Rozmowy

Słodki smak kolaboracji

Chociaż połowę ojczyzny zaanektowali Niemcy, a pozostałą częścią rządzili kolaboranci, żadnemu z artystycznych nowicjuszy we Francji jakoś nigdy nie przyszło do głowy, że przecież mogli zająć się w tych ciężkich czasach czymś innym. Nawiasem mówiąc rodacy nie mieli do nich o to pretensji – mówi amerykański pisarz i dziennikarz Alan Riding.

W 1943 roku frekwencja we francuskich kinach była o 40 procent wyższa niż pięć lat wcześniej. Fot. Archiwum
TYGODNIK.TVP.PL: W okupowanej podczas II wojny światowej Francji nie obowiązywała starorzymska sentencja inter arma silent Musae?

ALAN RIDING:
To prawda, życie artystyczne kwitło, jak chyba nigdzie indziej w tym czasie. We francuskim teatrze okupację zapamiętano, jako złoty wiek. W latach 1941-43 sprzedaż biletów wzrosła aż o 163 procent! Większość produkcji była zwykłą rozrywką - romantyczne komedie, farsy obyczajowe oraz kryminały skądinąd zawsze stanowiły podstawę repertuaru dla masowej publiczności.

Jednak wystawiano także przedstawienia o większych ambicjach. Nierzadko autorów należących do panteonu francuskiej literatury: Paula Claudela, Jeana-Paula Sartre’a, Alberta Camusa, czy Jeanów: Anouilha, Cocteau oraz Giraudoux, reżyserowane m.in. przez Jeana-Louisa Barroulta czy Jeana Vilara.

Równie wielkie powody do zadowolenia miała kinematografia. Wprawdzie weryfikację czasu przetrwały nieliczne z 220 zrealizowanych filmów zrealizowanych pod okupacją, lecz w 1943 roku frekwencja w kinach była o 40 procent wyższa niż pięć lat wcześniej. Sale teatralne i kinowe wypełniały się po brzegi, ponieważ publiczność szukała w nich ucieczki przed traumą codzienności. Zimą zatłoczone widownie dawały też ciepło. A w wyposażonych w bufety kabaretach oklaskując Edith Piaf, Fernandela czy Jacquesa Tati, można było się też wesprzeć nie tylko strawą duchową.

Okupanci nie wtrącali się zbytnio w funkcjonowanie instytucji filmowych i teatralnych. Owszem, skrupulatnie czytali sztuki i scenariusze, nierzadko ingerując w ich treść, ale dbali głównie o to, aby w realizacjach nie uczestniczyli Żydzi. Choć były i w tej dziedzinie wyjątki, bo wtedy zaistniała na ekranie Simone Kaminker, znana pod pseudonimem Simone Signoret.

Powstały wtedy dzieła, które trafiły do kanonu, pojawili się utalentowani debiutanci...

Na przykład obraz Marcela Carne’a „Komedianci” czy powieść Alberta Camusa „Obcy”. Ale były też wybitne utwory, których niemiecka cenzura nie przełknęła. Pierwszą podziemną książką opublikowaną w okupowanej Francji było sławne potem opowiadanie Vercorsa pt. „Milczenie morza”. Co do błyskotliwych debiutów - ani Louis Jourdain, ani Jean Marais, Gerard Philipe, Yves Montand, Georges Brassens nigdy nie wypierali się okoliczności, w jakich okolicznościach przyszło im zaczynać przygodę z artystycznym rzemiosłem.
Rok 1941. Niemiecka defilada w okupowanym Paryżu. Żołnierze Wehrmachtu jadą w zdobycznych francuskich czołgacach. Fot. Wikimedia
Podobnie reżyserzy filmowi: Georges Cluzot, Robert Bresson, Jean Delannoy czy Claude Autant-Lara. Chociaż połowę ojczyzny zaanektowali Niemcy, a pozostałą częścią rządzili kolaboranci z Phillipe Patainem i Pierre Lavalem na czele, żadnemu z artystycznych nowicjuszy, którzy zresztą szybko zyskali renomę, jakoś nigdy nie przyszło do głowy, że przecież mogli zając się w tych ciężkich czasach czymś innym. Nawiasem mówiąc rodacy nie mieli do nich z tego powodu pretensji.

Czemu Niemcy tolerowali francuską kulturę?

Instrukcja Josefa Goebbelsa, wydana jesienią 1940 roku niemieckiej ambasadzie we Francji głosiła, iż „rezultatem naszej zwycięskiej walki powinno być przerwanie francuskiej dominacji nad propagandą kulturalną w Europie, a zdobycie kontroli nad Paryżem (...) powinno dać nam możliwość zadania jej decydującego ciosu. Udzielenie jej jakiejkolwiek pomocy (...) będzie zbrodnią przeciwko narodowi”.

Jednak Niemcy mieli wobec francuskiej sztuki spore kompleksy. Dotyczyło to w szczególności plastyki, ale także literatury, teatru i filmu. Zdawali sobie sprawę, że na tych polach ustępują okupowanym. Inaczej były z muzyką. Uważali, iż zawsze nadawali w niej ton. I zarówno pod względem kompozycyjnym, jak i wykonawczym świat powinien czerpać wzorce z ich muzyków.

Rząd Vichy naśladował z kolei Niemców w dziedzinie sportu. Gdy w okupowanej Polsce zakazano Polakom uprawiania sportu, w Vichy rozwijał się on na potęgę.

Znamienny dowód jego nacisku na wychowanie fizyczne dzieci i młodzieży stanowi czterokrotne zwiększenie przedwojennego budżet na sport, dzięki czemu ta dziedzina zyskała na prestiżu. Jean Borotra, jeden z czwórki legendarnych tenisowych muszkieterów, do wiosny 1942 roku – kiedy go zdymisjonowano z uwagi na anglofilstwo (pół roku później został aresztowany i oskarżony o szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii, trafił do obozów w Sachsenhausen i Buchenwaldzie) - piastował funkcję generalnego komisarza do spraw kultury fizycznej, przeistaczając sport w nowe nacjonalistyczne wyznanie wiary.
Jean Borotra, słynny francuski tenisista, w rządzie Vichy był generalnym komisarzem do spraw kultury fizycznej. Fot. Wikimedia
Na różnym szczeblu organizował wyścigi kolarskie, walki pięściarskie oraz zapaśnicze, mitingi lekkoatletyczne, regaty wioślarskie, zawody jeździeckie, narciarskie łyżwiarskie, mecze w rugby, hokeja, siatkówkę, koszykówkę, piłkę ręczna i nożną, nie wspominając o tenisie. Zachęcał sportowców do składania przysięgi atlety: „Przysięgam na swój honor uprawiać sport bezinteresownie, z dyscypliną i lojalnością, chcąc stać się lepszym i jak najlepiej służyć mojemu krajowi”.

Na współpracę z okupantem we Francji decydowali się nie tylko ludzie sympatyzujący z ideologią Hitlera...

- Jean Guéhenno, pisarz i eseista, który był zdecydowanym przeciwnikiem Vichy, twierdził, że do kolaboracji bardziej od innych skłonni byli... homoseksualiści. Ta teoria nierzadko korespondowała z inną, iż Francja, niczym kobieta, uległa męskiej sile Niemców. No cóż, homofobia była wówczas powszechna nawet w kręgach artystycznych.

Wielu przedstawicielom szeroko rozumianej kultury udało się zbiec z okupowanej Francji dzięki pomocy amerykańskiego dziennikarza Variana Fry’a.

Ten Amerykanin początkowo miał pomóc w emigracji jedynie około 200 twórcom, głównie pochodzenie żydowskiego. Zapewnić im to miały „awaryjne wizy” wydane dzięki wsparciu pierwszej damy Ameryki – Eleanor Roosevelt. Ale w czasem z jego wsparcia skorzystało dziesięć razy więcej osób. Uciekło bardzo wielu artystów całkiem apolitycznych. Ci, którzy pozostali na terenie Francji, przez dekady oskarżali potem uciekinierów o tchórzostwo i egoizm. Zresztą wyjeżdżający ustąpili miejsca nowym talentom. A artystyczne żółtodzioby wykorzystały sytuację do przyśpieszenia swych karier.

Socjeta spotykała się regularnie w paryskim salonie prowadzonym przez Florence Gould.

Była Francuzką wychowaną w Stanach Zjednoczonych. Miała zamożnego amerykańskiego męża. Do chwili dołączenia się Stanów Zjednoczonych do wojny w grudniu 1941 roku prowadziła we francuskiej stolicy sławny salon towarzyski, przez które przewinęła się niemal cała śmietanka artystyczna miasta. Przy suto zastawionych jadłem i napitkami stołach wymieniano tam poglądy, dyskutowano, polemizowano. Przede wszystkim o sztuce, ale dyskretnie rozmawiano także o sytuacji społeczno-politycznej i międzynarodowej. Przypuszczam, że bywanie w tym kręgu mogło być inspirujące.
Marszałek Philippe Pétain z Adolfem Hitlerem, rok 1941. Fot. Wikimedia
Gdy jeszcze nie umilkły działa w Europie, w oswobodzonej Francji zaczęto się rozliczać z przeszłością.

Rozliczenia częstokroć miały partykularny charakter. Niejednokrotnie były przydatne do wyeliminowania konkurencji. Mniej więcej pierwsze dwa lata po wojnie traktowano „collabos” bardzo surowo, zapadały nawet wyroki śmierci. Tak było w przypadku Roberta Brassilacha, wydawcy nacjonalistycznego periodyku „Je suit partout” [znanego pisarza i publicysty, który w czasie wojny wziął udział w delegacji do Katynia i napisał reportaż obciążający ZSRR odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską – red.].

Pod petycją o złagodzenie mu wyroku skierowaną na ręce ówczesnego szefa tymczasowego rządu Francji Charlesa de Gaulle’a podpisali się literaccy luminarze, generał jednak nie skorzystał z prawa łaski. Ale już od nastania Zimnej Wojny skażeni współpracą z okupantem mogli spać spokojnie, a na starość wspominali z sentymentem słodki smak kolaboracji. Najkrócej rzecz ujmując: bardzo szybko zemstę zastąpiła amnezja. Już pod koniec lat czterdziestych do czołowych sal estradowych wrócili tancerz i choreograf Serge Lifar, piosenkarze Maurice Chevalier i Charles Trenet, pianista Alfred Cortot, reżyser i aktor teatralny Sacha Guitry i inni, których w pierwszych powojennych miesiącach napiętnowano infamią, skazując niekiedy na prowincjonalną banicję.

Bodaj najdłużej deliberowano nad przypadkiem pisarza Georgesa Simenona, francuskojęzycznego Belga, który w latach wojny mieszkał w departamencie Wandei. Podczas okupacji przeniesiono na ekran dziewięć jego powieści (w tym cztery przez niemiecką wytwórnią filmową). W końcu w 1950 roku zakazano mu wydawania przez pięć lat nowych książek, lecz w praktyce wyrok był pozbawiony znaczenia.

W artystycznym światku francuskim podczas II wojny światowej panował światopoglądowy amalgamat. Dlaczego zatem rząd dusz w nim po roku 1945 sprawowali twórcy komunizujący, impregnowani zwłaszcza na krytykę Sowietów?

Lewicowość artystycznej socjety to zjawisko charakterystyczne nie tylko dla Francji II połowy ubiegłego stulecia, niemniej rzeczywiście - tam najdłużej łudzono się komunistyczną utopią, traktując ją jak niedoskonałe wprawdzie, lecz jedyne skuteczne antidotum na faszyzm i nazizm. W Sowietach widziano przede wszystkim pogromców hitleryzmu, stosunkowo łatwo wybaczając wszelkie „błędy i wypaczenia”.
Fernandel pierwsze kroki artystyczne stawiał pod okupacją niemiecką. Fot. GettysImages/Ron Case
Taki wizerunek skutecznie kreowało niezwykle wpływowe małżeństwo: Louis Aragon - Elsa Triolet. Do dziś – inna kwestia, iż nie tylko nad Sekwaną – stawianie znaku równości między swastyką a czerwoną gwiazdą jest mocno niepoprawne politycznie. Chociaż ta druga ma na sumieniu znacznie więcej ofiar - na Zachodzie, trzeba to ze smutkiem przyznać, mało kto zdaje sobie z tego sprawę.

- rozmawiał Tomasz Zbigniew Zapert

Alan Riding jest brytyjskim dziennikarzem i pisarzem, mieszka w Paryżu. Był m.in. reporterem „New York Timesa”. Opublikował m.in. „A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu” (wyd. polskie 2012), „Distant Neighbors: A Portrait of the Mexicans” (1985), „Essential Shakespeare Handbook” (2004), „Eyewitness Companions: Opera” (2006). Powyższa rozmowa została przeprowadzona w grudniu 2012 r.
Andrzej Bobkowski
Zdjęcie główne: Yves Montand i Édith Piaf kariery zaczynali w okupowanej Francji. Fot. GettyImage/Hulton Archive
Zobacz więcej
Rozmowy Najnowsze wydanie
Stres nie ma znaczenia. Jesteśmy ofiarami klątwy psychologów
Terapia pokryzysowa jest nieskuteczna, a nawet szkodliwa. Intensywne mielenie traumatycznych wydarzeń nie pozwala emocjom wygasnąć, lecz przeciwnie: utrwala je – mówi psycholog Tomasz Witkowski.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Zanussi uświadomił mi, że nie powinienem się niczego bać
„Kino z duszą” to impreza niezwykła. Choć nie jest to festiwal z metką „chrześcijański”, to wyświetlane są tam filmy z wartościami – mówi Krzysztof Żurowski, reżyser.
Rozmowy Najnowsze wydanie
Śmierć w górach nie jest najpiękniejsza ani wymarzona
Jurek Kukuczka nie musiał jechać na tę wyprawę, bo zdobył już wszystkie ośmiotysięczniki. Ale on nie wyobrażał sobie życia bez gór – wspomina himalaista Walenty Fiut.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Nawet ksiądz ma ornat łącki, a liturgia jest w gwarze
Grają na listku, chodzą w gurmanie, a w zeleźnioku pędzą bimber, co niejednego cepra praśnie w młako.
Rozmowy wydanie 4.10.2019 – 11.10.2019
Zło nie tylko dobrem trzeba zwyciężać, ale też walką
Kornel Morawiecki w wywiadzie z 2017 roku: Czasem walka o ewangeliczne wartości może skutkować tragedią.