd na Międzynarodowym Festiwalu Ziem Górskich w Zakopanem trombity rozpoczynają każdy dzień występów.

– rozmawiała Monika Chrobak, dziennikarka Polskiego Radia

Zdjęcie główne: Szczawnica, 20 lipca 2008 roku. Podczas odbywającego się XXVII Redyku w Jaworkach turyści mogli przyjrzeć się bliżej obrzędom pasterskim. Przy udziale publiczności górale strzygli owce, odbył się też pokaz wyrobu oscypka. Fot. PAP/Grzegorz Momot
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Stres nie ma znaczenia. Jesteśmy ofiarami klątwy psychologów
Terapia pokryzysowa jest nieskuteczna, a nawet szkodliwa. Intensywne mielenie traumatycznych wydarzeń nie pozwala emocjom wygasnąć, lecz przeciwnie: utrwala je – mówi psycholog Tomasz Witkowski.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zanussi uświadomił mi, że nie powinienem się niczego bać
„Kino z duszą” to impreza niezwykła. Choć nie jest to festiwal z metką „chrześcijański”, to wyświetlane są tam filmy z wartościami – mówi Krzysztof Żurowski, reżyser.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona
Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nawet ksiądz ma ornat łącki, a liturgia jest w gwarze
Grają na listku, chodzą w gurmanie, a w zeleźnioku pędzą bimber, co niejednego cepra praśnie w młako.
Rozmowy wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Zło nie tylko dobrem trzeba zwyciężać, ale też walką
Kornel Morawiecki w wywiadzie z 2017 roku: Czasem walka o ewangeliczne wartości może skutkować tragedią.