Kultura

Ludzkie kino Antoniego Krauzego

W jego filmach szary, ale uczciwy, prawy, dotknięty „chorobą sumienia" człowiek nagle stawał wobec nieludzkich, można byłoby powiedzieć szatańskich, sił.

O Antonim Krauzem jego przyjaciel, wybitny polski reżyser Grzegorz Królikiewicz powiedział, że był najodważniejszym polskim reżyserem, jakiego znał. Odwaga artystyczna kazała Krauzemu zrealizować „Smoleńsk” (2016), film o katastrofie samolotowej, w której zginął prezydent RP Lech Kaczyński, lecący do Rosji, by oddać honory pomordowanym przez Sowietów polskim oficerom w Katyniu.

Bez sądu nad Polakami

Film ten, w paradokumentalnej manierze odtwarzający przebieg i następstwa tragicznych wydarzeń stawiał jednoznaczną tezę mówiącą o zamachu, w którym zginął kwiat polskich polityków wraz z głową państwa. Ale - wbrew pozorom - nie wskazywał jednoznacznie winnych eksplozji na pokładzie Tupolewa, bardziej skupiał się na odwzorowaniu napięcia przed wypadkiem, jak również na reakcjach wywołanych przez traumatyczne wydarzenia.

Mimo ewidentnych słabości (zwłaszcza obsadowych) film Krauzego pokazywał, jak żaden inny zrealizowany po 1989 r., podziały w polskim społeczeństwie, będące skutkiem nagromadzonych przez całe okres pod 1989 roku patologii w życiu publicznym. W „Smoleńsku” śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego, pierwszego prezydenta de facto nie związanego układem postkomunistycznym wpisywała się w mityczną polska ofiarę składaną na ołtarzu wolności.

Wydaje się, że bardziej od samego filmu, interesowała Krauzego reakcja na tę produkcję. Wykazanie głębokiego pęknięcia, charakteryzującego polskie społeczeństwo - odsłonięcie antagonizmów, ale bez sądzenia samych Polaków. Chodziło jedynie o ukazanie sytuacji, w której polski naród stał się z jednej strony „ofiarą” rozgrywaną przez ościenne mocarstwa (utrzymujące „lud smoleński" w świadomości ciągłego zagrożenia, zaś przeciwników „ludu smoleńskiego" w złudnym poczuciu bezpieczeństwa), z drugiej społecznością szarpaną przez własne demony, wynikające często z nieświadomości, zagubienia, dobrej wiary w złe intencje.
Plakaty do filmów reżyserowanych przez Antoniego Krauzego. Fot. Archiwum
Ale odwaga Krauzego nie polegała tylko na stworzeniu wizji śmierci prezydenta, urastającej do rangi mitu. Gdy w latach 90. w wielu kręgach panowało przekonanie, że dominujący wpływ na polska politykę mają w rzeczywistości postsowieckie służby WSI-GRU Antoni Krauze zrealizował „Akwarium” (1995) - adaptację biograficznej powieści Wiktora Suworowa - oficera radzieckich służb specjalnych, który, nie akceptując odczłowieczających metod panujących w sowieckich służbach specjalnych, ucieka na Zachód...

Miłość, czułość, zrozumienie

Dziś, po śmierci Antoniego Krauzego częściej niż o jego filmach „politycznych” wspomina się wartość jego mistrzowskich filmów kameralnych. To były realizowane zwłaszcza w latach 70., psychologiczno-obyczajowe dzieła wpisujące się w trend „kina moralnego niepokoju" (choć bez niepotrzebnego zadęcia charakterystycznego dla sztandarowych produkcji tego nurtu), często „podbite" humorem, jakby na przekór okropnej, przytłaczającej człowieka rzeczywistości.

Tak było w „Mecie” (1971) według opowiadania Marka Nowakowskiego, gdzie konfrontacja dwóch kumpli z młodości: utracjusza i uczciwego człowieka, ukazuje mechanizmy działania społeczeństwa (nie tylko przecież PRL-owskiego) w którym egoizm, cwaniactwo, pazerność pozwalają się właściwie ustawić, natomiast nie daje takiej szansy postawa oparta na uczciwości, prawdomówności i szczerości.

W chyba najlepszym filmie Antoniego Krauzego - znakomitej tragikomedii „Prognoza pogody” (1982) - pobrzmiewają echa czeskiej szkoły filmowej i jej amerykańskiego „przetworzenia" - czyli „Lotu nad kukułczym gniazdem” (1975), Milosa Formana. Grupa emerytów z „Prognozy”, uciekająca ze strachu przed śmiercią z domu starców odkrywa ponownie uroki wolności, udowadniając, że egzystencja człowieka nie może polegać na ciągłym podporządkowywaniu się, życiu w lęku, zakłamaniu, strachu przed przemocą fizyczną i psychiczną.
"Meta", reż. Antoni Krauze, rok 1971. Na zdjęciu Witold Pyrkosz i Henryk Hunko. Fot. TVP
Antoni Krauze zaludniał swój filmowy świat zwykłymi, moglibyśmy powiedzieć, szarymi ludźmi, ale przecież zawsze ukazywanymi z miłością, zrozumieniem, swego rodzaju czułością. I nie ważne, czy byli to ludzie reprezentujący miejski proletariat - jak postaci przeniesione z prozy poety-kamieniarza Jana Himilsbacha w „Party przy świecach” (1980), inteligent dokonujący rozrachunku ze swym życiem w impresjonistycznej „Dziewczynce z hotelu Excelsior” (1988) według prozy Eustachego Rylskiego, czy też aspirujący do zawodu aktorskiego plebejusz z pełnometrażowego debiutu „Palec boży” (1972).

Wszyscy ci ludzie, mimo, a może właśnie z powodu swych błędów, niedoskonałości, ale przez swój wysiłek „życia w prawdzie", dochodzenia - mozolnego, często pełnego ofiar i wyrzeczeń - do tego, co w życiu najistotniejsze, znajdowali w odważnym (moralnie) kinie Krauzego centralne miejsce.

Spojrzenie z dołu

Ale przecież takie same postaci znajdowały swoje miejsce w filmach „politycznych" Krauzego. W tym kinie, ten zwykły-niezwykły, szary, ale uczciwy, prawy, dotknięty „chorobą sumienia" człowiek nagle stawał wobec nieludzkich, można byłoby powiedzieć szatańskich, sił. Jak bohaterowie odesłanego na półki filmu „Stacja” (1981) wg opowiadania Władysława Terleckiego: grupa podróżnych, na których życie niespodziewanie wpływa zatrzymanie pociągu, w związku z VIII Plenum KC PZPR.

Albo, co widać w sposób jeszcze bardziej dramatyczny, bliscy ofiary komunistycznych represji w „Czarnym czwartku”, rodzina Drywów: prości, piękni ludzie, których życie - z wyroków Nieba i totalitarnych sił - niespodziewanie zamienia się w krwawą Pasję.

Także i prezydent Lech Kaczyński - w „Smoleńsku” - w kilku mistrzowsko ujętych przez Krauzego scenach - staje się po prostu przedstawicielem zwykłych, prostych ludzi, których prawość i uczciwość skazuje ich na zmielenie w nie do końca zrozumiałych, ale zawsze niszczycielskich trybach polityki i historii.
"Antek". Rysunek autorstwa brata reżysera, rysownika Andrzeja Krauzego.
Co ważne, prawie nigdy nie ma w tym wszystkim wielkiej historiozofii, wizji na miarę historycznych narracji Wajdy, Królikiewicza, Żuławskiego - mamy tu perspektywę niejako z dołu, z pozycji przeciętnego, zwykłego człowieka, przez swą uczciwość nie do końca ogarniającego krzywdę jaka mu się dzieje, lecz dzięki temu uzyskującego najwyższy diapazon człowieczeństwa - wymiar ofiary za innych.

To dowód, że nie ma „dwóch Antonich Krauze": jednego „politycznego", drugiego „apolitycznego". To jest jedno i to samo głęboko ludzkie kino, odważne nie tylko przez chęć odsłaniania politycznych i społecznych mechanizmów wpływających na życie jednostek, ale przez nadanie mu - w jego zwykłym, szarym przeciętnym wymiarze - kształtu wyjątkowości i niepowtarzalności. Jakby w samej egzystencji człowieka tkwił jej sens, zaś w jej gwałtownym przerwaniu - nadrzędny mityczny wymiar.

Outsider

Z pewnością filmami, w których obie perspektywy - ta „polityczna" i ta „ludzka" najlepiej zostały połączone, były dokumenty, które Krauze realizował z powodzeniem przez całe życie. Portretował luminarzy polskiej kultury i sztuki - od Wisławy Szymborskiej, przez Janusza Morgensterna, środowisko „Piwnicy pod Baranami", aż po wspaniałych bohaterów polskiej historii - jak poeci-żołnierze: Baczyński, Gajcy, Stroiński, Trzebiński i Bojarski walczący, i oddający swe życie, w czas II wojny światowej („Do potomnego”, 2004).

Ale i w tu Antoni Krauze szukał wspólnego mianownika między ludźmi - ukazując wyjątkowość każdego człowieka, bez względu na to, czy jego życie (i twórczość) zostało uhonorowane laurami, czy też jest ono jedynie wyrazem świadomego przeżywania egzystencji. Dla przykładu przywołajmy Franciszka Adamiaka - krakowskiego krawca, bohatera filmu „Życie wewnętrzne, czyli hobby” (1998) - żołnierza AK, więźnia niemieckich lagrów, który z potrzeby serca tworzy malowidła dokumentujące życie i Holocaust polskich Żydów.

Mówią, że „jaki człowiek, takie pismo". Kino Antoniego Krauzego było jak on sam: szczere, głęboko ludzkie, melancholijne, a zarazem inteligentne i dowcipne. Przede wszystkim jednak odważne - w oddaniu sprawiedliwości, człowieczeństwa, tragizmu (nie w epickim, lecz w kameralnym wydaniu) ludzkiego życia.

Często taka postawa, skazuje człowieka, artystę, na pozostanie outsiderem. Pamiętam, jak na festiwalu w Gdyni podczas którego prezentowano „Smoleńsk” reżyser siedział samotnie przy stoliku w hotelowej restauracji. Choć bar hotelu „Gdynia" pełen był filmowców, którzy roili się przy sąsiednich stolikach, nikt nie podszedł do sędziwego reżysera, by przynajmniej powiedzieć mu „dzień dobry, panie Antoni". Przez chwilę wydawało mi się, że widzę pierwszą scenę starych filmów Krauzego, „Mety”, „Monidła” - oto uczciwy, prawy człowiek w zakłamanym świecie konformizmu i pozorów.

– Piotr Kletowski
Smoleńsk: film i fakt
Zdjęcie główne: Antoni Krauze na warszawskim Krakowskim Przedmieściu podczas realizacji "Smoleńska", 10 kwietnia rok 2013. Fot. PAP/Jacek Turczyk
Zobacz więcej
Kultura Poprzednie wydanie
Rokossowski na Kasztance. Co ze sztuki II RP przejęła PRL
Dawne animozje między artystami wróciły po 1945 roku, stanowiąc zarówno trampolinę dla późniejszych karier, jak i niekiedy przyczynę ich blokady.
Kultura Poprzednie wydanie
Żelazna kurtyna z betonu. Gorący towar i gorzkie przemyślenia
Noc z 9 na 10 listopada 30 lat temu. Wiedzą państwo, co to za rocznica? Niektórzy epokowe wydarzenie po prostu przespali.
Kultura Poprzednie wydanie
Nie dałoby się jej kupić za żadne sumy. Pani od El Greca
Nie skarżyła się na niegodziwości, których doświadczyła. Poczynając od największych przykrości, których nie oszczędzono jej i Hannie Sygietyńskiej, podając w wątpliwość wartość ich odkrycia.
Kultura Poprzednie wydanie
Był jak trędowaty. Nie chciano go ani słuchać, ani widzieć
Gustaw Herling-Grudziński, autor „Innego świata” zawinił wobec komunizmu, zachodnich, lewicowych intelektualistów, a także wobec środowiska „Gazety Wyborczej”.
Kultura wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Doczka
Jesienne opowiadanie Wojciecha Chmielewskiego.