Rozmowy

Wstaję rano i chce mi się żyć

Kilka tygodni temu po ukończeniu maratonu mój syn płakał na mecie, a ja razem z nim. Takich przeżyć i emocji nie można kupić za żadne pieniądze – mówi komentator sportowy TVP Maciej Kurzajewski.

TYGODNIK.TVP.PL: Tęsknisz za skrzypcami, na których uczyłeś się grać w rodzinnym Kaliszu?

MACIEJ KURZAJEWSKI: Szczerze mówiąc one mnie denerwowały. Przez całą szkołę muzyczną śpiewałem w chórze chłopięcym. Każdy musiał grać na jakimś instrumencie. Nie mieliśmy w domu pianina, więc wybór padł na skrzypce. Do tej pory mam nieprzyjemne ciarki na plecach, kiedy słyszę dźwięk struny E. Skrzypce nie były miłością mojego życia, więc kiedy mogłem je porzucić, zrobiłem to z dużą ulgą. Artystą jest mój młodszy syn Julek, który ma rewelacyjny słuch muzyczny.

Chór też traktowałeś jak dopust boży?

Chór to była przygoda i świetna szkoła życia. Jako dzieciak zaczynałem od sopranu, a dorastałem w altach, tenorach aż wylądowałem w basach. Mieliśmy próby kilka razy w tygodniu, wyjeżdżaliśmy wspólnie na wakacje i dużo koncertowaliśmy. Wyglądaliśmy jak aniołki w białych koszulach z żabotem, kamizelkach, krótkich spodenkach i czarnych mokasynach.
Wielki Test o Jasnej Górze. Maciej Kurzajewski z Sylwią Dekiert. Fot. TVP/Jan Bogacz
W Kaliszu jest piękny kościół garnizonowy, w którym co roku przed Bożym Narodzeniem śpiewaliśmy kolędy i pastorałki. Dużo jeździliśmy nie tylko po Polsce, ale i po świecie. Przygoda z chórem jest dla mnie wciąż miłym wspomnieniem. Ubolewam tylko nad jednym, że to był męski chór, więc na wyjazdach wakacyjnych nie było dziewczyn (śmiech).

Jesteś dziennikarzem sportowym, prezenterem od lat związanym z TVP - o tym wiedzą wszyscy. O jakich Twoich tajemnicach nie można przeczytać w Wikipedii?

Jestem staroświecki, niemodny i nudny. Od ponad 21 lat jestem z tą samą żoną.

Rzeczywiście jesteś nudny dla tabloidów. Od lat pracujesz w tej samej stacji, jeździsz samochodami tej samej marki…

(śmiech) Nawet tym samym modelem.

I oddajesz się jednemu nałogowi, czyli bieganiu. Przełamujesz stereotyp gwiazdy telewizyjnej.

Dostałem zaskakujący dar od losu: udało nam się zbudować zgraną rodzinę i utrzymać ją w dobrej kondycji. Jestem z tego dumny. To jest największa zdobycz mojego życia. Mam dwóch fantastycznych synów, którzy mimo sporej różnicy wieku dobrze się rozumieją, tęsknią za sobą zwłaszcza teraz, kiedy starszy wyjechał na studia zagraniczne. To bardzo ważne, żeby mogli na siebie liczyć. Jestem o to spokojny.
Maciej Kurzajewski podczas Pucharu Świata w Zakopanem - z Adamem Małyszem i Apoloniuszem Tajnerem. Fot. TVP/Cezary Piwowarski
Jak udaje Ci się zachować stabilny dom, kiedy mnóstwo czasu spędzasz w zwariowanym świecie telewizji?

Staram się te dwa światy bardzo mocno rozdzielić. Kiedy kończę pracę w telewizji, zamykam za sobą drzwi i wchodzę do świata rodziny, który jest niezwykle ciepły. W nim łapię wytchnienie, które pozwala mi dobrze funkcjonować zawodowo.

To jest świat idealny?

Tam też zdarzają się problemy, a nawet dramaty, jak to w życiu. Chcieliśmy z Pauliną mieć więcej niż jedno dziecko. I długo na nie czekaliśmy. Julek pojawił się dopiero po dziewięciu latach. Kilkakrotnie ciąże, w tym bliźniacza, nie zakończyły się szczęśliwie. To były czarne dni w naszej rodzinie.

Mimo trudności wciąż jesteście zgranym duetem?

Dobre funkcjonowanie w związku, w rodzinie to jest sztuka wzajemnych ustępstw. Moja żona jest niesamowicie wyrozumiałą osobą, jeśli chodzi o dawanie swobody w wyborach życiowych czy zawodowych. Jeśli jestem pewien decyzji, co do której ona ma wątpliwości, to zawsze mogę liczyć na wsparcie Pauliny. Mamy do siebie ogromne zaufanie. Jesteśmy bardzo rodzinni i lubimy przebywać we własnym towarzystwie, także z dziećmi. Zawsze część wakacji spędzamy wszyscy razem.

W jaki sposób opierasz się pokusom, których w showbiznesie jest wiele?

Wiem, co zrobiłaby mi moja żona, gdybym uległ tym pokusom (śmiech).

Boisz się łamania kołem?

I gorącego żelaza oraz zestawu klasycznych tortur średniowiecznych… A serio: cenię to, co mam i co już zbudowałem. Nie chcę tego psuć, ani niszczyć. Staram się być konsekwentny w swoich wyborach.

Twoja żona też jest osobą publiczną.

Była dziennikarką telewizyjną, ale od wielu lat jest świetną specjalistką ds. public relations. Podziwiam ją za to, że udało jej się odnieść sukces w zupełnie innej dziedzinie. Mnie sprawiłoby to większą trudność.

Krąży opinia, że lubisz „słodzić” ludziom.

Moja żona też mi to mówi. Jestem urodzonym optymistą. Dziwi mnie, że ludzie są negatywnie nastawieni do życia bez poważnej przyczyny. Jeśli mam spędzać z kimś czas to nie widzę powodu, dla którego nie miałoby się to odbywać w miłej i sympatycznej atmosferze. Wstaję rano i chce mi się żyć. Dlaczego miałbym nie przekazywać tego innym? A że ktoś odbierze to jako przesłodzenie? Ten cukier nie jest szkodliwy dla zdrowia.
Dlaczego zacząłeś uprawiać sport? Twoi przyjaciele wspominają, że w młodości byłeś okrąglutki.

Nigdy nie byłem szczupłym dzieckiem, ani grubasem. Byłem raczej grubokościsty (śmiech). Bliżej mi było do judoki niż do sprintera. Jako dwudziestolatek przy wzroście 176 cm ważyłem prawie 95 kg. Wyglądałem jak księżyc w pełni. Wtedy udało mi się schudnąć dzięki diecie.

10 lat później okazało się, że do utrzymania sylwetki sama dieta nie wystarcza. Wtedy moim sąsiadem był Marek Tronina, obecny dyrektor Maratonu Warszawskiego, który namawiał mnie na wspólne bieganie. Przez ponad rok obserwowałem go, jak rano wychodził do lasu i wracał spocony. Wtedy zupełnie poważnie brałem pod uwagę to, że rozwija się u niego choroba psychiczna (śmiech).

Tłumaczył mi cierpliwie, że to jest przyjemne zajęcie, aż uległem. O dziwo szybko zakochałem się w bieganiu. Rok przed Igrzyskami Olimpijskimi w Atenach zamarzyłem, by zaliczyć prawdziwy maraton, 42 km 195 m. Udało się. Pobiegłem na klasycznej trasie. Meta była na ateńskim Stadionie Marmurowym, gdzie 100 lat wcześniej odbyły się pierwsze igrzyska ery nowożytnej, a za rok miały się rozpocząć kolejne. Kiedy minąłem linię mety, byłem bardzo szczęśliwy. Takie wspomnienie zostaje na całe życie.

Uzależniłeś się od biegania?

Kiedy przekraczasz metę, wita cię rodzina, przestajesz myśleć o tym, jaki to był fizyczny ból, zmaganie się z samym sobą, z tym co ma się w głowie. Zastanawiasz się, gdzie i kiedy pobiec następnym razem. Pomyślałem sobie: lepiej się nie mogło zacząć, ale dlaczego miałoby się skończyć. To podziałało jak motor napędowy.

Zawsze docierasz do mety?

Nigdy nie zszedłem z trasy biegu i nie rozumiem ludzi, którzy to robią. Dla amatora największą satysfakcją jest ukończenie biegu. Nigdy nie chciałem bić rekordów. Mnie bieganie ma przede wszystkim sprawiać przyjemność. Dzięki niemu czuję się młody. Poza tym warto, żeby dziennikarz sportowy doświadczył też wysiłku, o którym później opowiada komentując zawody. To jeden ze składników widowiska sportowego.

Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że doświadczyłem tego samego, co sportowcy profesjonalni. Ale jako sportowcowi amatorowi zdecydowanie lepiej opowiada mi się o wysiłku innych. I nawet jeśli komuś nie udaje się odnieść sukcesu, to ja wiem, że za tą porażką stoi ogromna praca i trzeba ją docenić. Nigdy nikogo nie skreśliłbym tylko dlatego, że nie stanął na podium. Taki jest sport. Takie jest też życie, że nie zawsze wygrywamy, ale trzeba mieć w sobie determinację.
„Biegajmy razem” (2. sezon) – odcinek 3
Żona z tobą biega?

Czasem tak. Dzień przed maratonem nowojorskim odbywa się 5-kilometrowy Family Run dla osób, które nie pobiegną maratonu, a chcą poznać smak tych emocji. Meta jest w tym samym miejscu, w Central Parku. Kilkakrotnie wystartowaliśmy razem. A w ostatnim maratonie pobiegłem z moim synem, Frankiem. To była jego własna decyzja.

Wyobraź sobie, że 10 km przed metą zgubiliśmy się. Miałem ze sobą kamerę go pro i filmowałem grupę muzyczną na Brooklynie. Straciliśmy się z oczu. Próbowaliśmy się odnaleźć, ale bez skutku. To było najbardziej stresujące 10 km w moim życiu. Franek przybiegł minutę przede mną.

Potem popatrzyłem na zdjęcia, których tysiące robią fotoreporterzy na finiszu. Zobaczyłem na nich, jak Franek dobiega do mety i ryczy jak małe dziecko ze szczęścia. Naprawdę bolało mnie serce, że nie było mnie wtedy przy nim. Ale kilka tygodni temu w kolejnym maratonie tak samo płakał na mecie, a ja razem z nim. Takich przeżyć i emocji nie można kupić za żadne pieniądze.

Czerpałeś od swojego ojca, jak teraz Franek od Ciebie?

Moi rodzice zawsze dbali o rodzinę, by każdy miał w niej swoje miejsce. Mam dwie siostry: starszą i młodszą. Mama zawsze tłumaczyła nam, że warto w życiu robić jak najwięcej rzeczy po to, żeby ich spróbować, by samemu wybrać najbardziej interesujący kierunek, który sprawi też najwięcej radości. Bardzo jej za to dziękuję. Wielu rzeczy spróbowałem. Nawet dzisiaj się tego nie boję. Kto wie co jeszcze życie przyniesie.

Studiowałeś prawo, a poszedłeś w zupełnie inną stronę.

Na początku drugiego roku studiów wziąłem udział w naborze do redakcji sportowej TVP. Wcześniej w podobny sposób trafił do TVP Przemek Babiarz. Ze mną startował Łukasz Nowicki. Zawsze kochałem sport. Mój ojciec był dziennikarzem sportowym. To on zabrał mnie na pierwsze zawody, więc ten zawód miałem zapisany w genach.

W telewizję wsiąkłem błyskawicznie. Wzrastałem w otoczeniu wielkich gwiazd, najlepszych specjalistów. Moim opiekunem był Włodek Szaranowicz. W redakcji panowała rodzinna atmosfera. Mogę powiedzieć, że za życia trafiłem do raju.
10-lecie TVP Sport. Przemysław Babiarz i Maciej Kurzajewski. Fot. TVP/Ireneusz Sobieszczuk
Masz poukładane życie. Czy wiesz już, co będziesz robił na emeryturze?

Oczywiście będę się zajmował wnukami! Ale mamy też upatrzone miejsca, w których chcielibyśmy spędzić jesień naszego życia. Mamy taką ulubioną wysepkę w Grecji. Zaprzyjaźniliśmy się z wieloma mieszkańcami i czujemy się wśród nich jak w rodzinie. Jest tam cudowny klimat, woda, pyszne jedzenie i słońce, którego nam teraz brakuje.

Masz śródziemnomorską duszę?

Zdecydowanie bardziej niż skandynawską.

- rozmawiała Irena Pręcikowskai
Zdjęcie główne: Maciej Kurzajewski w programie "Parenienormalni" w TVP. Fot. TVP/Jan Bogacz
Zobacz więcej
Rozmowy Poprzednie wydanie
Wschodni blok się sypał, a w Polsce SB wciąż dobrze się miała
Członkowie komisji weryfikacyjnych nie mieli pojęcia o bezpiece – mówi Tomasz Kozłowski, historyk
Rozmowy Poprzednie wydanie
Piłsudski vs. Dmowski: Ciągła rywalizacja, nie ciągła wrogość
Dla Piłsudskiego państwo było ważniejsze niż demokracja. Dla Dmowskiego od demokracji ważniejszy był naród – mówi historyk Mariusz Wołos.
Rozmowy Poprzednie wydanie
Stwórzmy polską Dolinę Krzemową
Polscy naukowcy mogą się wykazać dopiero, gdy wyjadą z Polski – mówi prof. Wiesław Nowiński.
Rozmowy wydanie 1.11.2019 – 8.11.2019
Łukaszenko puszcza oko do Zachodu
Białorusini są bardzo zrusyfikowani, ale istnieją realne różnice pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju. Grodno to jednak nie Witebsk – mówi białoruski opozycjonista Aleś Zarembiuk.
Rozmowy wydanie 25.10.2019 – 1.11.2019
TurboFranciszek i kryzys papiestwa
Paweł Milcarek: Stolica Apostolska staje się wszechmocną centralą, której przypisuje się, że może wszystko, także zmieniać naukę Kościoła.