Historia

Poznańska droga do niepodległości. Wielkopolanie rozważni i pragmatyczni

Dlaczego w powstaniu wielkopolskim nie został zdobyty dworzec kolejowy? Bo Niemcy zamknęli kasę i nie można było kupić peronówek…

Peronówka to bilet uprawniający do wejścia na peron. Funkcjonowały długo w różnych krajach, zniknęły pod koniec lat 80-tych XX wieku. W Wielkopolsce, na Pomorzu i Górnym Śląsku bez stosownych uprawnień nie da się nic zrobić, a na pewno nie dawało – takie dziedzictwo pruskie, kult porządku. Centralna Polska się z tego śmiała w XIX wieku, przed wojną i po wojnie też. „Dlaczego za okupacji nie było w Poznańskiem partyzantki? Bo była zabroniona.” To już powojenny żart stworzony w byłej Kongresówce.

Insurekcyjna tradycja Wielkopolski

Wracając do peronówek, to w powstaniu wielkopolskim uprzątnięto region z Niemców, a nauczeni porządku poznaniacy rządzili się sami od rozejmu w Compiegne, 11 listopada 1918 roku, oczekując na postanowienia traktatu wersalskiego. Po czym Wielkopolska weszła w skład II RP.

Ważniejsze od dworca okazało się lotnisko wojskowe, z którego – po jego zdobyciu przez powstańców – wystartowały do niedawna niemieckie samoloty i zbombardowały lotnisko we Frankfurcie nad Odrą.
Niemiecki sprzęt lotniczy zdobyty przez powstańców w Hali Zeppelina w Poznaniu, w grudniu 1918 r. Źródło: Archiwum Państwowe w Poznaniu
We współczesnej historiografii powstanie wielkopolskie nazywane jest jedynym zwycięskim powstaniem przeciwko zaborcom. Z czasem przyszła pogoda na kwestionowanie sensu powstania listopadowego, a szczególnie styczniowego. Rzeczywiście, w krótkim czasie spory region potężnego Cesarstwa Niemieckiego został wyzwolony i przekazany Polsce.

Tylko że wtedy w jakimś sensie już było wolno, bo potężne Cesarstwo przegrało wojnę i było właśnie rozliczane na konferencji pokojowej. Nie było obawy, że z głębi kraju przyjdzie jakiś niemiecki Paskiewicz z liczną armią. Miało się do czynienia z tymi siłami niemieckimi, które były na miejscu, w niewielkim stopniu wspartymi z głębi Cesarstwa. Czyli było po poznańsku: patriotycznie, ale rozsądnie.
Wielkopolska ma tradycje insurekcyjne sięgające konfederacji barskiej i powstania kościuszkowskiego. Po bitwie pod Jeną i Auerstedtem w 1806 roku z rozkazu Napoleona generał Jan Henryk Dąbrowski, podsycając powstanie ludności, stworzył w Wielkopolsce i na Pomorzu silny korpus armijny na tyłach wojsk pruskich.

W roku 1809 na terenie Wielkopolski toczyły się walki armii Księstwa Warszawskiego z Austrią, a samo Księstwo powstało przecież z ziem zaboru pruskiego. Oczywiście, tego nie wywalczył sam Dąbrowski jedynie w Wielkopolsce, ale – było, nie było – zabór pruski stworzył pierwszą po rozbiorach namiastkę niepodległości.

Grzywny, więzienie, konfiskaty

Jak pisał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”:
„A jenerał Dąbrowski wpada do Poznania.
I cesarski przyniósł rozkaz: do powstania!
W tydzień jeden, tak lud nasz Prusaków wychłostał
i wygnał, na lekarstwo byś Niemca nie dostał!”

Zatem był rozkaz dla ludu od kogoś, kto wtedy trząsł Europą. Po Napoleonie w Królestwie Polskim nie było rozkazów, nawet szans na pomoc, w powstaniach, były za to konfiskaty majątków, Sybir, kibitka i knuty. Natura Wielkopolanina każe mierzyć „zamiar podług sił” , co lekce sobie ważył ten sam Mickiewicz, z zaboru rosyjskiego rodem.
Portret Napoleona, mal. Jacques-Louis David/Wikimedia
Pomoc powstaniu świadczyły szerokie kręgi ludności poprzez zbiórki pieniędzy, przerzucanie przez granicę broni i mundurów. W reakcji na ochotniczy udział i pomoc, władze pruskie zaostrzyły kurs wobec polskości w Wielkim Księstwie Poznańskim. Dotychczasowego namiestnika, księcia Karola Radziwiłła zastąpił nieprzychylny Polakom rodowity Niemiec Eduard Heinrich Flottwell.

W kasynie przeciw germanizacji

Wielkopolanie nie porzucili myśli o Polsce, ale przestała to już być myśl romantyczna. Zupełnie inaczej niż Wielka Emigracja, zaczęto skłaniać się ku pracy organicznej. Termin natury biologicznej, bo porównywał społeczeństwo do ludzkiego organizmu, który musi się równomiernie rozwijać, aby był zdrowy. To koncepcja bogacenia się i oświecenia wszystkich warstw społecznych, gdzie ziemiaństwo i kapitaliści dają miejsca pracy, bronią przed nędzą i rozszerzają oświatę.
Dezydery Chłapowski, autor nieznany/Wikimedia
Za prekursora takiej działalności w Poznańskiem uznaje się Dezyderego Chłapowskiego, adiutanta Cesarza Francuzów, który w swoim majątku w Turwi wprowadził sposoby gospodarowania podpatrzone w Anglii. Chłapowski uznawał, że ekonomiczne i edukacyjne przygotowanie społeczeństwa to właściwa droga do niepodległości, w czym utwierdziła go klęska Napoleona.

Praktykowany latami zdrowy rozsądek nie odwiódł napoleońskiego podpułkownika od dołączenia do powstania listopadowego natychmiast po jego wybuchu. Powstanie kosztowało już generała Chłapowskiego pół roku w twierdzy w Szczecinie i 22 000 talarów grzywny.

Klęska powstania listopadowego natchnęła Karola Marcinkowskiego, lekarza i społecznika, do założenia Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a przede wszystkim Spółki Akcyjnej Bazar. Bazar był połączeniem hotelu, sal wykładowych, sklepów i kasyna. W kasynie – niezupełnie zgodnie z nazwą – raczej obradowano i spotykano się, ustalając strategię obrony przed narastającą germanizacją.
Hipolit Cegielski, autor nieznany/Wikimedia
Jeden ze sklepów dzierżawił Hipolit Cegielski, późniejszy twórca dużej fabryki maszyn rolniczych. To z balkonu Bazaru przemawiał do tłumów Ignacy Jan Paderewski w 1918 roku, co dało impuls do powstania wielkopolskiego. Marcinkowski „wychował” nie tylko Cegielskiego, ale przynajmniej dwa pokolenia ludzi, którzy drogę do niepodległości widzieli w wytrwałej pracy na rzecz dobrobytu i rozwoju Polaków.

Niemieckość atrakcyjna

Śrubę germanizacji przykręcano i nieco odkręcano, by pod koniec zaboru, już w Cesarstwie Niemieckim, przykręcić ją maksymalnie. Co – wbrew oczekiwaniom przykręcających – przyniosło efekty odwrotne od zamierzonych, konsolidując naród przez ponad sto lat wynaradawiany.

Organicznicy organizowali polski kredyt dla zagrożonych licytacją polskich ziemian i Komisja Kolonizacyjna poniosła klęskę. Tuż przed Wielką Wojną w Wielkopolsce mieszkało mniej Niemców, niż w momencie rozpoczęcia działań Komisji w 1886 roku, a miała ona wykupywać ziemie od Polaków i sprzedawać Niemcom dla umocnienia niemieckości Ostmarken.

Szacuje się, że w dwudziestoleciu poprzedzającym I wojnę światową z ziem Cesarstwa, będących dawniej Rzeczpospolitą, i Prus Wschodnich wyjechało w głąb kraju trzy miliony Niemców. Komisja Kolonizacyjna nie zdołała temu przeciwdziałać. Ludzie wyjeżdżali w poszukiwaniu lepszego życia do Zagłębia Ruhry i Berlina.

Wprawdzie temu zjawisku Ostflucht, czyli fali niemieckiej imigracji do centrum II Rzeszy, towarzyszyli także Polacy, a Komisji udało się sprowadzić i osiedlić ok. 150 tysięcy chłopów niemieckich, ale i tak bilans miała ujemny – więcej Niemców wyjechało, niż przyjechało.
Twórcy HaKaTy: Ferdinand Hansemann, Heinrich Tiedemann i Hermann Kennemann
Stworzona przez szowinistów niemieckich tak zwana HaKaTa, grupa nacisku na rząd w Berlinie, by nie popuszczał Polakom, też nie na wiele się zdała. Pomimo całkowitego wyrugowania po powstaniu styczniowym języka polskiego z oświaty i administracji, przyjeżdżający do poznania Paderewski w 1918 roku zastał tam Polaków, których miało już nie być.

Można zaryzykować tezę, że gdyby Niemcy postępowali z większym wyczuciem, koniec I wojny w 1918 roku przywitałoby w Wielkopolsce i na Pomorzu mniej osób czujących się Polakami. Niemiecki język i niemiecka kultura to były drogi do modernizacji i rozwoju regionu. Solidnego wejścia w niemieckość wymagała nie tylko administracja, organy przedstawicielskie na szczeblu lokalnym i centralnym, ale także przemysł i szerzej zakrojony handel. Kapitalizm, racjonalizm i związany z tym dobrobyt „mówiły” po niemiecku.

Niemieckość była atrakcyjna poprzez swoją naturalną konieczność dla ziemian studiujących na niemieckich uniwersytetach i przedsiębiorców zakładających własne interesy. Nie wiadomo, jak by się to skończyło. Zwłaszcza, że w takich West Preussen (Prusach Zachodnich), czyli na Pomorzu Gdańskim, Polacy od wieków sąsiadowali z Niemcami, których pierwsza fala osiedliła się tam jeszcze za czasów zakonu krzyżackiego.

To z tamtych ziem pochodzą wpisy w pamiętnikach o uczeniu się polskiego jako języka obcego przez szlachtę polską, w czasach ponapoleońskich, gdy w Europie – jak długa i szeroka – wszyscy określali się narodowo. Przykładem służy choćby „Curriculum vitae des Rittergutsbesitzer Ignaz von Łyskowski” z lat 40. XIX wieku, gdzie autor przyznaje, że w ramach organizacji samokształceniowej „polskiego uczyłem się jako obcej mowy”. To przykład ziemianina po niemieckim gimnazjum i niemieckich uniwersytetach, oczywiście nie jedyny na Pomorzu.

Niemiecki występuje w listach prywatnych polskiej szlachty pomorskiej jeszcze w II RP. Na Kaszubach ziemiaństwo z administracją mówiło w literackim, poprawnym niemieckim (Mittelhochdeutch), z mieszczanami w regionalnym niemieckim (Plattdeutch) i z ludnością wiejską po kaszubsku.

Walka z Kościołem w Polsce i w Bawarii

Na szczęście dla polskości Wielkopolski i Pomorza, rządzone przez Ottona von Bismarcka Cesarstwo przyspieszyło germanizację, wzmacniając tym samym polskość na ziemiach zaboru.
Otto von Bismarck, mal. A. Fischer/Wikimedia
Powstałe w 1871 roku Cesarstwo Niemieckie chciało być jednolite i zwarte pod każdym względem, a na kresach wschodnich jeszcze bardziej niż w Nadrenii czy Bawarii. Bismarck po zjednoczeniu Niemiec „krwią i żelazem” chciał teraz zjednoczenia świadomości poprzez oświatę i kulturę. Germanizacja objęła także Francuzów w Alzacji i Duńczyków w Szlezwiku – Holsztynie, w nie mniejszym stopniu niż Polaków w Wielkopolsce.

Osławiony Kulturkampf, walka z niezależnością kościoła katolickiego i próba odizolowania go od Watykanu, skierowany był również przeciwko mieszkańcom Bawarii, jak i byłego – już wtedy – Wielkiego Księstwa Poznańskiego.

Pobieżne spojrzenie na dzieje ziem i sprawy polskiej w XIX wieku każe postrzegać mocarstwa zaborcze jako monolit umocniony na sto lat Kongresem Wiedeńskim w 1815 roku. W rzeczywistości ziemie dawnej Rzeczypospolitej były jedynym elementem cementującym Święte Przymierze. Sprzeczne interesy i ambicje dały wyraziście znać o sobie w wojnie Prus z Austrią w 1866 roku.
Roztańczony kongres
Powstałe w 1871 roku zjednoczone Niemcy, nie bojąc się już pokonanej Austrii, nieufnie spoglądały na Rosję, a przy granicy z Rosją mieszkała ludność polska, stąd przyspieszenie germanizacji. Nie widziano w Polakach rusofilów, ochotnicy do powstania listopadowego i styczniowego czynili takie myślenie bezsensownym, ale w razie konfliktu wiadomo, że Polacy będą starać się o Polskę, nie o całość granic Cesarstwa. Toteż najlepiej, by przestali być Polakami.

Przyrodzona elastyczność

O ile w całkowitej rusyfikacji Polaków w sąsiednim kraju przeszkadzała korupcja i bałagan jego administracji, o tyle w Prusach, potem w Cesarstwie, coś zupełnie przeciwnego. To jednak było Rechtsstaat, państwo prawa, i tutaj nawet barbarzyństwo musiało być odnotowane w przepisach. Skoro nie były uchwalone, to urzędnik bywał bezradny.

Polacy wyspecjalizowali się w wynajdywaniu luk i kruczków prawnych, pomagała w tym przyrodzona elastyczność, której Germanom brakowało. Nie wolno było uczyć po polsku, to książki polskie wypożyczały towarzystwa dobroczynne, uczył pracowników przedsiębiorca, a chłopów – ziemianin. Właściwie wszystkie instytucje polskie, produkcyjne i handlowe, pracowały organicznie w duchu polskim.
Tak czyniły elity i okazało się po stuleciu najpierw bardziej naturalnej, a potem surowo dekretowanej germanizacji, że ci organicznicy mieli efekty. W 1904 roku chłop Michał Drzymała kupił ziemię i chciał postawić tam dom, czego Polakom zabraniano. Ot, kolonizacja, niech zniechęcony sprzeda ziemię Komisji, a ona – Niemcowi. Drzymała zamieszkał więc w wozie cyrkowym, a kiedy urzędnicy stwierdzili, że to też jest dom, przesuwał wóz każdego dnia. I tu już Jurisprudenz nie pozwalała uznać obiektu ruchomego za dom. Drzymała w końcu przegrał i kupił inną działkę z domem, ale trwało to cztery lata.
Wóz Drzymały, fot. Wkimedia
Historycy odżegnują się od zadawania pytania: „co by było gdyby?” Jako że wielu jednak to robi, to co by było, gdyby Drzymała był poddanym carskim? Nie ma sensu pytać, czy by go zesłano na Sybir, bo to oczywiste, tylko na jak długo?

Oddziały zbrojne z flagą i komendą

Po powstaniu listopadowym okazało się, że nie wszyscy w Wielkopolsce otrzeźwieli. Działacz emigracyjny i weteran wszystkich – jak się później okazało – powstań Ludwik Mierosławski przygotowywał jednoczesne wystąpienie w każdym z trzech zaborów. Stworzył ruch składający się z niewielu zwolenników, których aresztowano w 1846 roku na skutek donosu. Surowe wyroki, jakie wydano na ich w sądzie w Berlinie, okazały się niegroźne, bo Wiosna Ludów rychło uwolniła więźniów.

Ta ogólnopolska konspiracja, bez znaczenia w Prusach i Królestwie Polskim, zdołała zaktywizować niepodległościowo Galicję. Skończyło się to rzezią polskiej szlachty, dokonaną przez galicyjskich chłopów z inspiracji władz austriackich. Dla poznaniaków jeszcze jeden dowód, by nie robić powstań, chyba że przy okazji „wojny powszechnej ludów”, o którą modlił się w „Księgach Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego” Adam Mickiewicz.

Dowód, by nie organizować czynów zbrojnych, chyba że... razem z władzą w Berlinie. Toteż Wiosna Ludów w Wielkim Księstwie Poznański miała osobliwy przebieg. 18 marca 1848 roku rozruchy w stolicy wymusiły na Fryderyku Wilhelmie IV powołanie liberalnego rządu, który zaczął przygotowywać wojnę z Rosją.
Poznań, Plac Wiosny Ludów, fot. ze zbiorów Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej
Polacy chcieli ugrać swoje: pomożemy, ale za autonomię. Po negocjacjach, za obietnicę symbolicznej autonomii Wielkopolanie stworzyli oddziały zbrojne z polską flagą i komendą. I w Berlinie, i pod Poznaniem z jednakowym entuzjazmem wygrażano Rosjanom.

Po dwóch tygodniach zmienił się rząd, zaprzestano mówić o wojnie i zgromadzeni w polskich obozach wojskowych zostali poproszeni o rozejście się do domów. Część usłuchała od razu, przecież chcieli walczyć z Rosją. Reszta, poczuwszy powstańczego ducha, nie. Zwyciężywszy w dwóch potyczkach i straciwszy Książ, w końcu też się rozeszli.

Represji właściwie nie było, to nie były jeszcze czasy Bismarcka. Te wypadki, zwane niekiedy powstaniem poznańskim, nie były skierowane przeciwko własnemu zaborcy, tylko innemu, po raz pierwszy w historii, na długo przed Legionami Piłsudskiego.

Najważniejszy jest katolicyzm

Do powstania styczniowego, podobnie jak do listopadowego, przyłączyło się około 4000 ochotników. Wielkopolanin Marian Langiewicz był drugim, po Mierosławskim, dyktatorem powstania, a we władzach centralnych ochotnicy z zaboru pruskiego odgrywali znaczącą rolę. Po upadku powstania w Królestwie, 150 Wielkopolan stanęło przed sądem w Berlinie. Wyroki śmierci otrzymali dowódcy znajdujący się poza państwem pruskim, ci w jego zasięgu – niezbyt dotkliwe kary więzienia.
Po powstaniu styczniowym, jak już wspomniałem, przykręcono śrubę germanizacyjną. To lata Komisji Kolonizacyjnej, HaKaTy i – przede wszystkim – Kulturkampfu. I właśnie walka z kościołem zmobilizowała polskość we wszystkich warstwach społecznych. Rząd niemiecki, atakując księdza, atakował polskość.

Właściwie obie strony w tym samym czasie – jedna atakując, druga reagując – zrozumiały, że najważniejszy w Polaku jest jego katolicyzm. Polacy znieśli brak swojego języka w administracji i szkołach. Historia czy geografia po niemiecku nie wywołały protestu. Dzieci we Wrześni zastrajkowały dopiero, gdy po niemiecku miały być nauczane religii. Uczniów wychłostano, rodziców aresztowano.

Ten ponury i osławiony za granicami Cesarstwa wybryk szowinizmu miał operetkowy drugi akt. Gdy Wilhelm II w 1902 roku wystąpił w Malborku z przemówieniem umacniającym niemieckość tak zwanych Marchii Wschodnich, to słuchało go audytorium w wypożyczonych z teatrów kolczugach i krzyżackich płaszczach.
Wilhelm II, cesarz Niemiec, mal. Adolf Emil Hering
„Poskromimy polską butę i zuchwałość” – lub: „Znów doszło do tego, że polska buta chce ubliżyć niemczyźnie” – miał rzec Wilhelm II do tego prześwietnego rycerstwa. Władcy zagotowało się pod Pickelhaube już rok wcześniej, na wiadomość o strajku dzieci we Wrześni i jak widać, ta furia trzymała go długo.

Bardziej narażeni na wynarodowienie

Wielkopolanie mieli zupełnie inną drogę do niepodległości niż mieszkańcy Królestwa Polskiego. Byli na pewno bardziej pragmatyczni aniżeli romantyczni, ale gdy uznawali, że jest szansa – zwycięstwa Napoleona, czy klęski Niemiec w I wojnie światowej – stawali do walki u siebie.

Pomimo swego pragmatyzmu i rozsądku, najbardziej patriotyczni z nich wspierali antyrosyjskie powstania narodowe. Bardziej byli narażeni na wynarodowienie niż sąsiedzi zza kordonu, gdyż Prusy w ogólnym rachunku były państwem mniej represyjnym i bardziej do zniesienia niż Rosja.

Poczucie odrębności regionu kazało działaczom Naczelnej Rady Ludowej kłócić się z Warszawą o autonomię byłego wielkiego Księstwa Poznańskiego w ramach II RP. Bezskutecznie. Ale jak widać, coś jest na rzeczy w żarcie o peronówkach.

– Krzysztof Zwoliński
Zdjęcie główne: Szturm na Prezydium Policji - śmierć Franciszka Ratajczaka w piątek 27 grudnia 1918 r. mal. Leon Paruziński/Wikimedia
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Pierwsi przyjęli natarcie Armii Czerwonej. NKWD ścigało ich z...
Wielu oficerów KOP zostało rozstrzelanych w Twerze i Miednoje.
Historia Najnowsze wydanie
Mord w Mokranach, czyli marynarski Katyń
Przed zakończeniem wojny obronnej Polski, Sowieci z zimną krwią zamordowali oficerów i podoficerów Flotylli Pińskiej.
Historia Najnowsze wydanie
Myśmy na powstanie czekali. Jego wybuch wywołał euforię
My, którzy braliśmy udział w walkach w 1944 roku, nie dalibyśmy sobie tego odebrać.
Historia Poprzednie wydanie
„Koniec pewnej epoki we wschodniej części Europy”
Misję Tadeusza Mazowieckiego bacznie obserwowała polska i zagraniczna prasa, a także – co nawet w PRL niezwykłe – Służba Bezpieczeństwa.
Historia Poprzednie wydanie
„Polska jest załatwiona”. Odsiecz, która nie nadeszła
W Abbeville sojusznicy definitywnie rzucili Polskę na pastwę Hitlera i Stalina.