Felietony

Tak się kocha po parysku

Miasto było deszczowe, chłodne, zalane masami ludzi, którzy nieomal nie mieścili się na chodnikach. Sekwana żółta i wezbrana, szumiała groźnie. Wstrzymano rejsy statków wycieczkowych. Po rzece pływały tylko policyjne pontony. Turyści tłoczyli się na mostach, na ulicach. Nie było ich pełno tylko przed Notre-Dame: wspomnienie zamachu, barierki policyjne, wojsko warzyło humory. Takiego Paryża nie znałam…

Wpadła mi w ręce niewielka lecz urocza książka pt. „Re(we)lacje paryskie”. Składa się ona z listów Urszuli Król, historyka sztuki i muzealnika, która podczas kilkukrotnych pobytów w stolicy Francji w 2015 i 2016 roku prowadziła obfitą korespondencję z rodziną i przyjaciółmi. Pracowała wówczas w Biblioteque nationale de France i w Bibliotece Polskiej w Paryżu.

„Nie jest to w żadnym wypadku przewodnik po stolicy Francji ani pogłębiony esej socjologiczny. To wyłącznie zapis subiektywnych odczuć i obserwacji…” – zaznaczyła Urszula Król na wstępie. Jednak dla mnie to był przewodnik po moim Paryżu. Kiedy czytałam strona po stronie, list po liście, wracało do mnie miasto, którego miałam okazję uczyć się podczas wielu pobytów (czasem bardzo krótkich, czasem dłuższych, zawsze ciekawych).

Paryż arcydzieł, Paryż wielkich postaci historycznych, Paryż codzienny, zwykłych ludzi, obowiązków, daleki od tekstów w rubrykach turystycznych, pisanych ze sztuczną swadą i powtarzających ciągle te same pewniki: że Paryż to ruchome święto, że warto zjeść kolację na szczycie Wieży Eiffela, zamówić swój portret u malarzy na Place du Tertre na Montmartrze, pobuszować w księgarni amerykańskiej „Shakespeare and Co”, w której nocował ubogi pisarz Ernest Hemingway etc. Wszystkie te miejsca istnieją i będą istnieć, ale zmieniają się dekada po dekadzie. Czas płynie, jak woda w Sekwanie i nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Jedną z rad chętnie udzielanych czytelnikom pism podróżniczych jest ta, by odwiedzali stolicę Francji poza sezonem. Trzeba jednak mieć świadomość, że Paryż złoty, ciepły w październiku dzieli przepaść od szarego Paryża styczniowego . Kiedyś wizyta w tym mieście w zimowe miesiące, choć lodowato zimne, miała jedną zaletę: naprawdę mało było przyjezdnych (oczywiście poza Świętami i Sylwestrem). Teraz tak już nie jest.
Kulisy paryskiego luksusu
Przez Miasto Świateł nawet w mroczne lutowe poranki przelewają się istne tłumy wielojęzycznej publiki. Trzeba zejść z głównych szlaków, poza trasy opisywane w przewodnikach, by oddalić się od gromady przybyszów. Oczywiście, można to zrobić. Pytanie, czy jest sens. Co lepsze: oglądanie miłych uliczek i historycznych monumentów w tłumie zbitym niczym na lotnisku przy odprawie tanich linii, czy też przechadzanie się wśród autochtonów po ludowej dzielnicy, w której niewiele jest do zobaczenia?

Podobnym rozważaniom (żartobliwie) oddaje się Urszula Król w „Re(we)lacjach paryskich”. Najpierw zachwala zatrzymywanie się na pobyt w dzielnicy popularnej (X), w której wówczas mieszkała, jako odleglejszej i biedniejszej, ale bardziej autentycznej, by w kolejnym miejscu zakwestionować tę tezę.

Na stacji Michel-Ange próbowałyśmy się z przyjaciółką przecisnąć przez bramkę metra. Słabo nam szło. Pewien paryżanin w średnim wieku spojrzał na nas surowo, po czym z wprawą gazeli przeskoczył przeszkodę, uchylił kapelusza i powiedział: „Tak się wchodzi do metra po parysku”.

Mieszkałam w kilku, kilkunastu miejscach, w tym w dwóch snobistycznych dzielnicach. Jedna z nich, mieszczańska do nieprzytomności – XVI – dostarczyła mi niewielu atrakcji. Jedną z nich było zaskakujące, nocne spotkanie. Na ciemnej, odludnej ulicy, przechadzałam się w zacnym gronie, milcząc i przeżywając kulturalne atrakcje dnia, kiedy z naprzeciwka wyłoniło się trzech mężczyzn. Zatrzymali się przed nami i bez słowa wstępu wykrzyczeli: „Na litość boską, ludzie, gdzie tu jest najbliższe metro!”. Ich polski głos wołającego na paryskiej puszczy został wysłuchany i udzieliliśmy im stosownych wyjaśnień. Do najbliższej stacji metra było daleko, ale rodacy, i tak zadowoleni, oddalili się spiesznie, pewno rano czekało na nich kolejne mieszkanie do odnowienia w tej dzielnicy. Nie zdradzili, ile razy wcześniej próbowali tego wezwania, zanim trafili na bratnią, rodzimą duszę.

Również w XVI, na stacji metra Michel-Ange, pewien paryżanin zauważył, że z przyjaciółką próbujemy przecisnąć się przez bramkę metra. Słabo nam to szło, w końcu stanęłyśmy zaklinowane, więc zaczęłyśmy się śmiać. Mężczyzna w średnim wieku, spojrzał na nas surowo i powiedział: „Tak się nie robi. To się robi tak!”. Po czym z wprawą gazeli przeskoczył przeszkodę. Uchylił kapelusza i dodał: „Tak się wchodzi do metra po parysku”. Podziękowałyśmy mu grzecznie i, nie chcąc go rozczarować, nie przyznałyśmy się, że mamy bilety miesięczne, a w przejściu hamuje nas to, że próbujemy przepchać wielką ciężką torbę, która blokuje mechanizm bramki.

Paryżanie mają z pewnością wiele wad, jednak można ich uznać za życzliwszych dla przybyszów niż zwykło się o nich mówić. Zwłaszcza jeśli pomyśli się choć przez chwilę, że muszą znosić na co dzień hordy turystów dosłownie niezainteresowanych niczym i nikim poza sobą i może swoim selfie na tle coraz to innego budynku, ulicy, dzieła sztuki…

Zawiózł mnie do lokalu, w którym podają wędliny z podrobów, za którymi Polacy przepadają (co wie prawie każdy Francuz). Lokal był zamknięty. Padł z braku klienteli. Polacy mu nie pomogli, bo nie wiedzieli o jego istnieniu, a wędliny francuskie są nieporównywalne do polskich (co wie prawie każdy Polak, który sięgnął po kaszankę pachnącą anyżem)

Mają też Paryżanie, jak wszyscy ludzie, swoje charaktery, pasje, a nawet fioły. W Neuilly opiekowałam się przesympatyczną, introwertyczną dziewczynką, Charlotte. Jej mama, malarka abstrakcjonistka, była jedną z najnormalniejszych, najserdeczniejszych osób z jakimi się zetknęłam. A jej sąsiadka, dla odmiany, była nieprawdopodobną snobką, która chciała się wszystkiego dowiedzieć o życiu innej mojej pracodawczyni, baronówny z domu i żony bankiera. O, ci moi chlebodawcy byli obiektem towarzyskiego pożądania! Wszyscy się nimi interesowali. Oni zaś, nikim. Jedyne pytanie, jakie Pani Bankierowa mi zadała w trakcie naszej kilkumiesięcznej znajomości, brzmiało: „Czy w Polsce jest wielu ludzi bogatych?”. Uznałam je za dość dziwne, bo dom był katolicki, skromny, choć milionerski, a dzieci świetnie wychowane. Odrzekłam jednak grzecznie: „To zależy. Raczej nie tylu, co we Francji”. Był rok 1990.

Oczywiście miałam wielu znacznie bliższych znajomych we Francji. Ludzi wspaniałych, życzliwych do tego stopnia, że kiedyś, ktoś zawiózł mnie na drugi koniec Paryża, na niespodziankową ucztę. Na miejscu okazało się, że znalazł lokal, w którym podają wędliny, także z podrobów, za którymi Polacy przepadają (co wie prawie każdy Francuz). Lokal był zamknięty. Padł z braku klienteli. Polacy nie pomogli w przedłużeniu mu żywota, bo po pierwsze: nie wiedzieli o jego istnieniu; po drugie: wędliny francuskie są nieporównywalne do polskich (co wie prawie każdy Polak, który sięgnął po kaszankę pachnącą anyżem).

Policyjne furgonetki stały zaparkowane jedna za drugą. Wrażenie oblężonego miasta. Mimo to turyści nie rezygnują. Tysiące rąk w każdej sekundzie uwiecznia siebie na paryskim bruku. To cudzoziemcy.

Byłam niedawno w Paryżu. Był deszczowy, chłody, zalany masami ludzi, którzy nieomal nie mieścili się na chodnikach. Sekwana żółta i wezbrana, szumiała groźnie. Wstrzymano rejsy statków wycieczkowych. Po rzece pływały tylko policyjne pontony. Turyści tłoczyli się na mostach, na ulicach. Nie było ich pełno tylko przed Notre-Dame: wspomnienie zamachu, barierki policyjne, wojsko warzyło humory. Takiego Paryża nie znałam.

W bocznych uliczkach policyjne furgonetki stały zaparkowane jedna za drugą. Samochodów osobowych jak na lekarstwo. Wrażenie oblężonego miasta. Mimo to turyści nie rezygnują. Tysiące rąk w każdej sekundzie uwiecznia siebie na paryskim bruku. To cudzoziemcy. Za to ścisk w muzeach robią przeważnie Francuzi. Jak widać, prowadzona od dekad polityka zainteresowania społeczeństwa kulturą wysoką przyniosła owoce.
Najbardziej międzynarodowa kolejka do muzeum stała pod wydętymi żaglami budynku Muzeum Fundacji Louis Vuitton. Niezwykły ten gmach, stojący w Neuilly, w Lasku Bulońskim, jest sam w sobie dziełem sztuki. Jest też kolejną atrakcją Paryża. Bo on nie tylko wabi historią (swoją i twoją własną w tym mieście), ale też chce ciągle zapisywać nowe karty waszej relacji.

Lektura książki Urszuli Król „Re(we)lacje paryskie” obudziła wspomnienia. Mój ostatni, bardzo intensywny pobyt w Paryżu, z pewnością nie był podróżą sentymentalną. Jednak miał też i taki aspekt w chwili, kiedy zaciekawiona otwartą bramą, mimo że był to sobotni wieczór, weszłam na schody wiodące do Biblioteki Polskiej na Wyspie Świętego Ludwika. Mickiewicz, Maryla, pamiątki po Chopinie, rzeźby Biegasa. Wiele osób nie chce w podróży chodzić polskimi ścieżkami. Jednak Paryż, jak np. Rzym, jest miastem, w którym nie zawsze warto je omijać… Nie żałowałam tej wizyty, emocjonalnej, ciepłej, jak w domu rodzinnym dawno nieodwiedzanym.
Kiedy wyszłam na ulicę, było już ciemno i usłyszałam dziwny dźwięk biegnący gdzieś z wody, nieba, ze stromych dachów gotyckiej budowli wprost w kłębiące się nisko granatowe chmury. W styczniu pierwszy raz usłyszałam dzwony katedry Marii Panny w Paryżu. Magia.

Tworząc własną mapę tego miasta, każdy stwarza je na nowo. Dla siebie. I ma je już dla siebie. Na zawsze.

Jak pisała Julia Hartwig:
„Jest takie miasto gdzie wszystko jest moje
Ale nic mi nie przynależy nawet własna tożsamość
Roztopiona w perłowej szarości architektury nieba i rzeki
Uhonorowanej melancholijnymi spojrzeniami tych
Którzy poszukując samotności odnajdują swoje człowieczeństwo
W lekcji płynącej wciąż dalej i dalej wody…”.

– Beata Modrzejewska

Urszula Król „Re(we)lacje paryskie”, Niezależne Wydawnictwo Harcerskie, Warszawa 2017, www.nwh.com.pl
Zdjęcie główne: Pierwsze kłódki z wygrawerowanymi imionami zakochanych pojawiły się na paryskim moście Pont des Arts w 2008 roku. Fot. Beata Modrzejewska
Zobacz więcej
Felietony Najnowsze wydanie
Nawalny to żaden liberał
Polak, który powiedziałby to co on, byłby uznany za „ruskiego agenta”.
Felietony Najnowsze wydanie
Umiał się wczuć w emocje złodziei. Hojnie go za to obdarowali
Był skłopotany i wtedy panowie powiedzieli: – Prosimy, niech się pan nie przeraża. Te rzeczy są kradzione, ale w Berlinie.
Felietony Najnowsze wydanie
Celebrował trzy czynności: rozmowę, rysowanie i parzenie herbaty
Mieszał gatunki, zieloną i czarną, wyparzał czajniczki. Znał niesłychaną liczbę języków. A pół pokoju poza rysunkami to były książki.
Felietony Najnowsze wydanie
Pytania
Komentarze Piotra Młodożeńca w Tygodniku TVP.
Felietony Najnowsze wydanie
Do wytępienia
Satyra Andrzeja Krauzego w Tygodniku TVP.