Cywilizacja

Dopingowe imperium zła

Niszczenie próbek, agenci FSB, haracze. Skala oszustw, na których zbudowano rosyjski sport, poraża. Rosja została już pozbawiona 11 medali zdobytych przez jej sportowców podczas poprzednich Zimowych Igrzysk – w Soczi w 2014 roku – i wykluczona z olimpiady w południowokoreańskim Pjongczangu, która rozpoczęła się 9 lutego. Warto było budować potęgę na kłamstwie?

Miało być tak pięknie, sen miał trwać. Wywiady były, medale, tryumfy, uśmiechy, kwiaty i zachwyty prasy też. Wszystko się zgadzało. Igrzyska olimpijskie w Soczi zorganizowane zostały z wielkim rozmachem, a skandale korupcyjne udało się zamieść pod dywan. W końcu była to wewnętrzna sprawa Rosji i nawet, jeśli nawet igrzyska olimpijskie można byłoby zorganizować o wiele taniej, to nikt na świecie nie czynił z tego powodu Władimirowi Putinowi wyrzutów.

Nagle jednak okazało się z całą mocą, że oszukiwano nie tylko w księgach rachunkowych, ale także na sportowych arenach i to od wielu lat. Rosjanie zostali już pozbawieni 11 medali zdobytych w Soczi w 2014 roku.

Najpierw z poważnym oskarżeniem ruszyła niemiecka telewizja ARD, która wyemitowała dokument o rosyjskim systemie dopingowym. Wyszło na to, że rosyjscy lekkoatleci zdobywali medale i bili rekordy dzięki doskonale zorganizowanemu systemowi dopingowemu. Nie byłeś w systemie, nie było cię w sporcie.
Niszczono próbki, angażowano agentów FSB do pilnowania, żeby wszystko szło zgodnie z szatańskim planem. Obok oficjalnego laboratorium antydopingowego istniało nieoficjalne, w którym pilnowano, by na zawody jechali tylko sportowcy wyczyszczeni ze śladów dopingu. Trzeba było płacić haracze za poprawianie wyników testów. Tak wyglądała codzienność rosyjskiego sportu.

MKOl ratuje twarz

Kremlowska administracja chełpiła się, że „Rosjanie potrafią przeprowadzać wielkie projekty”, jednak nikt nie przypuszczał, że wybudowanie stadionu czy toru bobslejowego wcale nie były najbardziej skomplikowanymi operacjami.

Kiedy lawina ruszyła, nic nie było jej w stanie zatrzymać. Ale przy okazji okazało się, że władze światowego sportu też mogą nie mieć do końca czystego sumienia, bo informacje o zorganizowanym dopingu w Rosji pojawiały się już kilka lat wcześniej, tylko były zamiatane pod dywan.
Osaka, 29 sierpnia 2007 r. Rosjanka Daria Pieszczalnikowa płacze z radości po ceremonii dekoracji medalistek konkursu rzutu dyskiem, podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Japonii. Fot. PAP/EPA/Kimimasa Mayama
W 2010 roku pracownik Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) Witalij Stiepanow zaczął przekazywać informacje do Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) na temat tego, jak działa system dopingowy od Kaliningradu aż po Kamczatkę. Można powiedzieć, że lepiej poinformowanego człowieka ciężko było znaleźć. Słyszał bowiem na pewno również opowieści żony, która była zawodniczką reprezentacji lekkoatletycznej i startowała nawet na mistrzostwach świata w 2011 roku w biegu na 800 metrów. Wtedy sprawę udało się jednak ukryć, choć Stiepanow był wytrwały i podobno wysłał prawie 60 maili.

Jeszcze bardziej bulwersująca jest sprawa Darii Piszczalnikowej, która w 2012 roku na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie zdobyła srebro, a potem została złapana na dopingu. Jej zeznania, zamiast posłużyć do wszczęcia dochodzenia, zostały przekazane władzom rosyjskiej lekkiej atletyki. A te po prostu zdyskwalifikowały Piszczalnikową na 10 lat. Było to w czasie, gdy przygotowania Rosji do igrzysk w Soczi były na ostatniej prostej i skandal nikomu nie był na rękę.
Flagi Korei Południowej, Grecji i Rosji podczas ceremoniii zamknięcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi, 23 lutego 2014 r. Fot. REUTERS/Issei Kato
Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl), wykluczając Rosję z igrzysk w Pjongczangu próbuje ratować twarz, lecz do skandalu sam się przyczynił. W listopadzie 2013 roku sam cofnął akredytację Moskiewskiemu laboratorium, a jednocześnie dał zielone światło laboratorium w Soczi, które miało badać na miejscu próbki pobierane od sportowców. Obie instytucje nadzorował ten sam człowiek – Grigorij Rodczenkow, który najpierw był ważną postacią w rosyjskim systemie zorganizowanego dopingu, a potem jego informacje przyczyniły się do nałożenia sankcji na Rosję.

Państwo niczym gangster

Ktoś zapyta, co takiego różni obecną aferę od poprzednich, w których karano wielu znanych sportowców? Przede wszystkim po raz pierwszy wyszło na jaw, że państwo, zamiast walczyć z dopingiem w sporcie, nie tylko je tolerowało, ale wręcz stwarzało warunki do stosowania dopingu i pomagało oszukiwać międzynarodowe instytucje pilnujące uczciwości.

Ujawnione informacje o oszustwach podczas igrzysk w Soczi porażają. Agenci FSB mieli zajmować budynek sąsiadujący z tamtejszym laboratorium, aby nocą podmieniać próbki pobrane od rosyjskich sportowców. Akcja przypominała filmy szpiegowskie, łącznie z odpieczętowywaniem i ponownym zabezpieczaniem probówek tak, by nikt się nie zorientował. Rosja miała przecież w Soczi pokazać swoją potęgę i koniecznie trzeba było wszystkiego dopilnować.
Bulwersujących informacji jest więcej. Jak choćby ta o mailach wymienianych między Rodczenkowem a innymi oficjelami (m.in. Aleksiejem Wielikodnym z Rosyjskiego Centrum Przygotowań Olimpijskich), w których decydowano, czy daną „pozytywną” próbkę podmieniać na bezpieczną. Proceder zaczął się na wiele lat przed igrzyskami w Soczi (miał trwać od 2011 do 2015 roku).

Rodczenkow w artykule zamieszczonym w dzienniku „The New York Times” zarzeka się, że uciekł, bo chciał opowiedzieć światu o rosyjskich niegodziwościach. Lecz niech nikt nie ma złudzeń, że jest on ostatnim sprawiedliwym, który wystawia pierś na strzał w imię wyższych idei, uczciwości i czystości sportu. Nie wybiela siebie, bo w jego niewinność nikt nie uwierzy, tytko przy okazji pogrąża Witalija Mutkę, byłego ministra sportu Federacji Rosyjskiej, który miał wiedzieć o wszystkich niegodziwościach.

O wiele bardziej niż sprawiedliwego Rodczenkow przypomina skruszonego gangstera, który przez kilka lat doskonale funkcjonował w przestępczym systemie, a potem w listopadzie 2015 roku uciekł do USA i został objęty programem ochrony świadków koronnych. Tak można przeczytać w raporcie napisanym pod kierownictwem byłego prezydenta Szwajcarii Samuela Schmida. Raport wspomina też, że dwaj inni prominentni działacze RUSADA Wiaczesław Siniew i Nikita Kamajew zmarli kilka miesięcy po ucieczce Rodczenkowa – odpowiednio 3 i 14 lutego 2016 roku.

I strasznie, i śmiesznie

To głównie jego zeznania posłużyły MKOl do podjęcia decyzji o wykluczeniu Rosji z Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu. Obraz, jaki się z nich wyłania, jest niezwykle przygnębiający, ale jak to w Rosji bywa – nie brakuje też elementów humorystycznych.
Grigorij Rodczenko zarzeka się, że uciekł do USA, ponieważ chciał opowiedzieć światu o rosyjskich niegodziwościach. (fot. PAP/EPA)
Można choćby przeczytać, że gdy MKOl zdecydował się wysłać do Rosji bardzo ostrych kontrolerów dopingowych z Norwegii, to rosyjskich posłał do słynącej z uczciwości Szwajcarii. Jak wybrnęli z tego Rosjanie? Natalia Żełanowa, czyli antydopingowa doradca Witalija Mutki, natychmiast zorganizowała zgrupowanie sportowe w Szwajcarii.

Albo inny przypadek, dotyczący Jeleny Laszmanowej, którą sprawdzano na obecność w organizmie eksperymentalnego specyfiku GW1516. Akurat w momencie pobierania próbki zawodniczka nie brała tego środka, ale jej trener Wiktor Czegin wpadł w panikę, ponieważ stosowała akurat kortykosterydy. Podmienił próbkę swojej zawodniczki na przechowywaną w zapasie „na czarną godzinę”. Lepiej było nic nie robić, bo kortykosterydy są zakazane tylko podczas zawodów, a za GW1516 kara była surowsza. Do śmiechu jednak nikomu nie jest.

Dopóki się dało, Rosjanie udawali, że zaciekle walczą z dopingiem i robią wszystko, żeby łapać nieuczciwych sportowców. Jeszcze w czerwcu 2015 roku (kilka miesięcy po premierze materiału telewizji ARD), podczas spotkania na Kremlu Rady Rozwoju Kultury Fizycznej i Sportu, prezydent Putin mówił, że większa liczba przypadków dopingu wykrytych u rosyjskich zawodników jest wynikiem wytężonej pracy krajowych służb. I wspominał, że trzeba wzmóc jeszcze bardziej wysiłki w celu ochrony sportu przed nieuczciwością. Zapis tej narady można znaleźć w dalszym ciągu na stronie internetowej Kremla.

Po co im to było?

Za wszelką cenę trzeba było ratować twarz rosyjskiego sportu, który w strategii administracji Putina odgrywał niezwykle ważną rolę jako wyraz potęgi i rozwoju państwa. Po to Rosjanie rzucili się na organizację wielkich imprez i jeszcze przed Soczi zorganizowali Uniwersjadę w Kazaniu. Po to organizowali wyścigi Formuły 1 (powstał nawet brytyjsko-rosyjski team Marussia). Po to wreszcie organizują mistrzostwa świata w piłce nożnej (szefem komitetu organizacyjnego jest Witalij Mutko, który nie ma wstępu na igrzyska olimpijskie).
Cały świat miał zobaczyć mocarstwo wstające z kolan po klęsce lat 90., kiedy nawet sport popadł tam w ruinę. Po to w rosyjski futbol, hokej, koszykówkę, siatkówkę, biatlon czy lekką atletykę pompowane są setki milionów dolarów. Sportowcy to doceniają i chętnie fotografują się z prezydentem Putinem, popierając jego politykę.

Putin, przed rozpoczęciem zawodów w Soczi mówił, że „kraj przygotowuje wielkie wydarzenie, które będzie okazją do świętowania dla całego narodu”. Wtórował mu w tym Dmitri Miedwiediew, który o igrzyskach mówił: „Jestem przekonany, że (…) pokażą siłę naszego kraju, naszą pasję wygrywania, naszą zdolność do organizowania wielkich imprez i gościnność naszych obywateli”.

Podobnie myśleli sami Rosjanie, którzy w badaniu przeprowadzonym przez Centrum Lewada odpowiadali, że organizacja igrzysk wpłynie na wzrost prestiżu ich kraju. I teraz wyobraźmy sobie, że po takim wstępie miejscowi sportowcy zaczynają ponosić klęskę za klęską na olimpijskich arenach. Władze nie mogły na to pozwolić. Teraz, kiedy śledztwo trwa, po kolei rosyjscy sportowcy tracą medale, a wizerunek Rosji na świecie obraca się w gruzy.

Cały sport opiera się na zaufaniu (coraz bardziej nadwątlonym), że sportowcy walczący o medale i wysokie nagrody mają na starcie równe szanse, a jeśli próbują oszukiwać, to zostaną złapani i przykładnie ukarani. Państwa mają w tej walce pomagać, a nawet brać na siebie jej znaczną część. Co się stanie, jeśli taka umowa zostanie zerwana?

A już wydawało się, że zorganizowany, państwowy doping odszedł w niebyt wraz z upadkiem NRD. Okazało się jednak, że imperium zła kontratakuje.

– Łukasz Majchrzyk
Zdjęcie główne: Ceremonia zamknięcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi, 23 lutego 2014 r. Rosyjski prezydent Władimir Putin i Aleksander Legkow, złoty medalista w narciarstwie biegowym. Został dożywotnio zdyskwalifikowany przez MKOl za doping. Fot. REUTERS/Phil Noble
Zobacz więcej
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Pizzerie na Pjonghattanie. Czego chce młody Kim?
W stolicy Korei Północnej powstaje nowoczesna dzielnica wieżowców. Pojawiły się kawiarnie, sklepy z importowaną żywnością, kobiety noszą modne stroje. Nowa elita bogaci się.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Nie postanie tu noga żadnego turysty
To przez nich rosną koszty wynajmu mieszkań, na ulicach panuje tłok i hałas. Wielu mieszkańców mówi, że do białej gorączki doprowadza ich wszechobecny turkot kółek od walizek.
Cywilizacja Najnowsze wydanie
Polacy pod koszem. Optymizm, adrenalina, dobra energia
W polskim zauroczeniu NBA i koszykówką odegrały swoją rolę wielkie pieniądze. Dlatego, że były tak wielkie.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Kardynałowie Franciszka
Skład kolegium przestaje odzwierciedlać rzeczywiste podziały w Kościele, a to jest niebezpieczne.
Cywilizacja Poprzednie wydanie
Sfrustrowani Rosjanie mają głos
To, jaki jest stan nastrojów w Rosji musiało dotrzeć na Kreml, bo w przedwyborczym tygodniu postanowiono nieco poluzować śrubę.