Historia

Rosyjska siatka w USA – histeria i fakty

TVP1 27 grudnia wyemitowała „Bez wyjścia” („No way out’), świetny amerykański film z 1987 roku, w którym Kevin Costner zostaje wplątany w szpiegowską aferę. To temat jakże bliski Stanom Zjednoczonym w grudniu 2017 r., kiedy zdają się być w środku szpiegomańskiej histerii. Główne stacje telewizyjne i politycy Partii Demokratycznej od wielu miesięcy jak jeden chór powtarzają: Rosja, Putin, szpiedzy, wpływy Kremla, kontakty Trumpa.

Rzecz dotyczy oczywiście śledztwa prowadzonego przez specjalnego, niezależnego od Departamentu Sprawiedliwości prokuratora, który bada domniemane próby wpływania przez Rosję na wynik amerykańskich wyborów prezydenckich w 2016 roku.

Były wieloletni szef Federalnego Biura Śledczego (FBI) Robert Mueller, wyposażony we wszelkie możliwe środki prawne (łącznie z podsłuchem, przejmowaniem dokumentów, stawianiem przed sądem pod zarzutami kryminalnymi, gdy tylko znajdzie naruszenie prawa niezwiązane nawet z głównym wątkiem śledztwa) wraz grupą doświadczonych agentów FBI stara się dociec, jak dalece Rosjanom udało się wpłynąć na elekcję Donalda Trumpa i pogrążenie niechętnej Kremlowi Hillary Clinton (choć ta niechęć, trzeba przyznać, była dość świeżej daty).

Złapać Trumpa na ruskiego

Jak na razie, specjalny prokurator nie odkrył żadnych przekonujących dowodów na współpracę sztabu Trumpa z Rosjanami, choć dla polityków Partii Demokratycznej oraz mediów głównego nurtu, które wyraźnie zagięły parol na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych (trzeba przyznać – z wzajemnością), staje się to nieomal „oczywistą oczywistością”.
Kandydaci na prezydenta USA: Demokratów Hillary Clinton i Republikanów Donald Trump pod koniec kampanii wyborczej w 2016 roku, debata w Las Vegas. Fot. REUTERS/Mike Blake
Ostatecznie, nie wszyscy mogą przyjąć, że Clinton przegrała, bo była po prostu słabym kandydatem. Narracja „Putin przez swoich szpiegów i internetowych trolli wpłynął na głosowanie”, pozwala nie akceptować tej bolesnej prawdy. Co jest o tyle śmieszne w wykonaniu tuzów Partii Demokratycznej, że nie dalej, jak w 2012 roku wyśmiewali oni i drwili z ówczesnego kandydata na prezydenta, republikanina Mitta Romneya, jako „niedzisiejszego”, „próbującego powrotu do czasów Zimnej Wojny”, gdy ten nazwał Rosję „geopolitycznym wrogiem Stanów Zjednoczonych”. Dzisiaj ci sami ludzie przyjmują nieomal jako oczywistość, że Moskwa wybrała Trumpa i steruje nim – jeśli nie jak agentem wpływu, to przynajmniej bezwolną marionetką.

Tymczasem z dotychczasowego śledztwa zespołu Muellera wiemy jedynie tyle, że rzeczywiście w najbliższym otoczeniu kandydata Donalda Trumpa byli ludzie, którzy kontaktowali się z Rosjanami (jak były doradca ds. bezpieczeństwa, emerytowany generał Michael Flynn) lub lobbowali wcześniej na rzecz prorosyjskiego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza (o czym było zresztą wiadomo od dawna), jak Paul Manafort, kierujący przez kilka miesięcy kampanią Trumpa. Zarówno Flynn, jak i Manafort dostali zarzuty mniejszego kalibru, co może skłaniać do wniosku, że ekipa Muellera w ten sposób próbuje z nich wycisnąć jakiś lepszy materiał do pracy, ale wciąż nie ma jasnych dowodów na działalność rosyjskich szpiegów. Poruszamy się raczej w sferze domysłów i spekulacji.

Jak napisała niedawno znawczyni Rosji i Putina Julia Ioffe, zamiast koronkowej działalności szpiegów mamy do czynienia z działalnością ad hoc, zaordynowaną przez prezydenta Rosji, po wysoce niepożądanym dla Moskwy ujawnieniu tzw. Panama Papers w kwietniu 2016 r. „Podrobione dokumenty, kilka grup hakerów, kilka przecieków w odpowiednim czasie – to wszystko pozwoliło na wtrącenie amerykańskiej polityki w chaos” – napisała ostatnia Ioffe. Choć – dodam od siebie – byłoby naprawdę wielkim uproszczeniem stwierdzenie, że niewątpliwie działania operacyjne (głównie dezinformujące) rosyjskich służb doprowadziły do takich wyników wyborów prezydenckich w 2016 r.
Logo serialu „The Americans”. Fot. Wikimedia
Zresztą w przypadku Demokratów, kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem. Otóż wieloletnim partnerem Manaforta w pracy na rzecz Janukowycza był Tom Podesta, też lobbysta, ale i brat Johna Podesty, który z kolei był… szefem kampanii kandydatki Hillary Clinton.

Obecna szpiegomania w USA zdaje się być reakcją na wcześniejsze ignorowanie problemu. A że sprawa przebija się do świadomości sporej grupy Amerykanów, niech świadczy powodzenie telewizyjnego serialu „Americans”.

Tytułowi „Amerykanie” to państwo Jennings, typowa amerykańska rodzina z dwójką dzieci, żyjąca na przedmieściach amerykańskiej stolicy i utrzymująca się z prowadzenia agencji turystycznej. W rzeczywistości to dwójka sowieckich nielegałów, którzy dokonują mniej lub bardziej karkołomnych i morderczych zadań w Waszyngtonie i nie tylko. Akcja dzieje się w latach 80. i sporo w niej wątków realnych, łącznie z osobistościami z czasów prezydenta Ronalda Reagana. Mimo że od szóstego sezonu scenarzyści uciekają w psychologizowanie, to serial wciąż ma wielu fanów. Bo przyciąga realizmem: sposobem werbunku i metodami pracy, czy wtopieniem jej w zwykłą, amerykańską rzeczywistość. Nic dziwnego, skoro autorem projektu jest były pracownik CIA Joe Weisberg, który na pewno miał sporo wiedzy na temat rzeczywistej pracy rosyjskich agentów w Stanach Zjednoczonych.

Co prawda podobny serial „Allegiance” – o działaniach dwójki nielegałów we współczesnym Nowym Jorku – nie przetrwał sezonu w głównym czasie antenowym w stacji NBC, jednak jego produkcja świadczy o zapotrzebowaniu na tego typu tematykę. Niewątpliwie rozbudziło się ono po aresztowaniu i deportowaniu przez amerykańskie służby kontrwywiadowcze w lipcu 2010 r. siatki szpiegowskiej Anny Chapman.
Anna Chapman, właściwie Anna Wasiljewna Kuszczenko urodzona w 1982 r. w Wołgogradzie, została zatrzymana w Nowym Jorku za szpiegostwo na rzecz Rosji. Stała się celebrytką. Pozowała m.in. do czasopism adresowanych do mężczyzn. Fot. Wikimedia/U.S. Marshals Service
Choć operacje prowadzone przez Annę Wasiljewnę Kuszczenko (tak nazywała się owa córka wpływowego oficera KGB, zanim stała się panią Chapman) wśród nowojorskiej elitki nie były w pełni profesjonalne, to wykrycie kierowanej przez nią dziewięcioosobowej siatki informatorów zwróciło znów uwagę na problem rosyjskiego szpiegostwa na terenie Stanów Zjednoczonych, przebijając się w formie popkultury do szerszej świadomości Amerykanów.

Sowieci buszują w USA

Trzeba przyznać, że Sowieci – a później Rosjanie – odnieśli w tej dziedzinie kilka spektakularnych sukcesów.

Największym była niewątpliwie działalność dwójki szpiegów: Juliusa i Ethel Rosenbergów. Za ich sprawą Sowieci zdobyli wiedzę, dzięki której udało im się w 1949 r. doprowadzić do własnej eksplozji nuklearnej.

Kolejny wielki sukces to działalność Williama Weisbanda. Ten urodzony w Odessie rosyjski Żyd wyemigrował do Stanów Zjednoczonych jako nastolatek. Tam, znając biegle język rosyjski, został przyjęty do pracy jako wojskowy kryptolog. Zwerbowany przez NKWD w latach 40., przekazał im wiedzę o amerykańskim programie „Venona Project”, który przez dziesięciolecia służył do łamania sowieckich kodów. Znacznie ograniczyło to możliwość Amerykanów do odkrywania sekretów ZSRS. Władze USA nie zdecydowały się na sądzenie Weisbanda z obawy, że w trakcie procesu mogą ujawnić własne metody pracy kontrwywiadowczej. Szpieg został zwolniony ze służby w 1950 r. i żył bez rozgłosu jeszcze przez 18 lat.
Julius i Ethel Rosenberg w sądzie, rozdzieleni grubą kratą, po ogłoszeniu wyroku skazującego ich za szpiegostwo. 1951 rok. Fot. Wikimedia/Roger Higgins, fotograf „New York World-Telegram and the Sun”
Jednak sam „Venona Project” okazał się wielkim sukcesem. Powstały w 1943 roku działał aż do 1980 r., choć informacje o nim zostały częściowo odtajnione dopiero 15 lat później. Przez ten czas, dzięki odczytaniu sowieckich szyfrów, udało się zidentyfikować co najmniej 349 Amerykanów będących sowieckimi szpiegami albo utrzymujących kontakty czy dostarczających informacje Moskwie.

Najbardziej znanym zdemaskowanym w ten sposób szpiegiem był – obok Rosenbergów – Alger Hiss, wysoki rangą urzędnik Departamentu Stanu, który uczestniczył w konferencji w Jałcie oraz brał aktywny udział w powstawaniu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Oskarżony o szpiegostwo, zaprzeczył temu. W efekcie został skazany w 1950 r. na pięć lat więzienia za krzywoprzysięstwo.

„Sprawa Hissa” była sensacją w Stanach Zjednoczonych, pokazującą wpływy sowieckie w amerykańskich elitach lat 30. i 40. Stała się też odskocznią dla dwóch znanych polityków: przyszłego prezydenta USA Richarda Nixona oraz senatora Joe McCarthego, który wkrótce po tym zrobił krótkotrwałą karierę, jadąc na populistycznej fali rzeczywistych, ale i wydumanych oraz wyolbrzymionych oskarżeń o pracę na rzecz Sowietów.

Dzisiaj historycy są prawie na sto procent pewni, że Hiss był tajnym, sowieckim agentem. Tej pewności nie ma, choć liczne poszlaki na to wskazują, w przypadku Harrego Hopkinsa, najbliższego doradcy w czasie II wojny światowej prezydenta Franklina Delano Roosevelta, który zmarł w 1946 r. Znawcy tematu prezentują w tym przypadku kilka wersji: od tego, że Hopkins był superszpiegiem o kryptonimie „19”, po twierdzenia, że nie szpiegował, a jedynie w swej naiwności przekazywał Sowietom kluczowe dla nich informacje na temat polityki Stanów Zjednoczonych podczas wojny.
Alger Hiss, urzędnik Departamentu Stanu USA, doradca prezydenta Franklina Delano Roosevelta w trakcie konferencji jałtańskiej, pełniący obowiązki sekretarza generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych w czasie jej powoływania (1945). Agent sowieckiego GRU o kryptonimie ALES. Fot. Wikimedia/ Library of Congress. New York World-Telegram & Sun Collection
Warto zwrócić uwagę także na sukcesy Sowietów w dziedzinie dezinformacji. Zabójstwo prezydenta Johna F. Kennedy’ego, rozpalające do dzisiaj wyobraźnię Amerykanów (dwie trzecie mieszkańców USA nie wierzy w oficjalną wersję zdarzeń), to przykład prowadzonej przez KGB wojny informacyjnej, w której głównym konspiratorem miały być służby specjalne USA.

Drugi sukces to akcja zniesławiająca FBI (pełniącego także rolę cywilnego kontrwywiadu), a zwłaszcza długoletniego szefa Biura J. Edgara Hoovera. Uważa się, że pogłoski o tym, jakoby Hoover był tak naprawdę homoseksualistą, prywatnie lubiącym się przebierać w kobiece stroje i organizującym sado-masochistyczne orgie, to wymysł propagandowej maszyny KGB. Podobnie jak i pogłoski, że FBI czy CIA były zaangażowane w liczne tajne akcje wymierzone w obywateli Stanów Zjednoczonych.

„Krety” po zimnej wojnie

Aktywność Rosjan nie ustała bynajmniej wraz z końcem zimnej wojny. Służby Rosji przejęły po KGB czy GRU agenturę działającą także w Stanach Zjednoczonych. I czyniły poważne szkody dla bezpieczeństwa USA także w „nowych czasach”.

Rosja oddziedziczyła po Sowietach na przykład wyjątkowego szpiega Roberta Hanssena. Jako oficer kontrwywiadu FBI był typowym podwójnym agentem, pracując dla Sowietów i potem dla Rosjan za pieniądze. W latach 1979-2001 wydał Moskwie ogromną liczbę sekretów, przyczyniając się m.in. do śmierci rosyjskich oficerów przewerbowanych przez Amerykanów. Przypadek Hanssena został nazwany „prawdopodobnie największą porażką w historii amerykańskich służb specjalnych”. Aby uniknąć kary śmierci, złapany szpieg zgodził się na pełną współpracę z FBI, otrzymując w zamian 15-krotny wyrok dożywocia. Spędza go w więzieniu o zaostrzonym rygorze, gdzie przez 23 godziny na dobę przebywa w jednoosobowej celi.
Zdjęcie agenta KGB Roberta Hanssena, który pracował dla FBI. Zdjęcie z 2001 r. z filmu „Przełom”. Fot. Wikimedia/FBI
Drugim przykładem znaczącego „kreta” w amerykańskich służbach był Aldrich Ames, analityk kontrwywiadu w Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA). Donosząc dla pieniędzy, w latach 1985-94 wydał Sowietom i Rosjanom najwięcej ludzi w historii amerykańskich służb. Jego rekord pobił dopiero Hanssen. Ames był szczególnie przydatny Moskwie, gdyż z racji swej pozycji miał dostęp do wszelkich informacji związanych z działaniami CIA przeciw KGB i GRU. Przyznał potem przed sądem, że wydał Rosjanom „wszystkich znanych sobie sowieckich agentów pracujących dla CIA, innych amerykańskich służb i służb innych krajów”. Jedynej rzeczy jakiej się obawiał, to wydania jego tożsamości przez agenta rosyjskich służb, który przeszedłby na stronę Amerykanów. Podwójny szpieg odbywa obecnie karę bezwzględnego dożywocia.

Zaskoczenie „zielonymi ludzikami”

Rosjanie cały czas agresywnie starają się spenetrować amerykańskie służby specjalne w poszukiwaniu dostępu do informacji.

Jednym z ich głównych celów była i jest Narodowa Agencja Bezpieczeństwa (NSA), zajmująca się wywiadem elektronicznym. Jej satelity, urządzenia, systemy i oprogramowanie są w stanie przejąć niemal każdy sygnał elektroniczny na globie. Albo przynajmniej mogły, bo wydarzenia wokół zajęcia przez Rosjan Krymu w 2014 r. wskazują, że amerykańskie systemy albo były ślepe, albo Rosjanie nauczyli się je obchodzić. Działania „zielonych ludzików” oraz wspierających ich jednostek Floty Czarnomorskiej stanowiły nie lada zaskoczenie dla amerykańskich wojskowych.
Edward Snowden przemawia podczas wideokonferencji w Newym Yorku, jesień 2016 roku. Fot. REUTERS/Brendan McDermid
Jak sugeruje były pracownik NSA, a obecnie komentujący w amerykańskich mediach działania służb specjalnych John Schindler, „znajomość polityki oraz zagadnień związanych z bezpieczeństwem państwa wykracza daleko poza to, co można uzyskać od agentów czy pół-poważne szpiegowanie on-line”. Schindler sugeruje o wiele większy zakres rosyjskiej wiedzy: „Mamy do czynienia z bardzo niepokojącymi znakami, że Kreml od lat czyta tajne dokumenty rządu amerykańskiego. Zdrajcy, jak Edward Snowden, odegrali tu katastrofalną rolę, ale problemy sięgają daleko wcześniejszego czasu, niż ucieczka Snowdena do Moskwy w połowie 2013 roku”.

Gdzieniegdzie pojawiają się informacje, że NSA w dalszym ciągu jest rozpracowywane przez Rosjan. Świadczyć ma o tym fakt, że Moskwa wie dużo więcej niż mógłby jej dostarczyć sam Snowden, z racji jego niskiego stanowiska w agencji i ograniczonego dostępu do systemu wywiadu militarnego. Sugerowane jest wręcz, że cała „operacja Snowden” była tak naprawdę przeprowadzona po to, aby ukryć rzeczywistego lub rzeczywistych „kretów”.

Tak czy siak, Moskwa nie zamierza rezygnować ze szpiegostwa na terytorium Stanów Zjednoczonych Ameryki. To fakt, który jeszcze do niedawna uznawano jedynie za rojenia ludzi, którzy rzekomo z nostalgią patrzą na lata rywalizacji i konfrontacji z Moskwą za czasów zimnej wojny.

– Jeremi Zaborowski
Zdjęcie główne: Uścisk dłoni prezydentów Rosji Władimira Putina i USA Donalda Trumpa podczas dwustronnego spotkania w kuluarach szczytu G20 w Hamburg, w 2017 roku. Fot. PAP/ITAR-TASS, Mikhail Metzel
Zobacz więcej
Historia Najnowsze wydanie
Salutowali im generałowie
W II RP weterani powstania styczniowego otoczeni zostali szczególną opieką.
Historia Najnowsze wydanie
Twierdza poczciwych cyników
Eile starał się lawirować, lecz w okresie bierutowszczyzny poszedł na zbyt daleko idące ustępstwa.
Historia Poprzednie wydanie
Wirus we Wrocławiu. Przywlókł go chory oficer wracający z Azji
Skala zagrożenia spowodowała, że miasto zostało otoczone kordonem sanitarnym.
Historia Poprzednie wydanie
10 największych dokonań Polaków w historii himalaizmu
Biało-czerwoną flagę, krzyżyk i różaniec wnieśli 40 lat temu na Mount Everest Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Było to pierwsze zimowe wejście na „dach świata”, a to tylko jeden z sukcesów Polaków we wspinaczkach w najwyższe góry Ziemi.
Historia wydanie 7.02.2020 – 14.02.2020
Polacy zesłani na „białe niedźwiedzie”
Chodzili po wagonach, nosząc pod rękami zmarzłe dzieci, niemowlęta, pytając się czy „zamierszczych rebiat nima”.