Historia

Hitler lepszy żywy niż martwy?

Adolf Hitler przez długi czas mógł mówić o niebywałym szczęściu – spośród kilkudziesięciu prób zamachu na jego życie, ani jedna nie zakończyła się sukcesem. W panteonie niedoszłych zabójców niemieckiego dyktatora nie zabrakło również Polaków. Członkowie podziemia niepodległościowego planowali pozbawić go życia w Warszawie oraz na Pomorzu.

To był czarny poniedziałek dla mieszkańców polskiej stolicy. Nad ranem 25 września 1939 r. Niemcy rozpoczęli serię nalotów połączoną z ostrzałem artyleryjskim. Po trwających 10 godzin bombardowaniach, w trakcie których śmierć poniosło ok. 10 tys. ludzi, nikt z Dowództwa Obrony Warszawy nie miał już złudzeń, że los miasta jest przesądzony.

- Nie wiążemy już nic i nikogo, jesteśmy już tylko wyspą, nie czekamy na żadną odsiecz, bo jej nie będzie, nic już nie jesteśmy w stanie zrobić. (…) Za tę obronę płaci Warszawa, płacą tak straszliwie jej mieszkańcy, na nich zwala się cały główny ciężar i okropność tej obrony. To, co dziś się stało, to jeszcze nie koniec, miasto zostanie zrównane z ziemią, a jeśli zostanie rozpoczęty atak i Niemcy przełamią naszą linię, jeśli wedrą się do miasta, nastąpi rzeź - zwrócił się wówczas do gen. Tadeusza Kutrzeby podpułkownik Wacław Lipiński, szef propagandy odpowiedzialny za nadawanie komunikatów radiowych. Wkrótce ponure wizje stają się faktem. 28 września Warszawa kapituluje, a dwa dni później do miasta wkraczają pierwsze niemieckie oddziały. Polski ruch oporu ma jednak plan, który może jeszcze odmienić bieg wojny. Działający w konspiracji oficerowie są niemal pewni, że niedługo Adolf Hitler pojawi się w polskiej stolicy, aby odebrać na jej zgliszczach defiladę zwycięstwa. Swoje przypuszczenia opierają na dotychczasowych poczynaniach Niemców, którzy organizowali już podobne defilady po wkroczeniu do Wiednia i Pragi. Konspiratorzy z Wojska Polskiego zakładają, że tym razem Hitler nie wróci już do Berlina.

W obiektywie Leni Riefenstahl

5 października 1939 r. w centrum Warszawy panowało spore zamieszanie. Tego dnia słynny Kurier z Warszawy, Jan Nowak-Jeziorański, zamierzał wybrać się na spacer po mieście. „Wychodzę w stronę Śródmieścia i natykam się na patrole niemieckiej żandarmerii i granatowej policji. Wszystkie ulice z Powiśla w kierunku Al. Ujazdowskich i Nowego Światu zamknięte. Granatowy policjant namawia mnie półgłosem na powrót do domu. Lepiej się dziś nie szwendać po mieście. Coś się dzieje w Śródmieściu, on sam dokładnie nie wie co. Zgromadzono dużo wojska, SS i gestapo” - wspominał po latach.

Niedługo potem okupanci ewakuują część Polaków ze Śródmieścia, a pozostałym zakazują pod groźbą śmierci opuszczania mieszkań. Tak Niemcy przygotowują się do przyjęcia swojego wodza, który tuż przed południem wylądował na warszawskim Okęciu. W Alejach Ujazdowskich, pomiędzy ul. Piękną (wtedy ul. Piusa XI) a pl. Na Rozdrożu, czeka na Führera nieduża trybuna, z której ma on obserwować triumfalny przemarsz 8 Armii gen. Johanesa Blaskowitza.
Październik 1939, Aleje Ujazdowskie w Warszawie. Adolf Hitler pozdrawia z samochodu salutujących żołnierzy. Fot. NAC
Rzędy latarni i drzew przyozdobione są czerwonymi flagami ze swastykami, a wzdłuż chodników stoją czujni żołnierze Wehrmachtu. Aby uchronić się przed potencjalnym zamachem Niemcy biorą do niewoli ponad 400 zakładników, w tym 12 członków władz miejskich, których umieszczają w piwnicy stołecznego ratusza.

Całe to podniosłe dla III Rzeszy wydarzenie rejestrują kamery słynnej reżyserki Berty „Leni” Riefenstahl. W swoich pamiętnikach artystka tak zapamiętała ten dzień: „Stałam przy Allgeierze (chodzi o niemieckiego operatora i fotografa Josefa „Seppa” Allgeiera – przyp. autora), tuż obok Hitlera, i widziałam, jak maszerujący żołnierze wpatrywali się w niego jak zahipnotyzowani. Sprawiali wrażenie, że każdy zrobiłby wszystko na jego rozkaz”.

Pomimo starannych prób zabezpieczenia wizyty Hitlera, kilometr dalej, na północ od trybuny, grupka polskich zamachowców cierpliwie wyczekiwała zakończenia dwugodzinnej defilady. Za akcję zabicia Führera odpowiadał od strony operacyjnej major Franciszek Niepokólczycki ps. „Teodor”, dowódca 60. Batalionu Saperów. Rozkaz rozpoczęcia przygotowań do zamachu wydał natomiast gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski ze Służby Zwycięstwu Polski – organizacji konspiracyjnej utworzonej dzień przed kapitulacją Warszawy.

Saper nie odpalił ładunku

Plan zakładał, że po defiladzie Hitler będzie przejeżdżał ulicą u zbiegu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich. Właśnie w tym miejscu, a dokładnie w rowach przeciwczołgowych ulokowanych po dwóch stronach jezdni, polscy saperzy ukryli dwie skrzynie z pociskami i uzbrojonym trotylem (w każdej znalazło się 250 kg materiałów wybuchowych).

Jeden z ładunków umieszczono tuż przy gmachu Dyrekcji Kolei, a drugi nieopodal Banku Gospodarstwa Krajowego. Kable przymocowane do skrzyń przeciągnięto do piwnicy pobliskiego Cafe Clubu i połączono je z detonatorem. 4 października Niepokólczycki zameldował gen. Karaszewiczowi-Tokarzewskiemu, że zakończył przygotowania do akcji.

Następnego dnia, około godz. 15.00, defilada zwycięstwa zbliżała się powoli do końca. Hitler wsiadł wówczas do swojego sześciokołowego mercedesa i zgodnie z oczekiwaniami polskich zamachowców wybrał się na krótką przejażdżkę po mieście. Korowód samochodów ruszył najpierw w stronę placu Piłsudskiego. Führer zatrzymał się na krótko w Belwederze, gdzie zwiedził gabinet Marszałka, po czym wrócił do auta i stojąc cały czas z ręką podniesiona w charakterystycznym nazistowskim pozdrowieniu wjechał w ul. Nowy Świat.
Leni Riefenstahl w roku 2000. We wrześniu 1939 z wojskową ekipą kręciła dziennik kampanii wojskowej w Polsce. Fot. REUTERS/Alexandra Winkler
Niedługo później mijał skrzyżowanie, gdzie ukryto ładunki wybuchowe. Eksplozja jednak nie nastąpiła. Hitler, nieświadomy niebezpieczeństwa, którego właśnie uniknął, udał się następnie w kierunku Starego Miasta. Jeszcze tego samego dnia wrócił samolotem do Berlina, gdzie czekały go przygotowania do ważnego przemówienia w Reichstagu. Podczas wygłoszonej nazajutrz tyrady Führer wielokrotnie nawiązał do niedawno podbitego kraju, przekonując, że „Polska Traktatu Wersalskiego nie powstanie już nigdy więcej”.

Do dziś nie wiadomo właściwie, dlaczego polski saper nie odpalił ładunku. Wśród możliwych przyczyn niepowodzenia akcji wymienia się m.in. obawę konspiratorów o życie zakładników oraz nieprawidłowe zainstalowanie kabli łączących materiały wybuchowe z detonatorem. Gen. Karaszewicz-Tokarzewski tłumaczył z kolei w rozmowie z Nowakiem-Jeziorańskim, że nie posiadał wtedy żadnego wywiadu, a defilada całkowicie zaskoczyła zamachowców.

Na dodatek Niepokólczyckiemu nie udało się dotrzeć na miejsce z powodu zamknięcia ulic na trasie przejazdu Hitlera. Oficer, który miał dać sygnał do odpalenia ładunków mógł zgodnie z wcześniejszym rozkazem działać na własną rękę, ale zawahał się, ponieważ nie miał całkowitej pewności kto znajduje się w przejeżdżającym mercedesie. Nie bez znaczenia była też duża prędkość, z jaką korowód aut przemknął przez skrzyżowanie.

Ciekawostką jest fakt, że pierwotnie major „Teodor” rozważał jeszcze śmielszą akcję – przeprowadzenie ataku bombowego już w trakcie defilady. Nie jest jasne, dlaczego ostatecznie zrezygnował z tego rozwiązania, ale można się domyślać, że po konsultacji z dowództwem uznał je po prostu za zbyt ryzykowne.

Niebezpieczne podróże

Podczas wojny obronnej Polski Hitler mógł jednakże zginąć nie tylko w wyniku dokładnie zaplanowanego zamachu. Führer przeżywał inwazję na Polskę bardzo emocjonalnie i niemal od samego początku chciał obserwować postępy Wehrmachtu. Już 4 września przybył do swojej umocnionej kwatery w Połczynie Zdroju na Pomorzu. W trakcie całej kampanii wrześniowej wielokrotnie zmieniał miejsce pobytu, odbywając przynajmniej dziewięć wypraw na front.

Wszystkie te podróże - pomimo licznej i dobrze uzbrojonej ochrony – wiązały się dla niego z ogromnym ryzykiem. Niemiecki dyktator niespecjalnie przejmował się jednak procedurami bezpieczeństwa. Często ignorował swoich funkcjonariuszy, a jego konwoje wyruszały w drogę niekompletne. Sama obstawa Hitlera też zresztą nie wykonywała swoich obowiązków z należytą starannością.
Adolf Hitler m.in. z Ferdinandem Porschem i Hermannem Göringiem w "Wilczym Szańcu", rok 1942. Fot. Wikimedia
„Prawie codziennie podczas objeżdżania frontu w Polsce (...) Hitler dopuszczał do sytuacji, w których jego życie było w poważnym niebezpieczeństwie” - pisze niemiecki historyk Peter Hoffmann w książce „Osobista ochrona Hitlera”. W istocie, podczas swoich frontowych podróży wódz III Rzeszy kilka razy mógł zginąć od kul i bomb polskich żołnierzy.

Do pierwszych incydentów doszło od razu po pojawieniu się Hitlera na linii frontu. 4 września konwój Führera musiał się zatrzymać w pobliżu Topolna nad Wisłą z powodu wykrycia zasadzki. Jeszcze tego samego dnia polskie lotnictwo zbombardowało cel, który znajdował się zaledwie 3 km od Hitlera. Kolejne zdarzenie wydawało się jeszcze groźniejsze – na ostatni samochód w konwoju niemieckiego przywódcy najechała ciężarówka z kolumny zaopatrzenia. Jak się wkrótce okazało, kierowca ciężarówki został trafiony przez polskiego snajpera prosto w klatkę piersiową.

Hitler ponownie stał się celem polskich zamachowców pod koniec wiosny 1942 r. Tym razem planowano zaatakować go podczas jednej z jego podróży na trasie Kętrzyn-Berlin. Nieopodal pierwszej z tych miejscowości znajdował się Wilczy Szaniec - główna kwatera Führera, z której dowodził on wojskami dokonującymi inwazji na ZSRR. Polacy wiedzieli, że Hitler zawsze jedzie do stolicy III Rzeszy i z powrotem pociągiem o kryptonimie „Amerika”, a trasa jego przejazdu biegnie przez terytorium przedwojennej Rzeczypospolitej. Jednakże skład, w którym znajdował się Hitler był bardzo pilnie strzeżony. Aby atak miał zatem jakiekolwiek szanse powodzenia, trzeba było wiedzieć, kiedy „Amerika” będzie mijać konkretny punkt.

Zagadkowy zamach

Kpt. Stanisław Lesikowski ps. „Las”, dowódca AK, którego teren działań obejmował odcinek magistrali Królewiec-Berlin, postanowił podjąć się tego śmiałego zadania. Zgodnie z opracowywanym przez niego planem o kryptonimie „Wiedeńska Krew”, pociąg Hitlera miał zostać wysadzony w nocy 8 czerwca 1942 r. Tego dnia Führer wyruszał z Wilczego Szańca, aby wziąć udział w pogrzebie Reinharda Heydricha w Berlinie. „Las” zlecił zorganizowanie akcji Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski” dowodzonej przez porucznika Jana Szalewskiego „Sobola”.

„Soból” przygotował do zamachu dwie grupy żołnierzy ubranych w skradzione mundury esesmanów i operujących dobrze językiem niemieckim. Pierwsza grupa miała wykoleić pociąg, a druga zabezpieczyć miejsce ataku, do którego doszło ostatecznie na odcinku pomiędzy Tczewem i Chojnicami. Jak wspominał potem sam „Soból”, kwadrans przed godz. 3.00 jego ludzie rozkręcili szyny i wycofali się do lasu. Gdy pociąg się wykoleił zaczęli ostrzał z broni maszynowej, zabijając – według zeznań dowódcy – około 200 niemieckich żołnierzy.
Operacja „Foxley”
„Soból” uznał akcję za sukces, ponieważ jego oddział nie odniósł żadnych strat. Członkom „Gryfu Pomorskiego” nie udało się jednak zlikwidować głównego celu, czyli Adolfa Hitlera. Okazało się, że podczas ataku Führera nie było w żadnym ze składów, ponieważ zatrzymał się on na chwilę w Malborku, aby porozmawiać z Albertem Forsterem, namiestnikiem Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie.

Czyżby Hitlerowi po raz kolejny udało się szczęśliwie uniknąć śmierci? Niestety, relacje świadków dotyczące przebiegu tamtych wydarzeń są na tyle niespójne, że trudno jednoznacznie stwierdzić, czy życie wodza III Rzeszy rzeczywiście było wówczas zagrożone. Zadania nie ułatwiają także sprawozdania niemieckie, z których wynika, że była to zwykła akcja sabotażowa, której nie należy w żaden sposób wiązać z zamachem na życie Führera. Do tego akcja o bardzo marginalnym znaczeniu – w jej wyniku miały podobno zginąć zaledwie trzy osoby.

W wiarygodność tych relacji każe nam jednak wątpić fakt, że po ataku oddziału „Sobola” Niemcy przeprowadzili odwet na leżących nieopodal wioskach oraz aresztowali 150 podejrzanych, z których co trzeci został wysłany do obozu koncentracyjnego Stutthof. Okupanci zaoferowali również nagrodę w wysokości ćwierć miliona marek niemieckich w zamian za informacje, które pomogłyby w ujęciu sprawców. Jednocześnie wciąż nie brakuje opinii, że ludzie „Sobola” pomylili się i zamiast „Ameriki” zaatakowali zupełnie inny pociąg.

Byłby męczennikiem

Pomimo sprzyjających okazji zamach na życie wodza III Rzeszy nie był dla polskiego ruchu oporu celem nadrzędnym. Jak pisze brytyjski historyk Roger Moorhouse w książce „Polowanie na Hitlera”: „Mimo swej pomysłowości, odwagi i umiejętności członkowie polskiego podziemia mieli bardziej naglące troski. Niemożność zlikwidowania Hitlera świadczy niewątpliwie o sile ochrony, jaką się otaczał, ale trzeba dostrzec w tym także dowód piekielnych warunków, w jakich przyszło działać konspiratorom. Nie należy zatem ubolewać, że nie zdołali oni osiągnąć celu, lecz trzeba ich podziwiać za to, że w ogóle próbowali”.

Nie sposób oprzeć się jednak refleksji, że udany zamach na niemieckiego dyktatora byłby dla Polaków bardzo tragiczny w skutkach – zemsta okupanta byłaby niesłychanie okrutna. Być może z tego właśnie powodu konspiratorzy gen. Karaszewicza-Tokarzewskiego nie zdecydowali się ostatecznie doprowadzić swojej akcji do końca.

Najmniejszych wątpliwości co do konsekwencji udanego zamachu w Warszawie nie miał za to Nowak-Jeziorański. „Trudno dziś zgadnąć, jak potoczyłaby się wojna, gdyby nie ta jedna sekunda wahania. Pewne jest tylko, że gdyby Hitler z całym otoczeniem zginął w tym momencie, Niemcy wyładowaliby całą furię na bezbronnej ludności Warszawy i pokonanego kraju. Trudno sobie wyobrazić rozmiary masakry, od której dzielił jeden ruch ręki” - pisał.
Gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski. Fot. Wikimedia
Łatwiej sobie za to wyobrazić, że zabicie charyzmatycznego przywódcy nie musiało wcale spowodować chaosu politycznego w III Rzeszy. Członkowie NSDAP już na początku lat 30. ubiegłego wieku wydali ustawę, która jasno określała zasady sukcesji po Hitlerze: po jego śmierci nowymi wodzami mieli zostać kolejno Hermann Göring i Rudolf Hess, zaś po odejściu całej trójki o wyborze Führera zadecydowałby specjalnie powołany senat.

Na krótko przed swoim samobójstwem w 1945 r. Hitler zrezygnował wprawdzie z tych reguł, ale wynikało to jedynie z tego, że ich wprowadzenie nie było w ówczesnej sytuacji możliwe - Göring został uznany za zdrajcę, a Hess od kilku lat przebywał w brytyjskiej niewoli. Nie można też oczywiście wykluczyć, że gdyby wódz III Rzeszy zginął w zamachu, doszłoby po pewnym czasie do walki pomiędzy osobami znajdującymi się na szczycie partii nazistowskiej. Z polskiej perspektywy niczego by to jednak nie zmieniło. Śmierć byłego lidera NSDAP poniesiona z rąk polskich sabotażystów świetnie wpisywałaby się w retorykę nazistowskich propagandystów, którzy chętnie uczyniliby z Hitlera swojego męczennika. Krwawy odwet za otoczonego kultem ojca założyciela Tysiącletniej Rzeszy był zatem nieunikniony.

- Adam Gaafar
Zdjęcie główne: Październik 1939. Adolf Hitler przyjmuje defiladę w Alejach Ujazdowskich w Warszawie. - Widziałam, jak maszerujący żołnierze wpatrywali się w niego jak zahipnotyzowani. Sprawiali wrażenie, że każdy zrobiłby wszystko na jego rozkaz - wspominała Leni Riefenstahl. Fot. NAC
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Pierwsi przyjęli natarcie Armii Czerwonej. NKWD ścigało ich z...
Wielu oficerów KOP zostało rozstrzelanych w Twerze i Miednoje.
Historia Najnowsze wydanie
Mord w Mokranach, czyli marynarski Katyń
Przed zakończeniem wojny obronnej Polski, Sowieci z zimną krwią zamordowali oficerów i podoficerów Flotylli Pińskiej.
Historia Najnowsze wydanie
Myśmy na powstanie czekali. Jego wybuch wywołał euforię
My, którzy braliśmy udział w walkach w 1944 roku, nie dalibyśmy sobie tego odebrać.
Historia Poprzednie wydanie
„Koniec pewnej epoki we wschodniej części Europy”
Misję Tadeusza Mazowieckiego bacznie obserwowała polska i zagraniczna prasa, a także – co nawet w PRL niezwykłe – Służba Bezpieczeństwa.
Historia Poprzednie wydanie
„Polska jest załatwiona”. Odsiecz, która nie nadeszła
W Abbeville sojusznicy definitywnie rzucili Polskę na pastwę Hitlera i Stalina.